niedziela, 25 sierpnia 2013

Tajemniczy cień w oknie na Powiślu. "Religia smoleńska doczekała się wreszcie cudu"


Wyobraźnię i emocje prawicowych dziennikarzy rozpala od soboty zdjęcie pewnego okna kamienicy na warszawskim Powiślu, w której kilka lat przed śmiercią mieszkali Lech i Maria Kaczyńscy.
- Początkowo myślałam, że zwariowałam i to skutek "smoleńskiej obsesji", ale każdy to widzi! - cieszy się na Twitterze red. Katarzyna Pawlak, dziennikarka "Gazety Polskiej Codziennie", autorka niezliczonych tekstów o katastrofie smoleńskiej. "Powracający trotyl" to jeden z ostatnich tytułów.

To właśnie red. Pawlak opublikowała na Twitterze zdjęcie okna, w którym - jak sama później wyjaśniła - "codziennie ten cień się pojawia, przez kilka godzin".

Zdradziła, że ów cień widać tylko z jednej sali szpitala Solec, gdzie przez wiele dni po operacji leżała matka dziennikarki. - Do tej sali przychodzą pielgrzymki - opowiadała na Twitterze.

Ktoś zapytał: - Żartujesz, prawda?

Red. Pawlak zaprzeczyła: - Nie żartuję. Nie edytowałam zdjęcia.

Fotografia robi od soboty furorę na Twitterze i Facebooku. Kolejne osoby pytają: - A Ty ujrzałeś już Lecha w oknie?

Jak poinformował Samuel Pereira, redaktor "Gazety Polskiej Codziennie" i katolickiego kwartalnika "Fronda", nawet Marta Kaczyńska - córka zmarłego w katastrofie prezydenta - udostępniła zdjęcie na swoim profilu.

- I wcale się nie dziwię. To zdjęcie ma moc - ocenił Pereira.

- Fantastyczne. Oni są wśród nas! - wtórowała na Twitterze Ewa Piechocka.

Nie wszyscy jednak docenili odkrycie red. Pawlak. W sieci pełno komentarzy złośliwych, prześmiewczych, okrutnych.

Galopujący major: - Jak Matka Boska na ścianie!

PopPolityk: - Religia smoleńska doczekała się wreszcie swego cudu.

Robert Lipiec: - Czekamy na pierwsze uzdrowienie i wysyłamy kwity do Watykanu.

Jack Islander: - Katarzyna Pawlak ostro odlatuje.

Red. Pawlak próbowała polemizować z niedowiarkami, bezskutecznie. W niedzielę po południu jakby zmęczona westchnęła na Twitterze: "Ilość sfrustrowanych ludzi na TT, którzy karmią się sączeniem złośliwości, jest nieprzebrana. Niektórzy chyba aż dławią się własną żółcią".

Redaktorkę "Gazety Polskiej Codziennie" wziął w obronę nawet Tomasz Skory, znany dziennikarz RMF: - Cud, święta kamienica, objawienie, Bogurodzica - nie pogięło was trochę? Cień jest cień, gzyms to gzyms, fota to fota. A hejt to hejt. 

Źródło; Wyborcza.pl

Kaja MALANOWSKA: POSEŁ GODSON I KRĘPAK NABRZOZAK

Z dwojga złego wolę kreacjonistów deklarujących, że nie wierzą w ewolucję niezależnie od dowodów.
Pewnego dnia mój mąż wybrał się z psem do parku. Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Maciek usiadł na ławce i czytał gazetę. Pies biegał po trawniku i buszował w krzakach. Pobliską alejką przechodziły dwie osoby – starszy, siwy mężczyzna i ogolony młodzieniec w biało-czerwonej koszulce z symbolem Polski Walczącej wytatuowanym na ramieniu. Dyskutowali o czymś zawzięcie. W pewnym momencie młody człowiek zapytał podniesionym głosem:
– Jak pan może być katolikiem i jednocześnie wierzyć w ewolucję?
Maciek przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
– Wiem, że takie poglądy głoszą niektórzy konserwatywni Amerykanie zamieszkujący pas biblijny – powiedział po powrocie ze spaceru. – Nigdy jednak nie sądziłem, że spotkam kreacjonistę w centrum Warszawy. Czekają nas ciekawe czasy – dodał, kiwając głową.
– To jakiś oszołom – wzruszyłam ramionami. – Nie sądzę, żeby istniały powody do niepokoju.

Nie minęły jednak dwa lata i poseł John Godson przyznał publicznie i bez cienia wahania, że nie wierzy w ewolucję. „Może pana przodkowie pochodzą od małpy, moi nie”. To słynne zdanie, które polityk PO wypowiedział na antenie TVN24, zwracając się do prof. Jana Hartmana, wstrząsnęło opinią publiczną.

Według ankiety przeprowadzonej przez Pew Research Center i Harris Interactive 70% ewangelików w Stanach Zjednoczonych jest wyznawcami kreacjonizmu. Przekonanie, że wszystkie organizmy od początku stworzenia Ziemi istnieją w swojej obecnej postaci, żywi też ponad 30% katolików. Jeżeli wziąć pod uwagę poglądy polityczne respondentów, to 63% liberałów i tylko 37% konserwatystów sądzi, że ludzie i małpy mieli wspólnego przodka („Świat Nauki” 11(2006). Takie wyniki sondaży wskazują dość wyraźnie, że teoria ewolucji jest odrzucana nie tylko z powodu przekonań religijnych, ale również ze względu na poglądy polityczne.

Nie wiadomo, jak wypadłyby podobne badania w naszym kraju. Do tej pory panowało powszechne przekonanie, że polskich wyznawców kreacjonizmu jest bardzo niewielu. Czy była to jednak opinia słuszna?

Ewolucja (źródło: http://nadefagus.blogspot.com/2012/09/response-to-darwins-theory.html)


Kreacjonizm, czyli przeświadczenie, że wszystkie organizmy zostały stworzone przez boga w swojej obecnej formie, jest poglądem religijnym i nie ma nic wspólnego ze współcześnie obowiązującymi teoriami naukowymi. Z kolei zwolennicy inteligentnego projektu – koncepcji, która nie stoi w jawnej opozycji do teorii ewolucji – utrzymują, że wyjaśnieniem  pewnych cech wszechświata i żywych organizmów jest siła sprawcza – „inteligentna przyczyna”, a nie działające samoistnie, niesterowane procesy przyrodnicze. Naukowcy natomiast zgadzają się, że różnorodność życia na Ziemi to wynik ewolucji: naturalnego, bezcelowego i bezosobowego procesu, na który wpływają dwa podstawowe mechanizmy: ukierunkowany dobór naturalny i wydarzenia o podłożu neutralnym, takie jak powstawanie spontanicznych mutacji i zmienność rekombinacyjna.

Mutacje, czyli zmiany zachodzące w chemicznej budowie DNA, mają charakter losowy, podobnie jak zmienność rekombinacyjna, która polega na mieszaniu się pochodzącego od rodziców materiału genetycznego u osobników potomnych. Przypadek decyduje o tym, które z zasad DNA ulegną zniszczeniu bądź wymianie i jakie geny odziedziczymy po matce i ojcu. Z kolei mechanizm zwany doborem naturalnym powoduje, że organizmy posiadające korzystne cechy, czyli lepiej przystosowane do warunków środowiska naturalnego, mają większą szansę na przeżycie i wydanie na świat płodnego potomstwa. Ponieważ cechy są warunkowane obecnością konkretnych genów, proces doboru naturalnego prowadzi do zwiększenia puli korzystnych genów w populacji, podczas gdy geny niekorzystne są z niej eliminowane. W konsekwencji działania wyżej opisanych mechanizmów w ciągu wielu pokoleń dochodzi do powstania organizmów genetycznie i morfologicznie odmiennych od form wyjściowych, czyli kształtują się nowe gatunki.

Podręcznikowy przykład na działanie doboru naturalnego stanowi zmiana ubarwienia ćmy – krępaka nabrzozaka – jaką w XIX w. zaobserwowano na zanieczyszczonych przemysłowo obszarach Anglii. Owady posiadające w większości szaro-kremowe skrzydełka w ciągu kilku lat zyskały ciemnobrunatne zabarwienie. H.B.D. Kettlewell wykazał, że brunatne formy ćmy są mniej narażone na ataki ptaków na terenach zanieczyszczonych, gdzie zaniknęła szara pokrywa porostów drzew. Innymi słowy kamuflaż, jaki przed rewolucją przemysłową dawało jasne ubarwienie, stał się bezużyteczny. Kremowe osobniki odcinały się wyraźnie na tle ciemnych pni, stając się łatwym celem łowieckim dla ptaków. Za to brunatna odmiana maskowała się lepiej i tym samym miała większe szanse na uniknięcie ataków drapieżników. Więcej brunatnych ciem przeżywało i wydawało na świat brunatne potomstwo, natomiast jasne owady były systematycznie eliminowane z populacji.


Krępak nabrzozak (źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Biston_betularia(js)03_Lodz(Poland).jpg)


Doskonale pamiętam, jak w siódmej klasie szkoły podstawowej nauczycielka biologii podała przykład angielskiej ćmy jako pośredniego dowodu przemawiającego za słusznością teorii Darwina. Nie czułam się wtedy ani trochę przekonana. Biorąc sprawę na zdrowy rozum, nie mogłam pojąć, co wspólnego może mieć banalna zmiana koloru skrzydełek owada z wyjściem zwierząt na ląd, rozwojem nowych, skomplikowanych narządów czy w końcu z powstaniem człowieka. Musiało minąć wiele lat, które spędziłam na nauce biologii, żebym potrafiła w pełni docenić trafność tego argumentu i zrozumieć, że zdroworozsądkowe myślenie nie do końca sprawdza się przy rozwiązywaniu złożonych problemów przyrodniczych.

Przyznam szczerze, że poważnie się niepokoję, obserwując publiczną dyskusję, która toczy się obecnie wokół kwestii pochodzenia człowieka. Szybki postęp biologii, jaki dokonał się w ciągu ostatniego stulecia, wzbudza nieustanne obawy zarówno instytucji religijnych, jak i samych wiernych. U podstawy tego lęku leży przeświadczenie, że nauka odpowiada za postępującą laicyzację społeczeństwa. Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy to słuszne przekonanie. Na pewno nie wszyscy wierzący postrzegają naukę jako zagrożenie dla ich wiary. Również nie wszyscy ateiści są skłonni twierdzić, że wiara w boga musi stać w jawnej sprzeczności z postępem cywilizacyjnym. Sytuacja gmatwa się dodatkowo, gdy na światopogląd religijny nakładają się spory polityczne, zwłaszcza w kraju, w którym Kościół katolicki ma niebagatelny wpływ na decyzje podejmowane przez świecki rząd.

Poziom skomplikowania współczesnej wiedzy jest ogromny. Teorie naukowe powstają na podstawie dziesiątek lat eksperymentów i analiz prowadzonych przez całe zespoły badawcze, często łączące różne dziedziny wiedzy. Badacze nie działają samotnie, tylko są częścią społeczności, która przez cały czas bacznie obserwuje i ocenia ich dokonania. W razie jakichkolwiek wątpliwości o charakterze merytorycznym czy etycznym powołuje się odpowiednie komisje złożone z osób obdarzonych autorytetem w środowisku akademickim. W świetle współczesnej nauki ewolucja nie jest hipotezą, ale faktem wynikającym z wielkiej liczby powiązanych ze sobą i wzajemnie wspierających się odkryć.

Tymczasem duża część dziennikarzy i zapraszanych przez nich gości, którzy z wielką pewnością siebie wypowiadają się na tematy naukowe, ma jedynie powierzchowne wiadomości. Co więcej, dziennikarze doskonale zdają sobie sprawę, że większość widzów również nie jest specjalistami w określonej dziedzinie, a to daje ogromne pole do nadużyć. Świetną ilustrację do omawianego problemu stanowi rozmowa na temat teorii ewolucji, jaka niedawno odbyła się pomiędzy Piotrem Szumlewiczem a Tomaszem Sommerem w programie Ja panu nie przerywałem.

Już w pierwszych minutach Tomasz Sommer oświadczył, że badania genetyczne nie mogą służyć jako pośredni dowód na pochodzenie gatunku ludzkiego od małpy, bo genomy organizmów tak od siebie odległych jak muszka owocowa i człowiek są w 99% identyczne. Taki sposób prowadzenia dyskusji ujawnia typowe dla laika przekonanie, że za pomocą jednego prostego argumentu można obalić skomplikowaną teorię naukową. Rzeczywiście, na zdrowy rozum wnioskowanie Sommera wygląda sensownie: 1% różnicy to bardzo mało, w jaki więc sposób organizmy prawie nieróżniące się pod względem genetycznym mogą wyglądać tak odmiennie? 

Mimo że przez wiele lat zajmowałam się genetyką, nie potrafiłam przypomnieć sobie żadnych całościowych porównań genomu muszki owocowej i człowieka. Co więcej, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nigdy nic na ten temat nie czytałam. Nie wiem też, z jakich źródeł korzystał Tomasz Sommer. Ta dokładna i podana z wielką pewnością siebie liczba 99% wydała mi się mocno podejrzana. Poza wszystkim genomDrosophila melanogaster, czyli muszki owocowej, jest dużo mniejszy niż ludzki, obliczanie procentu wypada więc różnie w zależności od tego, czy porównujemy muszkę z człowiekiem czy odwrotnie. Byłam jednak przekonana, że oba genomy muszą być bardzo do siebie podobne, a to z tej prostej przyczyny, że oba omawiane organizmy nie różnią się znowu tak bardzo. Łatwo to zauważyć, jeśli właściwie ustawi się skalę porównawczą – nie na poziomie wyglądu zewnętrznego, ale budowy i funkcjonowania struktur komórkowych.

Otóż oba gatunki, o których mowa, należą do jednego królestwa zwierząt i, co za tym idzie, mają komórki otoczone identyczną błoną cytoplazmatyczną, wewnątrz których znajdują się podobnie zorganizowane i funkcjonujące organelle, a właśnie za działanie i regulację mechanizmów wewnątrzkomórkowych odpowiada większa część funkcjonalnych genów. W tym wypadku zdroworozsądkowe myślenie działa zwodniczo i podpowiada niewłaściwą skalę badania podobieństwa.

Różnica kilku procent zawartości genomu, która dla laika może wydawać się znikoma, w przypadku żywych organizmów oznacza ogromną ewolucyjną przepaść, prowadzącą do powstania tak odległych od siebie form jak owad i człowiek.

Doskonale pisał o tym François Jacob, wybitny francuski genetyk i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny: „Dziś stajemy wobec niebywałego paradoksu: organizmy o przeróżnych kształtach są zbudowane z tych samych zestawów genów. Różnorodność form bierze się z drobnych zmian w systemach regulacyjnych rządzących ekspresją tych genów. Budowa dorosłego zwierzęcia jest wynikiem rozwoju od postaci zarodka. W zależności od tego, czy w trakcie rozwoju dany gen będzie eksprymowany trochę wcześniej, czy trochę później (…) dorosły osobnik ulegnie głębokim przeobrażeniom. W ten sposób, mimo zasadniczych różnic pomiędzy rybami a ssakami, mają one mniej więcej takie same geny (…) To właśnie podobieństwo genów kierujących rozwojem zarodkowym umożliwia ewolucję form bardziej złożonych. Gdyby pojawienie się każdego nowego gatunku wymagało powstania nowego systemu regulacyjnego, zabrakłoby czasu na ewolucję, jaką opisują paleontolodzy” (François Jacob Mysz, mucha i człowiek, str.7–8).

Drosophila melanogaster (źródło: http://b110-wiki.dkfz.de/signaling/wiki/display/nextrnai/Drosophila+mela...)


W dalszej części programu Tomasz Sommer podał kolejny dowód na fałszywość teorii ewolucji, polegający na tym, że w ciągu ostatnich dwustu lat nie zaobserwowano powstania żadnego nowego gatunku. Stwierdzenie to większości ludzi może wydać się dziwne, bo ewolucja kojarzy się zazwyczaj z czymś zamierzchłym: dinozaurami, kopalnymi gatunkami roślin czy pterodaktylami. Oczywiście ewolucja dzieje się również współcześnie, na naszych oczach. Nowe gatunki pojawiają się nieustannie, dlatego że ciągle dochodzi do nowych mutacji i stałego przeobrażania środowiska. Należy jednak pamiętać, że jest to proces powolny, zaczynający się od drobnych różnic pomiędzy odmianami, takich jak zmiana ubarwienia krępaka nabrzozaka w Anglii. Jeśli różnice te utrwalą się i nagromadzą, z czasem dochodzi do rozdziału odmian na dwie odrębne grupy, które nie mogą krzyżować się ze sobą w warunkach naturalnych.

Obserwacja powyższego procesu nastręcza poważnych trudności ze względu na skalę czasową, jak również na ogromne bogactwo żyjących obecnie gatunków. Trzeba mieć wiele szczęścia, żeby trafić na odpowiednią chwilę i zaobserwować końcowy efekt specjacji. Nie brakuje prac naukowych, które opisują różnego rodzaju momenty pośrednie. Powstawanie nowych genów warunkujących nowe cechy jest faktem powszechnie znanym. W numerze „Science” z grudnia 2010 roku ukazał się ciekawy artykuł dotyczący wspomnianej już muszki owocowej. Autorzy porównali sekwencję całych genomów różnych gatunków Drosophila i ocenili, że w ciągu 35 milionów lat powstało 556 nowych genów („Science”, 2010 Dec; 330 (6011):1682–1685).

Oczywiście pan Sommer mógłby tu znowu zakrzyknąć, że są to badania, u podstaw których leży założenie, że wszystkie gatunki muszki owocowej posiadają wspólnego przodka, a nie zostały stworzone w swojej obecnej postaci przez boga, który wprowadził 556 różnic do ich genomów. Może przekona go wiec artykuł opublikowany prawie rok temu w „Molecular Ecology”, którego autorzy mieli tyle szczęścia, że byli w stanie obserwować i udokumentować powstanie nowego gatunku wróbla (Mol Ecol. 2011 Sep;20(18):3812–22).


Wróbel (źródło: http://ulubiency.wp.pl/kat,1010779,title,Wroble-z-Wloch-nowym-gatunkiem,...)


Prawdę powiedziawszy, wolę posła Godsona, deklarującego z całym spokojem, że nie wierzy w ewolucję niezależnie od dowodów, jakich dostarczają badania genetyczne i paleontologiczne, niż Tomasza Sommera, który próbuje podważyć w telewizji teorie naukowe za pomocą wyssanych z palca danych. Jego oponent, Piotr Szumlewicz, nie mógł wytknąć mu braku rzetelności, bo jest dziennikarzem, a nie wąsko wyspecjalizowanym ekspertem, za to widz oglądający program miał głębokie poczucie, że słucha poważnie brzmiących argumentów.

Źródło: Dziennik Opinii KP

Michael SANDEL: RYNEK ŻYCIA I ŚMIERCI

Czy chciałbyś żyć z obstawiania, że niektórzy ludzie umrą raczej prędzej niż później? Fragment książki „Czego nie można kupić za pieniądze”.
W latach 80. i 90. na fali epidemii AIDS pojawiła się moralnie niejednoznaczna forma ubezpieczenia na życie. Nazwano ją przemysłem wiatykalnym. Jego podstawą był rynek polis ubezpieczeniowych na życie dla chorych na AIDS i dla innych nieuleczalnie chorych. Działało to tak: powiedzmy, że ktoś z polisą na życie wartą 100 tysięcy dolarów dowiaduje się od lekarza, że ma przed sobą tylko rok życia. I powiedzmy, że potrzebuje pieniędzy na bieżącą opiekę medyczną albo po prostu na to, żeby cieszyć się życiem w tym krótkim czasie, jaki mu pozostał. Inwestor składa ofertę odkupienia polisy od chorego ze zniżką rzędu, powiedzmy, 50 tysięcy dolarów i zobowiązuje się płacić roczne składki. Kiedy pierwotny właściciel polisy umiera, inwestor inkasuje 100 tysięcy dolarów.

Wydaje się, że to się wszystkim opłaca. Umierający właściciel polisy zyskuje dostęp do gotówki, której potrzebuje, a inwestor zgarnia sowity zysk – pod warunkiem, że osoba umiera zgodnie z planem. Wiąże się z tym jednak pewne ryzyko: chociaż inwestycja wiatykalna gwarantuje określoną wypłatę (w naszym przykładzie – 100 tysięcy dolarów), to stopa zwrotu zależy od długości życia osoby ubezpieczonej. Jeśli umiera ona, zgodnie z przewidywaniami, po roku, zysk inwestora, który zapłacił 50 tysięcy dolarów za polisę wartą 100 tysięcy, jest – by się tak wyrazić – zabójczy: stuprocentowa stopa zwrotu w skali roku (minus opłaty oraz prowizja dla brokera, który pośredniczył w transakcji). Jeśli przeżyje rok więcej, inwestor musi czekać na swoje pieniądze dwa razy dłużej, a więc roczna stopa zwrotu zmniejsza się o połowę (nie licząc dodatkowych składek, które jeszcze bardziej uszczuplają zysk). Jeżeli pacjent w cudowny sposób zdrowieje i żyje jeszcze przez wiele lat, inwestor może nic nie zarobić.

Ma się rozumieć, każda inwestycja niesie ze sobą ryzyko. Jednak w przypadku umów wiatykalnych ryzyko finansowe wiąże się z moralną komplikacją nieobecną w większości innych inwestycji: inwestor musi mieć nadzieję, że osoba, od której kupuje ubezpieczenie na życie, umrze raczej wcześniej niż później. Im dłużej człowiek się trzyma, tym niższa stopa zwrotu.

Jak nietrudno przewidzieć, przemysł wiatykalny starał się jak najusilniej bagatelizować ten makabryczny aspekt swojej działalności. Brokerzy wiatykalni opisywali swoją misję w kategoriach zapewnienia nieuleczalnie chorym środków do przeżycia ostatnich dni w stosunkowo wygodnych i godnych warunkach. (Wyraz „wiatykalny” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego podróż, a w szczególności pieniądze i prowiant przekazywane rzymskim urzędnikom udającym się w podróż).

Nie da się jednak zaprzeczyć, że inwestor ma interes w rychłej śmierci ubezpieczonego.

„Zdarzały się fenomenalne stopy zwrotu, ale zdarzały się również opowieści grozy, kiedy ludzie żyli dłużej”, powiedział William Scott Page, prezes wiatykalnego przedsiębiorstwa Fort Lauderdale. „Tego rodzaju emocje towarzyszą umowom wiatykalnym. Nie ma takiej nauki, która potrafi dokładnie przewidzieć czyjąś śmierć”.

Niektóre z tych „opowieści grozy” doprowadziły do spraw sądowych, w których zawiedzeni inwestorzy pozywali brokerów za sprzedaż polis ubezpieczeniowych na życie, których zapadalność nie nastąpiła w przewidzianym terminie. Wynalezienie w połowie lat 90. leków przeciwko wirusowi HIV, które wydłużyły życie dziesiątków tysięcy ludzi chorych na AIDS, wprowadziło spore zamieszanie w sektorze wiatykalnym. Pewien kierownik takiej firmy tak wyjaśnił minusy wprowadzenia leków przedłużających życie: „Kiedy oczekiwana długość życia rośnie z 12 do 24 miesięcy, twoim zyskom grozi ruina”. W 1996 roku przełom w badaniach nad lekami antywirusowymi spowodował spadek kursu akcji Dignity Partners Inc., firmy wiatykalnej z San Francisco, z 14,50 do 1,38 dolara. Wkrótce potem firma upadła.

W 1998 roku „The New York Times” opisał historię wzburzonego inwestora z Michigan, który pięć lat wcześniej nabył polisę ubezpieczeniową na życie Kendalla Morrisona, chorego na AIDS nowojorczyka, który był wówczas w fatalnym stanie. Dzięki nowym lekarstwom zdrowie Morrisona ustabilizowało się, ku przerażeniu inwestora.

„Nigdy wcześniej nie miałem poczucia, że ktoś pragnie mojej śmierci”, powiedział Morrison. „Ciągle przysyłali mi paczki i dzwonili, tak jakby pytali: »Jeszcze żyjesz?«”.

Z chwilą gdy zdiagnozowanie AIDS przestało oznaczać wyrok śmierci, firmy wiatykalne usiłowały zdywersyfikować swój biznes tak, aby obejmował ludzi chorych na raka i inne śmiertelne choroby. Niezrażony spadkiem na rynku AIDS William Kelly, prezes Viatical Association of America, branżowego zrzeszenia przemysłu wiatykalnego, nakreślił optymistyczny obraz rynku transakcji terminowych dotyczących śmierci: „W porównaniu z liczbą chorych na AIDS liczba osób z rakiem, poważnymi chorobami sercowo-naczyniowymi i innymi śmiertelnymi chorobami jest ogromna”.

Biznes wiatykalny przyczynia się do jasno określonego dobra społecznego: finansowania ostatnich dni życia śmiertelnie chorych. Co więcej, zgoda ubezpieczonego jest konieczna od samego początku (chociaż nie można wykluczyć, że w niektórych wypadkach bardzo chorym ludziom brakuje siły przetargowej, aby wynegocjować uczciwą cenę za swoją polisę ubezpieczeniową). Moralna problematyczność transakcji wiatykalnych nie polega zatem na braku zgody, ale na tym, że są to zakłady o śmierć, w efekcie których inwestorzy są żywo zainteresowani rychłym zejściem osób, których polisy wykupują.

Można ripostować, że umowy wiatykalne to niejedyne inwestycje, które zasadniczo sprowadzają się do zakładu o śmierć. Rynek ubezpieczeń życiowych również zamienia naszą śmiertelność w towar. Jest jednak różnica: kiedy firma sprzedaje mi polisę ubezpieczeniową na życie, zakłada się na moją korzyść, a nie przeciwko mnie. Im dłużej żyję, tym większy zarobek dla firmy. W przypadku umów wiatykalnych interes finansowy jest odwrócony: z punktu widzenia firmy im szybciej umrę, tym lepiej.

Czemu właściwie mam się przejmować, czy jakiś inwestor liczy na moją śmierć? Być może nie powinienem, jeżeli nie podejmuje w związku z tym żadnych działań i nie dopytuje się zbyt często o mój stan. Może to tylko brzmi makabrycznie, ale nie jest moralnie naganne. A może problem leży nie w jakiejś namacalnej krzywdzie, której doznaję, ale w szkodliwym wpływie na charakter inwestora. Czy chciałbyś żyć z obstawiania, że niektórzy ludzie umrą raczej prędzej niż później?

Podejrzewam, że nawet entuzjaści wolnego rynku nie byliby skłonni przyjąć bez wahania wszystkich konsekwencji założenia, że stawianie zakładów na życie jest jak każdy inny biznes. Rozważmy: gdyby biznes wiatykalny nie różnił się moralnie od ubezpieczeń na życie, czyż nie powinien mieć takiego samego prawa, aby lobbować w swoim interesie? Skoro przemysł ubezpieczeniowy ma prawo, zgodnie ze swoim interesem, lobbować na rzecz przedłużania życia (przez wprowadzenie prawnego obowiązku zapinania pasów bezpieczeństwa lub politykę antynikotynową), to czy przemysł wiatykalny nie powinien mieć prawa lobbować, zgodnie ze swoim interesem, na rzecz przyspieszenia śmierci (przez zmniejszenie nakładów z budżetu federalnego na badania naukowe związane z leczeniem AIDS albo nowotworów)? O ile mi wiadomo, sektor ten nie podjął takich działań.

Jeśli jednak jest moralnie dopuszczalne inwestowanie w prawdopodobieństwo, że chorzy na AIDS albo na raka umrą raczej wcześniej niż później, to czemu nie miałoby być usprawiedliwione moralnie promowanie polityki państwowej skierowanej na ten właśnie cel?

Jednym z wiatykalnych inwestorów był Warren Chisum, konserwatywny członek Izby Reprezentantów stanu Teksas, znany jako „zagorzały przeciwnik homoseksualizmu”. Prowadził udaną kampanię na rzecz przywrócenia karalności sodomii w Teksasie, sprzeciwiał się edukacji seksualnej i głosował przeciwko programom pomocy dla ofiar AIDS. W 1994 roku Chisum dumnie oświadczył, że zainwestował 200 tysięcy dolarów w wykup polis ubezpieczeniowych na życie sześciu osób chorych na AIDS. „Obstawiam, że zarobię co najmniej 17 procent, a w niektórych przypadkach dużo więcej” – powiedział Houston Post. „Jeśli umrą za miesiąc, to wiecie, [inwestycje] okażą się bardzo rentowne”.

Niektórzy oskarżali teksańskiego ustawodawcę o popieranie polityki, z której czerpie osobiste zyski. Ale zarzut był nietrafiony, ponieważ jego pieniądze podążały śladem jego przekonań, a nie odwrotnie. To nie był klasyczny konflikt interesów, tylko coś znacznie gorszego: moralnie wypaczona wersja inwestowania odpowiedzialnego społecznie.

Bezwstydna satysfakcja, z jaką Chisum traktował makabryczny charakter umów wiatykalnych, była wyjątkiem. Inwestorami wiatykalnymi zazwyczaj nie powodowała niechęć; większość życzyła dobrego zdrowia i długiego życia ludziom chorym na AIDS – z wyjątkiem tych osób, które stały się częścią ich inwestycyjnego portfela.

Nie tylko inwestorzy wiatykalni zarabiają na życie dzięki śmierci. Dotyczy to również koronerów, przedsiębiorców pogrzebowych i grabarzy, którzy przecież nie spotykają się z moralnym potępieniem. Kilka lat temu „The New York Times” przedstawił sylwetkę Mike’a Thomasa, 34-letniego mieszkańca Detroit, który pracuje dla miejscowej kostnicy. Jego zadaniem jest zbieranie ciał denatów i przewożenie ich do kostnicy. Płacą mu, by tak rzec, od głowy: 14 dolarów za każde przywiezione zwłoki. Dzięki dużej liczbie zabójstw w Detroit mężczyzna potrafi zarobić około 14 tysięcy dolarów rocznie w tej ponurej pracy. Ale kiedy wskaźnik przemocy maleje, dla Thomasa oznacza to ciężkie czasy: „Wiem, że to brzmi dość dziwacznie”, przyznał. „To czekanie na czyjąś śmierć. Ta nadzieja, że ktoś umrze. Ale tak to właśnie wygląda. Dzięki temu mogę wyżywić swoje dzieci”.

Akordowe wynagrodzenie za zwożenie zwłok do kostnicy jest być może oszczędne, ale pociąga za sobą koszty moralne. Sytuacja, w której pracownik liczy na finansową korzyść wskutek śmierci swoich bliźnich, sprzyja stępieniu jego – i naszej – etycznej wrażliwości. Pod tym względem przypomina to biznes wiatykalny, z jedną wszakże, moralnie istotną, różnicą: chociaż „odbieracz zwłok” zarabia na życie dzięki umieraniu, nie musi liczyć na rychłą śmierć konkretnej osoby. Wystarczy, że umrze ktokolwiek.

Fragment książki Mchaela Sandela Czego ne można kupić za pieniądze, Kurhaus Publishing 2012
Źródło: Dziennik Opinii KP

sobota, 24 sierpnia 2013

W młodych nadzieja. Chociaż nie we wszystkich


Cała władza w ręce młodych? Tyle, że oni nie tylko nie są do niej przygotowani. Oni nie chcą jej brać. Są indywidualistami, wolą zajmować się własnymi sprawami. Ale i tak starzy muszą się od nich uczyć


Im szybciej będą przejmowali rządy - od rządu RP po rząd dusz - tym lepiej dla wszystkich - pisał o młodych Jacek Żakowski w ''Magazynie Świątecznym''.

Są lepiej wykształceni, nie krępują ich własne biografie, mają mniej kompleksów i lęków, a przede wszystkim nie są i nie czują się autorami tego status quo, więc mogą na nie patrzeć bardziej racjonalnie, chłodno, profesjonalnie i kreatywnie - argumentował publicysta. Wytykał swojemu pokoleniu, że kurczowo trzyma się zwietrzałych idei, broni stworzonych przez siebie rozwiązań, choć się nie sprawdziły, i pogrąża w dyskusjach o dawno przebrzmiałych problemach, zamiast rozwiązywać obecne. Nigdy wcześniej różnica między przeszłością a przyszłością nie była tak zasadnicza, więc nigdy wcześniej światy młodych i starych nie były tak odległe. I nigdy świat starych nie był tak odległy od przyszłości. A to jednak przyszłość jest celem. Tylko od młodych starzy mogą się jej nauczyć - twierdził.

Teza Żakowskiego brzmiała atrakcyjnie, ale rychło pojawiły się głosy polemiczne.

Paweł J. Dąbrowski pisał - podpierając się twardymi danymi - o pułapce wiary w większą kreatywność młodych i rewolucyjną moc radykalnych rozwiązań. - Być młodym to fajna rzecz. Ale czynienie z młodości panaceum na mądrość to ciężki absurd - podkreślał.

Jakub Żulczyk drwił z przekonania, że pokolenie dwudziestolatków jest ciekawe świata, chłonne i zdolne do refleksji: ''Jesteśmy bandą przyspawanych do internetu, otępiałych od przestymulowania idiotów''.

Profesor Jerzy Jedlicki przypomniał, że wielu "starych" swobodnie porusza się w świecie "młodych", konflikt między etsablishmentem przywiązanym do status quo i jego kwestionującymi zastany porządek dziećmi jest stary jak świat, a krytyczne portrety generacyjne kreśliło każde pokolenie.

Jeszcze inaczej do sprawy podszedł w najnowszym numerze ''Magazynu Świątecznego'' Piotr Kuczyński, który nie wątpi w talenty i dobre chęci młodych, za to kwestionuje zdolność pokolenia Y do konsekwentnego działania. Znany ekonomista zgadza się, że system nawala, a jego reforma nie jest możliwa bez zmiany elit. Mało tego, twierdzi, że władzy starych nie trzeba obalać, bo już obala się sama, i tak naprawdę żyjemy w okresie interregnum. Tyle tylko, że nie widzi nikogo, kto mógłby przejąć berło. - Zanurzeni w wirtualnej sieci i szukający tam ''przyjaciół'' potrafią się czasem zmobilizować, czego doświadczamy od czasu do czasu, widząc ''flash mob''. Śmiem jednak twierdzić, że tego typu ruchy są z natury ulotne i nie prowadzą do istotnych zmian. Są tak prawdziwe, jak prawdziwi są ''przyjaciele'' z Facebooka. Mogą się pojawiać w obronie jakiegoś zagrożonego zwierzątka lub w walce przeciwko ACTA, ale większość ludzi przyłącza się do takiej akcji po prostu dla zabawy. Nic z tego w dłuższym terminie nie wynika. Gdzie są teraz ruchy amerykańskie Okupuj Wall Street czy hiszpańskich Oburzonych? - gorzko uśmiecha się Kuczyński.

A co na to spiritus movens całej dyskusji? Jacek Żakowski obstaje przy swoim. Dąbrowskiemu odpowiada, że może i młodość nie jest panaceum na wszystko, ale gdzie indziej szukać nadziei, skoro modele ekonomiczne i społeczne zbudowane przez starych właśnie się walą. Żulczykowi przypomina, że wytykanie młodym bezideowości i skupienia na zabawie jest nie fair, bo rozrywkowe elity istniały również w pokoleniu Kolumbów i wśród równieśników samego Żakowskiego. Kuczyńskiemu zwraca uwagę, że bierność młodych, z którą ich rodzice nie potrafią się uporać, dowodzi właśnie tego, że odkleili się od rzeczywistości i są bezradni. A profesorowi Jedlickiemu daje odpór, odwołując się do cytowanej przez polemistę słynnej antropolożki Margaret Mead, która opisała trzy typy kultury. Postfiguratywną, niezmienną, w której młodzi uczą się życia od starych; kofiguratywną, w której zmiany cywilizacyjne sprawiają, że młodzi uczą się od starych, a starzy od młodych; i prefiguratywną, w której błyskawiczne zmiany powodują, że głównie to starzy uczą się od młodych.

W Polsce wciąż żyjemy w tej pierwszej - dowodzi publicysta. - Postfiguratywność odcisnęła piętno na polskiej transformacji, która w dużej mierze była i jest próbą odtworzenia przeszłości. (...) Kluczem jest zmiana mentalności, stylu życia, wartości wywołana zmianą cywilizacyjną. A w Polsce wciąż słychać wołania o ''Autorytet'' zawsze wiązany z wiekiem. Takich wezwań nie słychać w społeczeństwach zachodnich, które w latach 60. przeszły transformację kultury z postfiguratywnej w kofiguratywną. (...) Opisane przez Kuczyńskiego napięcia w zachodnich społeczeństwach ilustrują problemy tego przejścia. My mamy problem z pierwszym przejściem, bo presja narzuconej przemocą peerelowskiej wersji modernizacji spowodowała petryfikację postfiguratywnej kultury łącznie z feudalną figurą prymasa jako interreksa. Ten proces utrwaliła obrona balcerowiczowskiej wersji transformacji - podsumowuje Żakowski. I przekonuje, że jeśli ani starzy, ani młodzi nie są gotowi na przekazanie władzy, to przynajmniej jedni powinni czasem posłuchać drugich.


A poza tym w Magazynie: 

Terrorysta czy dziennikarz
To stary konflikt - władza chce ukryć jak najwięcej, nie tylko to, co konieczne, społeczeństwo i media chcą jak najwięcej odkryć. Rozmowa z prof. Wojciechem Sadurskim
Rushdie. Żyj pełnią życia
Bądź sobą aż do dnia, kiedy nie będziesz mógł dalej żyć. Nie zmieniaj się. Tego się nauczyłem z powieści Conrada
Nie wierzę w przejęcie władzy przez młodych
Zanurzeni w wirtualnej sieci potrafią się czasem zmobilizować. Jednak tego typu ruchy są z natury ulotne i nie prowadzą do istotnych zmian
Syria wzywa pomocy
W Syrii uciekinierzy mieszkają w grotach, w ruinach starożytnego miasta. Wielu z nich myśli, że zostaną już w nich na zawsze
Czy referendum to droga do raju
Kalifornię, stan niegdyś mlekiem i miodem płynący, arcydemokratyczne inicjatywy ustawodawcze doprowadziły na skraj bankructwa
Czas wielkiego tłumu
Czy patrzę na Tintoretta, mam przekonanie, że dzieło jest ponad mną. Wobec sztuki mojego czasu mam często poczucie, że ktoś źle ją pomyślał i wykonał przemysłowymi środkami. Jarosław Mikołajewski na weneckim biennale
Co zapamiętasz ze swojego życia?
Varga: Historia tworzy się nie tylko przez politykę, a na pewno nie przez taką politykę, jaką mamy w Polsce
Podziel się chorobą
Pacjenci korzystający z wizyt grupowych zamiast 10 minut spędzają w gabinecie nawet 90. I wynoszą więcej informacji niż z indywidualnego spotkania ze specjalistą
Wracaj, Cyganie, skąd przyjechałeś
Retoryka i polityka wymierzona w Romów to dziś zjawisko ponadpartyjne, rozpięte między lewicą i prawicą. Bez różnicy
Nuda jako śmiertelna choroba demokracji 
Groźba ''Obyś żył w ciekawych czasach'' jest przez wielu traktowana poważnie, ale czasy demokracji to mają być właśnie czasy ciekawe
Koszkoholicy
Do nowego mieszkania wpuszcza się kotkę i po jej zachowaniu zgaduje, których miejsc lepiej unikać. Radziwinowicz opowiada o Rosji
Rymkiewicz i żołnierze Rzeczypospolitej
W XVIII wieku zdrajcy dobijali Polskę. Dzisiaj też
Źródło: Wyborcza.pl

SCHODOWSKI, SOSNOWSKI: ĆWIARTOWANIE HEGLA

W gruncie rzeczy nie ma innego sposobu myślenia niż ten, który obecnie określa się jako heglowski.
Bartosz Wójcik: Dlaczego Hegel? Nie należy on współcześnie do najbardziej sexy myślicieli.  

Jacek Schodowski: Ujmując rzecz w kategoriach kultury hipsterskiej, możemy powiedzieć, że Hegel jest jeśli nie najważniejszym, to z pewnością jednym z najważniejszych retro-myślicieli, który dostarcza wciąż aktualnych ram pojęciowych dla otaczającej nas rzeczywistości.

Maciej Sosnowski: Dlaczego Hegel? Są liczne i słabe zazwyczaj filmy amerykańskie o brzydko ubranych, zapuszczonych typach, którzy się szwendają po korytarzach college’ów, i choć są looserami, wszyscy ich biją bądź nimi gardzą, to jednak wzbudzają w widzu podskórną sympatię. Hegel jest jednym z nich. To znaczy takim brzydkim kaczątkiem: koleś z wielkim potencjałem, którego nikt nie dostrzega, a wybucha w tej finałowej scenie, bo to właśnie on wszystkich ogrywa, rzuca najwięcej punktów do kosza, podrywa tę super cheerleaderkę. I to jest chyba odpowiedź – mimo całej tej niefajnej otoczki to jest największy filozof w dziejach. Trzeba tylko opowiedzieć jego historię do końca i wtedy widać, że facet ma przegigantyczny potencjał przykryty masą nieżyczliwych czy złych interpretacji.

Co w takim razie wydaję wam się najatrakcyjniejsze czy najbardziej aktualne w dorobku Hegla dla współczesnego czytelnika? 

JS:  Dzisiaj Hegel w doskonały sposób funkcjonuje jako odtrutka na łatwość myślenia, którą aprobowały rozmaite nurty myśli ponietzscheańskiej. Wprowadziły one deklaratywną lekkość myśli kosztem jej trywializacji. A Hegel jest nie tyle powrotem do ciężaru metafizycznego, co właśnie do ciężaru samego myślenia. Może w tym tkwi największa zaleta Hegla, że myślenie za jego sprawą jest jeszcze w stanie stawiać opór, a tym samym wszelkie kretynizmy o śmierci filozofii okazują się być zdecydowanie przedwczesne. Natomiast jeśli traktować Hegla jako kolesia, który żył około dwieście lat temu i pisał różne rzeczy o świecie, historii, duchu itd., to faktycznie powracanie do takiego Hegla, czy raczej do jego widma, byłoby obskurantyzmem filozoficznym i nie miałoby to większego sensu.


Ja osobiście przychylam się do zdania Žižka, że powrót do Hegla dzisiaj jest możliwy tylko i wyłącznie przez psychoanalizę. To są dwa dyskursy, które wręcz siebie wymagają, zabezpieczając nawzajem swoje newralgiczne miejsca: z jednej strony, żeby nie popaść – z perspektywy Hegla – w starą wyświechtaną metafizykę obecności, a z drugiej strony – z perspektywy psychoanalitycznej – żeby nie skończyć jako ideologia burżuazyjna. 


Co sprawiło, że Hegel stał się „chłopcem do bicia”? 

MS: Często lenistwo. Nie chciało się, szczególnie niezawodowym filozofom jak Nietzsche, tego Hegla czytać, co jest akurat, tak po prostu po ludzku, zupełnie zrozumiałe. Potem, jak się już wszyscy tym nietzscheańskim novum zachłysnęli, to wielu uznało, że sprawa jest już załatwiona, 

JS: Jeśli chodzi o francuski przełom antyheglowski, to ma on wiele wspólnego z antyheglizmem Nietzschego, za sprawą jego wybitnego komentatora i interpretatora, czyli Deleuze’a. Wydaje mi się, że antyheglizm Deleuze’a wykazywał wiele podobieństw do antyheglizmu Nietzschego: sam Hegel był u nich słabo rozpoznany, funkcjonował przede wszystkim jako podręcznikowa zmora, nihilista, stary Prusak, który mówi o potędze swojego państwa, żelaznych prawach rozwoju ducha dziejowego i prymacie ogólności. Wystarczy spojrzeć na rozdział poświęcony Heglowi w Nietzsche i filozofia Deleuze’a, gdzie zła wiara autora osiąga poziom krytyczny zmieniający się w stek bzdur na temat autora Fenomenologii. Dlatego też nie powinien nas zaskakiwać radykalny opór Deleuze’a – broniącego w "Różnicy i powtórzeniu" zasady jednostkowości – wobec tak jednoznacznie totalistycznej a zarazem jednoznacznie fantazmatycznej wizji na temat  Hegla. Takiemu „złemu” Heglowi należy się przeciwstawiać, inaczej mają się sprawy z „dobrym” Heglem, przeczytanym życzliwszym, nieuprzedzonym okiem, który paradoksalnie okazuje się  doskonałym sojusznikiem w poszukiwaniach Deleuze’a. Taki Hegel okazuje się być protoplastą myślenia różnicy i radykalnej przygodności. W tym tkwi jego punkt styczny z Deleuze’m. Oczywiście taką tezę możemy postawić przede wszystkim dlatego, że czytamy Hegla narzędziami psychoanalizy.

Czy ty, Maćku, uważasz, że to jest jedyna linia obrony Hegla, którą można podjąć, czy może też da się obronić pojęcie Heglowskiej totalności, które np. jako swój integralny moment zawierałoby różnicę i przypadkowość?

MS: Jak rozumiem, sugestia zawarta w twoim pytaniu jest taka, żeby bronić tej totalności, bronić tej całości. „Tej” czyli właściwie wyczytanej z samych pism Hegla, a nie totalności wypracowanej na zupełnie innym gruncie (gdzieś tam w meandrach filozofii XIX czy XX wieku), a dopiero potem wtłoczonej do samego Hegla, w celu jego kompromitacji. I ja się z tym zgadzam – całość Heglowska, ta prawdziwa całość Heglowska to coś, co warto na gruncie filozofii bronić, bo to jest po prostu remedium na wszelkiego rodzaju jednostronności i dziwne, niebezpieczne, pełne przemocy przegięcia. Cała ta skomplikowana sytuacja – dwóch totalności, złej i dobrej, kojarzonych z Heglem – jest znamieniem wspomnianego leniwego rozczytania Hegla w XX wieku, zapoznania jego dokonań i potem dochodzeniem do niego poprzez innych filozofów, którzy mają niby Hegla ratować, uwspółcześniać, bez ufności w to, że on sam może być już znacznie bardziej współczesny niż oni i to, z całym dobrodziejstwem swojego inwentarza: metafizyką, totalnością itd. 
Generalnie wydaje mi się, że tak, należy bardziej zaufać samemu Heglowi i przyjąć go z całym jego filozoficznym bagażem, ze wszystkim co oferuje. Bo dopiero wtedy Hegel tak naprawdę działa. Powinno się zatem zabrać za Hegla jako Hegla – prawdziwego Hegla…

JS: Prawdziwego, czyli jakiego? Mówisz tak, jakby to naprawdę był spójny obraz, a on przecież ma już kilka pęknięć w obrębie zaledwie jednej książki, jednego dzieła!

MS: O to właśnie chodzi! Nie idzie o to, aby dekonstruować Hegla za pomocą innych tekstów współczesnych, ewentualnie inne teksty dekonstruować przy użyciu Hegla, tylko o to, aby wziąć Hegla jako Hegla, tzn. po prostu jego teksty, i zobaczyć jak on sam jest pęknięty, zróżnicowany, wewnętrznie sprzeczny, sam nieustannie siebie dialektycznie przepracowujący itd. Po prostu trzeba zaufać tym tekstom.

JS: Szczerze mówiąc, nie wiem czy do czegoś nam się dzisiaj przydadzą jenajskie rozważania z zakresu chemii. Moim zdaniem, czytając rozmaite dyskursy spulchniające Hegla zajedziemy chyba nieco dalej niż sięgając do Hegla jako Hegla. Być może w takiej samej mierze istotne jest to czego Hegel nie napisał lub co przemilczał, jak to, czemu poświęcał swoje wykłady. 

Wydaje mi się, że wyłoniły się w naszej dyskusji dwa wyraziste stanowiska. Ty, Jacku uważasz, że Hegla należy ćwiartować poprzez narosłe w historii filozofii komentarze. Natomiast twój pomysł, Maćku, jest taki, żeby sięgnąć do Hegla, który samego siebie ćwiartuje. Jak to w takim razie jest z tym ćwiartowaniem?

MS: Hegel sam się nieustannie ćwiartuje i im więcej z Hegla w Heglu, tym bardziej on siebie ćwiartuje, tym bardziej jest niespójny. Ćwiartowanie jako metafora funkcjonowania heglowskich sprzeczności, jest sposobem życia tej filozofii, a nie jej prostym uśmiercaniem. Natomiast gdy siłą i bez skrupułów wyciągamy z niego to, co jest nam potrzebne, ćwiartowanie przemienia się w wyrywanie flaków i mechaniczną produkcję mięsa (że tak napompuję balon tej metafory do oporu), tym bardziej on sprawia wrażenie kolesia, który właśnie dostarcza spójnych metodologicznych narzędzi, pomysłów, pojęć, które można z łatwością i bezproblemowo wykorzystać.


To jest wtedy taki kotlet z Hegla, słaba opcja. Nie oznacza to, że instrumentalizacja Hegla do partykularnych celów z zasady musi być czymś złym, chodzi raczej o to, aby była jednak czymś wtórnym, aby nie przysłaniała możliwość ujęcia bardziej całościowego. 


Mam w takim razie pytanie do Jacka. Czy taki nadmiernie poćwiartowany Hegel nie traci swoich trwałych jakości, które w ogóle umożliwiają identyfikację Hegla jako Hegla? Skoro możemy mieć Hegla Deleuze’a, Hegla Habermasa, Hegla Žižka i jeszcze wielu innych, to czy przypadkiem Hegel nie staję się wtedy wszystkoobsługujący, a co za tym idzie zupełnie nieoperacyjny? Czy nie grozi nam wtedy to, że z Heglem można absolutnie zrobić wszystko?

JS: Sęk w tym, żeby być na tyle precyzyjnym filozoficznym chirurgiem, aby utrzymać to ciało Heglowskie, pomimo rozlicznych amputacji, cały czas przy życiu, z pulsującym sercem. Natomiast to, o czym mówisz, przypomina bardziej potwory Frankensteina; z przyszytą martwą ręką czy nogą. Takie potwory, owszem powstawały, szczególne upodobanie do nich wykazywali Francuzi, którzy zapożyczali od Hegla  bardzo silne pojęcia, nie wyprowadzając z nich jednak ostatecznych konsekwencji filozoficznych – takie myślenie na pół gwizdka. Natomiast znakomitym przykładem filozofów, którzy poćwiartowanego Hegla utrzymywali  wciąż przy życiu, byli chociażby frankfurtczycy z Adornem na czele, a pośród Francuzów Lacan – który, żeby było śmieszniej,  być może wcale tego Hegla nie przeczytał, a chcąc, nie chcąc i tak pozostawał najwierniejszym heglistą spośród wszystkich. Żaden z nich przecież nie wracał do „Hegla jako Hegla” ani też nie robił z niego kotletów. Paradoksalnie to deklaratywnie antyheglowscy myśliciele – jak Lacan czy Deleuze – sprawiają, że wydawałoby się już martwe pojęcia uzyskują nowe, życiodajne tchnienie, a serce Heglowskie wciąż bije. Aby uczynić sytuację jeszcze bardziej paradoksalną możemy powiedzieć, że np. Lacan jest najbliższy Heglowi dokładnie tam, gdzie o nim w ogóle nie wspomina. 

W czym by się objawiało to ożywianie? 

JS: Ano chociażby tym, że wprowadzamy do myślenia wymiar zasadniczej  niekonsystencji. Zaczynamy raczej interesować się dziurami w całym aniżeli całym, czy też uruchamiamy w myśleniu żywioł negatywności, który jest podstawową cezurą oddzielającą tradycję heglowską, od np. spinozjańskiej. Porównując dzisiejszych przedstawicieli obydwu tradycji, dajmy na to Žižka i Negriego, to nie tylko na poziomie pojęć, ale przede wszystkim w samym szkielecie myślenia można zobaczyć, że są to dwa zgoła odmienne projekty filozoficzne. Zasadzają się na zupełnie innej motoryce wewnętrznych wektorów sił: to, co stara się skonstruować Negri za Deleuzem, to jest taka entropia; natomiast Žižek, Lacan i inni filozofowie z tradycji heglowskiej przede wszystkim przepracowują pojęcie negatywności myśląc raczej w ramach dialektycznych spięć.

MS: Problem z Heglem polega na tym, że jakkolwiek by go nie czytać, czy na sposób instrumentalny czy na sposób całościowy, to i tak będzie tracił ów heglizm swoje cechy dystynktywne, realizując w ten sposób swoją wewnętrzną paradoksalną logikę całości. Bo jak słusznie zauważyłeś w pytaniu, Hegel obecnie zatraca wyznaczniki bycia Heglem, zostaje tak poćwiartowany, że nie wiadomo, czy to jest jeszcze Hegel, gdzie kończy się Hegel, jaka filozofia zaczyna się po Heglu itd. Mi to się wydaje – mimo moje wcześniejszej wypowiedzi, na pierwszy rzut oka z tym nieuzgadnialnej – świadectwem właściwego powrotu do Hegla. I jego triumfu czy też triumfu dialektyki w ogóle. To jest większy problem związany z tym pierwszym pytaniem: po co Hegel w ogóle. Pytanie takie jest o tyle źle sformułowane, że w gruncie rzeczy nie ma innego sposobu myślenia niż ten, który obecnie określa się jako Heglowski. Hegel genialnie rozpoznaje to, w czym pracuje – samo myślenie. I w ten sposób jest nieprzekraczalny o ile myślenie jest nieprzekraczalne. Ale że samo to myślenie jest wewnętrznie poćwiartowane, sprzeczne, to nieprzekraczalność Hegla nie zamienia go w martwą skorupę, tylko tam ciągle coś się dzieje, bo ono – uwaga! – ciągle samo się przekracza ku sobie. Uff… 

Dochodzimy do bardzo interesującego momentu, bowiem według ciebie, Jacku, z Hegla należy ocalić dla współczesności wypracowane przez niego pojęcie negatywności i dialektykę krótkich spięć. Natomiast ty, Maćku, uważasz, że nic nie trzeba ocalać, gdyż Hegel sam się ocala. To znaczy, że nikt nie jest wstanie od niego uciec, bowiem każdy krytyk Hegla jest już uwikłany w jego dyskurs. Dlatego nie można wyróżnić czy wyosobnić jednego punkt, momentu jego myśli, który gwarantowałby jej aktualność. Tylko Hegel jako całość jest aktualny!

MS: Tu jest jeszcze jedna ważna kwestia: czy jest tak, że dzięki Heglowi uzyskaliśmy pełniejszą świadomość tego, że myślenie jest negatywne, czy dopiero dzięki Heglowi myślenie stało się negatywne. Ja mam jednak wrażenie, że ta pierwsza opcja jest właściwa. Na tym polega kluczowy problem z Heglem, to nie jest tak, że on jak jakiś Prometeusz dał nam ogień, którego wcześniej nie było. O tylko odkrył to, że myślenie jest i zawsze było negatywne. Tak rozumiany heglizm rozpoznaje coś, co w tradycji filozofii Zachodu funkcjonowało od samego początku. Heglizm im bardziej jest literalnie heglizmem, tym mniej staje się heglizmem partykularnym, "historycznym": ponieważ im mocniej wchodzimy w taką definicję myślenia, którą proponuje Hegel, tym bardziej zauważamy, że ta definicja jest superuniwersalna i dotyczy całej filozofii, tego dziwnego gatunku literackiego, który kiedyś tam się zaczął i nie wiadomo jak się skończy.


Dlatego Hegel traci swoje cechy wyróżniające – ich utrata jest samą istotą heglizmu, tj. zatracanie tego, co partykularne pozostające jednak przy tym, co konkretne. 


JS: Na tym polega chyba cały wic, którego już Hegel był świadom. Dlatego postanowił on zrobić wykłady z historii filozofii, żeby zbudować swoje drzewo genealogiczne, ukazać sieć własnych wpływów, która może świadczyć zarówno o jego impotencji, jak i o omnipotencji.

Zatrzymajmy się przy tej dialektyce impotencji i omnipotencji. Czy da się uchronić heglizm przed totalizującymi i autorytarnymi zakusami, które niewątpliwie w nim występują? 

MS: I znowu - naprawdę mam wrażenie, że nie jest to problem Heglowski, tylko problem myślenia jako takiego. To znaczy myślenia nazwanego przez Hegla siłą negatywności. Nie jest tak, że jeśli wytoczymy potężne działa naładowane siejącymi zniszczenie argumentami i wystrzelimy je przeciwko konkretnej osobie – G. W. F. Heglowi – to poradzimy sobie z problemem wszystkożerności systemu, ogólnością, totalnością, etc. Myślenie jest takie, że zawsze tkwi w nim ryzyko totalizacji, ideologizacji, kolonizacji, wszystkich tych złych rzeczy. Nie potrzeba wcale "Dialektyki oświecenia" Adorna i Horkheimera, wydaje mi się, że sam Hegel rozpoznawał tkwiące tutaj zagrożenie, jak pewnie kilku innych kolesi przed nim, ale on to też bardzo precyzyjnie opisał. Inaczej mówiąc, Hegel o tyle jest dobry, że rozpoznaje problem w samej "problematyczności" – tj. problem w samym problematyzowaniu, tj. myśleniu. Nie jest tak, że myślenie jest "zwykłym" narzędziem do rozwiązania jakiegoś tam problemu, bo to ono samo jest źródłem wszelkich problemów, do których rozwiązywania zostało powołane. 

Już w sobotę, 24 sierpnia, druga część rozmowy.

Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.

Czytaj także:

Źródło: Dziennik Opinii KP

SCHODOWSKI, SOSNOWSKI: ĆWIARTOWANIE HEGLA (2)

Filozofia umarła z chwilą narodzin. Kres był w nią wpisany już od zarania, dlatego każdy wielki myśliciel chciał być ostatnim filozofem.
Bartosz Wójcik: Czy tego dialektyka jako taki obły i niewywrotny system nie wykazuje podobieństwa wobec swojego głównego wroga: kapitalizmu)? To kapitalizm jest tym systemem, który każdą formę oporu kolonizuje i wpisuje w swoją wewnętrzną logikę.  To w kontekście Hegla skłania do postawienia pytania: w jaki sposób Hegel może być inspirujący dla krytyki współczesnego kapitalistycznego ładu? 

Maciej Sosnowski: Odpowiedzią może być odwołanie do Marksa: ten problem na gruncie teorii jest nierozwiązywalny - Hegel dotarł do granic możliwości teorii jako takiej. Próbując przepracować moment krytyczności myślenia, natrafiamy na paradoks: im bardziej myślenie jest krytyczne, tym więcej produkuje zasklepiająco-afirmatywnych względem rzeczywistości kompleksów ideologicznych, bo tym bardziej jest w sobie zadufane, niebaczne na swoje mankamenty, na swoje uwikłania. Dlatego jedyny sposób polega na wyjściu poza teorię, czyli na zwróceniu się w stronę praxis – w stronę rewolucji. Jeśli nie po drodze nam z rewolucją, to jesteśmy zmuszeni zaakceptować tą dziwną, reprodukującą się maszynkę refleksji (bo nie ma innego myślenia niż dialektyczne). Więc albo myślimy i pozostajemy w ramach tego zaklętego koła, afirmujemy jakoś tam, choćby pokątnie, cały ten parszywy kapitalizm, albo przestajemy myśleć i inwestujemy w coś niby fajniejszego, ale to zawsze okazuje się inwestycją w gołą, straszną przemoc. 

Jacek Schodowski: Muszę się w tym miejscu z Maćkiem nie zgodzić. Uważam, że jest dużo przykładów myślenia niedialektycznego. Dialektyka wcale nie ma monopolu na myślenie. Tego m.in. uczy nas psychoanaliza. Pokazuje, że nie ma myślenia jako takiego. Mamy raczej różne rodzaje myślenia, uwarunkowane różnymi konfiguracjami libidalnymi i Hegel realizuje zaledwie jeden z możliwych modeli myślenia.

Co zyskuje psychoanaliza od heglowskiej dialektyki i przede wszystkim dlaczego jest potrzebna Heglowi?

JS: Wbrew powszechnej opinii, za którą stoją przede wszystkim tekst myślicielek i myślicieli z Lublany, prawie żaden z psychoanalityków, może z wyjątkiem Lacana i może kilku innych (np. Marcuse, jeśli uznać go za psychoanalityka), nie odczuwał bezpośredniej potrzeby konfrontowania się z Heglem. Sam Freud nie obcował z dziełami Hegla.


Niemiej jednak tym, co może zaoferować psychoanaliza Heglowi, jest oczyszczające przemierzenie heglowskiego fantazmatu, którym jest właśnie ten koherentny, niewywrotny i wszystkożerny system. Natomiast w drugą stronę, nawet taki wykastrowany Hegel, przemianowany z totalizującego myśliciela na myśliciela niekonsystencji, jest w stanie dać psychoanalizie ramę, chroniącą ją przed popadnięciem w mieszczański partykularyzm i złą jednostkowość. 


A czy nie jest przypadkiem tak, że psychoanaliza kastrująca Hegla z totalistycznych fiksacji, sama realizuje fantazję o omnipotencji i nieomylności? Przecież zarzuty, które stawia Heglowi, zostają potem postawionej jej samej...

JS: No tak, dlatego są sobie bliskie! Podstawową różnicę między nimi można pokazać na pewnej metaforze: jest to walka bokserów wagi ciężkiej, dwóch na tyle dobrych zawodników i dysponujących na tyle odmienną techniką, że są w stanie zadawać sobie odmienne ciosy, a nie tylko zderzać się wciąż w tych samych miejscach. 

Teraz chciałbym zwrócić się do ciebie, Maćku, jako heglisty. Czy właśnie najbardziej wyzwalające nie jest w Heglu to, że przyznał się i wziął na klatę myślenie ze swoimi wszystkim kolonizującymi i zawłaszczającymi tendencjami? Słowem, mówił o tym, co inni – a w szczególności cała rebelia antyheglowska – głęboko wypierali, nie mogąc się jednak nigdy ostatecznie wyzwolić od „przymusu racjonalności”. Hegel jako jeden z niewielu był w stanie spojrzeć totalności myślenia prosto w oczy i wytrzymać w tym spojrzeniu. 

MS: Ten XX-wieczny pucz antyheglowski czy junta gen. AntyHegla swoje prawdziwe źródło i dobrze funkcjonujący silnik zawdzięcza nie uwspółcześnianemu Spinozie, nie nawet Nietzschemu czy Schopenhauerowi, ani żadnemu innemu XIX-wiecznemu filozofowi, tylko Heideggerowi. To właśnie Heidegger podsumował i zebrał w nową całość dotychczasowe krytyki Hegla i przede wszystkim rozpisał dla nich nowy kontekst, szeroki, dziejowy horyzont, czym uwiódł całe pokolenia. Na przykład wszyscy francuscy antyhegliści brali za dobrą monetę próbę Heideggera, aby wymyślić nowe myślenie, nieuwikłane w myślenie około-heglowskie. Mianowicie takie, które pozwalałoby nam uciec od tej pułapki uogólniania, reifikacji,  kolonizacji czy zawłaszczania. Myśl ta – mesjańska w swojej strukturze – wierzy, że jest jakaś tajemnicza kraina, która kryje się już tuż, tuż, niedaleko, na wyciągniecie ręki i gdzie się czwórnia rzetelnie wyistacza z bruzd oranej gleby czy coś w tym stylu. Heidegger najbardziej precyzyjnie opisuję tę tęsknotę, aby myśleć na nowy sposób, tęsknotę podszytą irytującym mnie na przykład resentymentem do myślenia dotychczasowego. W tym sensie nieomal cała filozofia XX wieku jest tyle inspirowana przez Hegla, co przez tego mesjanizującego Heideggera. Ciekawy jest przypadek Derridy, początkowo mocno zafascynowanego Heideggerem, od którego stopniowo się zdystansował, właśnie między innymi za sprawą pogodzenia się z Heglem. A jego mesjańskość bez mesjasza wyraża mniej więcej to, co heglowskie dictum, że myślenie nie prowadzi donikąd poza tym myśleniem.

JS: Moim zdaniem heglizm Derridy czy Heideggera jest neurotycznym, samonapędzającym się ciągiem, nieprzerwanym procesem myślenia samego myślenia. Psychoanaliza dostarcza instrumentów, które pozwalają wyinterpretować inny heglizm: psychotyczny czy perwersyjny. Z perspektywy perwersyjnej cały sęk heglizmu polega na tym, że przepracowuje on swój fantazmat – czyli posuwa do granic możliwości myślenie myślenia. Wtedy pozostaje to, co najciekawsze z Hegla: skonfrontowany ze swoją fundamentalną fantazją o omnipotencji otwiera się na ruchy różnicowania i przygodności.  Wydaje mi się, że pośród współczesnych myślicieli taki heglizm reprezentuje Alenka Zupančič. Swoją drogą można by spróbować pomyśleć także Hegla psychotycznego czy obsesyjnego.

MS: Idąc tym tropem przekraczania fantazmatu, można powiedzieć, że młody Hegel jest psychotykiem. Posiada jeszcze wtedy niezachwianą wiarę w to, że jest jakiś taki punkt syntetyzujący, do którego dążymy czy nawet który nieświadomie już jakoś realizujemy. Punkt ten przecina wszystko i wszystko zbiera, jest jądrem i radykalnym zerwaniem, nie-pozytywnym zewnętrzem, z którym można się w pełni utożsamić. W tym sensie historia formowania się samego Hegla jest historią przechodzenia z psychozy młodzieńczych pism na dobrze przepracowaną mieszczańską neurozę – pełną świadomość porażki, która pozwala jednak zarówno żyć i wykraczać poza to, co dane. 

Dochodzimy chyba do kluczowego momentu tej dyskusji. Wspomniałeś o dojrzałym mieszczańskim Heglu, faktycznie w opinii wielu teoretyków uchodzi on za ojca założyciela nowoczesnego mieszczańsko-liberalnego urządzenia. Czy wobec tego, krytyk inspirowany Heglem może uprawiać tylko krytykę immanentną czy krytykę lojalną, jak ma to miejsce chociażby w późnej teorii krytycznej u Habermasa i Honnetha? Naczelnym postulatem tej krytyki byłaby materialna, tj. społeczno-ekonomiczna realizacja formalnych gwarancji powszechnej wolności i równości nowoczesnego ładu demokratycznego. Czy też może, jak chciałby np. Žižek,  problem nie leży w niepełnej czy patologicznej realizacji dobrej zasady, tylko w samej tej zasadzie? A wtedy taki model krytyki należałoby nazwać krytyką transcendentną. Słowem, czy heglizm jest krytyką immanentną czy transcendentną, czy jest reformą, czy rewolucją? 

MS: To brzmi jak świadectwo jakiejś obsesji, ale wydaje się, że heglowskie dictum jest takie, że nie ma innej krytyki niż immanentna. Jest ten wczesny tekst Hegla o krytyce, który niby w kontrze do Kanta mówi, że rozum realizuje się tylko i wyłączenie w historii myślenia, a ta, jak wiadomo, nie jest krainą szczęśliwości, tylko coraz to kolejnych porażek, pobłądzeń, itp. I to jest właśnie rozum. W związku z tym myślenie krytyczne zawsze startuje z tego samego poziomu, co myślenie krytykowane – bo jest takim rozumem. Nie ma możliwości krytykować z zewnątrz, to jest nie-krytyczna iluzja, że jest takie zewnętrzne kryterium, i taki Žižek w swej mega-krytyczności wpada w pułapkę ideologii. Ale sprawa się oczywiście komplikuje, bo gdy na przykład Hegel pisze, że nie wolno zaczynać od absolutu, jakby to była kwestia jakiegoś gwałtownego natchnienia jak wystrzał pistoletu, to w kontekście całości jego dorobku nie do końca wiadomo, czy chodzi mu o to, że absolut po prostu jest czymś innym niż taki wystrzał – taki punkt, takie gwałtowne zerwanie – czy jest tak, że nie wolno do niego tak na łapu-capu dochodzić, choć on sam rzeczywiście jest taki właśnie "poza". Ja jednak cały czas pragnąłbym wyczytywać z Hegla wszystkie te momenty, te fragmenty, które interesowały tradycyjnych, spokojniejszych interpretatorów: Avineriego, Siemka, Honnetha, ale także Derridę. Można z nich złożyć Heglowski obraz demokracji bez demokracji, czyli takiej która musi nieustannie nad sobą pracować, siebie przekształcać, gdyż jest pozbawiona trwałej istoty czy substancjalnego zasklepienia. Do tego sprowadza się heglowska filozofia społeczna, przynajmniej w swoich najlepszych fragmentach. Tak naprawdę, najważniejsza jest tutaj kwestia decyzji, co znakomicie rozpoznaje młody Lukács w Bolszewizmie jako problemie moralnym. Stawia on sprawę na ostrzu noża: albo będziemy robić nieustannie drobne, wręcz przezroczyste zło, krok po kroku, albo wykonamy spektakularne zło radykalne, aby oczyścić teren i dokłamać się do tego ostatecznego dobra. A jeśli już chodzi o alternatywę reforma czy rewolucja, to wiadomo, że dla Hegla nie ma rewolucji bez reformacji. O dziwo, późny Lukács powtarza to sformułowanie Hegla, nawet je radykalizując, ponieważ utożsamia te dwa momenty: rewolucja jest nieustanną reformacją bytu społecznego i tyle!

JS: O, pod tym to się podpisuję oboma rękami! Mimo, że Hegla inaczej ćwiartuję niż Maciek, to krytyka immanentna bez wątpienia nas łączy. 

Czy dialektyka nie może czasami służyć jako maska dla tchórzostwa i cynizmu? Jak w takim razie odróżnić refleksyjny ruch krytyczny od równie refleksyjnego jałowego bezruchu? Jak można odróżnić dobrego mieszczanina zapośredniczającego od mieszczanina cynicznego?

MS: No tak, w jaki sposób z jednej strony zagwarantować pogodzenie, które nie jest oportunizmem, gdyż zawsze zawiera w sobie wyrwę, pęknięcie, a z drugiej strony uchronić to pogodzenie przed skamienieniem i petryfikacją w postaci cynizmu właśnie… Niby to jest dla myślenia irrelewantne, czy jakaś jednostka realizuje tutaj "imperatyw" cyniczny czy jakikolwiek inny – bo to jest wtórne wobec rzeczywistego efektu ich działań, a ten zawsze jakoś tam ma być w porządku. Chytrość rozumu rzeczywiście jest chytra. 

No ale czy to nie jest właśnie cynizm czystej wody? 

MS: Ale jaki ma być ten byt społeczny, aby nie pozwalał się zbyt mnożyć ani naiwnościom fanatyzmu ani cynizmowi? To jest problem o tyle nierozwiązywalny, że zawsze, w nowych konfiguracjach, jakoś tam nawiedza spekulatywność jako taką. Spekulacja ciągle pracuje nad swą ideologicznością – a cynizm to jednak pokrętna ideologia. Sam Hegel podejmował ten problem nieraz w „Fenomenologii ducha”, analizując choćby fenomen „pięknej duszy”.

JS: Tak naprawdę jest to dylemat między perwersją a histerią. Perwersyjnym inkorporowaniem prawa, w celu jego ponownej inscenizacji a histerycznym krzykiem przeciw prawu, z którym histeryk nigdy się nie pogodzi. W tym sensie perwersja może mieć strukturę cynizmu: znam literę prawa, ale nic sobie z tego nie robię. Obie te pozycję są przed-analizowalne i w tym względzie ponownie pomocna jest psychoanaliza, ponieważ pozwala wypracować jakąś trzecią drogę. Tu warto jeszcze nawiązać do relacji Hegla i podmiotu poanalizowalnego. Moim zdaniem gdyby Hegel położył się na kozetce, napisałby „Finnegans Wake”! 

Na koniec zapytam o koniec: czy zgadzacie się z taką anegdotyczną definicją „Filozofia – r. ż, gatunek kulturowy, który powstał w 387 roku p.n.e. w gaju Akademosa, a wyginął w Norymberdze w roku 1816, wraz z publikacją 3 tomu 'Nauki Logiki'”?

MS: Ja bym się zgodził z tym dialektycznie, czyli bym się nie zgodził. Mam wrażenie, że jeśli używamy takiej metaforyki, to filozofia umarła wraz z chwilą narodzin. Kres tego przedziwnego gatunku literackiego był weń wpisany już od zarania, dlatego każdy wielki myśliciel chciał być ostatnim filozofem – podsumowaniem i spełnieniem. Wydaje się, że w nowoczesności Hegel najbardziej przekonująco pokazał ten splot, ale jednocześnie w tym najbardziej przekonującym pokazaniu pokazał, że moment ten z koniecznością reprodukuje sam siebie.


Filozofia nie polega na niczym innym niż nieustannym kończeniu samej siebie. Ciągłym kończeniu. Wydaje się, że w nowoczesności Hegel najbardziej przekonująco pokazał ten splot, ale jednocześnie w tym najbardziej przekonującym pokazaniu pokazał, że moment ten z koniecznością reprodukuje sam siebie. Wystarczy wziąć pierwsze fragmenty „Nauki Logiki” żeby zobaczyć, że początek i koniec to dwa ideologiczne momenty ruchu, idzie zaś o to, aby uchwycić sam ten ruch.  A to jest możliwe tylko wtedy, gdy spetryfikuje się moment końca...


JS: Ja się z anegdotą nie zgadzam, ale z Maćkiem już tak. Tylko moim zdaniem najlepszą materializacją tak pomyślanej filozofii jest właśnie Deleuze. Wszelkie tezy o śmierci filozofii zawsze były dla mnie głęboko podejrzane i grubo przesadzone. Nie mogę sobie wyobrazić żadnego sensownego powodu dlaczego filozofia miałby umrzeć, dlatego, że filozofia jest niczym innym niż produkowaniem pojęć. Tak ustawiając sobie sprawę, łatwo dostrzec, że koniec filozofii byłby jednocześnie końcem myślenia.


Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.
  
Czytaj także:

Źródło: Dziennik Opinii KP