poniedziałek, 26 maja 2014
wtorek, 20 maja 2014
"Minimalnie wygra PO. Kaczyńskiemu puszczają nerwy, pokazał prawdziwą twarz" [PUBLICYŚCI]
Kto wygra wybory do PE? Według Renaty Kim sukces zaliczy Platforma Obywatelska. Jak mówiła dziennikarka "Newsweeka" w TOK FM, "prezesowi PiS już puszczają nerwy, rzuca oskarżeniami na prawo i lewo".
Jarosław Kaczyński robi wszystko, by jego partia wygrała - dziś spotka się z wyborcami aż w trzech miastach, w tym w Lwowie. Według najnowszej prognozy wyborczej, przygotowanej przez Politykę Insight, niedzielne głosowanie skończy się sukcesem Prawa i Sprawiedliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego ma zdobyć 33 proc. poparcia, co oznaczać będzie 19 mandatów w Parlamencie Europejskim. PO ma według prognozy zdobyć 17 mandatów, a SLD - 6.
Zupełnie inne wyniki wyborów do PE przewiduje Renata Kim z "Newsweeka". Zdaniem dziennikarki głosowanie skończy się kolejnym sukcesem Platformy Obywatelskiej. Choć jak mówiła w "Poranku Radia TOK FM, zwycięstwo będzie minimalne. A duży w nim udział będzie miał... Jarosław Kaczyński.
Zupełnie inne wyniki wyborów do PE przewiduje Renata Kim z "Newsweeka". Zdaniem dziennikarki głosowanie skończy się kolejnym sukcesem Platformy Obywatelskiej. Choć jak mówiła w "Poranku Radia TOK FM, zwycięstwo będzie minimalne. A duży w nim udział będzie miał... Jarosław Kaczyński.
- Prezesowi Prawa i Sprawiedliwości już puszczają nerwy. Rzuca oskarżeniami na prawo i lewo. Pokazuje swoją prawdziwą twarz - argumentowała dziennikarka.
Głównym celem ataków Jarosława Kaczyńskiego jest rzecz jasna Donald Tusk. Prezes PiS w trakcie kilku ostatnich wystąpień zarzucił premierowi i liderowi PO m.in. że jest "wrogiem chrześcijańska" oraz turystą, a nie prawdziwym gospodarzem kraju.
Sukces, który będzie porażką
Z prognozą Renaty Kim nie zgadza się Eliza Olczyk z "Rzeczpospolitej". Typuje, że niedzielne wybory skończą się wygraną Prawa i Sprawiedliwości. - Ale różnica między PiS i PO będzie tak nieznaczna, że uznane to zostanie za de facto kolejną porażkę PiS.
Dla Jarosława Kaczyńskiego wybory do PE są wyjątkowo ważne. Nie tylko jako prognostyk przed kolejnymi trzema głosowaniami, jakie przed nami - wyborami samorządowymi, parlamentarnymi, prezydenckimi. Od ostatnich wygranych przez PiS wyborów mija dziewięć lat. Przez ten czas członkowie i sympatycy największej partii opozycyjnej cieszyć się mogli jedynie z sukcesów w wyborach uzupełniających do Senatu czy też wyborach prezydenta Elbląga.
TOK FM
wtorek, 25 lutego 2014
Kłopoty Twardocha. Wpisem "Pier..l się, Polsko" zajęli się prokuratorzy
Anna Siek
Szczepan Twardoch. Za "Morfinę" wyrózniony m.in. Paszportem Polityki. Pisarz podczas spotkania Polskie Widma w ramach BigBook Festival, czerwiec 2013 (Fot. Adam Stępień/AG)
Jest prokuratorskie postępowanie w sprawie kontrowersyjnego wpisu "Pier...l się, Polsko", zamieszczonego na Facebooku przez pisarza Szczepana Twardocha. Śledczy zajęli się sprawą po doniesieniu złożonym przez prawnika Michała Boruczkowskiego - informuje poznańska "Gazeta Wyborcza". Wg prawnika ew. kara "pozbawienia wolności w zawieszeniu" będzie dla pisarza "nauczką, że w sposób wulgarny o swoim kraju nie należy się wyrażać".
"Kilkaset tysięcy ludzi zasadniczo myli się w kwestii własnej tożsamości etnicznej; sędzia z Warszawy wie lepiej, bo tak go w szkole nauczyli. (...) Pierdol się, Polsko" - takim wpisem pisarz Szczepan Twardoch zareagował w grudniu 2013 roku na decyzję Sądu Najwyższego, który uznał, że Ślązaków nie można uznać za odrębny naród.
Jak informuje poznańska "Gazeta Wyborcza", sprawą wpisu zainteresowali się śledczy z Prokuratury Rejonowej Poznań Stare Miasto. Postępowanie wszczęto po doniesieniu prawnika Michała Boruczkowskiego, który uważa, że wpis autorstwa Twardocha jest "obelżywy"..
Jak informuje poznańska "Gazeta Wyborcza", sprawą wpisu zainteresowali się śledczy z Prokuratury Rejonowej Poznań Stare Miasto. Postępowanie wszczęto po doniesieniu prawnika Michała Boruczkowskiego, który uważa, że wpis autorstwa Twardocha jest "obelżywy"..
- Wszyscy tworzymy wspólne dobro, jakim jest Polska. Twórcom konstytucji zależało, by nikogo nie dyskryminować - ani Ślązaków, ani żadnej innej mniejszości. Prokuratura, wszczynając postępowanie, przychyliła się do mojego poglądu, że naruszanie godności Ojczyzny w taki sposób może być przestępstwem - powiedział Boruczkowski w rozmowie z poznańską "GW".
Nauczka
Prokuratorskie postępowanie nie oznacza, że sprawa skończy się w sądzie. Śledczy nie przesądzają, czy będzie akt oskarżenia, na razie zajęli się analizowaniem sprawy. Ale prawnik, który doniósł na Twardocha, podkreśla, że za publiczne znieważenie Rzeczypospolitej Polskiej grożą trzy lata pozbawienia wolności.
Jak przekonywał w rozmowie z "GW", liczy, że kara pozbawienia wolności w zawieszeniu będzie dla pisarza "nauczką na przyszłość, że w sposób wulgarny o swoim kraju nie należy się wyrażać". - I że dzięki temu nabierze większej kultury słowa, co jako pisarzowi z pewnością mu się przyda.
Nauczka
Prokuratorskie postępowanie nie oznacza, że sprawa skończy się w sądzie. Śledczy nie przesądzają, czy będzie akt oskarżenia, na razie zajęli się analizowaniem sprawy. Ale prawnik, który doniósł na Twardocha, podkreśla, że za publiczne znieważenie Rzeczypospolitej Polskiej grożą trzy lata pozbawienia wolności.
Jak przekonywał w rozmowie z "GW", liczy, że kara pozbawienia wolności w zawieszeniu będzie dla pisarza "nauczką na przyszłość, że w sposób wulgarny o swoim kraju nie należy się wyrażać". - I że dzięki temu nabierze większej kultury słowa, co jako pisarzowi z pewnością mu się przyda.
Zobacz także
Szczepan Twardoch: Polski w Polsce wszyscy nienawidzą, i na dodatek mają rację
Stowarzyszenie Osób Narodowości Śląskiej nie zgadza się z decyzją SN. "Jeśli trzeba, będziemy walczyć w Strasburgu"
W niedzielę poznamy laureata Nike 2013. Czytelnicy już wybrali - "Morfinę"
Śląski językiem regionalnym? "Kaszubski uznano i nikomu to nie zaszkodziło" [WYWIAD]
poniedziałek, 10 lutego 2014
Marcin ZARÓD: KOŚCIÓŁ, KULTURA, NOKAUT
Otwartość polskiego katolicyzmu najlepiej wyraża się w metaforze skarbonki bez dna. Zasilanej przez państwo.
Proszę państwa, czwartego lutego 2014 roku państwo Polskie straciło niepodległość. Kiedy krążyliśmy sobie wokół oka genderu, reprezentacja Kościoła katolickiego zrobiła to, co zawsze w roku wyborczym, czyli wyciągnęła dotacje. 6 mln złotych z budżetu centralnego to niewiele, zwłaszcza gdy porównamy to z rocznymi dotacjami na edukację wyznaniową (1,3 mld złotych) albo z wydatkami na uczelnie religijne (96 mln złotych). Te 6 mln złotych to oczywiście tylko fragment wydatków na Świątynię Opatrzności Bożej (całość kosztów przekroczy 150 mln złotych). Jak widać, otwartość polskiego katolicyzmu najlepiej wyraża się w głęboko eschatologicznej metaforze skarbonki bez dna.
Dlaczego te 6 mln złotych jest szczególne?
Po pierwsze, ta konkretna dotacja wygrała z potrzebami rozwoju kultury w małych miejscowościach. Nie była wpisana w żadnej program wieloletni, unijny itp. Era dyskretnych przewałek minęła, zbliżają się wybory i trzeba te pieniądze szybciej szuflować na tacę. Biblioteka w Nowotańcu (gm. Bukowsko) nie dostanie funduszy na modernizację. Orkiestra dęta w Krościenku Wyżnym nie dostanie instrumentów. Muzeum Rolnictwa w Szreniawie nie dostanie alarmu przeciwpożarowego. Nie będzie festynu orkiestrowego w Miejskiej Górce. Eksponaty w Sądeckim Parku Etnograficznym czeka kolejny rok bez modernizacji.
Zanim się roześmiejecie, przypomnę wam, że w małych miejscowościach nie ma hojnych sponsorów. Nie ma warszawskich NGO-sów. Nie ma setki klubokawiarni, bibliotek akademickich, festiwali kulturalnych.
Muzeum religijne w Wilanowie to jedno z wielu muzeów warszawskich, ale to ono zabrało fundusze na setki lokalnych bibliotek, orkiestr, festiwali. Oczywiście, szkoda mi TR w Warszawie czy Filharmonii Szczecińskiej, ale te instytucje i tak dadzą sobie jakoś radę. Natomiast dla małych miejscowości ta dotacja to jedyna szansa na rozwój.
Bibliotekarki, animatorzy, dyrygentki i puzoniści w mniejszych miejscowościach to często ostatnia linia obrony przed marazmem, bezrobociem czy alkoholizmem. To często jedyne miejsce, gdzie dziecko może spokojnie odrobić lekcje. To jedyna szansa na kontakt z książką, muzyką czy komputerem. To szansa na poprawę wyników edukacyjnych, na zwiększenie skuteczności każdego innego programu pomocowego. Chcecie zobaczyć, jak wygląda partycypacja – zobaczcie koło gospodyń wiejskich w Sławnie. Chcecie zobaczyć naukę – zobaczcie, jak dzieciaki ze Strzebielina Morskiego biorą udział w Bałtyckim Festiwalu Nauki.
Kiedy Zdrojewski tnie fundusze na inicjatywy Krytyki Politycznej (z innych konkursów, koncentrujących się na działaniach w skali kraju), jest mi oczywiście smutno (bo zamiast warsztatu łączącego sztukę i elektronikę robię w łódzkich liceach dyskusje). Ale cięcie funduszy dla lokalnych bibliotek to nie jest błąd, różnica polityczna czy spór o wartości.
To zbrodnia.
Bo to, co w Wilanowie jest tylko cegiełką w wielkiej inwestycji, w małych miejscowościach jest fundamentem przetrwania.
Dlatego kiedy w mniejszej miejscowości upada biblioteka, orkiestra dęta czy kółko szachowe, to tak jakby w Warszawie zamknięto jednocześnie teatr, filharmonię i muzeum.
Drugi problem to kontrola państwa nad programem. Program wystaw w Muzeum Historii Żydów Polskich jest ustalany pod nadzorem świeckiego kuratora. To samo dotyczy ekspozycji ikon łemkowskich w Sanoku (też nie dostały dotacji). W tych obiektach inwestorem i twórcą programu jest państwo. W szwindlu wilanowskim kontrola państwa będzie wyłącznie iluzoryczna (zwłaszcza jak min. Zdrojewskiego w nagrodę przyjmą do Opus Dei).
Mili młodzi ludzie z „Kontaktu” (czy innych sekcji d/s współpracy z młodzieżą) będą sobie pisali o dialogu, otwartości i innych fajnych sprawach, a tymczasem kolejne fragmenty państwa zostaną oddane w pacht instytucjom, nad którymi to państwo nie ma żadnej kontroli. Nie wierzycie – to napiszcie wniosek o udostępnienie informacji publicznej do inwestora (Episkopat). Zgodnie z prawem (jako odbiorca publicznych pieniędzy) powinien udostępnić stosowne rozliczenia. Zgodnie z realiami jawność finansowa Kościoła to kolejna z wielkich tajemnic wiary (zbyt niepojętych dla prostych ludzi).
Chętnie zobaczę, jak Episkopat robi przetargi na sprzęt (małe ośrodki muszą!). Jak prowadzi Biuletyn Informacji Publicznej. Jak pisze (dostępne publicznie) sprawozdania finansowe. Czy ktoś pamięta dyskusję na temat eksponatów w tym powstającym muzeum? Gdzie praca archiwistów, muzealniczek, kustoszów? Gdzie katalogi, dyskusje, opracowania krytyczne? Chętnie zapoznam się z materiami dokumentującymi kompetencje muzealne Episkopatu.
Trzeci problem to absurd tego rodzaju konkursów. Jak merytorycznie porównać wniosek na drobne zakupy dla lokalnej orkiestry z inwestycją za miliony złotych? Przecież to są zupełnie inne programy, narzędzia, cele czy skala działań. Dlatego ponad 50% wszystkich środków w tym konkursie poszło na inwestycje w Warszawie? Różnice decydujące o finansowaniu sięgają dwóch setnych punktu (na sto). Ja mam problemy z taką dokładnością, gdy mierzę elastyczność kawałka plastiku, a co dopiero mówić o kulturze. Ministerstwo Kultury ma lepszą dokładność pomiaru niż laboratorium PAN, w którym pracowałem!
Kościół katolicki w Polsce to wyspecjalizowana instytucja. Skrzydło akademicko-dziennikarskie odpowiada za zasłonę dymną. Polemika z ks. Oko czy red. Terlikowskim jest bezsensowną stratą czasu. Żaden z nich nie potrafi rozmawiać o rzeczywistych rodzinach, rzeczywistej kulturze czy rzeczywistych spoiwach polskości. Taktyka kościelna to głośno krzyczeć o czymś (zagładzie polskiej kultury, rodziny, tożsamości), a potem po cichu samemu to coś rozmontować. Udało się dobrać do edukacji. Udało się dobrać do nauki.
Ale prędzej zdechnę, niż pozwolę wam zniszczyć orkiestry dęte!
Co można zrobić:
- Złożyć skargę w Najwyższej Izbie Kontroli
- Złożyć wniosek o informację publiczną związaną z dokumentami konkursowymi
- Obserwować śledztwo obywatelskie Leszka Jażdżewskiego („Liberte”, Łódź)
- Złożyć skargę w Najwyższej Izbie Kontroli
- Złożyć wniosek o informację publiczną związaną z dokumentami konkursowymi
- Obserwować śledztwo obywatelskie Leszka Jażdżewskiego („Liberte”, Łódź)
Źródło: Dziennik Opinii KP
czwartek, 23 stycznia 2014
Meryl Streep do posłów polskich: Panowie, tracicie władzę
Magdalena Żakowska
W naszej kulturze określenie "sexy" nie dotyczy kobiet po 45. roku życia. Możemy się zachwycać, że kobieta się nieźle trzyma. Ale sexy?! No way! Rozmowa z Meryl Streep, główną bohaterką filmu "Sierpień w hrabstwie Osage''
Zagrała pani starą, zgorzkniałą, wredną sukę. To trudniejsze niż role uroczych, pełnych optymizmu kobiet, które grała pani dotychczas?
- To było trudne. Rola Violet dała mi dużo satysfakcji, ale praca nad nią nie była przyjemna. Niełatwo jest patrzeć na świat z perspektywy kogoś takiego jak ona. Kogoś, kto nie czerpie z życia właściwie żadnej przyjemności, kogo jedynym życiowym celem jest już tylko sprawianie bólu innym. I znoszenie własnego bólu. Violet ma raka, bardzo cierpi, jest uzależniona od tabletek przeciwbólowych, zażywa je w ilościach hurtowych. I strasznie dużo pali. To był koszmar te osiem tygodni palenia. Codziennie po zdjęciach szorowałam zęby i próbowałam zmyć z siebie smród papierosów.
Violet mówi, że starzejąca się kobieta nie jest i nie może być sexy. A pani jak myśli?
- Totalnie się z nią zgadzam. W naszej kulturze określenie "sexy" nie dotyczy kobiet po 45. roku życia. Możemy się zachwycać, że kobieta się nieźle trzyma, ma dobrego chirurga, nie wygląda na swój wiek. Ale sexy?! No way! To jest prawda obiektywna dotycząca naszych czasów. Ale ja znam wiele kobiet, które były i są sexy nawet po sześćdziesiątce.
Jaki komplement ucieszyłby panią najbardziej?
- Że mam analityczny umysł? Ale nie tylko. Chcę być komplementowana z wielu powodów: że jestem romantyczna, wrażliwa, kochająca, piękna w szerszym niż zewnętrzna powłoka sensie. Że dobrze wiosłuję i potrafię mówić slangiem z Bronxu. Jezu, jest strasznie dużo rzeczy, za które można mnie pochwalić!
Mam wrażenie, że kobiety zbyt często koncentrują się na seksualności. Gdybym miała dać jakąś radę młodemu pokoleniu kobiet, powiedziałabym: przestańcie myśleć ciągle o swojej wadze.
Czytałam pani przemówienie na cześć Emmy Thompson, kiedy wręczała jej pani nagrodę dla najlepszej aktorki podczas gali National Board of Review dwa tygodnie temu. Dotyczyło m.in. sytuacji kobiet w branży filmowej. Jest aż tak źle?
- Czy jest źle?! Jest beznadziejnie. Walt Disney żył w pierwszej połowie XX wieku. Był rasistą, antysemitą, mizoginem i męskim szowinistą. Z zasady nie zatrudniał kobiet w twórczych zawodach i nigdy tego nie ukrywał. Ale minęło pół wieku od jego śmierci i jeśli chodzi o gender, sytuacja w Hollywood w zasadzie się nie zmieniła. Nadal rządzą tu mężczyźni.
Nie lubię narzekać, więc tylko podam ci kilka danych dotyczących amerykańskiego kina wysokobudżetowego w 2012 roku: kobiety stanowiły 30 proc. postaci, które miały w scenariuszu swoje kwestie; filmy, w których było mniej więcej tyle samo kobiet co mężczyzn lub kobiety były w większości, stanowiły 10 proc. produkcji Hollywood w 2012 roku - generalnie proporcja ta wynosiła średnio 2,25 mężczyzny na jedną kobietę.
Do tego dochodzi seksizm - liczba nastolatek pokazywanych w filmach w kontekście seksualnym wzrosła od 2007 roku o 32 proc. 26 proc. postaci kobiecych w filmach występuje przynajmniej półnago - dwa razy tyle aktorek dostaje propozycję udziału w scenach, w których mają się rozebrać. 80 proc. kobiecych dialogów w filmach w 2012 roku dotyczyło mężczyzn.
Powstał niedawno eksperyment - film, w którym role kobiet i mężczyzn zostały zamienione. Mężczyźni spotykają się w kawiarniach i rozmawiają o kobietach, a one robią to, co zwykle w filmach robią mężczyźni. Bardzo to było zabawne. Ale rzeczywistość już taka zabawna nie jest. Gina Davis powołała Institute of Gender in Media i co roku robi szczegółowe badania dotyczące sytuacji kobiet w branży filmowej. Kobiety stanowią 9 proc. reżyserów w Hollywood. Kathryn Bigelow jest nadal jedyną reżyserką, która otrzymała Oscara (2008) - a mamy XXI wiek!
Rozmawiałam ostatnio z Jane Fondą o pewnej nagrodzie filmowej, którą dostałam. Powiedziała "Wow, jesteś jedną z pięciu kobiet, które dostały tę nagrodę w ciągu 28 lat jej historii". Mówiła to jako komplement, ale dla mnie to była obelga. Pocieszające jest to, że w kinie niezależnym sytuacja kobiet wygląda znacznie lepiej. W tym roku na Sundance Film Festival około połowy nominowanych filmów nakręciły reżyserki.
Dzięki zaangażowaniu w sprawy kobiet w Hollywood i takim rolom jak Clarissa z "Godzin" czy Ethel z "Aniołów w Ameryce" stała się pani ikoną ruchu gender.
- Jestem z tego powodu bardzo dumna.
Wspominam o tym, bo w Polsce gender to teraz jeden z najbardziej dyskutowanych tematów.
- A o czym tu dyskutować?
- To było trudne. Rola Violet dała mi dużo satysfakcji, ale praca nad nią nie była przyjemna. Niełatwo jest patrzeć na świat z perspektywy kogoś takiego jak ona. Kogoś, kto nie czerpie z życia właściwie żadnej przyjemności, kogo jedynym życiowym celem jest już tylko sprawianie bólu innym. I znoszenie własnego bólu. Violet ma raka, bardzo cierpi, jest uzależniona od tabletek przeciwbólowych, zażywa je w ilościach hurtowych. I strasznie dużo pali. To był koszmar te osiem tygodni palenia. Codziennie po zdjęciach szorowałam zęby i próbowałam zmyć z siebie smród papierosów.
Violet mówi, że starzejąca się kobieta nie jest i nie może być sexy. A pani jak myśli?
- Totalnie się z nią zgadzam. W naszej kulturze określenie "sexy" nie dotyczy kobiet po 45. roku życia. Możemy się zachwycać, że kobieta się nieźle trzyma, ma dobrego chirurga, nie wygląda na swój wiek. Ale sexy?! No way! To jest prawda obiektywna dotycząca naszych czasów. Ale ja znam wiele kobiet, które były i są sexy nawet po sześćdziesiątce.
Jaki komplement ucieszyłby panią najbardziej?
- Że mam analityczny umysł? Ale nie tylko. Chcę być komplementowana z wielu powodów: że jestem romantyczna, wrażliwa, kochająca, piękna w szerszym niż zewnętrzna powłoka sensie. Że dobrze wiosłuję i potrafię mówić slangiem z Bronxu. Jezu, jest strasznie dużo rzeczy, za które można mnie pochwalić!
Mam wrażenie, że kobiety zbyt często koncentrują się na seksualności. Gdybym miała dać jakąś radę młodemu pokoleniu kobiet, powiedziałabym: przestańcie myśleć ciągle o swojej wadze.
Czytałam pani przemówienie na cześć Emmy Thompson, kiedy wręczała jej pani nagrodę dla najlepszej aktorki podczas gali National Board of Review dwa tygodnie temu. Dotyczyło m.in. sytuacji kobiet w branży filmowej. Jest aż tak źle?
- Czy jest źle?! Jest beznadziejnie. Walt Disney żył w pierwszej połowie XX wieku. Był rasistą, antysemitą, mizoginem i męskim szowinistą. Z zasady nie zatrudniał kobiet w twórczych zawodach i nigdy tego nie ukrywał. Ale minęło pół wieku od jego śmierci i jeśli chodzi o gender, sytuacja w Hollywood w zasadzie się nie zmieniła. Nadal rządzą tu mężczyźni.
Nie lubię narzekać, więc tylko podam ci kilka danych dotyczących amerykańskiego kina wysokobudżetowego w 2012 roku: kobiety stanowiły 30 proc. postaci, które miały w scenariuszu swoje kwestie; filmy, w których było mniej więcej tyle samo kobiet co mężczyzn lub kobiety były w większości, stanowiły 10 proc. produkcji Hollywood w 2012 roku - generalnie proporcja ta wynosiła średnio 2,25 mężczyzny na jedną kobietę.
Do tego dochodzi seksizm - liczba nastolatek pokazywanych w filmach w kontekście seksualnym wzrosła od 2007 roku o 32 proc. 26 proc. postaci kobiecych w filmach występuje przynajmniej półnago - dwa razy tyle aktorek dostaje propozycję udziału w scenach, w których mają się rozebrać. 80 proc. kobiecych dialogów w filmach w 2012 roku dotyczyło mężczyzn.
Powstał niedawno eksperyment - film, w którym role kobiet i mężczyzn zostały zamienione. Mężczyźni spotykają się w kawiarniach i rozmawiają o kobietach, a one robią to, co zwykle w filmach robią mężczyźni. Bardzo to było zabawne. Ale rzeczywistość już taka zabawna nie jest. Gina Davis powołała Institute of Gender in Media i co roku robi szczegółowe badania dotyczące sytuacji kobiet w branży filmowej. Kobiety stanowią 9 proc. reżyserów w Hollywood. Kathryn Bigelow jest nadal jedyną reżyserką, która otrzymała Oscara (2008) - a mamy XXI wiek!
Rozmawiałam ostatnio z Jane Fondą o pewnej nagrodzie filmowej, którą dostałam. Powiedziała "Wow, jesteś jedną z pięciu kobiet, które dostały tę nagrodę w ciągu 28 lat jej historii". Mówiła to jako komplement, ale dla mnie to była obelga. Pocieszające jest to, że w kinie niezależnym sytuacja kobiet wygląda znacznie lepiej. W tym roku na Sundance Film Festival około połowy nominowanych filmów nakręciły reżyserki.
Dzięki zaangażowaniu w sprawy kobiet w Hollywood i takim rolom jak Clarissa z "Godzin" czy Ethel z "Aniołów w Ameryce" stała się pani ikoną ruchu gender.
- Jestem z tego powodu bardzo dumna.
Wspominam o tym, bo w Polsce gender to teraz jeden z najbardziej dyskutowanych tematów.
- A o czym tu dyskutować?
W Polsce trwa obecnie krucjata przeciw gender - prowadzona przez Kościół katolicki i środowiska prawicowe. Powstał nawet zespół parlamentarny "Stop ideologii gender".
- Nie gadaj? Myślałam, że po latach komunizmu dogoniliście już Zachód w sensie społeczno-kulturowym.
Chyba nie bardzo.
- No cóż, jako - jak to nazwałaś - ikona gender mogę powiedzieć jedynie, że ta krucjata skazana jest na porażkę.
Pomyślałam, że może wygłosiłaby pani w tej sprawie jakieś krótkie przemówienie na zakończenie?
- Spróbuję. Domyślam się, że na tę krucjatę wyruszyli głównie mężczyźni, więc powiem tak: Panowie, okłamujecie się tak samo jak talibowie. Wyobraźcie sobie siebie jako drużynę sportową i rozejrzyjcie się. W pierwszym składzie macie religijnych ekstremistów. Czy naprawdę chcecie grać w tym klubie? Przyjrzyjcie się światu i kierunkowi, w którym ewoluuje. Czy naprawdę myślicie, że możecie to zatrzymać?!
Przeszłość umiera w bólach, a stary porządek nie chce się poddać bez walki. Rozumiem to, ale z radością zawiadamiam was, że reprezentujecie przegraną sprawę. Równość jest wielkim marzeniem i przyszłością tego świata. Jesteśmy różni - kobiety i mężczyźni, heterycy i geje, czarni i biali - ale wszyscy powinniśmy mieć równe szanse wyrażania siebie i bycia sobą. Równe szanse w pracy, miłości i swojej własnej drodze do szczęścia.
Panowie, tracicie władzę, a wasze stare zasady odchodzą w niebyt. Goodbye!
- Nie gadaj? Myślałam, że po latach komunizmu dogoniliście już Zachód w sensie społeczno-kulturowym.
Chyba nie bardzo.
- No cóż, jako - jak to nazwałaś - ikona gender mogę powiedzieć jedynie, że ta krucjata skazana jest na porażkę.
Pomyślałam, że może wygłosiłaby pani w tej sprawie jakieś krótkie przemówienie na zakończenie?
- Spróbuję. Domyślam się, że na tę krucjatę wyruszyli głównie mężczyźni, więc powiem tak: Panowie, okłamujecie się tak samo jak talibowie. Wyobraźcie sobie siebie jako drużynę sportową i rozejrzyjcie się. W pierwszym składzie macie religijnych ekstremistów. Czy naprawdę chcecie grać w tym klubie? Przyjrzyjcie się światu i kierunkowi, w którym ewoluuje. Czy naprawdę myślicie, że możecie to zatrzymać?!
Przeszłość umiera w bólach, a stary porządek nie chce się poddać bez walki. Rozumiem to, ale z radością zawiadamiam was, że reprezentujecie przegraną sprawę. Równość jest wielkim marzeniem i przyszłością tego świata. Jesteśmy różni - kobiety i mężczyźni, heterycy i geje, czarni i biali - ale wszyscy powinniśmy mieć równe szanse wyrażania siebie i bycia sobą. Równe szanse w pracy, miłości i swojej własnej drodze do szczęścia.
Panowie, tracicie władzę, a wasze stare zasady odchodzą w niebyt. Goodbye!
W czwartek w ''Dużym Formacie'' czytaj też:

Halo, pijany przede mną jedzie
Nie poluję na nietrzeźwych, nie czaję się pod dyskoteką. Ale kiedy już ruszam w trasę, jestem czujny
Polsko, ratuj 15 tysięcy Wietnamczyków
Jedyne, co mogłam zrobić dla córki, to wyjechać. Milicja szantażowała ją, że jeśli nie pójdzie na współpracę, ja będę miała wypadek. Rozmowa z matką torturowanej opozycjonistki
Kamil, który księdza udawał
Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy?
Paweł Moczydłowski: Będę bronił Trynkiewicza do końca
Rozmowa z byłym szefem więziennictwa
Rachunek za ojca
Nawet jeżeli twój ojciec porzucił rodzinę, stosował przemoc, pił, wyrzucił cię z rodzinnego domu, to gdy na stare lata trafi do ośrodka pomocy społecznej, zapłacisz za jego pobyt. Niemożliwe? Możliwe!
Halo, pijany przede mną jedzie
Nie poluję na nietrzeźwych, nie czaję się pod dyskoteką. Ale kiedy już ruszam w trasę, jestem czujny
Polsko, ratuj 15 tysięcy Wietnamczyków
Jedyne, co mogłam zrobić dla córki, to wyjechać. Milicja szantażowała ją, że jeśli nie pójdzie na współpracę, ja będę miała wypadek. Rozmowa z matką torturowanej opozycjonistki
Kamil, który księdza udawał
Jak on gromił, Boże! Mówił babciulinkom, że obłudne, że sobie źle życzą nawzajem. Podobało się, że tak łajał. Może tego potrzebowaliśmy?
Paweł Moczydłowski: Będę bronił Trynkiewicza do końca
Rozmowa z byłym szefem więziennictwa
Rachunek za ojca
Nawet jeżeli twój ojciec porzucił rodzinę, stosował przemoc, pił, wyrzucił cię z rodzinnego domu, to gdy na stare lata trafi do ośrodka pomocy społecznej, zapłacisz za jego pobyt. Niemożliwe? Możliwe!
wtorek, 21 stycznia 2014
"Nie jestem tu po to, żeby się ładnie prezentować." Soczysty język min. Bieńkowskiej [CYTATY]
Michał Wilgocki
21.01.2014
Drukuj
Obejmując urząd wicepremiera i teczkę połączonych ministerstw infrastruktury i transportu, Elżbieta Bieńkowska stwierdziła, że od teraz jej sprawą będą "zamarznięte kible w pociągach". I nie pomyliła się. Pierwszy atak zimy był również atakiem na Bieńkowską. A soczysty język wicepremier, pozbawiony politycznego uładzenia, przysporzył jej tyluż wrogów, co sympatyków.
Zaczęło się wczoraj. Na pytanie dziennikarzy "Co pani powie pasażerom tego pociągu?" (stojącego w polu kilka godzin) Bieńkowska wypaliła poirytowana "Sorry, mamy taki klimat". I rozpętała się burza.
Dziś podczas konferencji prasowej minister Bieńkowska wyjaśniała swoje stanowisko językiem równie barwnym:
1. Nie jestem tutaj od tego, żeby ładnie prezentować, tylko żeby pracować.
2. Bardzo nie lubię popularności. Trudno, myślę, że jakoś to przeżyję przez jeszcze kilka godzin.
3. Jeżeli państwo ode mnie oczekują, że będą mówiła słowa wygładzone przez PR-owców, to się państwo tego nie doczekają. Ja nigdy nie kłamię, zawsze mówię prawdę.
4. A pan widział "Misia"? Bo ja 78 razy (na pytanie dziennikarza, czy jej wypowiedź nie przypomina sceny z "Misia").
5. Ludzie są w stanie znieść bardzo dużo, ale pod warunkiem, że ich się informuje.
6. Nie byłabym w stanie siedzieć w pociągu, gdybym nie miała żadnej informacji i jeszcze byłoby mi zimno. Bym się wściekła.
7. Ja absolutnie rozumiem sytuację anomalii pogodowych. Ale nigdy nie zrozumiem tego, że pasażerowie w jakiejś części są niedoinformowani, że nie są dostarczane im ciepłe posiłki.
8. Nie może być tak, że ktoś przychodzi na pociąg i ma kupiony bilet, pociąg jest odwołany, a on o tym nie wie albo nie wie, kiedy ten pociąg ruszy.
9. Ja technicznie nie będę obtłukiwać sieci trakcyjnej z lodu, ja mogę i wyegzekwuję to od spółek, żeby obsługa pasażerów była na najwyższym poziomie.
Minister Bieńkowska poinformowała też:
- PKP InterCity będzie nadmiarowo traktować swoje obowiązki wobec pasażerów. Mamy już deklarację i procedurę, że PKP InterCity będzie zwracać pełną wartość tych biletów, gdy pociąg ma spóźnienie powyżej 2 godzin (regulacje unijne zobowiązują w takiej sytuacji do zwrotu połowy ceny biletu).
Relacja z dzisiejszej konferencji - >>>TUTAJ
Dziś podczas konferencji prasowej minister Bieńkowska wyjaśniała swoje stanowisko językiem równie barwnym:
1. Nie jestem tutaj od tego, żeby ładnie prezentować, tylko żeby pracować.
2. Bardzo nie lubię popularności. Trudno, myślę, że jakoś to przeżyję przez jeszcze kilka godzin.
3. Jeżeli państwo ode mnie oczekują, że będą mówiła słowa wygładzone przez PR-owców, to się państwo tego nie doczekają. Ja nigdy nie kłamię, zawsze mówię prawdę.
4. A pan widział "Misia"? Bo ja 78 razy (na pytanie dziennikarza, czy jej wypowiedź nie przypomina sceny z "Misia").
5. Ludzie są w stanie znieść bardzo dużo, ale pod warunkiem, że ich się informuje.
6. Nie byłabym w stanie siedzieć w pociągu, gdybym nie miała żadnej informacji i jeszcze byłoby mi zimno. Bym się wściekła.
7. Ja absolutnie rozumiem sytuację anomalii pogodowych. Ale nigdy nie zrozumiem tego, że pasażerowie w jakiejś części są niedoinformowani, że nie są dostarczane im ciepłe posiłki.
8. Nie może być tak, że ktoś przychodzi na pociąg i ma kupiony bilet, pociąg jest odwołany, a on o tym nie wie albo nie wie, kiedy ten pociąg ruszy.
9. Ja technicznie nie będę obtłukiwać sieci trakcyjnej z lodu, ja mogę i wyegzekwuję to od spółek, żeby obsługa pasażerów była na najwyższym poziomie.
Minister Bieńkowska poinformowała też:
- PKP InterCity będzie nadmiarowo traktować swoje obowiązki wobec pasażerów. Mamy już deklarację i procedurę, że PKP InterCity będzie zwracać pełną wartość tych biletów, gdy pociąg ma spóźnienie powyżej 2 godzin (regulacje unijne zobowiązują w takiej sytuacji do zwrotu połowy ceny biletu).
Relacja z dzisiejszej konferencji - >>>TUTAJ
Zobacz także
Wicepremier Bieńkowska: Nie będę obtłukiwać sieci trakcyjnej z lodu. Ale oddamy pasażerom kolei pieniądze
Jaka będzie zima w tym roku? Wróżenie ze śnieżnej kuli
Bieńkowska o opóźnieniach pociągów: "Sorry, taki mamy klimat". Poseł Hofman kpi na Twitterze: "Dajcie jej mówić!"
Czy Elżbieta Bieńkowska sprawdzi się w nowej roli
Wyborcza.pl
wtorek, 7 stycznia 2014
List otwarty
Oto treść listu przekazanego dzisiaj Nuncjuszowi Papieskiemu abp. Józefowi Kowalczykowi
Warszawa 3.07.2007 r.
List otwarty do Ojca Świętego Benedykta XVI
Umiłowany Ojcze Święty
Pozwalam sobie napisać ten list zatroskany o polski Kościół, ale także tych, którzy w ostatnich miesiącach podjęli bardzo nierówną walkę o ujawnienie prawdy o naszej niedawnej historii. Twoja mądra i niezwykła decyzja ze stycznia tego roku uchroniła Polskę i polski Kościół przed cierpieniem i zgorszeniem, do jakiego musiałoby dojść, gdyby metropolię warszawską objął człowiek, który przez znaczną część swojego życia współpracował z komunistycznymi służbami specjalnymi. Sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa nie ma precedensu, gdyż niewielu było duchownych, którzy zgodzili się na współpracę z tajną policją komunistycznego państwa, a spośród nich niewielu w tak znacznym stopniu angażowało się we współpracę z SB. W dokumentach opublikowanych w kierowanej przeze mnie „Gazecie Polskiej” znalazło się aż siedem stron sygnowanych nazwiskiem bądź pseudonimem Stanisława Wielgusa, poświadczających wolę współpracy. Dochodzą do nas informacje, że odnaleziono kolejne dokumenty mogące być dowodem niezwykłej szkodliwości współpracy z SB podjętej przez młodego kapłana, a kontynuowanej przez dwadzieścia dwa lata.
Wiedząc, że ryzykujemy swoje dziennikarskie kariery, a nawet istnienie „Gazety Polskiej”, postanowiliśmy natychmiast gdy tylko otrzymaliśmy pierwsze wiarygodne informacje przekazać je opinii publicznej. Krytykę ze strony większości mediów, polityków, a także ludzi Kościoła przyjęliśmy wtedy ze zrozumieniem. Nie mieli oni tej samej wiedzy co my, a my nie mogliśmy podać źródeł informacji. Jednak dzięki mądrości polskich biskupów doprowadzono do powołania dwóch komisji, które jednoznacznie potwierdziły nasze publikacje. Dopiero jednak Twoja interwencja sprawiła, że arcybiskup Wielgus zrezygnował ze sprawowania funkcji metropolity warszawskiego. Tak jak większość obserwujących wydarzenia niedoszłego ingresu mieliśmy nadzieję, że ta smutna sprawa zostanie zakończona, a Kościół wyjdzie z tego mocniejszy.
Nasze nadzieje potwierdziły nominacje biskupie w Warszawie i w Płocku. Na stolicę zajmowaną niegdyś przez wielkiego Polaka i wielkiego pasterza kardynała Stefana Wyszyńskiego powołano człowieka niezłomnego, arcybiskupa Kazimierza Nycza. W Płocku z wielką odwagą zaczął pełnić swoją posługę biskup Piotr Libera. Odwagi wymagało podjęcie walki z gorszącymi zjawiskami pedofilii i molestowania kleryków przez wysokich rangą duchownych tej diecezji, opisywanymi przez prasę, a tolerowanymi za czasów rządów biskupa Wielgusa. O tych zjawiskach wielokrotnie donosili nam duchowni diecezji, prosząc o zachowanie anonimowości, gdyż obawiali się represji ze strony najbliższych współpracowników byłego biskupa płockiego.
Twoje mądre decyzje nie spotkały się jednak ze zrozumieniem w całym polskim Kościele. Grupy wiernych, podburzone przez Radio Maryja, rozgłośnię ojca Tadeusza Rydzyka, jeszcze w dniu niedoszłego ingresu zaatakowały dziennikarzy. Dzień po ingresie jeden z autorów tekstu o arcybiskupie Wielgusie został ciężko pobity. Szkalowano dziennikarzy „Gazety Polskiej”, oskarżając ich o najcięższe zbrodnie, a nawet docierano z tymi oskarżeniami do naszych rodzin. Rozumiejąc, że ojcem Rydzykiem kierują silne emocje, postanowiliśmy wyciągnąć rękę do zgody. Sam w specjalnym komentarzu opublikowanym w „Gazecie Polskiej” taką zgodę zaproponowałem i potwierdziłem jej wolę przez osoby zaufane. Odpowiedź, jaką otrzymaliśmy, zaskoczyła nas po raz kolejny. Od tygodnia na łamach „Naszego Dziennika”, pisma całkowicie lojalnego wobec ojca Rydzyka, drukowane są teksty zarzucające dziennikarzom „Gazety Polskiej” i garstce odważnych publicystów z innych mediów kłamstwa i manipulacje w sprawie arcybiskupa Wielgusa. Teksty te natychmiast zamieszczane są na stronie internetowej Radia Maryja. Co gorsza, tuż przed odebraniem arcybiskupiego paliusza przez metropolitę warszawskiego w „Naszym Dzienniku” ukazały się sugestie, że objął on swoje stanowisko w wyniku wewnątrzkościelnego spisku. W obronie biskupa warszawskiego stanął ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, duszpasterz polskich Ormian. Już następnego dnia „Nasz Dziennik” przyrównał go do oprawców z komunistycznej tajnej policji. Jest to tym straszniejsze, że ks. Zaleski był w czasach komunistycznych psychicznie i fizycznie torturowany przez SB. Zachowały się z tych wydarzeń nagrania filmowe.
Nie wiem, czym kieruje się ojciec Rydzyk. Wiem jednak, że miał okazję poznać prawdę i tę prawdę odrzucił. Miał okazję pojednać się z ludźmi, których ciężko skrzywdził, a zamiast pojednania wyrządza im nowe krzywdy. Władze zakonne nie reagują na jego kolejne czyny, nawet wtedy, kiedy ubliża żonie prezydenta, najbardziej katolickiego spośród tych, których wybrali Polacy po 1989 r.
Prawdziwymi ofiarami ojca Rydzyka nie są jednak obrażani przez niego biskupi, dziennikarze czy politycy. Największą krzywdę wyrządza prostym ludziom, którzy zawierzyli mu, że mówi w imieniu Kościoła. Bo właśnie każdą krytykę swojej osoby przedstawia on jako atak na Kościół.
Na podstawie kanonu 1364, 1369 i 1373 kodeksu prawa kanonicznego ośmielam się prosić o interwencję wobec działań ojca Rydzyka.
Tomasz Sakiewicz
redaktor naczelny „Gazety Polskiej"
Subskrybuj:
Posty (Atom)