Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kinga Dunin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kinga Dunin. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2015

Witajcie w IV RP - po expose marionetki Szydło i właściwym, Kaczyńskiego


Expose Beaty Szydło było jak wystąpienie w kampanii wyborczej. Tej kobiecie popieprzyło się, teraz trzeba rządzić.

Szydło każdemu zapewniła wg potrzeb, czyli z grubsza chce nas puścić z torbami w ciągu 100 dni. Już teraz wiadomo na czym skupią się rządy PiS. To będą igrzyska.

Wystąpienie Kaczyńskiego w ramach tzw. dyskusji nad expose było właściwym expose PiS. W tym wypadku mamy do czynienia ze schizofrenią.

Rządzi Kaczyński, twarz daje Szydło.

Exposé Beaty Szydło utrzymane było w tonie retoryki kampanijnej. Pani premier – podobnie jak przed wyborami – złożyła szereg obietnic, niejednokrotnie ze sobą sprzecznych. Późniejsze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego jedynie zwiększyło zamęt.


To nie Beata, Szydło tylko Jarosław Kaczyński powinien wystąpić w Sejmie jako pierwszy. Bo wg prof. Ewy Marciniak, to jego wystąpienie „przedstawiało filozofię rządzenia PiS”. Kaczyński przekonywał, że „prawda, tożsamość narodowa, edukacja, media przyczynią się do skoku cywilizacyjnego”. – Odniosłam wrażenie, że to ma być prawda, której autorem jest sam pan prezes – mówiła politolog w TOK FM.

Kinga Dunin z "Krytyki Politycznej" uważa, że znaleźliśmy sie na krześle elektrycznym. Kwestia dni, kiedy tyłek zacznie się fajczyć.


Nie nastąpi jakaś ostateczna katastrofa gospodarcza, chyba że w ogóle nastąpi jakaś ostateczna katastrofa.
I mało komu to, że jest to krzesło elektryczne, będzie przeszkadzało. Może okazać się całkiem wygodne. Ludzie wolą jednorodność od wyzwań różnorodności, Sienkiewicza od Schulza, wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych od performensów w tych dziwacznych miejscach zwanych muzeami sztuki nowoczesnej. Nie zatęsknią za żadnym gender, a jak będzie trzeba, poradzą sobie z aborcją, nawet jeśli będzie całkiem zakazana. To dobrze, że niczego nowego nie będziemy musieli się uczyć – poza nowymi funkcjami smartfonów.
W Polsce zwyciężyła kontrreformacja, witamy na krześle elektrycznym.
W tym samym dniu po expose można było się przekonać, że mamy państwo PiS - IV RP.


W nocy Beata Szydło wniosła o odwołanie szefów wojskowych i cywilnych służb specjalnych: ABW, AW, SKW i SWW. - Tak ważna zmiana nie powinna się odbywać pod osłoną nocy - podkreśla w rozmowie z TVN24 były koordynator służb Marek Biernacki, który opuścił obrady komisji.
---

wtorek, 23 lipca 2013

Książka o Brygadzie Świętokrzyskiej. Bękarty wojny poszły w las

Elżbieta Cherezińska chciała napisać powieściowy odpowiednik filmu Tarantino. Tylko że dziarscy chłopcy z Brygady Świętokrzyskiej nie do końca pasują do roli herosów polskiej popkultury
"Legion"
Elżbieta Cherezińska
Zysk i S-ka, Poznań


"Kiedy po raz pierwszy usłyszałam historię Brygady Świętokrzyskiej pomyślałam: Bękarty wojny!" - pisze w posłowiu autorka. Interpunkcja oryginalna - ten prztyczek na początek to za niechlujstwo redakcyjne widoczne w całej powieści.

"Bękarty wojny" to terapia przez popkulturę. Film Tarantino, korzystając ze schematów przygodowego kina wojennego z elementami komediowymi, pokazuje Żydów walczących z Niemcami. I zwyciężających. W ten sposób przełamuje martyrologię i pozwala widzom przeżyć swoiste katharsis, uwolnić się od współodczuwanego cierpienia, może też wstydu. Daje zastępczą satysfakcję - tym razem naszym się udało!

"Legion" przypomina scenariusz filmowy, a czasem wręcz komiks. Taka konwencja tłumaczy brak pogłębienia postaci i kiczowatość niektórych dialogów. Głębszego zastanowienia wymaga jednak pytanie, jakąż to opowieścią niewątpliwie utalentowana autorka chce nas terapeutyzować? No i z jakich traum?

Żyd jest OK. Byle kochał Polskę 

Brygada Świętokrzyska była formacją wojskową wywodzącą się z przedwojennego ONR-u. Wyznawała koncepcję dwóch wrogów, walcząc z Niemcami i z komunistyczną partyzantką. Należała do tej części Narodowych Sił Zbrojnych, która się nie podporządkowała Rządowi RP na uchodźstwie i nie połączyła się z AK. Autorkę zafascynowało to, że dzięki taktycznemu porozumieniu ze skłonnymi do kapitulacji Niemcami, udało się jej pod koniec wojny przejść przez linię sowiecko-niemieckiego frontu i połączyć się z amerykańską armią gen. Pattona. Około dwóch tysięcy polskich partyzantów nie zostało męczennikami.

W powieści pokazani są jako patrioci, których związek z ONR-em jest właściwie przypadkowy. Przyjmują do oddziałów każdego, nawet Żyda, byleby kochał Polskę i nienawidził komuny. Są odważni, szlachetni i nigdy żadną zbrodnią się nie splamili. Chłopi ich kochają i z radością zaopatrują w żywność. Dziewczyny chętnie im się oddają. A zabijani przez nich Żydzi są zawsze komunistami.

Jeśli już trzeba jakąś brudną robotę wykonać, znajdzie się dla niej moralne usprawiedliwienie. Bo, niestety, czasem muszą kogoś zabić na wszelki wypadek, a każdy nieoddany strzał mści się. Wielokrotnie dowiadujemy się, jak to powodowani litością wypuszczają podejrzanego osobnika, a on natychmiast udaje się na gestapo. Wojna to wojna, trzeba zabijać, ale jeśli zabijają zdrajcę, to potem opiekują się wdową i sierotami.

Mieści się to w gatunkowej konwencji i znajduje potwierdzenie w faktach. Nawet to pomaganie wdowie i sierotom. Był też w Brygadzie żydowski lekarz. Jego przerażenie, kiedy dowiaduje się, że znalazł się w oddziale NSZ, jest w powieści niezmiernie komiczne. Bo czego tu się bać.

Żołnierze wyklęci w potrzasku - esej Adama Michnika

Sukces? Jaki sukces?

Trudno tu się wdawać w historyczne rozważania, wystarczy powiedzieć, że na czarną legendę NSZ - bo taka istnieje i pewno też nie jest do końca prawdziwa - autorka odpowiada białą. Ma do tego prawo.

Czy jednak rzeczywiście zastąpienie opowieści martyrologicznych historią zakończoną udaną polską akcją, może uleczyć z nas z traum? Na pewno takie historie lepiej się czyta, ale w rzeczywistości co to za był sukces? III wojna światowa nie wybuchła, Sowietów nie pokonali, Polski nie wyzwolili. To raczej indywidualne sukcesy tych, którzy znaleźli się na Zachodzie, unikając wojny domowej, procesów lub choćby życia w PRL-u.

W istocie, może nawet wbrew świadomym intencjom, Cherezińska próbuje nas wyzwolić z traumy, z której wyzwolić się trudno, a co więcej - nie ma sensu jej zaprzeczać. Z naszej historii. Niezależna od Londynu Brygada Świętokrzyska z jednej strony nie podlega politycznym uwarunkowaniom, które były udziałem rządu na uchodźstwie. Z drugiej, po prostu nienawidząc komuny, zwolniona jest z dylematów, jakie przeżywali Polacy, którzy weszli w skład armii Berlinga. A także tych, które były udziałem lewicy pragnącej zmiany ustrojowej, ale niekoniecznie pod rękę ze Stalinem. Tak się jednak złożyło, że to Armia Czerwona wyzwoliła (lub zniewoliła) Polskę. Kiedy myśli się o polskiej historii, to może rzeczywiście najlepiej jest z niej wyjść i zamieszkać gdzie indziej, zachowując moralną czystość. To, że "Legion" daje nam takie złudzenie, nie jest moim podstawowym zarzutem wobec tej książki. Niestety, egzorcyzmuje także polski antysemityzm.

Gdyby bękarty zwyciężyły 

Dyskusyjne wydaje się odcięcie Brygady Świętokrzyskiej od ONR-u, od wszelkiej ideologii wykraczającej poza "miłość do ojczyzny". Gorzej, że wymagało to również poradzenia sobie jakoś z nacjonalizmem i antysemityzmem tej nielegalnej przed wojną organizacji. Gdyby nasze "bękarty wojny" naprawdę odniosły sukces, to decydowałyby o kształcie niepodległości. Przypomnijmy, że miało być to katolickie państwo narodu polskiego, z ograniczoną demokracją, za to bez Żydów. Z 1938 r. pochodzi deklaracja ONR-u "Likwidujemy Żydów'", wspomniana zresztą przez autorkę. I natychmiast skontrowana: nie chodziło przecież o likwidację fizyczną. 

To przypomnijmy: chodziło o pozbawienie obywatelstwa, pracy, poczucia bezpieczeństwa, środków do życia i możliwości asymilacji, po to, by wymusić emigrację. I choć ONR nie popierał hitlerowskiej eksterminacji, zamierzał po wojnie prowadzić tę samą politykę. Cherezińska to bagatelizuje, a bohaterowie "Legionu" nieustannie prywatnie pomagają Żydom. Podobnie jak polscy chłopi, którzy jeśli tego nie robią, to jedynie z lęku o rodzinę. Mam nadzieję, że to raczej pobożne życzenie, a nie świadome wybielanie. Po prostu, wczuwając się w działaczy ONR-u, pisarka wyposażyła ich w swoją, raczej filosemicką wrażliwość. 

Nie chodzi o to, żeby spierać się o pojedyncze fakty. Tu chodzi o jeden podstawowy fakt - czy przedwojenny antysemityzm był poważnym i groźnym zjawiskiem i czy miał wpływ na zachowanie się Polaków w czasie okupacji? Z książki wynika, że był dość łagodny i powierzchowny. 

Tak, chcielibyśmy wygrać wojnę, a przynajmniej uciec od związanych z naszą historią dylematów. I myśleć o sobie dobrze, a więc odsunąć wszelkie podejrzenia o antysemityzm. 

Żołnierze wyklęci, leśni bracia - tekst Mirosława Czecha


Gdy Żyd mówi: zabij Żyda 

Jedna ze scen powieści wydaje się nie tylko kuriozalna, ale też skłania do szukania współczesnych analogii.

Oto w przedwojennym Białymstoku odbywa się mecz bokserski między klubem "Jagiellonia" a klubem żydowskim. Na ringu znajdują się Polak i Żyd, trwa zażarty pojedynek. Żydowscy kibice "Jagiellonii" dopingują swojego zawodnika: zabij Żyda! To przecież nie może mieć nic wspólnego z antysemityzmem, to tylko takie zwyczaje kibicowskie. A jeśli weźmiemy pod uwagę, kto krzyczy, cała sprawa robi się już tylko śmieszna.

"Legion" trudno uznać za niewinną powieść historyczną ku pokrzepieniu polskich serc. Historię zawsze tworzymy (i czytamy) z myślą o współczesności, od czego autorka wcale nie zamierza się odżegnywać. Jeśli "Legion" sprowadzimy do najprostszych idei, to można je tak streścić: nacjonalizm jest niegroźny, bo w istocie wszyscy jesteśmy poczciwymi patriotami. Groźny i ewidentnie zły jest komunizm.

Dziarscy chłopcy z ryngrafami

Antykomunizm w czasie okupacji, antykomunizm powojenny, antykomunizm dziś to nieco inne zjawiska, ale te same hasła. Kto dzisiaj może być dla antykomunisty wrogiem? Stalin i nieistniejący ZSRR? "Kapitał" Marksa? Uwłaszczona PRL-owska nomenklatura? Państwo opiekuńcze? Feministki i ateiści? Adam Michnik i reszta czerwonej hołoty, którą trzeba potraktować raz sierpem, raz młotem? Dzisiejszy antykomunizm, "preczzkomunizm", jest umysłową aberracją, wojennym totemem, którym posługuje się skrajna prawica, a niekiedy także dogmatycy gospodarki rynkowej. Mimo to istnieje i nieźle pożywi się lekturą "Legionu".

Także nacjonalizm ma się coraz lepiej, a programy skrajnych narodowych organizacji niewiele różnią się od przedwojennych. Im ta historia o dziarskich, zwycięskich i wesołych chłopcach z ryngrafami na szyi bardzo się spodoba. Będzie też pasowała do ich oficjalnego odżegnywania się od antysemityzmu. A Żyda zawsze można zastąpić gejem. To zresztą ciekawe, że w poprzednich powieściach autorka znajdowała miejsce dla gejów - wśród wikingów i w piastowskiej Polsce. A tu tysiące chłopców w lesie i nigdy żadnych nie przyłapano pod jednym kocykiem? 

Znam inne książki Cherezińskiej - m.in. rozmowy z Szewachem Weissem i tę o łódzkim getcie i jego "królu" Chaimie Rumkowskim. Wiem, że jej demonem jest snucie opowieści, a nie prawicowa ideologia. Tym razem jednak duch opowieści zaprowadził ją na manowce, na których wierzę, że nie chciała się znaleźć. 

*Kinga Dunin - publicystka, socjolożka, krytyczka literacka, członkini zespołu "Krytyki Politycznej". Autorka m.in. zbioru esejów "Karoca z dyni" (2000), który znalazł się w finale nagrody Nike

Źródło: Wyborcza.pl

sobota, 13 lipca 2013

Kinga DUNIN: RYMKIEWICZA GEST REYTANA

To książka szaleńca o innym szaleńcu. I uroda tego szaleństwa jest – przyznajmy to – zniewalająca.
Rymkiewicz pisze Reytana, słuchając sopranistki wykonującej utwory Charpentiera. Jak dowodzi, sopranistki dzięki budowie krtani są najpiękniejsze na świecie. „Ciemność życia nie zostałaby wypowiedziana. Ciemność nocnej rzeki, która płynie pod fundamentami życia, nieprzenikniona ciemność jej wód, nie zostałaby opowiedziana. Nikt nie zapuściłby się, nie przeniknął w ciemność życia, nie zanurzyłby się w tej ciemności, a nawet nie wiedzielibyśmy, że taka właśnie ciemność (ciemność najciemniejsza, bez jednego światełka) istnieje – gdyby nie było sopranistek”. Właściwie mógłby też zacytować Norwida, chociaż nie, Norwid jest jednak za mało narodowy:


Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.


Z tej czarnej otchłani Rymkiewicz lamentuje nad upadkiem Polski i śni o utraconej wielkości Narodu. To książka szaleńca – powiedzmy, że mówię o narratorze – o innym szaleńcu. I  uroda tego szaleństwa jest – przyznajmy to – zniewalająca. Reytan, na taką pisownię spośród wielu możliwych decyduje się autor, jako jedyny – chociaż faktycznie nie był jedynym, ale tylko on został przez tradycję i Jana Matejkę zapamiętany – sprzeciwiał się pierwszemu rozbiorowi Polski, kiedy już wiadomo było, że jej upadek jest nieunikniony. Reytan. Upadek Polski  to apoteoza szaleństwa, narodowej maligny, języka serca wbrew wszelkim racjom. 

Jako dzieło literackie może być czytany także metaforycznie. Znajdziemy tu pochwałę wierności wartościom wbrew karierowiczom, zdrajcom i oportunistom, nawet jeśli gest taki skazany jest na porażkę. Gdyby Rymkiewiczowi bliższy był uniwersalizm, chociażby chrześcijański, mógłby napisać książkę taką jak Płomieniealbo towarzyszyć konającemu Waryńskiemu w szlisselburskiej celi. Jednak tylko polskość, jako coś, co spaja realną wspólnotę, a nie abstrakcyjną ludzkość, kręci Rymkiewicza, pociąga w głąb szaleństwa. Pisze więc o polskich korzeniach Nietzschego i Polaku jako nad-człowieku, w którym wola mocy wyraża się pod postacią umiłowania wolności. Wolności sarmackiej, dzikiej, w końcu krwawej. Wieszać i mordować zdrajców, w końcu samemu z honorem lec, to właściwie jedyny godny scenariusz, który mogliśmy na zakończenie I RP zrealizować. Nic nam tej wolności nie zastąpi, a już na pewno nie Unia Europejska.

Do wyboru mamy zaś dwa rodzaje śmierci: Reytana i Ponińskiego, marszałka sejmu rozbiorowego, kanalii, zdrajcy i degenerata. 

Reytan po kilku latach spędzonych w swoim majątku, w zamknięciu ze względu na swoje szaleństwo, zabija się. Może połknął szkło, a może rozciął sobie nim brzuch, wywlekając jelita – źródła nie są zgodne. Rymkiewicz jednak z upodobaniem przygląda się tym „krwawiącym na szarym kamieniu jelitom” i cytuje za „miejscową tradycją” ostatnie zdanie bohatera: „Tak jak te jelita moje wleką się po ziemi, tak teraz będzie się wlókł los naszego kraju”.

Natomiast Poniński, pozbawiony majątku, pogrążony w rozpuście i pijaństwie wpada do otwartego kanału kanalizacyjnego i topi się w gównie. Co wybierasz, drogi czytelniku, pyta Rymkiewicz. W jego rachunkach śmierć we własnym łóżku właściwie się nie mieści, zresztą to tylko jeszcze jeden rodzaj śmierci, która czeka tych, co wciąż zdradzają Ojczyznę. Prawdziwi, szlachetni Polacy powinni rozwlec swoje jelita po ziemi.

Gdyby Rymkiewicz był konsekwentny... Gdyby nie pisał powieści opartej na faktach historycznych gromadzonych z maniakalną dociekliwością amatora, tylko dzieło, które ma prowadzić do czynu... Gdyby tak na poważnie... Wówczas powinien zacząć strzelać, właściwie do wszystkich, podpalić się pod Pałacem Prezydenckim, albo powiesić ze wstydu. Niewielki byłby z tego co prawda pożytek dla kraju, za to spora strata dla literatury. 

Jednak jakiś gest – poza „Czarnoleskiej ja rzeczy/Chcę – ta serce uleczy!” – w książce się pojawia. Rymkiewicz naśladuje Reytana.

Ponieważ jest to powieść nie tylko historyczna, ale także zwrócona w stronę współczesności, dochodzi w niej niekiedy do pomieszania czasów. Poniński w karmazynowym surducie przechadzając się po Krakowskim Przedmieściu, z satysfakcją ogląda krzyż smoleński i znicze. I tych, którzy na ten krzyż i znicze szczają. I krzyż z puszek po Lechu. 

A co robi w tym czasie Rymkiewicz?

„Stoję tam po drugiej stronie jezdni. (…) obok mnie stoi jakaś kobieta, niewysoka, w fioletowym moherowym berecie z filetowym pomponem (…) Kobieta-moher trzyma w obu rękach długi kij, do którego przybity jest panel, ogromny, biało-czerwony, i na tym tle biało-czerwonym napisane jest czarna farbą tylko jedno słowo: – Mordercy! – Widzę, że moherowej kobiecie ciąży ten ogromny panel, że zaraz go upuści, więc odbieram go od niej, i podnoszę do góry, wysoko, najwyżej jak mogę. – Mordercy!”

Od potrzymania przez chwilę transparentu do rozwleczenia jelit po ziemi droga jednak daleka.


Źródło: Dziennik Opinii KP

poniedziałek, 1 lipca 2013

Kinga DUNIN: JEŚLI NIE MONOGAMIA, TO CO?

Seks sam w sobie nie ma żadnego etycznego znaczenia, nabiera go dopiero w kontekście relacji. Jeśli jest ona wolna od przemocy i odpowiedzialna, to dobrze.
Czy to wina natury, czy zasługa kultury – monogamia wciąż ma dobre notowania jako stan może trudny do utrzymania, ale pożądany.  Załóżmy więc, że uda nam się go osiągnąć, dobrze trafić od pierwszego razu i spędzić całe życie z jedną osobą w emocjonalnym i seksualnym zaspokojeniu. Pamiętajmy bowiem, że dziś przed monogamicznym związkiem stoją dużo trudniejsze zadania niż prokreacja, zaspokojenie potrzeb ekonomicznych i przekazanie majątku następcom, chodzi w nim o coś, czego uczciwie przyrzec się nie da: o uczucie.

Poza tym w dzisiejszych czasach, kiedy wciąż rośnie oczekiwana długość życia, oznacza to jakieś 50–60 lat relacji, która zawsze w jakimś sensie odcina nas od innych możliwości i innych ludzi. Jeśli komuś to wystarcza, to pół biedy, ale jeżeli oznacza zamknięcie, frustrację seksualną i emocjonalną? Rezygnację, bo nic lepszego się nie trafiło? Uzależnienie? Interesowność i wygodnictwo? Czy wówczas również warto bronić monogamii? Czy nie jest lepiej, choć może trudniej, zdecydować się na samotność? Albo poszukać nowych związków? Może zamiast małych, nuklearnych rodzin lepsze są związki „poligamiczne” – nie w sensie wielożeństwa czy wielomęstwa, ale większej liczby istotnych związków emocjonalnych, w większej lub mniejszej (czasem żadnej) mierze uzupełnianych seksem, równie silnie przeżywanych i pielęgnowanych.

Postulowana monogamia w symboliczny sposób wyróżnia jedną relację i jej przydaje szczególnego znaczenia, czy jednak wielość takich relacji nie byłaby po prostu lepsza, ciekawsza, bardziej rozwijająca, tworząca gęstszą sieć społecznych powiązań? Czy w tak zwanych dobrych małżeństwach nie ma czegoś egoistycznego, aspołecznego? Poza tym kultura preferująca monogamię blokuje potencjał czułości i bliskości między ludźmi nie połączonymi więzami seksualnymi czy niespokrewnionymi. Mało uwagi poświęca rozmaitym wariantom przyjaźni, a to one mogą stanowić przyszłość i ostatnią ostoję spójności społecznej w skali mikro.

Czy zatem monogamia jest w istotny sposób etycznie lepsza od innych form życia, czy jest wartością sama w sobie, bez spełnienia innych warunków?

Owszem, zakochanie jest totalne i wykluczające, ale miłość trwa trzy lata... Może to na tym złudzeniu zbudowana jest wiara w monogamiczne związki? Zresztą, czy zakochani naprawdę nie potrafimy nadal albo jednocześnie kochać innej osoby lub osób? Może jedni ludzie są stworzeni do monogamii, a inni nie, i trzeba to zaakceptować?

Fakty są dość oczywiste. Coraz wcześniejsza inicjacja seksualna. Seks traktowany jako rozrywka. Rozwody, powtórne związki. Zdrady. Monogamia – w sensie ścisłym, jeden jedyny partner na całe życie, jak u gęsi kanadyjskiej – po prostu nie istnieje. Albo przynajmniej jest rzadkością. I powiedzmy sobie uczciwie, że seryjna monogamia to oksymoron. Dla prawdziwego monogamisty kolejny związek to zdrada przesunięta w czasie, zresztą czy nie tak to odczuwa ktoś, kto czuje się porzucony przez dotychczasowego partnera? W seryjną monogamię wierzą poligamiści szukający nowych związków i nie dość empatyczni, by zrozumieć, co może się dziać z ich porzuconymi partnerami.

Ogromna część ludzi ma w życiu więcej niż jeden związek, oczywiście licząc, że ten kolejny nareszcie będzie tym właściwym, w tym czasie starzejąc się, co nie pozostaje bez wpływu na ich szanse i życiowe wybory. I wciąż – wbrew oczywistym faktom – wierząc, że naszym przeznaczeniem jest monogamia. Przeznaczeniem i powinnością, czyli sposobem życia postulowanym i uznawanym za etycznie właściwy. Przekaz ten jest nieustannie replikowany przez kulturę popularną, a także naturalizowany: powinniśmy być monogamiczni, bo w istocie tego chcemy, bo do tego zostaliśmy stworzeni. Chociaż, z drugiej strony, towarzyszy temu inny, bardziej cyniczny mit o męskim promiskuityzmie i wrodzonej kobietom skłonności do monogamii.

Zero przemocy

Ale jeśli nie monogamia, to co?

Forsowana konserwatywna odpowiedź, której najgłośniejszym literackim wyrazem jest twórczość Michaela Houellebecqa, brzmi: jeśli nie tradycyjne, opatrzone sankcją religijną monogamiczne małżeństwo, to społeczny darwinizm, seksualna wolna amerykanka. Mamy tu do czynienia z ukrytym założeniem o jednokierunkowości rozwoju (a właściwie upadku) kultury: od wprowadzających porządek moralny konserwatywnych norm do liberalnej wolności równoznacznej z całkowitym rozpasaniem.

Trudno nazwać to jednak adekwatnym opisem rzeczywistości, poszerzaniu sfery indywidualnej wolności, szczególnie seksualnej, towarzyszy bowiem szereg nowych normatywnych ograniczeń: restrykcyjny stosunek do gwałtu, molestowania, wykorzystywania seksualnego i psychicznego, piętnowanie przemocy domowej, prawnie ustalona granica wieku, od której dozwolone są stosunki seksualne, nakazy związane z bezpiecznym seksem itp. Nieprawdą zatem jest, że wraz z rozluźnieniem nakazu ograniczenia współżycia seksualnego i legalnej reprodukcji do zinstytucjonalizowanego małżeństwa znikają wszelkie regulacje w tym zakresie. Chociaż można przypuszczać, że wciąż trwające uprzywilejowanie monogamicznych związków heteroseksualnych utrudnia rozwój bardziej uniwersalnej etyki i towarzyszącej jej wrażliwości moralnej obejmującej szerszy zakres relacji.

Zatem odpowiedź na pytanie: „jeśli nie monogamia, to co?” brzmi: konsekwentnie stosowana uniwersalna etyka. Etyka taka nie zajmuje się tym, kto, z kim i jak długo utrzymuje intymne stosunki, lecz pytaniem o moralny wymiar tych relacji. Etyczna relacja jest wolna od wszelkich form przemocy (również tej ukrytej, symbolicznej) i wiąże się gotowością do przyjęcia odpowiedzialności za partnera.

W każdym razie wszyscy rozwodnicy i zmieniający partnerów, którzy zachwalają monogamię, o ile nie czują się świniami, są zwykłymi hipokrytami. W istocie bowiem nie są zwolennikami monogamii jako bezwzględnie obowiązującej normy, ale wybierając i ceniąc kolejne swoje związki, kierują się innymi wartościami. I dobrze byłoby, żeby spróbowali sobie uświadomić – jakimi.

Rzecz w tym, że deklarowane przywiązanie do tradycyjnego małżeństwa i zamiłowanie do białych sukien i welonów nie idzie w parze z realnością moralnych odruchów, którym jednak brak przełożenia na wyeksplikowany system etyczny. Z pewnością dużą część odpowiedzialności za niedorozwój świadomości etycznej Polaków ponosi Kościół katolicki i ulegający mu politycy oraz inni i uczestnicy publicznego dyskursu. Dzięki nim to katolicyzm ma w Polsce monopol na moralność, odmawiając wszystkim innym zdolności do właściwego osądu etycznego. A w każdym razie prawie nikt nie ma odwagi powiedzieć, że etyka katolicka jest błędna, a często szkodliwa.

Pora więc na pytanie, jak etyka świecka powinna przekładać się na instytucje społeczne, prawne, a więc na politykę.

Nie ma demokracji w miłości

Kolejnym dobrze mającym się złudzeniem jest przekonanie, że sfera prywatności powinna być od polityki niezależna, a nawet jeśli jest zależna, to są to kwestie mniejszej wagi. W przypadku projektu lewicowego będzie wiązało się to zawsze z szantażem, skazującym na nieważność lewicę kulturową, która zapomina o naprawdę istotnych kwestiach ekonomicznych. Ale co jest naprawdę dla ludzi istotne? Zauważmy, że kiedy w sondażach pytamy o to, co jest w życiu najważniejsze, najczęściej wybieranymi kategoriami są te związane z życiem osobistym: rodzina, przyjaźń. Z pewnością realizacji tych wartości służy równość i bezpieczeństwo ekonomiczne, ale nie zmienia to faktu, że na zadowolenie, satysfakcję życiową ma wpływ wiele innych czynników i choć dotyczą one sfery prywatnej, łączą się również z rozwiązaniami politycznymi. I nie ma ludzkiego społeczeństwa, państwa, które mogłoby pozostawać wobec tej sfery całkowicie neutralne. A już z cała pewnością nie jest nim współczesna Polska.

Regulowanie tej sfery wymaga jednak pewnej pokory. Seks, erotyka, miłość, które stanowią w dużej mierze podstawę interesujących nas tutaj związków, są z natury swojej niedemokratyczne, a przez to często niesprawiedliwe i żadna lewicowa czy konserwatywno-prawicowa utopia tego nie zmieni. Można jednak zastanowić się nad bardziej lub mniej sprzyjającymi warunkami realizacji pewnych etycznych postulatów.

Jeżeli etyczna relacja ma być wolna od wszelkich form przemocy i wiązać się gotowością do przyjęcia odpowiedzialności za partnera, to wskazuje to na dwa ważne wymiary projektów politycznych, które są konsekwencją takiego stanowiska: równość i wspólnotowość.

Chociaż miłość jest niedemokratyczna, to jej niesprawiedliwość często skrywa skumulowane inne społeczne nierówności: ekonomiczne, dostępu do władzy, społecznego prestiżu, dyskryminację ze względu na wiek, niepełnosprawność, orientację seksualną. Nie jest żadnym luksusem ani pięknoduchostwem interesownie się mechanizmami tych nierówności (również pozaekonomicznymi), badanie ich i oddziaływanie na nie przy pomocy rozwiązań prawnych, przez edukację szkolną i wszelkie formy edukacji społecznej. W końcu lewicy chodzi o lepszy świat, a nie tylko o równy podział kasy. Równość nie zapewni, rzecz jasna, ludziom szczęścia w miłości, może jednak ograniczyć związane z tą sferą moralne nadużycia, zmniejszyć cierpienia wynikające  z miłosnych porażek. Jaki udział w cierpieniach Anny Kareniny czy Emmy Bovary miała nierówność kobiet – jest chyba dość oczywiste. Równie oczywiste jest, że problemy te całkiem nie zniknęły, pojawia się też świadomość innych. Czy na związek lesbijek próbujących ułożyć sobie życie w małym miasteczku naprawdę nie ma wpływu ostracyzm społeczny?

Jedna miara dla wszystkich

Odpowiedzialności sprzyjają natomiast wszelkie formy życia wspólnotowego, a także ich instytucjonalizacja dodająca do zobowiązań moralnych zobowiązania prawne. Oznacza to oczywiście zgodę na legalizację związków jednopłciowych, ale także otwarcie się na inne możliwości, które mogłyby się pojawić. Można więc wyobrazić sobie, na przykład, instytucję „wspólnoty domowej”. W jej skład wchodziłoby więcej osób, spokrewnionych lub nie, utrzymujących relacje seksualne lub nie. W tej chwili nie chodzi o szczegóły, ale raczej o kierunek myślenia i przezwyciężenie mentalnych nawyków i inercji. Cechą lewicy jest przecież konstruktywizm społeczny, chociaż w tym wypadku chodziłoby raczej o wrażliwość na dziejące się procesy społeczne i wspieranie wszelkich samoistnie rodzących się nowych form związków.  Raczej skłanianie ludzi do podejmowania zobowiązań, niż utrudnianie im tego, co robi się dziś w Polsce w imię obrony tradycyjnej rodziny. Tradycyjnej rodzinie przyda się to jak umarłemu kadzidło, za to poza nią sprzyja indywidualizmowi i atomizacji społecznej.

Wreszcie trzeba wspomnieć o sprawie oczywistej: efektem bliskich relacji nadal często bywa pojawienie się na świecie dzieci. Czy to, co wydaje się rozsądnym i etycznym rozwiązaniem dla równych, wolnych, dorosłych partnerów, nie szkodzi ich interesom?

Odpowiedź prawicy jest jasna: dziecko musi mieć ojca i matkę. Nie zmienia to jednak rzeczywistości: coraz więcej dzieci rodzi się poza związkami, istnieje samotne rodzicielstwo, a rozwody nie są wyjątkiem. Znana jest też nam instytucja adopcji. W istocie chodzi o to, aby każde dziecko miało bliskich sobie ludzi, którzy gotowi są je kochać i opiekować się nim. Po pierwsze, nie powinno być więc dzieci niechcianych, czemu służą wszelkie formy regulacji poczęć – od in vitro z selekcją zarodków po aborcję. Po drugie, ponieważ większość dzieci ma matkę i ojca, którzy świadomie przyczynili się do jego poczęcia, lub przynajmniej powinni mieć warunki, by zrobić to świadomie (edukacja seksualna!), to – bez względu na ich relację – powinni oni w równym stopniu dzielić się odpowiedzialnością, kosztami materialnymi i opieką: czy dzieje się to w zalegalizowanym związku, poza nim, czy po rozwodzie. Można to nazwać swoistym „paktem z dzieckiem”, który obowiązuje bez względu na stosunki między rodzicami.

Biorąc jednak pod uwagę wszelkie realnie zdarzające się sytuacje, należy dążyć do tego, aby taki „pakt” mogły zwierać z dzieckiem też inne osoby – nie tylko biologiczni rodzice. Mógłby on łączyć dziecko tylko z jedną osoba albo z ich większą liczbą, na przykład w rodzinach zrekonstruowanych  formalnymi opiekunami dziecka mógłby być ojciec biologiczny i nowy partner matki, który na co dzień nim się zajmuje. Taki pakt z dzieckiem zawierany jest też przez rodziców adopcyjnych, przy czym jedynym kryterium powinna być ich psychologiczna dojrzałość i zdolność do pełnienia takiej roli, a nie płeć czy orientacja seksualna.

Tym razem też nie chodzi o projektowanie szczegółowych rozwiązań, ale wskazywanie kierunku myślenia. O to, aby szczegółowej, normatywnej i coraz bardziej oderwanej od realiów życia etyce konserwatywno-katolickiej przeciwstawić własny projekt etyki uniwersalnych zasad, dających się zastosować do rozmaitych związków i sytuacji. O wspólną miarę dla małżeństwa sakramentalnego, wielokrotnych związków, związków jednopłciowych i wszystkich innych. A projekty polityczne lewicy powinny być z taką etyką w jasny, zrozumiały i konsekwentny sposób powiązane. Pamiętać należy przy tym, że zostaje tu wiele miejsca na autonomię moralną, podejmowanie decyzji w sytuacjach, których nie da się przewidzieć i uregulować. Nie jest bowiem celem lewicy tworzenie tak jednoznacznych dyrektyw, jak, powiedzmy, te formułowane przez Kościół katolicki.

I wreszcie, pozostawiając innym rozważania, czy istnieje stosunek seksualny, powiedzmy na koniec, że nie istnieje etyka seksualna. Seks sam w sobie nie ma żadnego etycznego znaczenia, nabiera go dopiero w kontekście relacji, w jakiej się pojawia. Jeśli jest ona wolna od wszelkich form przemocy (również tej ukrytej) i odpowiedzialna, to dobrze. Nawet uprawiając przygodny seks w darkroomie, warto pamiętać o tym, żeby niczym partnera nie zarazić. A prostytucja? No cóż, kapitalistyczny rynek jest amoralny...


Źródło: Dziennik Opinii KP

sobota, 8 czerwca 2013

Kinga DUNIN: CUDZE BLIZNY

Może cudze blizny nigdy nie będą tak autentyczne jak własne, ale prawie siedemdziesiąt lat po wojnie już mało kogo stać na własne.
W czasach PRL-u do Oświęcimia jeździło się z wycieczkami szkolnymi, może nadal się jeździ, oraz zakładowymi, na zmianę z grzybobraniem. Kiedy zaproponowano udział w takiej wycieczce Żydówce, której udało się Oświęcim przeżyć, odpowiedziała „dziękuję, byłam tam w sezonie”. Może nie jest to zbyt zabawna anegdota, ale oddaje istotę problemu. Czy jakiekolwiek muzeum, pomnik ofiar jest w stanie oddać prawdę? Czy będzie to adekwatne do tego, co się wydarzyło? I czy jedynym motywem tworzenia i odwiedzania takich miejsc jest potrzeba pamięci?

Pierwsza część powieści Jáchyma Topola Warsztat diabładzieje się na terenie Terezina, gdzie w czasie okupacji mieścił się obóz koncentracyjny, a pamięć o nim, ta mała, lokalna, wciąż trwa. Bohater to syn kobiety cudem ocalonej z masowego grobu ofiar tyfusu przez młodego żołnierza Armii Czerwonej, a potem majora wojska czechosłowackiego. Wraz z innym ocaleńcem z obozu oraz grupą młodych ludzi z całego świata, w opozycji do oficjalnego muzeum, obozu-Pomnika, zakładają komunę, która ma zrewitalizować otaczające obóz upadające miasteczko, przypominać Zagładę i pozwolić młodym ludziom poszukującym prawdy o swoich przodkach poradzić sobie z pokoleniową traumą.

Dla uczestników organizują spotkania z kimś, kto przeżył, oraz Warsztaty Radości, w których pomaga miejscowa trawa mająca właściwości euforyzujące.

Dla turystów mają T-shirty z Franzem Kafką i napisem „Gdyby nie umarł, zginąłby tutaj” oraz pizzę getto.

Pieniądze na tę działalność płyną z całego świata od ocalonych, ich rodzin, celebrytów, wszystkich, którym nie wypada odmówić takiej prośbie.

Ta zabarwiona czarnym humorem, nie do końca realistyczna groteska nie umniejsza ani zbrodni, ani autentyczności motywów tych, którzy próbują sobie z nią poradzić dzisiaj, ale pokazuje też sprzeczności, brak autentyzmu, sploty rozmaitych interesów. Oficjalny Pomnik to miejsce martwe, z kolei autentyczna społeczna inicjatywa musi wejść w kontakt z turystycznym biznesem. Odżywające dzięki temu miasteczko jest z jednej strony tym biznesem skażone, z drugiej to w nim żyje jeszcze autentyczna pamięć.

Dobrze to napisane i niegłupie, ale jest tylko przedsmakiem tego, co wydarzy się później. Bohater zostaje wywieziony na Białoruś, by pomóc rozwinąć tam podobny interes. I znajduje się w środku horroru, między innymi w dwuznacznym Chatyniu. Nie dlatego, że jak podpowiada nam nasza pamięć historyczna, jest on symbolem stworzonym, by przykryć zbrodnię w Katyniu. Przykrywa także prawdę o rozmiarze zgłady Żydów. O tym, że mordowali tam Ukraińcy i Rosjanie. To właśnie na Białorusi bohater ćwiczy się w czynieniu zła.

Niepoliczone ofiary, nieznani sprawcy, społeczeństwo, które nie chce pamiętać, rozgrywki między opozycją a władzą. W powieści Topola zamienia się to w odrealniony koszmar, w którym tworzy się muzeum z mumiami starych ludzi opowiadającymi o wojennych tragediach, licząc, że ożywi to turystykę i przyciągnie zagraniczne kapitały. O ile to, co dzieje się w Terezinie, ma wymiar ludzki – zarówno cierpienia, jak i pewnej interesowności – o tyle Białoruś pozostaje „warsztatem diabła”.

W kwestii pamięci wojennej jesteśmy zazwyczaj bardzo polonocentryczni. Tym razem musimy rozszerzyć pole naszej refleksji na większy obszar: od relatywnie oszczędzonych przez okupację Czech do wykrwawionej Białorusi. Od pamięci zrytualizowanej do pamięci wyklętej. Nawet jeśli zawsze tego rodzaju działania są dziś skażone przemysłem turystycznym, to i zjadliwość tego skażenia bywa różna.

Jednym z mott powieści jest cytat z Doroty Masłowskiej: „Mam cudze blizny, skąd się wzięły?”. Może cudze blizny nigdy nie będą tak autentyczne jak własne, a po prawie siedemdziesięciu latach po wojnie już mało kogo stać na własne. Topol nie odpowie nam na pytanie, co mamy z nimi zrobić. I w Terezinie, i na Białorusi prowadzi nas przez rozmaite podziemia, co zwykle kojarzy się ze zbiorową podświadomością, domagając się pracy z pamięcią. Nie jest to nasza pamięć, podobnie jak blizny, ale jest to materiał, z którego budujemy swoją narrację historyczną. A rozmaite miejsca upamiętniające nie znikną, nie zaoramy ich przecież, i w przeciwieństwie do blizn są już nasze. Jaki sens im nadamy, jak powinniśmy ich używać – te dyskusje będą jeszcze długo trwały. To nie piramidy egipskie.

Jáchym Topol, Warsztat diabła, przeł. Leszek Engelking, W.A.B., Warszawa 2013.


Źródło: Dziennik Opinii KP

środa, 15 maja 2013

Kinga Dunin - WSZYSCY JESTEŚMY ZAMIESZANI W DZIECIOBÓJSTWO


Nie mniej niż co czwarta, ale nie więcej niż co trzecia dorosła Polka przerwała kiedyś ciążę – tak w każdym radzie wynika z niedawno ogłoszonych badań CBOS. Częściej kobiety starsze, zapewne za czasów liberalnej ustawy, dużo rzadziej młodsze, chociaż jeszcze przed nimi kawał życia, więc nie wiadomo, czy nie będzie ich więcej. Kobiety mniej wykształcone częściej niż te z wykształceniem wyższym. Profesor Mirosława Grabowska, zwolenniczka aktualnej ustawy, twierdzi, że świadczy to o potrzebie edukacji – czemu nie – oraz o tym, że ustawa działa: w rocznikach młodszych ciążę, jak dotąd, przerwało tylko 10–15 procent kobiet.

Może działa, może nie działa – w krajach, w których aborcja jest legalna, też jest ich coraz mniej i, jak się wydaje, choć nasze „nielegalne” dane są niepewne, dużo mniej niż w Polsce. Może po prostu działają tu rozmaite czynniki cywilizacyjne i kulturowe: coraz skuteczniejsza i wygodniejsza antykoncepcja, lepsza pozycja kobiety w związku, co ułatwia jej kontrolowanie płodności. Także przed uchwaleniem ustawy w Polsce wyraźnie zmniejszała się liczba zabiegów. W roku 1960 (w Polsce pigułkę antykoncepcyjną wprowadzono do sprzedaży w 1966) ponad 30 procent ciąż kończyło się aborcją, w 1990 (przed ustawą, a nawet przed inwazją pro-life) – ok. 11 proc. A dziś bóg wie ile.

Posługując się rozmaitymi danymi i porównaniami, można więc bronić też tezy, że prawny zakaz nie miał na to zjawisko aż tak wielkiego wpływu. Ale wiadomo – każdy broni takiej tezy, jaka bardziej pasuje mu do światopoglądu.

Ale to, co na pewno zmieniło się z powodu ofensywy zwolenników zakazu, to światopogląd i język.

Od przedszkola wbija się ludziom do głowy, że aborcja to zabijanie dzieci, co prawda nienarodzonych, ale jednak dzieci. I postawy społeczne do tego się dostosowują, a im młodsze roczniki, tym bardziej konserwatywne. (Przy okazji, częściej przerywały ciążę kobiety deklarujące prawicowe poglądy).

Jeśli mam być szczera, zajmowanie się aborcją wywołuje we mnie uczucie śmiertelnego znużenia. Nawet lewica już o zmianie ustawy nie wspomina, związki partnerskie na sztandarach są jednak bezpieczniejsze. Polki pogodziły się chyba z sytuacją, a jeśli nawet nie, to nie są gotowe, aby masowo zaprotestować, hipokryzja okazała się wygodniejsza. Osobiście nie jestem już tym zainteresowana, a zdaniem chłopców-rozpłodowców z „Uważam Rze” nigdy nie byłam, bo feministki są zbyt ohydne, aby ktoś miał ochotę uszczęśliwić je ciążą.

A jednak te dane działają na wyobraźnię, może dlatego, że zazwyczaj tak się ich nie przedstawia. Wskaźniki buduje się, pokazując udział aborcji w urodzeniach żywych albo na tysiąc kobiet w wieku rozrodczym.

Zatem uruchommy wyobraźnię. 20–25 proc. kobiet to dzieciobójczynie. Tyle samo mężczyzn pewno ma w tym swój udział i większość o tym wie. Może nie jesteśmy gotowi o tym mówić publicznie, ale zapewne z kimś rozmawiamy? Z przyjaciółką, kumplem, z kimś z rodziny. A ci czasem powtarzają dalej. Przy takiej powszechności można założyć, że każdy musiał się o to otrzeć, wszyscy w jakimś sensie są w to dzieciobójstwo zamieszani.

Co trzecia kobieta wśród nas jest morderczynią, zabiła własne dziecko, a reszta to jej cisi wspólnicy, ci, którzy wiedzą, ale milczą, albo wręcz tacy, którzy ją do tego nakłaniali, kto wie, czy nie zmuszali. Zobaczmy to w autobusie, na ulicy, w kościele. W gronie znajomych, w pracy. Tak chyba widzą świat Terliki, a to z kolei musi mieć wpływ na ich równowagę psychiczną, na stosunek do innych, na sposób budowania własnej tożsamości. Takie życie w świecie, gdzie wszyscy są zamieszani w zbrodnię. Nie wiem, jak można to wytrzymać, i naprawdę współczuję.

Co tam traumy historyczne, to jest dopiero „wyparte” z naszej kultury.



Źródło: Dziennik Opinii KP

środa, 8 maja 2013

Kinga DUNIN: HUMANIZM DO KIBLA



Mówienie dziś ludziom, że poza kupą wytwarzają też idee, wydaje się dość banalne. Podobnie jak krytyka nudnych, liberalnych, pozbawionych metafizycznych głębi urządzeń.
Lektura dzieł uznanych twórców, do tego noblistów, a do takich należy Coetzee, niekiedy budzi we mnie profesora Bladaczkę, który powtarza mi: Coetzee wielkim pisarzem jest i proszę mi tutaj zaraz udowodnić, dlaczego Coetzee wielkim pisarzem jest i dlaczego się podoba. Ale chociaż Hańbę uważam za jedną z najwspanialszych powieści XX wieku (do innych książek mam bardziej złożony stosunek, ale zazwyczaj pozytywny lub przynajmniej ambiwalentny), jego najnowsza powieść niezbyt mi się podoba. Mimo że jest to lektura zgrabnie i subtelnie skrojona, niestawiająca nadmiernego oporu i łatwo przyswajalna, można ją przeczytać choćby w WC, o ile ma się takie nawyki. A jeżeli ktoś poczuł się taką supozycją urażony, to proponuję sięgnąć do powieści i przeczytać kilkustronicowy fragment rozważań przy okazji przetykania sedesu. O tym, że kupa to tylko kupa, bezduszna materia, naturalny produkt oderwany od osoby ludzkiej. Osoba ludzka nie jest jednak kupą, bo wytwarza idee, które są nieśmiertelne i dlatego człowiek ma podwójną naturę. I może się ona objawić nawet przy okazji kupy. Przejdźmy zatem do idei.

Nadając swojej powieści tytuł Dzieciństwo Jezusa autor narzuca nam od razu drogę interpretacji, którą zresztą i tak pewno podążylibyśmy, może jednak z większą otwartością na inne odczytania. Mamy tu zatem niezwykle wrażliwego chłopczyka, którym opiekują się starszy mężczyzna oraz kobieta, która jest jego matką, ale nie została nią w normalnie praktykowany sposób. Grzeczny, wrażliwy malec jest dzieckiem niezwykłym, głoszącym prawdy niemieszczące się w istniejącym porządku, mówiącym innym językiem i domagającym się wiary. Wiary będącej poznawczym skandalem, ale też odpowiadającej głębokim ludzkim potrzebom poszukiwania sensu. Mały David wyrywa się spod kontroli opiekunów, którzy co prawda nie rozumieją go, ale gotowi są za nim podążać, a on poszukuje też innych wyznawców, braci, których próbuje za sobą pociągnąć. (Pamiętamy oczywiście z Ewangelii scenę, gdy Matka Boska odnajduje zaginionego synka nauczającego w świątyni i mówi: „Synu, cóżeś nam uczynił?”, a on jej odpowiada, w skrócie rzecz ujmując: spadaj, mam inne zadania niż być dobrym synem). Biblijne odniesienia widać wyraźnie w motywie ucieczki opiekunów z dzieckiem, by uchronić je przed zagrożeniem, oraz w wielu innych miejscach.

Możemy jednak Dzieciństwo Jezusa czytać także jako całkiem świecką przypowieść o dorastaniu i relacjach rodzinnych, gdzie dziecko rodzicom jest jedynie „powierzone”. Albo, co bardziej się narzuca, o dążeniu do prawdy wykraczającej poza przyziemną zgodność słów z faktami oraz ludzkiej potrzebie swobody wyobraźni.


Dużo ciekawsze jest to, z jakiego świata uciekają bohaterowie. Spotykają się oni w Novilli, mieście do którego przybywają uchodźcy, by rozpocząć nowe życie, pozostawiając za sobą poprzednie życia oraz wszystkie wspomnienia. Novilla to kraina nierealna, może czyściec, może jakiś alternatywny świat? Ludzie w tym świecie są dobrzy, prostoduszni, nie znają silnych namiętności, nie znają też ironii. Świat ten tkwi w bezruchu, bez historii i niespodziewanych wydarzeń. Każdy ma gdzie mieszkać i co jeść. Są w nim nierówności, jedni ciężko pracują, inni mieszkają w wygodnym hotelu, ale nikt przeciwko temu nie protestuje. Ludzie pracują, żeby mieć co jeść, i jedzą, dość skromnie, żeby móc pracować. I widzą w tym sens, nawet jeśli ich wysiłek nie jest optymalnie zorganizowany, a efekty pracy częściowo zostają zniszczone. Mają też czas na rozrywki i kształcenie. To świat racjonalny, pozbawiony boga i wyobraźni; dosłowny i odporny na metafizykę. Nad wszystkim panuje tu dość sprawna i licząca się z potrzebami mieszkańców biurokracja; nie jest to brutalna, totalitarna kontrola, chociaż potrafi być dotkliwa.

Co to zatem jest? To zastygłe i pozbawione ducha państwo opiekuńcze.

Gdyby nie czytać Dzieciństwa Jezusa w nobilitującej oprawie filozoficznej paraboli, przypowieści o wyobcowaniu i poszukiwaniu humanistycznej pełni, to można by powiedzieć, że mamy do czynienia z fantastyką z morałem. Z łagodną antyutopią, krytyką wyjaławiającego socliberalnego ładu. 

Fantastyka zazwyczaj bywa gatunkiem dosyć konserwatywnym, chętnie też korzystającym z dobrze oswojonej symboliki. A i wnioski płynące z takiej antyutopii są zazwyczaj podobne i bardzo humanistyczne. To truizmy, dzięki którym czujemy się szlachetniejsi, ale niczego to już w nas naprawdę nie porusza. Mówienie dziś ludziom, że poza kupą wytwarzają też idee, wydaje się dosyć banalne, podobnie jak krytyka nudnych, liberalnych, niedoskonałych, pozbawionych metafizycznych głębi urządzeń społecznych, szczególnie kiedy coraz słabiej sobie radzą.

Davidek czytając Don Kichota uznaje za prawdę jego fantazje, i jest to piękne oraz wzruszające, ale niestety naszym wiatrakom właśnie odpadają skrzydła, więc może nie warto z nimi walczyć. 


Źródło: Dziennik Opinii Krytyki Politycznej