czwartek, 15 sierpnia 2013

Cezary Michalski: internetowa emancypacja

Internetowe recepty dla świata są proste. Ludzie, którzy nigdy nie odważyli by się na podobną bezkompromisowość w swoim własnym życiu (realnym?) piszą, że trzeba „pogonić żydków” albo „nauczyć się od nich, jak być jednością i jak bronić swego”, albo piszą, że trzeba „wytępić islam, tę najgłupszą religię”, albo domagają się „skończenia z Ameryką”, albo z „unijnym kołchozem”, albo „wytępienia czarnych”.

Akurat w Polskim Internecie dominują dzisiaj prawicowcy i „katolicy”, oni są najgłośniejsi, najbardziej brutalni i najbardziej prości, ale także tam, gdzie po polskim otwartym Internecie włóczy się jeszcze jakaś lewica – przybierająca najczęściej postać antyklerykalizmu albo nostalgii za utraconym PRL-em jako autorytarnym dzieciństwem, gdzie „wszyscy mieli pracę” i „wszyscy mieli wczasy”, a zamiast Ameryki (złego wielkiego brata) panował ZSRR (dobry wielki brat) –  recepty dla świata są równie proste.

Są też „elitaryści”, którym ten gniew Internetu wydaje się zrealizowaną apokalipsą „buntu mas” (jakże nienawidziłem tego przywołania Ortegi y Gasseta w prostackim dystynktywnym użyciu polskiej inteligencji mego czasu). Jedni „elitaryści” wściekają się na gniew Internetu, pieniąc się na jego prostotę w swoich równie prostych wypowiedziach czy tekstach, inni udają, że tego nie ma, bo przecież nie warto kopać się z koniem. Tymczasem po co udawać, gdy udawać się nie da? Na naszych oczach przetacza się kolejny w historii naszego gatunku cykl emancypacji społecznej.


Piękny i straszny, budzący nadzieje i potwornie niebezpieczny – jak wszystkie poprzedzające go cykle od czasu, kiedy Mojżesz wyprowadził Żydów z niewoli egipskiej, a hipisi Jezusa dokazujący na wysypisku śmieci na tyłach Świątyni Jerozolimskiej przedstawili swoją wizję radykalnej równości i demokracji dzieci Bożych.


Poprzedni cykl emancypacji ufundowany został na powszechnej zdolności czytania. Trwał od religijnej rewolucji Lutra po świeckie rewolucje i masowe wojny XX wieku. W momencie, kiedy rozpoczynał się tamten cykl (w ogniu i krwi niemieckich wojen chłopskich) Kościół katolicki wolał, żeby chłopskie półzwierzęta wiecznie słuchały mszy po łacinie nie rozumiejąc niczego. Miał nadzieję na to, że na wieczne czasy zarezerwuje zrozumienie Starego i Nowego Testamentu, a nawet zrozumienie codziennej liturgii wyłącznie dla kapłańskiej elity, całkowicie zaprzeczając potwornie pięknej i niebezpiecznej zarazem Jezusowej wizji radykalnej równości i demokracji dzieci Bożych. Ofiary wszystkich rewolucyjnych terrorów, wszystkich masowych wojen nowoczesności, wszystkich eksterminacji, także Holocaustu – to cena (do jakiego stopnia niekonieczna?) cyklu emancypacji cechującego się powszechną sztuką czytania (nie tylko pamfletów Rousseau czy Woltera, ale także „Iskry” i także „Stuermera”).

Dzisiejszy cykl społecznej emancypacji, ten który rozwija się na naszych oczach, ufundowany został na zasadzie powszechnej sztuki publicznego wypowiadania się na piśmie (w Internecie, za pomocą niezliczonych platform komunikacyjnych). Promującego nowe idee, ale także nowy populizm, nowy radykalizm, nową prostotę. Arabska wiosna (polityczna emancypacja ludu, ale także rzezie w Egipcie, także polityczne mordy w Tunezji) to konsekwencja upowszechnienia się sztuki publicznego pisania przez ludzi, którzy tak jak zbuntowane masy XVIII, XIX i XX wieku, nigdy tej sztuki wcześniej nie posiadały, więc się jej uczą – na żywym ciele historii.

Perspektywa konserwatywna (nie reakcyjna), którą tu przedstawiam, pokazuje ten proces jako konieczność, i to nie pozbawioną normatywnej wartości. Człowiek nie może pozostać w stanie samozawinionej niedojrzałości, żaden człowiek, wychodzenie z dziecięctwa, ze zdawania się na mamę (Kościół, autorytarną świecką władzę) i tatę (arystokratę, kapłana, inteligenta) nie jest celem istnienia naszego gatunku na Ziemi. Bunt mas – jakkolwiek potwornie ryzykowny, właściwie nawet nie ryzykowny, gdyż gwarantujący potworności – jest koniecznym wehikułem emancypacji.

Zadaniem konserwatysty (w stanie czystym nigdy się to nie udaje, ale każda próba ratuje być może choćby jedno życie przed linczem z ręki emancypujących się mas) jest ocalić ten proces przed przemocą (przed jej nadmiarem), przed rozbestwieniem (przed jego nadmiarem). Ślepa uliczka bolszewickiej rewolucji, ślepa uliczka „narodowej prasy” XX wieku, ślepa uliczka „liberalnych” telewizyjnych show dla skotłowanego ludu. Ślepe uliczki poprzedniego cyklu emancypacji, który przecież (być może) jako całość (ha, ha – odpowiedzą nam miliony ofiar) się udał.

Konserwatysta akceptuje ten proces. Próbuje uprzedzać jego konsekwencje, jak Bismarck, który wprowadzi ustawodawstwo socjalne zanim jeszcze niemiecka socjaldemokracja i niemieckie związki staną się dość silne, aby ustawodawstwo socjalne na niemieckim państwie wymusić. Choć jego błędem będzie karmienie pruskiego imperializmu, który – po równi z imperializmem brytyjskim, francuskim, rosyjskim – będzie kolejną ślepą ścieżką tamtego cyklu emancypacji. Gdzie krótkowzroczność wypindrzonych i świetnie wyedukowanych imperialnych elit o dostojnych rodowych nazwiskach, w połączeniu z prostotą anonimowych narodowych mas czytających patriotyczne gazetki, zniszczą pacyfistyczne przesłanie ówczesnych socjaldemokratów, liberałów, prawdziwych chrześcijan - i pogrążą świat w wojnie, najpierw I potem II, czyniąc tamten cykl emancypacji (oparty na powszechnej sztuce czytania) tak bardzo kosztownym. 


Czy nauczyliśmy się płacić mniej? Czy cykl emancypacji oparty na powszechnej sztuce publicznego pisania może być mniej kosztowny?


Egipt pokazuje, że nie, prawicowy upadek polskiej polityki w konieczność obsługiwania internetowego prostactwa piszących prawicowych mas - także pokazuje, że nie. A jednak, skoro stoimy wobec historycznej konieczności – ludu nauczonego powszechnego publicznego pisania i wyposażonego w medium powszechnego publicznego pisania – nie ma innego wyjścia, jak tylko zaangażować się w konserwatywną politykę ograniczania ludzkich kosztów nieuniknionego postępu, nieuniknionej emancypacji. A więc w świecie publicznego powszechnego pisania ocalić trzeba publiczne pisanie normatywne. Nie stać się manipulatywnym, instrumentalnym cynikiem (nie do końca się stać?), nie kłamać ponad miarę tylko po to, aby zbierać entuzjastyczne posty pod własnymi tekstami (jak śmiesznie brzmią te liberalne recepty pisarza Karmazynowa wobec pomruków nadciągającej społecznej burzy, pośród internetowego krzyku pisanych na prawo i lewo prostych diagnoz o naprawie świata poprzez wytępienie „arabusów”, „żydków”, „lewaków” czy „czarnych”). Aż sam się wstydzę tego co tu piszę, ale w prostackim z dziejowej konieczności świecie powszechnej sztuki publicznego pisania także dyskurs normatywny staje się z dziejowej konieczności prostacki.

Źródło: Dziennik Opinii KP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz