— Mateusz Morawiecki ma proponować prezesowi "aksamitny rozwód", by powiedzieć wyborcom: "oni się rozstali, ale potem po wyborach szybciutko się połączą" — mówi Dominika Długosz w specjalnym wydaniu "Stanu Wyjątkowego". Wraz z pozostałymi prowadzącymi zastanawia się nad przyszłością Mateusza Morawieckiego i analizuje napięcia w Prawie i Sprawiedliwości.
Przyszłość Mateusza Morawieckiego w PiS, którydo życia powołał własne stowarzyszenie, jest niepewna. Na tę kwestię zwrócił też uwagę jeden z czytelników Onetu podczas specjalnego wydania "Stanu Wyjątkowego" w rocznicę wyborów prezydenckich. Zadał pytanie: "Czy Państwa zdaniem Mateusz Morawiecki zostanie wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości?".
— W moim przekonaniu, prędzej czy później, do tego dojdzie — uważa Dominika Długosz.
— Ze wszystkich moich rozmów z politykami PiS wynika, że oni są w takim nerwowym oczekiwaniu na to, czy Morawiecki wyjdzie sam, czy zostanie wypchnięty z Prawa i Sprawiedliwości. Także ludzie Czarnka i sam Przemysław Czarnek nie ukrywają tego, że ich zdaniem Mateusz Morawiecki gra na aferę, on chce zostać wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości — dodaje.
Długosz: Prędzej czy później to pęknie
Jak podkreśla prowadząca, Mateusz Morawiecki jest przekonany, że nie da się utrzymać partii, która z jednej strony próbuje przyciągnąć wyborców ekstremalnie prawicowych, którzy odeszli do Grzegorza Brauna, a z drugiej chce być partią, która nie zamierza opuszczać Unii Europejskiej i jednocześnie trochę przyciągnąć bardziej konserwatywnych wyborców Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050.
— Nie da się w tak dużym rozkroku stać i prędzej czy później to pęknie. Mateusz Morawiecki ma proponować prezesowi taki aksamitny rozwód, by powiedzieć wyborcom: "oni się rozstali, ale potem po wyborach szybciutko się połączą". Wtedy Morawiecki zagospodarowałby konserwatywne centrum, a Przemysław Czarnek z całą resztą Prawa i Sprawiedliwości pogalopowałby w kierunku wyborców Grzegorza Brauna — podsumowuje Długosz.
Jacek Gądek dodaje, że "propozycja aksamitnego rozwodu Morawieckiego z PiS to w istocie groźby kierowane do prezesa".
— Morawiecki mówi de facto tak: "Panie prezesie, chcę mieć swoją frakcję, proszę to uznać, chcę mieć jak najwięcej swoich ludzi na listach PiS, bo jak nie, no to będzie rozłam". A jedność partii to jest wartość dla Jarosława Kaczyńskiego ogromna. On chce rozłamu uniknąć — tłumaczy Gądek.
Prowadzący uważa, że były premier musiałby znaleźć mocny casus belli [z łac. formalny powód lub pretekst do rozpoczęcia działań wojennych], żeby zostać wyrzuconym z PiS.
— Wydaje się, że cały czas takim scenariuszem "A" dla Morawieckiego to jest walka o silną własną pozycję w PiS, z list PiS wprowadzenie do Sejmu jak największej liczby swoich posłów lojalnych wobec siebie, a nie wobec Nowogrodzkiej. I wówczas, posiadając 30, 40 lub 60 posłów, można w zasadzie mieć taki pakiet mniejszościowy, ale jednocześnie pakiet kontrolny nad PiS w momencie, kiedy ta partia mogłaby przejąć władzę.
Z kolei Kamil Dziubka nie wierzy, że Mateusz Morawiecki opuści PiS — czy to z własnej inicjatywy, czy wyrzucony przez prezesa.
— Moim zdaniem zarówno prezes, jak i Morawiecki zdają sobie sprawę, że jadą na tym samym wózku. Kaczyński, pozbywając się Morawieckiego, wie, że osłabi partię. Jednak Morawiecki jest cały czas bardzo popularny w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości. Zobaczcie, czy jest "efekt Czarnka"? Nie widzimy go w sondażach w żaden sposób. Czarnek nie jest postacią, która pociągnie wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Zwłaszcza że jego kampania cały czas była zakłócana wewnętrznymi konfliktami. I też Mateusz Morawiecki dość sprytnie angażował uwagę zarówno mediów, jak i wyborców, a przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego — mówi Dziubka.
— Morawiecki nie odstawił nogi. Cały czas jest w PiS, nie zdecydował się na wyjście. Inna sprawa, że nie wiem, z kim on miałby wychodzić z partii, bo mam takie wrażenie, że ludzie, którzy złożyli akces do jego stowarzyszenia, mogliby być poddani pewnej presji, gdyby doszło do "sprawdzam" — i niekoniecznie Morawiecki byłby zwycięzcą — podsumował.
Mateusz Morawiecki proponuje "aksamitny rozwód" z Prawem i Sprawiedliwością, co ma być sposobem na przekazanie wyborcom, że partia się rozstaje, ale po wyborach znowu się połączy.
Politycy PiS oczekują, czy Morawiecki odejdzie sam, czy zostanie wyrzucony, a niektórzy nie ukrywają, że uważa, iż Morawiecki gra na rozłam.
Morawiecki stara się przyciągnąć konserwatywnych wyborców, podczas gdy PiS próbuje zdobyć głosy ekstremalnie prawicowych wyborców.
Eksperci wskazują, że Morawiecki może próbować wzmocnić swoją pozycję w PiS, aby mieć kontrolny pakiet głosów w przyszłych wyborach.
Kamil Dziubka twierdzi, że zarówno Morawiecki, jak i Kaczyński zdają sobie sprawę, że ich pozycja w partii jest współzależna.
Polskie służby nie ustają w próbach namierzenia poszukiwanego krajowym listem gończym i Europejskim Nakazem Aresztowania posła PiS Marcina Romanowskiego. — W takich przypadkach o sukcesie decydują nie spektakularne działania, lecz konsekwentna, wielomiesięczna współpraca służb oraz umiejętne wykorzystanie narzędzi prawnych i operacyjnych dostępnych w ramach współpracy międzynarodowej — mówi Marcin Miksza, były oficer CBŚP.
Marcin Romanowski pozostaje w ukryciu od czasu kwietniowego zwycięstwa na Węgrzech opozycyjnej partii TISZA kierowanej przez Petera Magyara. Za jego odnalezienie odpowiadają funkcjonariusze wyspecjalizowanych zespołów CBŚP, tak zwani "łowcy cieni", zajmujący się namierzaniem osób ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Jak informował TVN24, nie ma sygnałów, by polityk opuścił strefę Schengen.
Służby na tropie Marcina Romanowskiego
Śledczy sądzą, że Romanowski wciąż może przebywać w Europie, a sposób jego zniknięcia sugeruje, że mógł otrzymać wsparcie zarówno przy organizacji ucieczki, jak i już po jej dokonaniu. — Zakładamy, że jest w Europie. Coraz więcej wskazuje, że ktoś mu pomógł w przygotowaniu ucieczki i być może dalej pomaga. To służby, pytanie tylko jakie — oceniał jeden z rozmówców TVN24.
O trwających poszukiwaniach posła PiS "Fakt" rozmawiał z Marcinem Mikszą. Były oficer CBŚP podkreśla, że "poszukiwania osób publicznych, które przez lata funkcjonowały w najwyższych strukturach państwa, należą do najbardziej wymagających operacji prowadzonych przez organy ścigania".
Dotyczy to nie tylko aspektów prawnych, ale również organizacyjnych i międzynarodowych. Marcin Romanowski to polityk od lat obecny w życiu publicznym, dysponujący rozległą siecią kontaktów zawodowych i politycznych. Sam ten fakt nie przesądza oczywiście o wykorzystywaniu takich relacji do unikania odpowiedzialności, jednak w praktyce doświadczenie zdobyte podczas pełnienia funkcji publicznych może ułatwiać funkcjonowanie poza bezpośrednim zasięgiem organów ścigania
Miksza przypomina, że wielokrotnie pojawiały się informacje o bliskich relacjach politycznych pomiędzy środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości a władzami Węgier kierowanymi przez Viktora Orbana. — Nie oznacza to automatycznie istnienia wsparcia operacyjnego dla osób poszukiwanych, jednak decyzje podejmowane przez poszczególne państwa mogą mieć istotny wpływ na skuteczność procedur międzynarodowych, takich jak Europejski Nakaz Aresztowania czy postępowania ekstradycyjne — wskazuje były oficer CBŚP.
Zaznacza jednocześnie, że nawet po zmianie władzy proces przebudowy instytucji państwowych jest rozłożony w czasie.
Dotyczy to zarówno administracji, jak i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Zmiany personalne nie następują jednocześnie na wszystkich szczeblach, dlatego pełna reorganizacja struktur wymaga czasu. Nie oznacza to jednak automatycznie istnienia nieformalnego wsparcia dla konkretnych osób, lecz pokazuje skalę wyzwań związanych z funkcjonowaniem dużych instytucji państwowych
— opisuje Miksza.
Były policjant zwraca uwagę, że w przypadku osób przebywających poza granicami kraju kluczowe znaczenie ma sprawna współpraca międzynarodowa.
Kluczową rolę odgrywają służby państwa, na którego terytorium może znajdować się osoba poszukiwana. To właśnie one dysponują znajomością lokalnych realiów, własnymi źródłami informacji oraz możliwościami operacyjnymi niezbędnymi do prowadzenia skutecznych działań
— tłumaczy.
Jego zdaniem szczególne znaczenie mają wyspecjalizowane zespoły zajmujące się lokalizowaniem osób ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości, tak zwani "łowcy cieni".
Ich praca polega nie tylko na analizie informacji operacyjnych, ale również na koordynacji działań z zagranicznymi partnerami, weryfikowaniu tropów, analizowaniu aktywności osób z najbliższego otoczenia poszukiwanych oraz wykorzystywaniu międzynarodowych systemów wymiany informacji
— opisuje Miksza.
Jak dodaje, "osoby posiadające doświadczenie polityczne, biznesowe czy administracyjne często dysponują większymi możliwościami organizacyjnymi niż przeciętny poszukiwany".
— Dotyczy to choćby kwestii logistycznych, takich jak przemieszczanie się, organizacja pobytu czy korzystanie z legalnych środków komunikacji. Nie oznacza to jednak, że pozostają poza zasięgiem organów ścigania. Historia wielu międzynarodowych poszukiwań pokazuje, że nawet osoby skutecznie ukrywające się przez lata ostatecznie bywają lokalizowane dzięki cierpliwej pracy operacyjnej i współpracy służb różnych państw — mówi Miksza.
Były oficer CBŚP podkreśla również, że w sprawach o dużym znaczeniu politycznym i medialnym często pojawiają się pytania o skuteczność współpracy pomiędzy instytucjami odpowiedzialnymi za prowadzenie poszukiwań.
Są to jednak zagadnienia dotyczące przede wszystkim organizacji procesu poszukiwawczego, a nie pracy funkcjonariuszy realizujących konkretne zadania operacyjne. To właśnie od sprawnej współpracy pomiędzy instytucjami często zależy powodzenie całego przedsięwzięcia
— słyszymy.
— Niezależnie od ocen politycznych, sprawa Marcina Romanowskiego pokazuje, jak skomplikowane mogą być poszukiwania osób o dużym doświadczeniu publicznym i rozbudowanych kontaktach międzynarodowych. W takich przypadkach o sukcesie decydują nie spektakularne działania, lecz konsekwentna, wielomiesięczna współpraca służb oraz umiejętne wykorzystanie narzędzi prawnych i operacyjnych dostępnych w ramach współpracy międzynarodowej — podsumowuje Marcin Miksza, były oficer Centralnego Biura Śledczego Policji.
Impas w wojnie z Iranem to tylko jeden z wielu problemów, z jakimi boryka się prezydent USA.
Nie minęły jeszcze dwa tygodnie, odkąd Donald Trump pochwalił się utworzeniem funduszu dla rzekomych ofiar amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Prezydent twierdził, że "zrezygnował z dużych pieniędzy", ponieważ zawarł ugodę w sporze sądowym z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości. "Zamiast tego pomagam innym, którzy zostali tak ciężko skrzywdzeni przez złośliwy, skorumpowany i wykorzystywany jako broń polityczna rząd Bidena, w końcu uzyskać SPRAWIEDLIWOŚĆ!" — oświadczył.
Podstawą tej umowy była zaskakująca procedura. Prezydent USA pozwał własny rząd, ponieważ w 2020 r. dokumenty podatkowe jego i jego rodziny trafiły do amerykańskich mediów. Jednak Trump zrezygnował z odszkodowania, a w zamian Departament Sprawiedliwości utworzył fundusz w wysokości 1,776 mln dol. (według aktualnego kursu 6,2 mln zł) dla rzekomych ofiar.
Liczba ta nie jest przypadkowa — to rok amerykańskiej niepodległości.
Jednak na początku tego tygodnia Biały Dom odrzucił plany Trumpa, nie komentując zbytnio tej sprawy. Opór w szeregach partii Trumpa stał się zbyt duży.
Po raz pierwszy czołowi republikanie w Kongresie USA otwarcie sprzeciwili się prezydentowi i zablokowali ważne dla jego rządu głosowania.
To właśnie Mike Pence, były wiceprezydent Trumpa i jego obecny polityczny arcywróg, przemówił w imieniu krytyków. "Uważam za głęboko oburzające, że mógłby istnieć fundusz, który potencjalnie byłby rekompensatą nawet dla osób, które 6 stycznia zaatakowały funkcjonariuszy policji lub zdewastowały Kapitol" — oświadczył Pence w weekend w amerykańskiej telewizji.
Trump musiał zdecydować, czy w sprawie funduszu pójdzie na konfrontację, czy też nada priorytet ważnym projektom ustawodawczym. Zdecydował się na to drugie. Jest to jeden z wielu przykładów, dlaczego pozory wszechmocy Trumpa ok. 16 miesięcy po objęciu urzędu zaczynają się chwiać.
Wojna w tle
Najbardziej oczywistym przykładem bezsilności Trumpa jest jego wojna z Iranem. W środę Izba Reprezentantów USA opowiedziała się przeciwko jej kontynuacji. Izba Kongresu, zdominowana przez Republikanów, przyjęła rezolucję ograniczającą prezydenckie uprawnienia wojenne stosunkiem głosów 215 do 208. Czterech republikanów głosowało wraz z demokratami za przyjęciem tej rezolucji.
Projekt wzywa Trumpa do wycofania wojsk amerykańskich z Iranu, o ile Kongres nie ogłosi oficjalnie wojny lub nie zatwierdzi operacji wojskowej. Głosowanie ma jednak charakter symboliczny: rezolucja musiałaby również przejść przez Senat, a do odrzucenia weta prezydenta potrzebna byłaby większość dwóch trzecich głosów w obu izbach.
Prezydent USA rozpoczął wojnę z Iranem 28 lutego, mając cztery główne cele: zniszczenie irańskich arsenałów rakietowych i zdolności produkcyjnych, wyeliminowanie irańskiej marynarki wojennej, zapobieżenie powstaniu bomby atomowej oraz wyeliminowanie wspieranych przez Teheran grup terrorystycznych w regionie.
Tymczasem Trump mówi o sukcesie, gdyby cieśnina Ormuz została ponownie otwarta po trwających pośrednich negocjacjach z Teheranem. Należy zauważyć, że cieśnina była otwarta przed rozpoczęciem jego wojny. Jednak nawet negocjacje utknęły w martwym punkcie, ponieważ Iran protestuje przeciwko działaniom Izraela wymierzonym w sprzymierzoną z nim milicję Hezbollahu w Libanie.
"Jeśli izraelski atak na Liban będzie trwał, nie tylko wstrzymamy proces negocjacyjny, ale staniemy bezpośrednio w obliczu wroga" — oświadczył przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf na X.
Izraelski kryzys
Izrael nie zamierza jednak zaprzestać ataków. Również Hezbollah nadal atakuje cele w Izraelu. — Nasze stanowisko nie uległo zmianie — powiedział w połowie tego tygodnia izraelski premier Binjamin Netanjahu.
Trump został poinformowany, że Izrael będzie nadal atakował cele w Bejrucie, jeśli Hezbollah nie zaprzestanie ataków rakietowych na Izrael. Jednak informacje, które wyciekły z burzliwej rozmowy telefonicznej między prezydentem USA a Netanjahu z początku tygodnia, trafiły na pierwsze strony gazet zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Izraelu. Według nich Trump stanowczo domagał się zakończenia walk w Libanie i ostro skrytykował działania izraelskiego premiera — podał zazwyczaj dobrze poinformowany amerykański serwis Axios.
Również sekretarz stanu USA Marco Rubio nie zdołał przekonać Kongresu podczas wtorkowego przesłuchania, że konflikt z Iranem wkrótce zakończy się rozwiązaniem. Rubio przyznał nawet, że nie ma gwarancji, czy w kwestii irańskiego programu jądrowego kiedykolwiek uda się osiągnąć akceptowalną umowę.
Rozmowy są trudne. To z kolei posłużyło Demokratom jako argument. Netanjahu "czekał na to od 40 lat", aby rozpocząć wojnę — oburzył się amerykański senator Chris Van Hollen. — Najwyraźniej w końcu znalazł prezydenta, który był na tyle głupi i lekkomyślny, by do niego dołączyć. Bądźmy szczerzy, panie sekretarzu: polityka zagraniczna Trumpa to obecnie jeden wielki chaos — stwierdził.
Problemy na miejscu
Do wyzwań w polityce zagranicznej dochodzą wyzwania w polityce wewnętrznej. Według nowego sondażu Gallupa 32 proc. obywateli USA boryka się z poważnymi problemami finansowymi.
System Rezerwy Federalnej, amerykański bank centralny, nie wykluczył podwyższenia stopy procentowej w połowie czerwca, jeśli inflacja utrzyma się na wysokim poziomie lub nawet wzrośnie. Co prawda gospodarka Stanów Zjednoczonych nadal odnotowuje wzrost, jednak koszty utrzymania są tak wysokie, że zaufanie konsumentów w USA spadło do rekordowo niskiego poziomu.
Na miesiąc przed 250. rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych, przypadającą na 4 lipca, Trump musiał ponadto pogodzić się z dwiema porażkami politycznymi, które najwyraźniej tak go rozgniewały, że obszernie wypowiedział się na ten temat na swojej platformie Truth Social. Po pierwsze, sędzia federalny orzekł, że prezydent musi ponownie usunąć swoje imię z Kennedy Center w Waszyngtonie. Tylko Kongres USA ma prawo zmienić nazwę. Trump zareagował groźbą całkowitego wycofania się z zarządzania tą federalną instytucją kulturalną.
Republikanin ostro zareagował również na odmowę artystów, którzy mieli wystąpić podczas widowiska w Waszyngtonie z okazji 250. rocznicy powstania USA. Stwierdził, że "przesadnie drodzy muzycy" powinni zostać w domu. Prezydent rozważa zorganizowanie wiecu zamiast muzycznego festiwalu. Uważa, że on sam przyciąga "znacznie większe tłumy niż Elvis w swoich najlepszych czasach". I to nawet "bez gitary".
Donald Trump zmaga się z problemami zarówno na froncie politycznym, jak i zagranicznym, w tym z kontrowersyjnym funduszem dla ofiar amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.
W Izbie Reprezentantów USA przyjęto rezolucję ograniczającą prezydenckie uprawnienia wojenne w kontekście konfliktu z Iranem, co podkreśla rosnący opór w szeregach Partii Republikańskiej.
Konflikt z Iranem oraz izraelskie ataki na Hezbollah podważają autorytet Trumpa i komplikuje sytuację dyplomatyczną Stanów Zjednoczonych.
Sondaż Gallupa wskazuje, że 32% Amerykanów boryka się z poważnymi problemami finansowymi, co wpływa na nastroje społeczne i gospodarcze.
Trump doświadczył niepowodzeń, w tym musiał usunąć swoje imię z Kennedy Center, co zdenerwowało go na tyle, że zareagował na to w mediach społecznościowych.