Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Michalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary Michalski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2013

Cezary Michalski - "NIE WRACAJCIE TU NIGDY!"

Minęła 32 rocznica stanu wojennego, będącego porażką tych, przeciwko którym został wprowadzony, i tych, którzy go wprowadzili. Porażką, która uszkodziła emocjonalnie i ideowo całe moje pokolenie, a my uszkadzamy teraz emocjonalnie i ideowo pokolenia młodsze, zgodnie z teorią Simone Weil i Alice Miller mówiącą, że ofiary przemocy przekazują swoim następcom wyłącznie przemoc. Robimy to wam – młodszym od nas - z tym charakterystycznym, na wpół biologicznym, a na wpół kulturowym, narracyjnym egoizmem, który cechuje każde pokolenie (pokolenie – ten na wpół biologiczny, a na wpół kulturowy, narracyjny twór). Pokolenie lat 80. zafiksowane na traumie stanu wojennego, pokolenie '68 zafiksowane na traumie Marca, pokolenie „kolumbów” zafiksowane na traumie przegranej przez nich II wojny światowej, pokolenie młodych niemieckich kombatantów przegranej I wojny światowej (od Remarque'a po Hitlera, bo wspólnoty pokoleniowe zawierają w sobie swoich najbardziej zaciekłych wrogów, którzy w dodatku najlepiej się znają).

W tę kolejną rocznicę, jak w każdą poprzednią, znów wszyscy kłamią nie potrafiąc nawet odróżnić zwycięstwa od klęski (charakterystyczne dla narodów tak głęboko zniszczonych przez klęski, że klęski nauczyły się obchodzić, jakby to były zwycięstwa). W tę kolejną rocznicę wszyscy zatem kłamią, próbując przy blasku wirtualnych koksowników, przy wtórze „Murów” (całkiem niezła piosenka, tyle że oni nie śpiewają jej ostatniej zwrotki, a ci, którzy śpiewają, nie rozumieją, o czym ona jest) odzyskiwać młodość i życie, które są nie do odzyskania w tym akurat kontekście, bo ten kontekst od początku był trupi.

Ja zatem, żeby wam lepiej uzmysłowić, na czym to kłamstwo polega, postanowiłem z rocznicowej okazji przypomnieć inną pieśń, bardziej reprezentatywną dla całej tamtej toksyny, która zrobiła z nas zombies (ze mnie też zrobiła, nawet jeśli mały kawałek mózgu ciągle mam żywy, a może zaledwie walczący o życie), która utkwiła w nas na zawsze i nigdy się jej nie pozbędziemy, chyba że na mocy rytuału odczyniania klątwy, odpędzania upiorów.


Dlatego postanowiłem wykorzystać moje dzisiejsze felietonowe okienko na taki właśnie prywatny rytuał.


Pieśń „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana...”, którą za chwilę w bardzo specyficzny sposób użyję, była pieśnią potworną. Zarówno w wymiarze tekstu, jak też melodii i wykonania. Kiedy ja i moi rówieśnicy słyszeliśmy ją na manifestacjach albo w czasie mszy, na których wtedy jeszcze bywaliśmy wyłącznie dlatego, że obowiązkowo poprzedzały manifestacje, kawałek ten był jęczany (bo śpiewać się go nie dało, on do śpiewania w ogóle nie był przeznaczony) przez księży, przez starsze panie i panów, czasem sympatycznych, z WiN-owską czy AK-owską przeszłością, które i którzy potrafiły i potrafili pomóc, ukryć, przechować, ale ich ulubiona estetyka była już w sposób nie do odwrócenia morbidalna. Właśnie dlatego słuchając tej wyjękiwanej na liczne niestrojące głosy pieśni skręcaliśmy się z odrazy, zaciskaliśmy zęby i uszy, bo wtedy nie chcieliśmy jeszcze poświęcić całej naszej młodości tej monstrualnej, morbidalnej grafomanii. Wtedy bowiem – w 1981, 1982, 1983... roku nie byliśmy jeszcze pokoleniem zombies, próbowaliśmy zatem uciekać przed śmiercią. A żeby wam pokazać, jak wyglądały szczeliny, kanały, portale tych naszych ucieczek, umieściłem pomiędzy słowami i wersami obrzydliwej pieśni linki do niewinnej zachodniej kontrkultury, rocka, disco i popu, bo tam było życie, a tu była wyłącznie śmierć.

Nie bójcie się jednak, że „Ojczyznę mą, tyle razy we krwi skąpaną...” potraktuję jakimś twardym kontestacyjnym nihilizmem. Linki w jej tekście odsyłają zaledwie do sofcikowej kontestacji sezonowego hipisa krążącego wtedy pomiędzy Sopotem, Toruniem, Łodzią, Krakowem i Zakopanem. Mającego kolegów i koleżanki, którzy tylko w mniejszości przekręcili się od heroiny, a w większości dotarli jednak na studia albo przynajmniej pokończyli szkoły wieczorowe. Jest to zatem kontestacja w wydaniu dla „leminga”, dla „słoika”, którym zawsze próbowałem być, we wszystkich stolicach Polski, Europy i świata, gdzie dane mi było wcześniej czy później na krócej albo dłużej trafić. Ale nawet ten softowy popik wystarczył, żeby uciec z grobu lat 80. 

„Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana, ach jak wielka dziś twoja rana, jakże długo cierpienie twe trwa...”. Może dzięki temu zrozumiecie, dlaczego stałem się takim oikofobem polskiej „Plackarni”, dlaczego tak źle reaguję na nazwę Wrocław Osobowice, czemu wolę Lidla od Społem, a młodych Ukraińców, w których flaga UE budzi entuzjazm, nawet jeśli nieco przesadny, od ludzi, którzy unijną flagę uważają za „szmatę”. 

A teraz zacznijmy już nasz rytuał odczyniania uroków i odpędzania upiorów. Naszą małą rekonstrukcję historyczną.


Ojczyzno ma,



tyle razy we krwi


skąpana. Ach,


 jak wielka dziś twoja rana,



Jakże długo cierpienie twe trwa!




Tyle



razy pragnęłaś

   

wolności,

  

Tyle razy gnębił cię 


kat,



Ale zawsze czynił to obcy,

  


A dziś brata zabija brat!


Ojczyzno ma...

 

Biały orzeł znów



skrępowany,



Krwawy łańcuch zwisa u szpon,

Ale wkrótce zostanie

   

zerwany,
Bo wolności 


wybija dzwon.
 Ojczyzno ma... 

 


O Królowo

  

Polskiej Korony,

  

Wolność, pokój i miłość



racz dać

By ten 


naród boleśnie gnębiony,


Odtąd wiernie

  

przy Tobie mógł trwać!

  

A jeśli ktoś ma lepsze linki (to naprawdę nie będzie wymagało wielkiego wysiłku), wygodniejsze i przyjemniejsze kanały ucieczki, jakiś smaczniejszy szczaw z nasypu i mirabelki, bardzo proszę wieszać. Bez najmniejszej krępacji. Może ktoś z was znajdzie np. „Catholic girls” Franka Zappy z clipem, a nie tylko w wersji audio, albo jakichś żwawszych Doorsów, albo ciekawszy new romantic, bardziej nieprzejednany punk, bardziej niszową nową falę... Przeboleję nawet i to, jak Stawisz wklei linki do pięćdziesięciu kawałków Depeche Mode. Nie krępujcie się, wklejajcie, wieszajcie. Wszystko, żeby zagłuszyć wycie zombies. Także tych najbliższych, które wyją w nas. Żebyśmy nie wrócili tam nigdy (parafraza, za „300 mil do nieba” Macieja Dejczera). Do tego miejsca w przeszłości, które nas zabiło. Nie odbudujemy solidarności między nami, ani nie wygramy już nigdy tamtej gry. Pozostał nam tylko ten sentymentalny gest. Do mnie, dzieci, wdowy!

Źrodło: Dziennik Opinii KP

wtorek, 29 października 2013

Cezary Michalski - TUSK ZJADŁ SWOJĄ PARTIĘ

Jeśli zdolność przebywania jakkolwiek podmiotowego Grzegorza Schetyny z liderem Donaldem Tuskiem w jednej partii uznałem za kryterium odróżniające Platformę Obywatelską od partii wodzowskiej idealnej (takiej jak np. Prawo i Sprawiedliwość), to po sobotnim głosowaniu, w wyniku którego Donald Tusk pozbawił Schetynę ostatniej istotnej pozycji w partii, czyli stanowiska przewodniczącego PO na Dolnym Śląsku (Protasiewicz był tylko posłańcem Cezara, a stanowisko wiceprzewodniczącego partii już się Schetynie po klęsce we własnym mateczniku w oczywisty sposób nie należy), to moje kryterium pokazuje w sposób jednoznaczny: w Platformie odchylenie od ideału partii wodzowskiej już nie istnieje.

Teraz zastanówmy się, czy to dobrze, czy źle. Albo raczej, co jest w tym dobrego, a co złego, bo rzeczywistość zawsze jest dialektyczna. Zacznijmy od dobrych wiadomości. Donald Tusk jest bardziej liberałem niż konserwatystą, a Grzegorz Schetyna bardziej konserwatystą niż liberałem. Przesunięcia ideowe u tych dwóch ludzi, których polityka polska (jej brutalność, jej głupota, jej pustka i jej umocowanie w społecznej pustce) nauczyła pragmatyzmu bez granic jest minimalne, ale jednak istnieje. W chwili ostatecznego rozstrzygnięcia Tusk chętniej broniłby Kozłowskiej-Rajewicz przed Gowinem, a nawet Biernackim, podczas gdy Schetyna nieco chętniej by ją Gowinowi, a nawet Biernackiemu sprzedał. Ale nawet w tym mogę się mylić. 

Tusk w ostatecznej chwili zdecydowałby się na koalicję z SLD lub TR (co nazywam zaletą, zgodnie z moją teorią trójkąta modernizacyjnego złożonego z elektoratów PO, SLD i TR, może Trójkąta Bermudzkiego, może trójkąta potworów, ale jedynego trójkąta jaki posiadamy na morzu prawdziwych potworów, czyli smoleńskiej i narodowej prawicy, dopóki np. Partia Zielonych w sojuszu z Partią Kobiet nie zasiądzie w polskim parlamencie i to na zauważalnej liczbie miejsc). Schetyna na taką koalicję zdecydowałby się mniej chętnie, choćby dlatego, że on i jego ludzie budowali aparat na dole i nagradzali go stanowiskami w samorządach i spółkach skarbu państwa. A w przypadku koalicji z SLD czy TR Tusk chętnie podzieli się z partiami koalicyjnymi miejscami aparatu, który Schetyna i jego ludzie budowali na dole, ponieważ nie tylko sam przez to nic nie straci, ale jeszcze dodatkowo osłabi Schetynę i jego ludzi.

Od czasu jak w III RP powstała formuła partii wodzowskiej, wódz zawsze okazuje się nieco lepszy od swojej substancji partyjnej. Lepszy, czyli mniej nostalgiczny, mniej reakcyjny, bardziej zapadnicki, bardziej promodernizacyjny. Miller wykazywał w swojej politycznej praktyce mniej nostalgii za PRL-em niż substancja jego partii. Kaczyński był w okresie swoich rządów mniej marko-jurkowy niż substancja jego partii. Tusk jest bardziej liberalny, zapadnicki i promodernizacyjny niż substancja jego partii, a ludzie bardziej od niego liberalni, zapadniccy i promodernizacyjni w jego własnym otoczeniu czy partii, pozostają przy życiu wyłącznie dzięki jego osobistemu poparciu. Tusk po tym, co zrobił Schetynie ma rozwiązane ręce. Oczywiście może tymi rozwiązanymi rękoma dłubać w nosie, składać origami, zawiązywać supły na sznurowadłach własnych lub niedobitków swoich konkurentów w partii. Ale może też tymi rozwiązanymi rękoma podejmować odważniejsze decyzje – programowe, koalicyjne. 

Ale są i złe wiadomości. Polską nie da się rządzić pojedynczo. Przy użyciu jednej tylko osoby – w tym przypadku Tuska – zdolnej do podejmowania decyzji czy ryzyka politycznego, ponieważ inne takie osoby zostały przez tę jedną osobę zlikwidowane albo też zdolność decyzji i ryzyka wybito im z głowy (te zdolności raz z głowy przez lidera wybite często do tej głowy już nigdy nie powracają). Wraz z upadkiem Schetyny w Platformie Obywatelskiej – partii jakby nie było rządzącej – jest coraz mniej politycznej woli, coraz mniej politycznych kompetencji, poza wolą i kompetencjami samego Donalda Tuska. Jedyne wyjście w tej sytuacji to uzyskanie przez Platformę takiego wyniku wyborczego, który zmusi PO do szukania koalicjantów poważnych. Wówczas jakieś elementy politycznej woli, decyzyjności i kompetencji z SLD, TR, z innego – mam nadzieję niereakcyjnego sojuszu czy ruchu – zasilą obóz władzy. I Polska nie będzie rządzona przez jedną osobę, ale już przynajmniej przez dwie, trzy, może nawet pięć.

Druga rzecz to sama emancypacja. Czy można emancypować kraj na sposób dyktatorski? Oczywiście że można, Piłsudski, Ataturk... Ale czy oni rzeczywiście obywateli swoich krajów  wyemancypowali? Łatwo wskazać na realne osiągnięcia Piłsudskiego na endecko-katolickim tle jego (a nawet naszej) epoki. Co prawda zabijał przeciwników politycznych, ale nadawał prawa całym grupom. W muzeum diaspory żydowskiej na Manhattanie data uchwalenia Konstytucji Kwietniowej (nie Marcowej, ale właśnie Kwietniowej) znalazła się na kamiennej tablicy obok dat związanych z panowaniem Aleksandra Wielkiego czy daty Rewolucji Francuskiej. Wśród dosłownie kilku historycznych wydarzeń, które Żydzi z diaspory powinni zapamiętać dobrze, gdyż był w Konstytucji Kwietniowej paragraf czyniący polskich Żydów w większym stopniu pełnoprawnymi obywatelami tego kraju. Kobiety prawo do głosu uzyskały w Polsce wcześniej niż we Francji, a że te prawa zachowały przez całe 20-lecie, była to zasługa w ogromnej mierze obozu Piłsudskiego, bo obóz Dmowskiego i ks. Kolbe, gdyby władzę w II RP zdobył, polskim kobietom by te prawa – wyprzedzające epokę – odebrał. Itp. itd. 

A jednak emancypacja wprowadzana jednoosobowo nie jest emancypacją trwałą. Gdyby nie wojna, II RP stoczyłaby się w otchłań najbardziej ponurej reakcji, bo już się staczała. Gdzie by się podziała sanacyjna modernizacja? Przecież wszystko to wisiało na „Marszałku, Naczelniku, Dzielnym Wodzu Naszym”. Kiedy Marszałka zabrakło, to co na nim wisiało, spadło. Po uniwersytetach i lewicowych klubach hasały endeckie bojówki, tak jak dziś hasają, a sama Sanacja coraz bardziej śmierdziała OZON-em.


Żeby emancypacja była prawdziwa, a nie tylko narzucona, musimy mieć wyemancypowanego, zdolnego do życia, myślenia, podejmowania podmiotowych decyzji... jeszcze kogoś innego, niż tylko wodza. W PO nikogo takiego dziś nie ma, bo nie ma tam już dzisiaj żadnej innej podmiotowej osoby prócz Tuska. Zatem także cała platformerska emancypacja, cała modernizacja, wisi na Tusku.


Zamiast palić Tuski, twórzmy Tuski własne (parafraza za Jackiem Kuroniem). Zamiast Tuska zarzynać, tak jak on zarzyna wszystkich podmiotowych ludzi wokół siebie (nie do końca rozumiem, dlaczego, ale ja nie jestem ani Robertem Krasowskim, ani jego pomniejszymi językowymi klonami – Janem Marią Rokitą czy Ludwikiem Dornem – więc ja polskiej polityki, tak samo jak polskości samej, nie rozumiem wcale), wykreujmy w swoich środowiskach, w swoich organizacjach ludzi zdolnych podejmować decyzje, budować instytucje, ludzi podmiotowych. Modernizacja platformerska rzeczywiście jest dziś zawieszona na Tusku, który ma ogromne zalety w moich oczach, szczególnie w sytuacji coraz bardziej przypominającej schyłek II RP, w sytuacji bezkarności prawicowych bojówek, a także w sytuacji gdzie abp. Michalik czy wdowcy smoleńscy, mimo że mają w tym społeczeństwie ogromną siłę i wpływy, zawsze występują z pozycji bezsilnych ofiar. Ale tak jak wszyscy politycy w Polsce, zamiast budować wokół siebie kapitał społeczny, Donald Tusk go niszczy. Zamiast przygotowywać sukcesję w sposób demokratyczny, czyli widoczny dla obywateli, wszelkich potencjalnych sukcesorów niszczy, a jedyne tolerowane przez siebie typy do sukcesji po sobie (choćby za tysiąc lat), pozbawia podmiotowości, odkształca, zamienia w polityczne zombi.

Kaczyńskiemu tego wszystkiego już nie zarzucam (zarzucałbym jeszcze jakieś 10 lat temu). Z Kaczyńskim dziś politycznie walczę, ponieważ nie widzę w nim już żadnego potencjału modernizacyjnego. Rozwiało się na peryferiach i zdziczało tak jak u Orbana, może nawet głębiej. Tuskowi te zarzuty stawiam, ponieważ ma potencjał do prowadzenia w Polsce emancypacji i modernizacji. Jednak emancypacji broni metodami, które emancypację uniemożliwiają. A modernizuje metodami z okresu wczesnego cesarstwa rzymskiego lub Aleksandra Borgii. Nie jestem Janem Rokitą, powtarzam, nie uważam zatem, aby polityka, także jako rzemiosło, była wiecznie niezmienna i nie podlegała historycznym zmianom. Dlatego trudno mi chwalić Tuska jako modernizatora, budującego w Polsce liberalną demokrację w stylu zachodnim lub chociaż budującego podstawy pod takie budowanie, skoro widzę, że w zarządzaniu partią uprawia politykę antyczną, a kiedy jest w lepszej formie, wczesnorenesansową.

Źródło: Dziennik Opinii KP

poniedziałek, 28 października 2013

MUCHARSKI: FRANCISZEK NIE WYMUSI ZMIAN W POLSKIM KOŚCIELE

Wszystko, co jest odpowiednikiem społeczeństwa obywatelskiego w Kościele, wciąż jest w Polsce słabe.
Czy pan był zaskoczony decyzją Watykanu w sprawie ks. Lemańskiego? Potraktowaniem tej sprawy czysto formalnie, mechanicznie, jak zawsze, mimo wszystkich nastrojów związanych z nowym papieżem?

Nie byłem zaskoczony. Od początku miałem w tej sprawie wrażenie fatalizmu – wszystko odbywało się według aż za dobrze znanego scenariusza. Niestety.

Czy katolicy myślący w Polsce tak jak ks. Lemański, a nie jak abp Hoser, zarówno o dialogu katolicko-żydowskim, jak też o biopolityce (to znaczy akceptowanie pewnych dogmatów albo lojalna wobec własnej instytucji dyskusja z nimi w życiu własnym i swoich rodzin, ale bez wymuszania tego na niekatolikach poprzez naciski na stanowienie prawa powszechnego czy  poprzez oskarżenia o morderstwo, rodzenie potworków itp.) mogą jakoś pomóc ks. Lemańskiemu, czy będzie po prostu milczenie, czekanie na odwołanie, a potem zapomnienie?

Myślę, że tacy katolicy nie są dziś w stanie pomóc ks. Lemańskiemu w sensie instytucjonalnym, wpływając na zmianę decyzji konkretnych instancji kościelnych. Także nikt nie chce wyprowadzać ks. Lemańskiego z Kościoła, ani on sam nie chce być wyprowadzony. Pytanie jednak brzmi, jak katolicy myślący podobnie do niego są mu w stanie pomóc jako skrzywdzonemu człowiekowi, ale także w znalezieniu mu miejsca w łonie instytucji, choćby na jej obrzeżach, gdzie ten charyzmatyczny, pełen przeróżnych talentów ksiądz mógłby się sensownie realizować. To nie jest nawet kwestia, jak to się medialnie przełoży, czy też nie przełoży, na opinię publiczną, ale chodzi o znalezienie mu takiego miejsca w życiu Kościoła, które pozwoli mu realizować to, co on sam uważa za swoje powołanie. Ja całkiem szczerze przyznam, że nie wiem dzisiaj, jak to zrobić, ale jestem pewien, że wielu ludzi w polskim Kościele o tym myśli.

Może parametr czasu tu zadziała, a może nie.

Właśnie, nie jesteśmy nawet pewni, czy czas sprzyja ks. Lemańskiemu i tym, którzy chcieliby mu pomóc w Kościele.

Stąd moje pytanie, bardzo świeckie, ale mówimy tu o sporze o praktykę działania silnej instytucji mającej także swój świecki wymiar: ile dywizji ma papież w tej swojej próbie zreformowania instytucji, powrotu do Soboru Watykańskiego II, zmiany, dzięki której ks. Lemański ze swoją wizją ewangelizacji byłby silniejszy, a ludzie Kościoła ze strategią misji jako narzucania, zastraszania i wykluczania byliby słabsi?

Bardzo trudne do policzenia, szczególnie w Polsce. Tu bowiem nie chodzi wyłącznie o kwestie ilościowe, ale o zdolność zbudowania choćby lekko sformalizowanego frontu na rzecz tych soborowych deklaracji Franciszka.

W Polsce to jest jeszcze trudniejsze niż w Ameryce Południowej czy w Niemczech?

Obawiam się, że tak. Nawet używając narzędzi zgodnych z prawem kanonicznym, z jego literą i duchem, z literą i duchem instytucji.

Ja pytam o te dywizje, nie chcąc nikomu psuć kariery w tym Kościele, szczególnie ludziom, którzy w przyszłości, jako szefowie diecezji czy katoliccy intelektualiści, mogliby w sposób otwarty być „dywizjami Franciszka”, ale wcześniej mogą zostać wypchnięci z instytucji.

Tym bardziej owo wskazanie „dywizji Franciszka” jest trudne. Ale charakterystyczne zróżnicowanie zauważyliśmy niedawno w czasie słynnej konferencji dotyczącej abp. Hosera i afery pedofilskiej, kiedy zabrał głos reprezentant kurii warszawsko-praskiej. Zobaczyliśmy wtedy jak na dłoni, jakie jest także otoczenie Hosera, bo przecież nie jest na nich skazany, on ich sobie sam wybrał. Ale usłyszeliśmy tam również inny głos polskiego Kościoła, taki już Franciszkowy, albo przynajmniej pokazujący, że są w polskiej hierarchii ludzie z ducha tego pontyfikatu. Zero pychy, zero strachu przed mówieniem otwartym tekstem o winach.

Ale zaraz potem, kiedy z wysokiego szczebla dobiegł kolejny mocny głos, że winne są feministki i ideologia gender, ten głos „franciszkański” stał się niejasny, pokorny, świadomy, że nie ma żadnych dywizji, i próbujący przetrwać na sposób oportunistyczny.

Ale właśnie wówczas zobaczyliśmy rzecz najciekawszą, czyli rzecznika prasowego episkopatu...

Niższego rangą od abp. Michalika.

...­który najpierw pilotuje tego arcybiskupa podczas konferencji prasowej, dając mu okazję do przeprosin. A przy kolejnej jego erupcji we Wrocławiu ma już tylko tyle do powiedzenia, że „państwo mają swoich szefów, ja mam swoich i nie mogę za nich odpowiadać”. To się nigdy nie zdarzyło w polskim Kościele, żeby jakiś podwładny tak wyraźnie dystansował się od swego szefa.

Franciszka jednak ktoś wybrał. Wybrała go większość kardynałów uczestniczących w konklawe, którzy przecież wiedzieli kim on jest, startował już po raz drugi. Są więc chyba  w Kościele siły pragnące zmian. Czy państwo w „Tygodniku Powszechnym” mają wiedzę o proporcji sił w Kościele powszechnym? Wiemy o ostrości, jaką ten konflikt przybrał w Peru, gdzie konserwatywni hierarchowie publicznie kwestionują decyzje papieża i styl tego pontyfikatu. Mamy Niemcy, gdzie hierarcha zachowujący się tak, że w polskim Kościele byłby doceniony – budujący bizantyjską siedzibę, gromadzący dla Kościoła bogactwa, pokazujący potęgę - zostaje przez Franciszka zawieszony. Mamy antypapieską krytykę Michaela Novaka i Vittorio Messoriego.

Michael Novak to ciekawa postać, ale nawet nieukrywająca, że chrześcijaństwo całkowicie pomyliło mu się z ideologią neoliberalną i neokonserwatywną. Więc pewnie uważa Franciszka za jakiegoś nierozgarniętego lewicowego heretyka, kiedy ten mówi o biedzie i piętnuje turbokapitalizm. Mnie pociesza fakt, że kardynałowie wybrali go z pełną świadomością tego, co będzie robił. Wiedzieli od samego początku. Wszystko to, co on mówi teraz, co dotyczy reformy Kurii czy nowego sposobu komunikowania się ze światem, co jest bardzo ważne, bo nie o język wyłącznie tu chodzi – to wszystko zostało przez niego powiedziane już podczas interregnum, kiedy kardynałowie spotykali się w Watykanie przed konklawe. Więc to nie jest tak, że ta większość wybrała go nie wiedząc, co on zrobi, teraz jest zaskoczona i nie opowie się za nim w momencie realnego sporu. Jest też ta grupa C-8, silne osobowości, które zgodziły się realizować jego wizję reformy instytucji. Ale oni dopiero ruszyli do pracy.

Widać też, że jest jakieś kozactwo w samym Franciszku. Mamy bowiem spektakularny przypadek zawieszonego biskupa z Limburga, bardzo poważnej figury niemieckiego Kościoła, za którą stoi pewnie sporo tamtejszych – jak pan to nazywa – dywizji. To było możliwe wyłącznie w kontekście tego pontyfikatu.


W polskim kontekście człowiek, który buduje bizantyjski pałac, byłby uważany za człowieka sukcesu.

Oczywiście, że tak. Drogo bo drogo, ale to nie jest lastriko, tylko marmur karraryjski, więc musi kosztować. Franciszek się nagle od tego „sukcesu” dystansuje bardzo mocno. W Polsce są tacy ludzie Kościoła, którzy tego nie rozumieją, bo też mamy w jakiejś części bizantyjski Kościół. Ale ja nie przypominam też sobie, żeby w całym Kościele powszechnym za takie ekscesy biznesowe jakiś hierarcha był zawieszany. Nie dziwię się więc Lechowi Wałęsie, który dystansuje się wobec Franciszka, mówiąc, że „za parę miesięcy może się okazać, że duch święty się pomylił”. Podejrzewam, że dla byłego prezydenta limburski styl prałata Jankowskiego jest naturalny i do przyjęcia. Więc nie rozumie, czemu Franciszek za takie rzeczy karze.

Czy zatem w ogóle jest jakiś „efekt Franciszka” w polskim katolicyzmie?

Po pierwsze, widać pewien paradoksalny wpływ Franciszka na polski Kościół w postaci  najtwardszych reakcji ze strony najbardziej twardogłowych postaci, u których styl nowego pontyfikatu wzbudził po prostu panikę.

Ale kiedy oni prewencyjnie pacyfikują ks. Lemańskiego czy innych niepokornych kapłanów i widzą, że nie zostali skarceni przez Franciszka, ale poparci przez Instytucję, panika może szybko ustąpić powrotowi pełnego zadowolenia.

Pan pyta, czy papież zmianę po prostu wymusi. Mam wątpliwości. On dokonuje pewnego rodzaju wykroczenia w swoich kazaniach z Domu Św. Marty, ale choćby z jego wywiadów można wnosić, że my mu trochę wmawiamy rewolucję.

Papież jest rewolucjonistą tylko w takim sensie, jak Tony Judt był socjalistą. Czyli żadnych utopii, żadnych gwałtownych zmian, tylko polityka małych kroków, przyzwyczajać, wprowadzać nowe pojęcia...

Może się jednak z czasem okazać, jak przy niektórych wypowiedziach Franciszka, że coś, co jest dla niego małym krokiem, dla niektórych kościołów lokalnych czy dla pewnych ludzi z tych kościołów jest nie do pomyślenia. Ale w jego faktycznych intencjach to są drobne i bardzo ostrożne kroki. Cokolwiek on będzie reformował, to będzie raczej „refolucja”, jak się mówiło w innym zupełnie kontekście.

Nawet jak używamy tej nieszczęsnej metafory ze zmianami w bloku wschodnim i w partiach bloku wschodniego – a sam jej używam – wiedząc, jak bardzo jest przybliżona i redukcyjna w stosunku do działań nowego papieża w Kościele, to jednocześnie pamiętamy, że „refolucja” jednak zadziałała.

On pochodzi z kontynentu, który żył w permanentnym spazmie rewolucji i kontrrewolucji, ale sam nigdy człowiekiem rewolucji nie był. Stąd te jego drobne zarządcze kroki mogą być prawie niedostrzegalne, szczególnie z zewnątrz Kościoła, ale w środku będą wywoływały pewną dynamikę, mam nadzieję, że istotną, która ten Kościół zmieni. Są wydarzenia, których świeckie media nawet nie dostrzegają albo nie kojarzą z Franciszkiem, ale one są z tą nową atmosferą ewidentnie związane. Na przykład biskup szczeciński decyduje nagle, że w jego diecezji to od decyzji rodziców będzie zależało, w jakim wieku dziecko przystąpi do komunii.

Wbrew pozorom to zmiana gigantyczna. Nie traktujemy pierwszej komunii jako narzędzia dyscyplinującego w tej żołnierskiej formie „rocznika do przysięgi”.

Dokładnie takie to ma znaczenie. Pierwsza komunia staje się w ten sposób, a w każdym razie może się stać dla rodziców i dzieci, które z tego skorzystają, bardzo prawdziwą religijną inicjacją. A nie mechanicznym wydarzeniem podchodzącego do komunii „rocznika”. To rodzice – mam nadzieję, że w porozumieniu z dziećmi – wyznaczają termin tej inicjacji.

I jak rozumiem nie jest to podane w logice: „wydłużamy wam szkolenie małżeńskie o dodatkowe parę miesięcy za karę, żebyście wiedzieli, że przychodzicie z tej cywilizacji śmierci i musicie się jeszcze bardziej oczyścić”? Nie mówi się rodzicom, że ich dzieci są zbyt zepsute, żeby je można było dopuścić do tej łaski? To jest raczej wolność niż dodatkowa represja?

Oczywiście, że ten biskup taką ma właśnie intencję. Ośmielanie do podejmowania decyzji z większą świadomością wolności, a nie „ostrożność wynikająca z większego zepsucia”. I oczywiście, że to musi być w taki sposób zrozumiane także przez kapłanów z jego diecezji. Nikt w Kościele polskim wcześniej tak nie pomyślał. To jest oddanie jakiegoś pola wolności tej drugiej stronie Kościoła, czyli świeckim, o których wszyscy ględzą bez przerwy, ale nikt się nie bierze za ich upodmiotowienie w Kościele, łącznie z nimi samymi.

Ostatnia, ale może najważniejsza wątpliwość. Kościół to także potężna ziemska instytucja. Może dzięki reformom zyska na autentyczności wiary, ale utraci jakąś część wpływu, bogactwa, siły. Na wszystkich polskich portalach można znaleźć identyczne głosy prawicowych katolików: „no dobrze, protestanci się zreformowali i czy teraz mają więcej pieniędzy, większe tłumy w kościołach, większy wpływ na stanowienie świeckiego prawa...?”. Nawet hierarchowie, którzy rozumieją konieczność reform w Kościele, muszą się bać tej ceny. Utraty części ziemskiej siły przez instytucję, za którą są odpowiedzialni.

To jest realne ryzyko. Ale raczej z tego powodu, że przepływy finansowe, przepływy majątku w obrębie instytucji są kompletnie nietransparentne. Aż tak bardzo nietransparentne dla umownego „klienta” Kościoła, że w tym wymiarze Kościół przestaje być w jego oczach instytucją zaufania publicznego. To widać świetnie po migracji polskich wiernych w obrębie usług, które Kościół świadczy, sakramentalnych i innych. Jeżeli ludzie tylko mają jakikolwiek wybór – np. w Krakowie – to idą po sakramenty, po „usługi”, do zakonów. Gdzie nie tylko nie ma cenników, ale gdzie oni są też inaczej traktowani, nie ma nacisku, nie ma epatowania władzą, nie ma tej presji „usługodawcy”. Tam się nie jest petentem. Widać ucieczkę od „tych w koloratkach”, którzy mają cennik, pozycje po 500, po 800 złotych...

Ale czy to jest dynamika, która w odległej przeszłości pozwalała wielkim papieżom reformatorom użyć zakonów przeciwko blokującym reformy biskupom czy kardynałom, możnym i potężnym?

Nie aż taka, tamto to były rewolucje, a tu mówimy sobie o „refolucji”. Ja nie mam odpowiedzi na pana pytanie. Rozumiem lęk hierarchii przed tym, żeby wierny decydował, czy płaci, czy nie płaci.

Także w postaci podatku kościelnego zamiast dotacji wymuszanej przez silny Kościół na słabej świeckiej władzy. A to jest jeden z elementów realnej reformy. Jeśli polski Kościół zdecyduje się zablokować dyskusję o podatku kościelnym, wiedząc, że rząd jest tu słaby, a wszelkie odmiany twardszej prawicy dadzą Kościołowi wszystko, byle tylko biskupi i księża poparli je w walce o władzę, to jednak polski Kościół będzie się musiał zdecydowanie od Franciszka zdystansować. Znów coś o feministkach powiedzieć, albo że Tusk jest zwolennikiem „ideologii gender”.

Są różne języki osłonowe, które mogą być użyte, jeśli będzie się chciało zablokować wprowadzenie podatku kościelnego jako jednego z ważniejszych mechanizmów finansowania Kościoła. To mogą być nawet argumenty poważniejsze niż tylko strategia wizerunkowa czy histeryczne wypatrywanie fantomów. Ale nie mam pojęcia, jak hierarchów do stłumienia czy załagodzenia tego lęku przekonać.

Jakiś pozytywny przykład jednak pan podał, tej delikatnej różnicy pomiędzy zakonami a  „tymi w koloratkach” w kwestii traktowania „usług sakramentalnych”. Wszystko zostaje w Kościele, ale lepiej zarządzanym i bardziej ludzkim.

Jeśli chodzi o Polskę, wszystko – moc polityczna, pieniądze, zaufanie wiernych albo jego utrata – sprowadza się do zbyt wielkiej nieufności dwóch stron. Wcale nie Kościoła i jego wrogów, ale dwóch stron samego Kościoła, to znaczy hierarchii i świeckich. Świeccy są traktowani jako rodzaj żołnierzy, którymi się zawiaduje, ale z drugiej strony kompletnie nie ma woli do upodmiotowienia się tych świeckich. Instrumenty są – rady parafialne, ekonomiczne... – ci ludzie mogliby tym majątkiem zawiadywać i odpowiadać za niego. Ale nie chcą wziąć tej odpowiedzialności, walczyć o nią. Idzie się do Kościoła, spełnia sakramentalne obowiązki, ale to wszystko, co jest odpowiednikiem społeczeństwa obywatelskiego w Kościele, wciąż jest w Polsce słabe.

Pan mówi o klerykalizacji Kościoła, co w języku Soboru Watykańskiego II było jednym z największych grzechów Instytucji. Dlatego antyklerykalizm jest postulatem Franciszka. Ale głupio powiedzieć niektórym świeckim, że są niepodmiotowi, skoro potrafią sprawić, że biskup zaczyna mówić ich językiem: „zła partia i dobra partia”.

Kwestia ideologizacji, którą Franciszek wprost nazwał, jest tu bardzo ważna. Kiedyś mówił o tym również Jan Paweł II, ale też nikogo to w Polsce nie interesowało. Teraz są podobne kłopoty z odbieraniem tego całkiem już jednoznacznego ostrzeżenia, że chrześcijaństwo nie jest ideologizacją. Tym bardziej nie jest upartyjnieniem.

Znowu wracamy do pytania o siłę. Czy „dywizje” polskiego Kościoła zaryzykują manewr grożący utratą takich wiernych i w ten sposób osłabieniem ziemskiej potęgi instytucji?

Myślę, że nie, dlatego mówię o nadziei na „refolucję”, a nie na rewolucję.

Piotr Mucharski, ur.1959, dziennikarz i publicysta. Od 1988 roku pracuje w „Tygodniku Powszechnym”, a od roku 2011 jest jego redaktorem naczelnym.
Źródło: Dziennik Opinii KP

czwartek, 24 października 2013

Cezary Michalski - ILE DYWIZJI MA PAPIEŻ?

Jak twierdzą „umiarkowani konserwatyści”, także w dyskusjach pod tekstami z Dziennika Opinii KP, to pojawienie się Janusza Palikota i jego antyklerykalnej partii miało doprowadzić do mobilizacji prawicowej czarnej sotni w polskim Kościele i wokół niego. Gdyby nie polityczny antyklerykalizm po raz pierwszy w takiej skali zorganizowany po roku 1989 przez Palikota, polski Kościół sam rozwiązałby swoje problemy, sam by się zreformował, sam zrezygnowałby z nadmiernych żądań wobec słabiutkiego świeckiego państwa, wobec formalnie tylko świeckiej szkoły państwowej, wobec skarbu państwa i samorządów. 

O tym, że taka argumentacja pozbawiona jest sensu, przypomina proste następstwo faktów. Abp. Michalik zastraszał i obrażał wiernych z Tylawy swoimi publicznymi wystąpieniami, odmawiał im prawa do świadczenia przed świeckim sądem w sprawie molestowania ich własnych córek przez księdza, którego on sam bronił jako człowieka własnej instytucji, robił to wszystko po roku 2001. Jego zachowanie nie mogło być zatem w żaden sposób sprowokowane przez Janusza Palikota i jego antyklerykalny ruch, ponieważ Janusz Palikot nie był wtedy liderem żadnego antyklerykalnego ruchu, ale wydawał „Ozon”, w którym nawróceni na ideologię, bo nie na chrześcijaństwo, prawicowi publicyści bronili wszystkich możliwych patologii Kościoła w sferze świeckiej. 

Także Komisja Majątkowa z udziałem Marka P. działała przez wiele lat, skutecznie „zmobilizowana” do odzyskiwania przez Kościół majątku od państwa i samorządów metodami niezgodnymi z prawem. I znów, to nie żaden silny antyklerykalny ruch „zmobilizował” Kościół do takiego działania, bo żadnego takiego ruchu wtedy nie było. Obrońcy świeckości państwa byli w defensywie. Po raz pierwszy pokonani przy okazji wprowadzania religii do szkół, potem przy okazji wprowadzenia zakazu aborcji, cofali się dalej i dalej. 

Podobną „prowokacją” wobec polskiego Kościoła, mobilizującą to, co w nim i wokół niego najgorsze, stało się ponoć odwołanie z Dominikany abp. Wesołowskiego i ucieczka ks. Gila do Polski. Będąca następstwem tych wydarzeń dyskusja o pedofilii w polskim Kościele i o jej osłanianiu spowodowała, że część biskupów i prawicowych publicystów z jeszcze większą siłą zaatakowała „ideologię gender” i feministki, choć to nie one odwołały z Dominikany abp. Wesołowskiego i zmusiły do ucieczki ks. Gila. Nie mają takiej władzy nad biskupami i księżmi – ani prof. Inga Iwasiów odwołana jako „propagatorka gender” z jury nagrody literackiej Gryfia, którą współtworzyła, ani Magdalena Środa, ani Agnieszka Graff. A jednak to one zostały przez część ludzi Kościoła i prawicowych publicystów zaatakowane, aby w ten sposób po raz kolejny pedofilię w polskim Kościele osłonić i usprawiedliwić.

To realne, a nie wymyślone przez „konserwatystów umiarkowanych” i nieumiarkowanych następstwo faktów potwierdza rzecz oczywistą. Świecka siła polskiego Kościoła niekorygowana żadną inną świecką siłą rodzi patologie.


Patologie rodzą konieczność bronienia ich za wszelką cenę, bycia wobec nich solidarnymi, skupiania się w ich obronie jak rzymscy żołnierze skupiali się podczas bitwy w szyku żółwia. Taki szyk w oczywisty sposób owocuje kolejnymi patologiami, kolejne patologie ośmiela. 


Przegrana ks. Lemańskiego, który odwołał się do Rzymu przeciw arbitralnym i autorytarnym decyzjom abp. Hosera, a także parę innych najnowszych wystąpień i deklaracji różnych organów Kościoła pokazuje, że w Kościele powszechnym pojawiły się dwa ciała: papież Franciszek, który z podziemi Domu św. Marty namawia księży i wiernych do antyklerykalnego buntu i „Watykan” (tak nazywają tę odrębną instancję media i sami ludzie Kościoła), który decyzjami różnych Kongregacji i deklaracjami w „L'Osservatore Romano”, „niejasnym” deklaracjom papieża Franciszka całkiem jasno zaprzecza. A antyklerykalnych buntowników w Kościele, ośmielonych przez deklaracje Franciszka, że „sam jest antyklerykałem”, ów „Watykan” dyscyplinuje i karze. Niektórzy polscy biskupi i liczni polscy prawicowi publicyści używający Kościoła do walki partyjnej i kulturowej, ponieważ sami są kompletnie „odczarowani”, niewierzący, redukują religię wyłącznie do relacji władzy, zadają sobie dzisiaj to samo pytanie, które zadawał sobie kiedyś pewien inny niewierzący i niechrześcijański polityk. Pytają mianowicie: „ile dywizji ma papież Franciszek?”. I dochodzą do wniosku, że w Kościele ukształtowanym wcześniej bardzo głęboko jako instytucja odrzucająca II Sobór Watykański, papież Franciszek nie ma żadnych dywizji.

Czołowe postacie antysoborowej ideologii w Kościele, Michael Novak i Vittorio Messori, krzewiący to, co Franciszek nazywa „ideologią nie będącą chrześcijaństwem”, publicznie zdystansowali się wobec niego. Novaka wypromował w Polsce o. Maciej Zięba, kiedy sam chrześcijaństwo łączył z krzewioną przez Novaka neoliberalną ideologią, która jest od chrześcijaństwa prostsza i ma więcej dywizji. Vittorio Messori był z kolei gwiazdą całego antysoborowego polskiego katolicyzmu, szczególnie młodego. Biskupi i prawicowi publicyści w Polsce przysłuchują się temu wszystkiemu powtarzając pytanie: „Ile dywizji ma papież Franciszek w Kościele, w Tym Kościele?”.


I odpowiadają samym sobie z ulgą: „nie ma żadnych”.

Źródło: Dziennik Opinii KP

poniedziałek, 7 października 2013

Cezary Michalski - WARSZAWSCY KONSERWATYŚCI NA ŁOWACH

„Giacomo Casanova!/  Dyplomy swoje schowaj!/ Wyjmuj pałkę!/ Tyś jebak nad jebaki!/ Więc pokaż co potrafisz!/ Masz tu lalkę!”. Ten cytat z niezłej piosenki Kaczmarskiego poświęconej niezłemu filmowi Felliniego przyszedł mi do głowy, kiedy oglądałem rozmowę Piotra Marciniaka z Januszem Palikotem w „Faktach po Faktach”. Palikot próbował opowiadać o tym, o czym ja sam pozwoliłem mu kiedyś mówić w wywiadzie-rzece Ja Palikot (rozmawiałem z nim na krótko przed Smoleńskiem, nie przeczuwając, że wkrótce całą naszą rozmowę przygniecie tupolew). Pytałem go wówczas o jego PR-ową brutalność egzekwowaną w imieniu silnych (ówczesnej Platformy i „nowego polskiego mieszczaństwa”) przeciwko słabym (pisowskiej prawicy jeszcze nieuzbrojonej w Smoleńsk i zdezorientowanym ofiarom polskiej transformacji instynktownie wybierającym populizm). Jednak byłem ciekaw także jego autentycznych obsesji na punkcie polityki gospodarczej państwa, jego szczerego przekonania o konieczności korekty neoliberalnego desinteressement całej polityki polskiej w tym obszarze. Zapytany, mówił rzeczy ciekawe. Także w kilka godzin po kongresie swego Ruchu Palikot próbował mówić o polityce gospodarczej, ale Marciniaka to więcej niż nie obchodziło. Pytał o nowe prowokacje. I wyśmiewał ich brak. Uważał za stosowne nie być w tej rozmowie dziennikarzem, ale niepokornym konserwatystą okazującym, jak głęboko Palikotem gardzi.

Można powiedzieć, że Palikot podobnie jak Casanova zasłużył na swój los. Kiedy był w Platformie i wcześniej, kiedy był w katolicko-prawicowym „OZON-ie”, przecierał szlaki dla najbrutalniejszego PR-u uprawianego dziś przez wielu konserwatystów, liberałów i ludzi lewicy. Rzecz w tym, że wówczas garniturowym konserwatystom warszawskim to nie przeszkadzało, a jeśli przeszkadzało, nie protestowali tak głośno jak dzisiaj, kiedy jako grupa budują już hegemonią – coraz mniej przezroczystą – w mainstreamowych mediach. 

Jako klasyczny „słoik”-radykał nie lubię całej tej wypindrzonej warszawskiej salonowej młodzieży w bardzo średnim już wieku, jednak upiornie infantylnej, ponieważ zastygłej w pozach z odległej przeszłości, spragnionej emocji z lat 80. (w realu były straszne, jak to emocje towarzyszące każdej totalnej klęsce, dziś sprawdzają się wyłącznie jako retrospektywna utopia, całkowicie skonstruowana). Ostatnio wypindrzona konserwatywna młodzież demokracji nieceniąca w ogóle (gdyż „motłochem gardzi”), polubiła nagle – sądzę, że tylko na chwilę – „lewacką” ideę demokracji bezpośredniej i promuje udział w referendum „odwoławczym”. Cała ta formacja przebiegła wprost z młodzieżowego podstolika okrągłego stołu, gdzie została bez żadnego trudu ograna przez Leszka Millera i swoich starszych solidarnościowych liderów, do redakcji „Polityki”, „Focusa”, „Playboya” i najbardziej mainstreamowych mediów elektronicznych. Dziś niepewna „antykomunistycznej” legitymizacji własnych karier w III RP aż się od tego skręca. Jednak całą swoją niepewność, wszystkie swoje wątpliwości projektuje i deleguje na „ideowych wrogów”, na „lewaków” i „postkomunę”. Ani Palikot nie jest lewakiem, ani postkomunistą.


Ustawki są nowe, fronty nowe, więc obsługiwanie ich wciąż tym samym „antykomunistycznym” slangiem z Reytana czy historii UW z końca lat 80. pogrąża nas wyłącznie w chaosie. Przeżyć w tym chaosie można, można w nim nawet zrobić indywidualną karierę, ale myśleć się nie da, nie mówiąc już o budowaniu kapitału społecznego w kraju „umęczonym przez tak liczne wieki”. 


Zamiast dowartościować swoje życie realne, wolą dowartościowywać się w fikcji swoich prywatnych „polityk historycznych”. Byłaby to ich sprawa, ich prywatne męki, gdyby nie to, że z racji zajmowanej przez siebie pozycji demolują dziś polski pejzaż ideowy w realu. Swoją ponurą zgryźliwością i chęcią bezpiecznego odreagowania się za wszystkie momenty własnego złego sumienia niszczą szansę nie tylko centrolewicy, ale nawet liberalnego centrum w tym kraju. Spychają cały polski pejzaż w prawicową przepaść tylko dlatego, że sami kiedyś zdradzili swój antykomunizm, żeby przeżyć w jako takim komforcie (czego wymagają od nich ich żony i dzieci, ich nieco przyciężkie „rodziny na swoim”).

Powinni byli atakować Palikota, jak był w Platformie, a bronić go, kiedy samotnie przeciwstawił się smoleńskiemu obłędowi, za co zupełnie sprawiedliwie został nagrodzony 10-procentowym poparciem w wyborach 2011 roku. Oni jednak woleli odwrotnie, bali się go atakować, kiedy miał platformerską i salonową osłonę, ruszyli na niego całą swoją wypindrzoną i ugarniturowaną potencją, kiedy po Smoleńsku i po Platformie sam siebie sporej części tej osłony pozbawił. Oni też to wiedzą, stąd ich złe samopoczucie, które jednak zawsze wyleją na głowę jakiegoś „lewaka”, bo własną konserwatywną główkę trzeba ufryzować przed wyjściem do pracy. Kiedy ich widzę, zawsze tak pięknie uczesanych, wolę już nosić na głowie źle rozsmarowane żółtko z kaczego jaja.

Źródło: Dziennik Opinii KP