Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2013

Muhammad Yunus: Stwórzmy banki pomagające biednym, nie bogatym. Niech celem firm będzie pomoc, nie zysk. To się da zrobić [WYWIAD]

Michał Gostkiewicz
6XIII Swiatowy Szczyt laureatow pokojowej nagrody Nobla
6XIII Swiatowy Szczyt laureatow pokojowej nagrody Nobla (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)
- Potrzebujemy nowych banków, nowej bankowości. Stare banki nie pomagają zwykłym ludziom, tylko bogaczom - mówi portalowi Gazeta.pl Muhammad Yunus. Laureat Nagrody Nobla z 2006 r. chce uczynić nadrzędnym celem biznesu nie zysk, ale rozwiązywanie problemów społecznych. Co więcej, twórca Grameen Banku ma na to argumenty.

Nie wygląda na rewolucjonistę. Mówi cicho, spokojnie, tak, że odruchowo przysuwam mikrofon bliżej jego twarzy. Drobny, wręcz niepozorny, w swoim ubraniu koloru khaki nie rzuca się w oczy w tłumie innych gości warszawskiego XIII Światowego Szczytu Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla.

Ale gdy rozmowa schodzi na jego ukochane "dzieci" - mikrokredyty i przedsiębiorstwo społeczne - Muhammad Yunus ożywia się i pewnym głosem opisuje, jak chce zrobić rewolucję w światowym systemie bankowym. Co więcej, częściowo już mu się to udało.

W 1976 roku Yunus założył Grameen Bank - instytucję pożyczającą pieniądze bez zabezpieczenia ludziom tak biednym, że zwykłe banki odmawiały im kredytu. Pożyczał od 12 do 300 dolarów. Na co? Na drobną przedsiębiorczość, np. na zakup materiałów potrzebnych do wytwarzania dóbr na sprzedaż - tego, czego biedne rodziny potrzebowały, żeby stanąć na nogi i zacząć zarabiać.

System zadziałał - od 1983 r. Grameen Bank zdobył około 8,5 miliona kredytobiorców, z których 96 proc. stanowią kobiety. Udzielił ponad 14 mld dolarów kredytów. Dzięki mikrokredytom Yunusa i Grameen Banku 2 miliony rodzin w Bangladeszu (ok. 10 mln ludzi) wyrwało się w latach 1990-2008 ponad próg ubóstwa - (1.25 dolara na dzień). Na dodatek jego pomysł skopiowano z sukcesem w innych krajach, także europejskich. I choć do pomysłu Yunusa istnieje wiele zastrzeżeń, z których najpoważniejsze dotyczą wpędzania ubogich w spiralę długów, to Grameen Bank chwali się spłacalnością pożyczek w wysokości - bagatela - 97,27 proc. W 2006 r. Yunus i Grameen Bank otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla.

Na warszawski szczyt noblistów założyciel "banku ubogich" przywiózł książkę "Social Business" ("Przedsiębiorstwo społeczne"), w której wyłuszcza swój nowy pomysł na to, jak wykorzystując mechanizmy rynkowe, skupić się na pomocy ubogim zamiast na gromadzeniu pieniędzy przez bogatych.

Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: Czy wierzy pan, że firmy mogą zmienić sposób myślenia i zobaczyć zysk w realizacji działań pożytecznych dla społeczeństwa? Pan nazwał to przedsiębiorstwem społecznym i napisał o tym książkę "Social Business".

Muhammad Yunus*: Nie odkryłem niczego nowego. Twierdzę, że to zjawisko już istnieje. Jest egoizm - ludzie zakładają firmy i chcą zarabiać pieniądze. Wszystko dla mnie, nic dla innych. Ale przecież jest też bezinteresowność. Ludzie oddają rzeczy, dzielą się pieniędzmi. Biedni dają mało, klasa średnia - średnio, bogaci - dużo. To się nazywa filantropia i przecież istnieje. A ja chcę przekazać, że to, co oddajesz, to, czym się dzielisz, może być użyte w inny sposób.

W jaki sposób? Czy wierzy pan, że dwie części ludzkiej natury - ta egoistyczna i ta altruistyczna - mogą współdziałać?

- Czy filantropia rozwiązuje problemy ludzkości? Działalność charytatywna istnieje wiele lat, ale jest z nią jeden problem: zdobywa się fundusze na cele dobroczynne, potem się je wydaje - i nigdy nie wracają. To pieniądze jednorazowego użytku. Jeśli będziemy w stanie zmienić ten model w pomysł na biznes (na przykład w obszarze ochrony zdrowia czy edukacji) - wtedy pieniądze zostaną wydane, zrobią swoje - i wrócą.

To jest właśnie ten nowy aspekt. Zmienić działalność pomocową w biznes - i nie zarabiać na tym. W zwykłym biznesie zarabia się pieniądze dla siebie. A chodzi o to, żeby powiedzieć: "I tak te pieniądze miały być oddane, nie zamierzałem czerpać z nich zysku, ale niech to będą pieniądze wielorazowego użytku". Jeżeli tych samych pieniędzy użyjemy wiele razy, to będą prawie jak samozasilający się silnik. Raz budujesz i pracuje sam - nie musisz mu dostarczać paliwa. To jest mój pomysł. I on działa, my go już wdrożyliśmy.


Czy uważa pan, że model, który pan proponuje, będzie działał tak samo dobrze zarówno w bogatych krajach rozwiniętych, jak i w krajach rozwijających się?

- Wszędzie działa tak samo. W bogatych krajach ci bogaci są naprawdę bogaci. W biednych ci bogaci może nie opływają aż tak w pieniądze, ale w porównaniu z resztą społeczeństwa i tak są bogaczami.

W krajach Zachodu bogaci biorą kredyt na trzeci samochód i drugi dom. A gdzie indziej biedni biorą kredyt, by kupić coś, co zapewni im byt. Jak pan skomentuje tę dychotomię?

- Banki zostały tak skonstruowane, żeby służyć bogatym. Ja mówię: musimy przebudować system bankowy i pokazać, jak to powinno być zrobione. Dlatego wymyśliliśmy mikrokredyty - aby zapewnić pomoc finansową biednym. Kiedy mówimy o rozwiązywaniu problemów - niezależnie od tego, czy kraj jest biedny czy bogaty - problemy są wszędzie takie same: bieda, różnica w zarobkach, rozwarstwienie dochodów, bezrobocie. Kluczem są liczby. W krajach ubogich liczba biednych w stosunku do bogatych jest ogromna. W bogatych krajach liczba biednych jest [proporcjonalnie] mniejsza, ale bieda w nich też istnieje. Skutki też są podobne: biedni lądują poza nawiasem społeczeństwa. Nikt nie próbuje ich zintegrować.

Dlaczego jednak idea Grameen Banku sprawdziła się tak dobrze właśnie w biednym Bangladeszu?

- Sprawdziła się - ale została powtórzona w wielu krajach. Francja ma narodowy program od lat 80., Norwegia w latach 90. wdrożyła go na północy kraju. Działa do dziś. My prowadzimy program w Nowym Jorku, mamy sześć filii, 14 tys. pożyczkobiorców, same kobiety, działa jak Grameen. Mamy przedstawicielstwa w San Francisco, Indianapolis, Omaha, Charlotte. Lada moment ruszymy z oddziałami w Wielkiej Brytanii.

To może w takim razie jakaś filia Grameen Bank w Polsce? Wiele osób, głównie młodych, wpada w naszym kraju w schemat: żenią się, zaczynają wspólne życie - i biorą kredyt na całe życie, żeby kupić mieszkanie. Jak to zmienić? W Polsce nie ma banku na wzór Grameen.

- Kiedy tworzyliśmy Grameen Bank, nie braliśmy przykładu z istniejących banków. Zrobiliśmy coś przeciwnego. Podeszliśmy z przyjaźnią do klienta. Stworzyliśmy Grameen już jako przedsiębiorstwo społeczne, a nie jako przedsiębiorstwo nastawione na zysk. Nie chcemy robić pieniędzy, chcemy rozwiązywać ludzkie problemy. Wspomniał pan o młodej parze z kredytem na mieszkanie - naszym zadaniem będzie nie to, jak zarobić na nich pieniądze, ale jak im pomóc.

Social business to kompletnie nowa strategia. Walki z bezrobociem, tworzenia szans dla młodych ludzi. Stwórzmy dla ludzi takie warunki, aby zamiast szukać pracy, pomyśleli: ja mogę dać pracęinnym.

Kilka miesięcy temu Polską wstrząsnęła afera, w której wiele osób straciło oszczędności powierzone parabankowi. Na świecie były przypadki wypaczenia mechanizmu działania Grameen Banku. Czy ma pan pomysł na to, jak przeciwdziałać temu, że ludzie wykorzystują w nieuczciwy sposób pana pomysł?

- To niewłaściwe wykorzystanie systemu, sprzeniewierzenie idei. Trzeba być ostrożnym i ustalać jasne reguły. Na przykład Indie miały kłopot z nieuczciwym wykorzystywaniem pomysłu mikrokredytów. Wtedy do gry wszedł centralny bank, zaprowadził jasne reguły, pozwalające na wykrycie i powstrzymanie przestępców. Muszą być regulacje, za złamanie których grozi kara. Na przykład ustalenie właściwej stopy procentowej dla mikrokredytu, aby nikt nie mógł jej podnosić tak, że zacznie się wykorzystywać ludzi.

Biznes jest podatny na takie pokusy, nawet przedstawiciele konwencjonalnych firm stosują różnego rodzaju kruczki, by oszukiwać ludzi. Tak jak wszędzie, przy mikrokredytach potrzebna jest kontrola, która utrzyma mechanizm na właściwym kursie.

Czy to nie zbyt optymistyczne podejście do świata i ludzi? Czy nie jest tak, że w krajach biednych chyba łatwiej dotrzeć do ludzi z ideą przedsiębiorstwa społecznego? Czy w krajach bogatych skoncentrowani na osobistej korzyści ludzie rozumieją to podejście?

- Nie zauważyliśmy różnic. Jednym z pierwszych krajów, który zaadaptował ten pomysł, były Niemcy. Burmistrz Wiesbaden np. ogłosił swoje miasto miastem społecznego biznesu. Każda działająca w Wiesbaden firma ma być zachęcana do wdrażania strategii przedsiębiorstwa społecznego - czyli do rozwiązywania problemów miasta. Odzew był też we Francji - Danone ma spółkę joint-venture z Grameen Bankiem. Niemiecki BASF też. Entuzjazm dla tego rozwiązania przekracza granice krajów biednych i bogatych.

Jak chce pan przekonać do tego bogaty świat, doświadczony kryzysem, utratą domów i pracy oraz spłacaniem kredytów, na które nie było go stać? Jak chce pan przekonać tych ludzi, że istnieje "dobry" kredyt?

- To problem systemowy, a nie problem bogatych czy biednych krajów. Kredyty bankowe nie są dla zwykłych ludzi. Banki, same w sobie, są stworzone dla ludzi bogatych. Prawdziwy bank nie pracuje ze zwykłymi ludźmi, biednymi, klasą średnią. Albo współpracuje z nimi w bardzo ostry sposób, bo jest zbyt zajęty obsługą swoich klientów biznesowych, którzy stanowią 95% jego dochodów.

Potrzebujemy zupełnie nowych banków - skoncentrowanych na ludziach o małych i średnich dochodach. Gdybyśmy starym bankom powiedzieli: "pożyczcie pieniądze biednym kobietom" - nigdy by tego nie zrobiły. My zbudowaliśmy taki bank i pokazaliśmy, że to się da zrobić. Dlatego to globalny fenomen - stworzyliśmy nowy rodzaj bankowości. Trzeba udowodnić, pokazać, że można coś zrobić inaczej - stąd bierze się postęp. Jak się powtarza stare rozwiązania - dostaje się stare wyniki.



* Prof. Muhammad Yunus urodził się w 1940 r. w Bangladeszu. W 1983 r. założył Grameen Bank - instytucję specjalizującą się w udzielaniu pożyczek osobom ubogim, aby pomóc im wyrwać się z biedy. Jest twórcą koncepcji mikrokredytów oraz przedsiębiorstwa socjalnego. Prof. Yunus jest też doradcą Sekretarza Generalnego ONZ i Komisji Europejskiej. Za swoją działalność Yunus i Grameen Bank otrzymali w 2006 r. Pokojową Nagrodę Nobla. 
Źródło: TOK FM

piątek, 13 września 2013

Edwin BENDYK: GOSPODARKA W KLESZCZACH KULTURY

Dyskusje na krynickim Forum pokazały, że pewne dobrze już opisane w literaturze ekonomicznej myślenie o kulturze do polskich elit biznesu przebija się z oporem.
Forum Ekonomiczne w Krynicy przez życzliwych zwane jest Davos Europy Wschodniej, przez malkontentów Davos dla ubogich. Bywalcy (skończyła się XXIII edycja) czują się tu swojsko, jak na wiejskim weselu: dużo gadania, dużo picia, można przyszpanować nową furą, a przy okazji pogadać o interesach. W ciągu kilku wrześniowych dni na krynickim deptaku można było spotkać wszystkich ważnych polskiego państwowego kapitalizmu, a przy okazji usłyszeć od premiera, że kryzys się skończył, i od prezesa PiS, że dopiero się zacznie, jak jego partia przejmie władzę.

Rutynę Forum postanowiło przełamać Narodowe Centrum Kultury, od lat przekonujące, że kultura się liczy, że trzeba się z nią liczyć, a wszystko to w trosce nie tylko o samą kulturę, lecz także gospodarkę. Stanął więc w tym roku w samym środku wydarzeń pawilon NCK, który u większości uczestników wywoływał początkowo dysonans poznawczy. Wystarczył jednak łyk najlepszej na Forum kawy, by nieufność ludzi gospodarki wobec kultury zaczęła topnieć.

To jeszcze jednak zbyt mało, by sensownie o kulturze, gospodarce i rozwoju dyskutować. Nad tematem wisi banalna i jałowa dychotomia: ludzie kultury zazwyczaj przekonują o autotelicznej funkcji swojej dyscypliny, prorynkowi przedsiębiorcy najchętniej wszystko by sprywatyzowali i zostawili grze popytu i podaży. Twórczą syntezę tej dialektyki zaproponował przed laty Andy Warhol, stwierdzając, że „zarabianie jest sztuką i praca jest sztuką, a dobry biznes jest najlepszą sztuką”. Tyle tylko, że Warhol tworzył swoją filozofię u schyłku epoki nowoczesnej, w ponowoczesności właściwsza byłaby antyteza – dobra sztuka jest najlepszym biznesem, a dobra kultura to podstawa gospodarki.

Tłumaczę od razu, że nie przystąpiłem do szeregów Leszka Balcerowicza i zaraz wyjaśnię, że z powyższego stwierdzenia nie wynika postulat pełnej komercjalizacji kultury. Przeciwnie. Relacje między kulturą i gospodarką są znacznie głębsze, a sfery te od zawsze głęboko się przenikały – wspólnym ich rdzeniem jest pojęcie wartości, pierwotne w stosunku do różnych instytucji, np. wolnego rynku, jakie z czasem zaczęły organizować świat kultury i ekonomii.

Instytucje te powstawały w procesie historycznym, by rozwiązywać trudny zawsze problem przekładu – jak przetłumaczyć potrzeby estetyczne na język wartości materialnych, by w ten sposób uruchomić zasoby niezbędne do wytworzenia dzieła sztuki? I jak zrozumieć, że zaspokajanie potrzeb materialnych nigdy nie sprowadzało się do jak najefektywniejszego zaopatrzenia w dobra i usługi zgodnie z piramidą Maslowa, tylko od początku ludzkości naładowane było elementem estetycznym, kulturowym? Wystarczy zobaczyć, czym różniły się strzały używane w tym samym czasie przez ludzi i przez neandertalczyków. Ludzie swoją broń zdobili, sporym nakładem twórczego i materialnego wysiłku. By użyć koncepcji Marksa: nie sposób wyobrazić sobie wartości użytkowej jakiegokolwiek towaru bez komponenty kulturowej. Steve Jobs otaczając swoje produkty niepowtarzalną estetyczną aurą nie wymyślił niczego nowego, raczej wrócił do źródeł.

O źródłach tych przypomniał amerykański socjolog Howard S. Becker, gdy pisał o „Art Worlds” – niezbędnych dla kapitalizmu przestrzeniach sztuki i kultury, bo bez nich niemożliwe byłoby kształtowanie potrzeb na inne produkty i usługi. A im bardziej rozbudzona potrzeba, tym większa marża i stopień akumulacji. Sztuka i kultura chronią tym samym kapitalizm przed logiką komodytyzacji, a uzyskaną dzięki nim nadwyżkę Ann Markusen i David King nazywają „dywidendą artystyczną”. By jednak rzecz ująć jak najprościej, warto sięgnąć po przykład pszczół – wartość ich pracy można mierzyć ilością wyprodukowanego miodu. Wiadomo jednak, że cenniejszy jest inny wymiar pszczelej aktywności – zapylanie. Nie inaczej jest z kulturą i sztuką.

Cóż, dyskusje na krynickim Forum pokazały, że takie myślenie o kulturze, dobrze już opisane w literaturze ekonomicznej, do polskich elit biznesu przebija się z oporem. Gdy pod wodzą Jerzego Hausnera rozmawialiśmy o prorozwojowej polityce kulturalnej, obecny na sali prezes jednego z banków zaproponował, by po prostu rozwiązać Ministerstwo Kultury, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na zmniejszenie długu publicznego. Pszczela argumentacja nie przebiła się przez barierę ortodoksyjnego neoliberalnego umysłu.

A przecież to dopiero początek, niewinne wprowadzenie do ekonomii kultury. Prawdziwa zabawa zaczyna się podczas dyskusji o ekonomicznej wartości dóbr kultury. Twórcy lubią mówić o autotelicznym wymiarze swojej pracy, zarazem jednak, by znowu by użyć języka Marksa, żywią przekonanie, że ich praca ma konkretną wartość wymienną – da się ją przełożyć ma brzęczącą monetę. Nawet jeśli zarobek nie jest bezpośrednim celem tworzenia, to jednak pieniądz i rynek jest niezbędnym medium służącym dystrybucji dóbr kultury.

Jak jednak ten rynek działa jako medium między wartością użytkową i wymienną, czyli potrzebą, by jakieś kulturalne dobro mieć, i gotowością, by za nie zapłacić? Ciekawej próby wyjaśnienia podjął się James English w książce Ekonomia prestiżu(polski przekład ukazał się niedawno nakładem NCK). English opisuje, jak rynek dóbr kultury otacza złożony system nagród i prestiżu. System ten nie bezpośrednio, lecz za pomocą różnych odniesień i manipulacji przekłada nieprzekładalne – autoteliczną wartość kultury na obieg pieniądza. Nagroda literacka Goncourtów, choć nie ma wartości finansowej, oznacza prestiż i uznanie dla dzieła, co z reguły przekłada się na zwielokrotnioną sprzedaż w książki. W efekcie autor ma sławę i kasę, przy czym zazwyczaj tłumaczy, że pisząc o tej kasie nie myślał.

Zapoczątkowana pod koniec XIX wieku ekonomia prestiżu kwitnie dziś w najlepsze. Więcej, jest kopiowana poza kulturą – ekonomiści przekonują na przykład, że lepszą zachętą dla promocji wynalazczości są nagrody niż patenty. Coraz wyraźniej widać, że kultura była jedynie polem testowym dla nowych form ekonomii i teorii wartości, które dziś opisują całą „gospodarkę opartą na wiedzy” lub, jak kto woli, kapitalizm kognitywny.

Kto jeszcze wątpi, że dziś dobra sztuka jest najlepszym biznesem, a dobra kultura to podstawa gospodarki, niech żałuje, że nie był na Forum Ekonomicznym w Krynicy. W zamian jednak polecam wizytę w krakowskim Mocaku – do 29 września trwa tam wystawa „Ekonomia w sztuce”. Wraz z katalogiem doskonale ilustruje złożone i nieuchronne relacje między pozornie odległymi sferami życia.

Źródło: Dziennik Opinii KP

wtorek, 18 czerwca 2013

Heiner FLASSBECK: NIEORTODOKSYJNE SPOJRZENIE NA KRYZYS

Nowa polityka ekonomiczna Europy będzie możliwa tylko po kolejnym ciężkim kryzysie.
Michał Sutowski: Niemal cała Unia Europejska jest pogrążona w kryzysie, tymczasem Niemcy kwitną – wskaźniki gospodarcze nasuwają skojarzenia ze słynnym niemieckim Wirtschaftswunder z lat 50. Czy pana kraj może być wzorem dla reszty Europy?

Heiner Flassbeck: W odróżnieniu od tamtych czasów, współczesny niemiecki „cud” odbywa się kosztem sąsiadów. Mniej więcej od początku XXI wieku prowadzimy w ramach unii walutowej politykę gospodarczą, która pozwala nam – głównie dzięki utrzymywaniu poziomu płac poniżej poziomu produktywności – uzyskać nieco lepsze wyniki od reszty. Ale gospodarkę UE trzeba rozpatrywać całościowo, a nie patrzeć na poszczególne kraje z osobna. Dostrzeżemy wówczas, że niemiecka polityka nie tylko podzieliła strefę euro na Północ i Południe, ale też doprowadziła do sytuacji, w której już właściwie tylko Niemcy mogą działać autonomicznie, reszta jest uzależniona od krajów-wierzycieli. Zresztą cały ten „cud” niedługo się skończy, bo w Niemczech zaczyna się stagnacja eksportu, a niedługo – tendencje recesyjne.

A czym się różni obecna polityka gospodarcza Niemiec od tej z lat 50.? Dlaczego wtedy się udało?

Przede wszystkim polityką płacową – dochody pracowników wzrastały, a wraz z nimi konsumpcja. Eksport też rósł, ale nie dzięki zaniżaniu płac, jak dziś, ale dzięki korzystnemu kursowi wymiany marki niemieckiej do dolara – nasza waluta była wtedy wyraźnie niedowartościowana. Płace realne rosły w niebywałym tempie, około 5-6 procent rocznie – z jednej strony pozwalało to na kreowanie oszczędności gospodarstw domowych, z drugiej i tak duża konsumpcja generowała zapotrzebowanie na inwestycje. A one z kolei tworzyły nowe miejsca pracy. To zupełnie inaczej niż dziś, kiedy nasz wzrost opiera się niemal wyłącznie na eksporcie – jego udział w gospodarce wynosi około 50 procent. Tego nie da się oczywiście utrzymać na dłuższą metę, ponieważ kraje sąsiednie musiałyby jakoś absorbować nasze nadwyżki. 

Polityka orientacji na eksport i ograniczania płac – wprowadzona w ramach Agendy 2010 kanclerza Schrödera – poprzedzona była próbami innych reform. Pisze pan w swojej ostatniej książce, że nastąpiła dopiero po tym, jak „zawiodły pomysły skracania czasu pracy oraz inne instrumenty”. Dlaczego zawiodły?

Związki zawodowe przez długi czas wierzyły, że poprzez skrócenie czasu pracy uda się najpierw podtrzymać stan bliski pełnego zatrudnienia, a potem, dzięki niskiemu bezrobociu, wywrzeć jeszcze presję na podwyżkę płac.


Ale to nie zadziałało, bo i nie mogło – z tych samych powodów, dla których nie pomaga ograniczanie płac.


Po prostu skrócenie czasu pracy oznacza nie tylko mniejszą liczbę przepracowanych przez ludzi godzin, ale także obniżenie dochodów, a w efekcie zmniejszenie konsumpcji, ergo: zmniejszenie popytu wewnętrznego. Dlatego też nie jestem zwolennikiem tego instrumentu poprawiania sytuacji pracowników – niestety związki zawodowe najpierw uparcie broniły tej właśnie koncepcji, a później, gdy okazała się ona niemożliwa do przeforsowania, zaakceptowały koncepcję rządu. Stagnacja płac miała być „eksperymentem ostatniej szansy”, który wyciągnąć miał Niemcy z długotrwałego bezrobocia.

A skąd wzięło się wielkie bezrobocie w tak wysoko rozwiniętym kraju?

Czynników było wiele, ale kluczowe są dwa. Po pierwsze, od czasu „cudu gospodarczego” lat 50. i 60. Niemcy w zasadzie nie prowadziły żadnej polityki gospodarczej nastawionej na stymulowanie popytu wewnętrznego oraz inwestycji – jakikolwiek poważniejszy wzrost traktowany był przez Bundesbank jako potencjalne „przegrzanie” gospodarki  i dość szybko powściągany w obawie przed inflacją. A druga przyczyna to oczywiście zjednoczenie, a raczej wchłonięcie gospodarki NRD. 

Mówi pan, że obrana w końcu strategia ograniczania wzrostu płac i reorientacji gospodarki na eksport odbywa się kosztem sąsiadów. Co to właściwie oznacza? Dlaczego mieć pretensje do Niemców, że dobrze i tanio produkują, a inni chcą ich towary kupować?

W unii walutowej trzeba przestrzegać pewnych reguł. Najważniejsza z nich dotyczy dotrzymywania założonego i uzgodnionego wspólnie celu inflacyjnego. Dla strefy euro wynosił on około 1,9 procenta rocznie, skądinąd dokładnie tyle, ile wynosił tradycyjny cel inflacyjny Niemiec. W sytuacji, kiedy Niemcy utrzymywały przez dekadę inflację o około 1 procent niższą od zakładanej, a do tego niektóre kraje Południa miały inflację zbyt wysoką – wytworzyła się ogromna luka, gdy chodzi o poziom jednostkowych kosztów pracy. W efekcie dotychczasowe różnice konkurencyjności poszczególnych krajów tylko się pogłębiły, bo z tych pojedynczych procentów w ciągu dekady uskładało się między 20 a 30 procent dodatkowej niemieckiej przewagi konkurencyjnej. W warunkach unii walutowej nie ma już możliwości deprecjacji waluty, który to instrument przez całe dekady stosowali Włosi. Jedyna możliwość choćby częściowego odzyskania konkurencyjności, wypełnienia tej niesłychanej luki, to dewaluacja wewnętrzna.

To znaczy?

Cięcie płac i pozapłacowych kosztów pracy na Południu. Ale to zniszczy ich popyt wewnętrzny. 

Dlaczego kraje Południa nie mogą postąpić tak samo jak Niemcy dziesięć lat temu? Po prostu ograniczyć wzrost płac?

Z dwóch powodów. Po pierwsze: cel inflacyjny w wysokości 1,9 procenta dla całej strefy euro w zasadzie został zrealizowany, ale tylko dlatego, że Niemcy były sporo poniżej, a Południe sporo powyżej. Gdyby wszyscy postąpili tak jak Niemcy, to ogólny poziom oznaczałby już deflację – a ją jest niezwykle trudno zwalczyć, co świetnie pokazuje przykład Japonii w ostatnim dwudziestoleciu.  Po drugie: dewaluacja wewnętrzna w krajach Południa nie wystarczy – potrzeba byłoby jeszcze zmiany relatywnego statusu Niemiec, tzn. rezygnacji z części nadwyżki eksportowej na rzecz zwiększonej konsumpcji wewnętrznej. To zakłada oczywiście wzrost płac. Ale nic na to nie wskazuje – nawet związek IG Metall w ogólnokrajowych negocjacjach płacowych przystał ostatnio na wzrost nominalny o 3 procent przez całe dwa lata. 

Ile to będzie realnie?

Nie wiadomo jeszcze, bo przecież nie możemy ściśle przewidzieć rozwoju cen. Ale można się spodziewać, że realny poziom inflacji wyniesie około 1 procenta – w tej sytuacji potrzebowalibyśmy wzrostu płac rzędu 4,5-5 procent, żeby różnica konkurencyjności na korzyść Niemiec zaczęła się zmniejszać. I to przez wiele lat.

Popyt wewnętrzny cierpi z powodu cięć i zmniejszania płac, w Niemczech nie rośnie, bo płace rosną za wolno. Ale zostaje jeszcze eksport. Kilka krajów Azji dokonało wielkiego skoku rozwojowego tylko dzięki produkcji na zewnątrz. Czy cała Europa nie mogłaby spróbować uzyskać – wzorem Niemiec – nadwyżki eksportowej na zewnątrz?

Owszem, kilku krajom w przeszłości się udało; obecnie nadwyżki mają Niemcy i kilka mniejszych państw europejskich, jak Austria czy Holandia. Ale nie ma takiej możliwości, żeby strefa euro jako całość, ze swymi kilkuset milionami pracowników znalazła partnera handlowego odpowiednio dużego, żeby te nasze nadwyżki odebrał i skonsumował. W ostatnich trzech latach współpracowałem blisko z G20 i widzę wyraźnie, jak zmasowanej krytyce za nadwyżki poddaje się Niemcy. Kiedyś były jeszcze Chiny, ale ostatnio ich nadwyżki handlowe spadły ze względu na wzrost płac – dziś Niemcy są głównym chłopcem do bicia.


Gdyby podobną postawę przyjęła strefa euro, reszta świata z pewnością podjęłaby środki zaradcze – czy to w postaci deprecjacji walut czy to poprzez wprowadzenie ograniczeń importowych, choć do niedawna jeszcze wydawało się to nie do pomyślenia. 


Nikt nie chce być dłużnikiem?

No tak, nie chce już tego Ameryka Łacińska, nie chce Azja. Bo choć logicznie rzecz biorąc, gdyby nie było dłużników, to i nie byłoby wierzycieli-krajów o nadwyżkach, choć gospodarka stanowi system naczyń połączonych, to winą obciąża się zawsze tylko jedną stronę. Dłużnik jest winien, Schuldner ist schuldig, co doskonale brzmi po niemiecku, gdyż wyraża tradycyjne przekonanie o grzesznym charakterze wszelkiego zadłużenia i cnocie związanej z oszczędnością. Państwo zadłużone można gnębić do woli.

Rozumiem, że dla nadwyżek całej strefy euro nie znajdzie się odbiorca. Ale co z pojedynczymi krajami? Może oparcie gospodarki na eksporcie to jest jakieś wyjście, np. dla kraju wielkości Polski?

Zgoda, w przypadku mniejszych krajów to może zadziałać – Szwajcarzy mają nadwyżki od trzydziestu lat i nikt nie robi z tego powodu problemu. Ale oni z kolei muszą się mierzyć z nadmierną aprecjacją franka – tamtejszy bank centralny musi ostatnio bardzo mocno interweniować, rzucać na rynek właściwie nieograniczone ilości waluty, żeby powstrzymać wzrost kursu. Ale znowu – Szwajcaria to dość wyjątkowy przypadek, który eksportuje raczej te dobra, które nie konkurują ceną. 

My próbujemy konkurować ceną.

Oczywiście, że kraje na dorobku mogą szukać różnych przewag na rynkach międzynarodowych, ale z pewnością nie można ich kreować sztucznie, poprzez trzymanie płac w ryzach. Bo to uzależnia gospodarkę – z racji niskiego popytu wewnętrznego – wyłącznie od zapotrzebowania na towary za granicą. Abstrahując od chwiejności koniunktury, przewagę rynkową wynikającą z niskich kosztów pracy łatwo zniwelować, niemal z dnia na dzień, poprzez zmianę kursu walutowego. Co innego, jeśli kraj jest w unii walutowej – wtedy powstrzymanie wzrostu płac może faktycznie zadziałać. I to właśnie zrobili Niemcy – ale nieszczęśliwe skutki tej strategii już omówiliśmy. Konkurencyjności nie należy podnosić sztucznie, tylko wzmacniać ją poprzez innowacje, organizację pracy, inwestycje. 

A dlaczego twierdzi pan, że stosowna płaca minimalna to podstawa „zdrowej gospodarki”? Przedsiębiorcy twierdzą inaczej – że im wyższa, tym większe bezrobocie. 

Mówiąc o „zdrowej gospodarce” myślę przede wszystkim o takiej, w której siły są mniej więcej wyrównane.


A w sytuacji wysokiego bezrobocia rośnie asymetria sił – pracodawcy są coraz silniejsi a pracownicy, relatywnie, coraz słabsi.


To prowadzi do sytuacji, w której w całych sektorach nie ma szans na uczciwe wynagrodzenia, ponieważ na każde zajęte miejsce pracy czeka kilku chętnych. I w tej sytuacji płaca minimalna pozwala przynajmniej częściowo zmniejszyć dysproporcje na korzyść pracujących. 

Ale co wtedy, jeśli na skutek płacy minimalnej część z nich w ogóle nie znajdzie zatrudnienia?

To przekonanie, że płaca minimalna odbiera potencjalne miejsca pracy, bazuje na założeniu, że istnieje coś takiego jak indywidualna produktywność każdego człowieka. Jeśli pana produktywność wynosi 9,5 euro za godzinę, a płacę minimalną ustalimy na 10,50 to będzie pan bezrobotny. Ale to bzdura – ile wynosi „obiektywna” produktywność autora wywiadów? Albo szefa i sekretarki? Sekretarka może być dużo produktywniejsza od szefa, ale nikt tego nie wie, a już na pewno nie zmierzy. Bo niby jak? To samo z pracą w zespole: jak określić obiektywnie, kto ile wartości dodanej wniósł do projektu? Różnice płac są dużo większe niż różnice indywidualnej wydajności – nie istnieje żadne mechaniczne przełożenie. 

Ale może nie chodzi o obiektywną produktywność człowieka, tylko o elastyczność rynku pracy? Płaca minimalna wyraźnie ją osłabia. 

Przekonanie, że w momencie kryzysu potrzebujemy większej elastyczności zatrudnienia i płac, bo wówczas podaż i popyt na pracę łatwiej zrównoważyć – przy niższej cenie za pracę – to również fikcja. Rynek pracy nie działa w ten sposób, a to z tego prostego powodu, że przecież ci sami ludzie, którzy wytwarzają określone dobra, tworzą również na nie popyt. Są pracownikami i konsumentami jednocześnie. A zatem na tzw. rynku pracy krzywe popytu i podaży na dobro – w tym wypadku pracę właśnie – nie są od siebie niezależne. A to jest warunkiem podstawowym, aby móc w ogóle mówić o rynku. Modelowy rynek, powiedzmy mięsa, powstaje wtedy, kiedy nabywcy mięsa nie biorą udziału w jego produkcji. Jeśli jednak pracownicy i konsumenci to ta sama grupa, wówczas uelastycznienie rynku pracy nie pomoże. Przy obecnej asymetrii sił przyniesie ono obniżkę płac lub skrócenie czasu zatrudnienia, co na jedno wychodzi – obniżkę popytu wewnętrznego, czyli zmniejszenie zapotrzebowania na produkowane dobra. 

A jak to wygląda w praktyce?

Empiryczną tego ilustracją są kraje Południa Europy: uelastycznienie rynku pracy i cięcia płac powinny – na gruncie dominującego poglądu – doprowadzić do spadku bezrobocia.

I spadło?

Oczywiście, że wzrosło! Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie może zrozumieć tego prostego paradoksu. Wszyscy pamiętają tylko, że w latach 70. płace nadmiernie rosły, a zaraz potem wzrosło bezrobocie. Ale dziś udział płac w PKB jest bardzo niski, płace nie rosną, a w wielu krajach spadają – a bezrobocie też rośnie! No bo na co pracodawcy pracownik choćby za pół darmo, skoro nie ma popytu na towary? 

Ale jeśli spadają płace, to zmniejsza się koszt pracy w stosunku do kosztu kapitału. Dlaczego mimo tego zatrudnienie nie rośnie?

Ten mechanizm mógłby ewentualnie zadziałać, gdyby przedsiębiorstwu udało się z dnia na dzień przestawić produkcję z technologii kapitałochłonnych na technologie pracochłonne. Ale w praktyce to niemożliwe, cykl wydarzeń jest dużo szybszy. Jeśli spadają płace, to popyt spada niemal z dnia na dzień, a co za tym idzie – oczekiwania przedsiębiorców co do przyszłych zysków, przez co nie mają oni motywacji do dalszego zatrudniania. Rozbija to w drzazgi cały schemat neoklasyczny. Całą tę sekwencję zdarzeń opisaliśmy dość dokładnie we wspólnej książce – mojej i Fredericke Spiecker, Das Ende der Massenarbeitslosigkeit.

Rozumiem, że elastyczność płac osłabi popyt – ale przedsiębiorcy wskazują, że przy złej koniunkturze nie mogą zwolnić pracownika, nawet jeśli na jego pracę nie ma zapotrzebowania. A to grozi upadkiem całego przedsiębiorstwa. 

W całym świecie zachodnim trudno znaleźć kraj, w którym w okresie kryzysu nie dałoby się zwolnić pracownika, w ten czy inny sposób. Dość wyjątkowym przypadkiem jest Japonia, gdzie ludzi się rzeczywiście nie zwalnia, tylko obniża wszystkim płace – ale to też nie jest dobre rozwiązanie, bo sprzyja deflacji, z której Japonia nie może się wydobyć już dwadzieścia lat. Z dwojga złego lepiej, jeśli część pracowników zostanie zwolniona niż jeśli wszystkim obniży się płace – pod warunkiem, że ci zwolnieni otrzymają wsparcie ze strony państwa, chociażby kosztem deficytu. Wówczas spadek ogólnego popytu będzie nieznaczny i nie powinien pociągać za sobą dalszych zwolnień. Zgadzam się, że pewien zakres elastyczności jest tu konieczny, ale naszym celem powinno być skrócenie okresu bezrobocia do minimum. To jednak oznacza, że za cel stawiamy sobie dążenie do stanu pełnego zatrudnienia – a to bynajmniej nieoczywiste założenie w ostatnich trzydziestu latach. 

„Stawiamy za cel”, to znaczy, że czyje to zadanie?

Gospodarki, która poprzez wysoki poziom inwestycji, odpowiednio niskie stopy procentowe i politykę finansową tworzy koniunkturę, miejsca pracy – opłacone adekwatnie do wydajności, co pozwala z kolei na podtrzymanie popytu. Stabilny i długotrwały rozwój w historii zawsze opierał się na zasadzie, że średni wzrost płac jest adekwatny do średniego wzrostu produktywności gospodarki.

Inwestycje zamiast cięcia płac – to bardzo dobrze brzmi. Ale to wymaga środków. Czy nie jest to luksus państw zamożnych? Niemcy mają z czego inwestować.

Nie tylko Niemcy, na rynkach kapitałowych jest mnóstwo pieniędzy, które można i należy wykorzystać na inwestycje w gospodarce realnej. Ale chyba ważniejszy czynnik to pieniądz papierowy – warto przypomnieć sobie Schumpetera Teorię rozwoju gospodarczego, gdzie zostało to dobrze wyjaśnione. Inwestycje są sednem każdej gospodarki – nie może ona kwitnąć, jeśli zabraknie inwestycji finansowanych poprzez pieniądz papierowy. W ramach teorii neoklasycznej to oczywiście nie do pomyślenia – bo tam mamy stałą sumę środków, jedni oszczędzają, drudzy te oszczędności, dzięki jakiejś magicznej sile inwestują, i tak to się kręci.


Ten statyczny model nie uwzględnia faktu, że żeby następował rozwój, potrzebna jest jeszcze polityka pieniężna – wprowadzenie do gospodarki dodatkowego pieniądza papierowego.


Ma pan kilka recept. Czy widzi pan potencjał ich realizacji w obecnym kontekście politycznym? I na jakim poziomie – państw narodowych czy instytucji europejskich?

Im wyżej, tym lepiej – globalne współzależności gospodarcze są dziś tak ścisłe, że zacząć należałoby właściwie od porozumienia ogólnoświatowego, np. w kwestii międzynarodowego reżimu walutowego, który pozwoliłby na zredukowanie nierównowagi bilansów handlowych i płatniczych na świecie. Zdaję sobie jednak sprawę, że do tego nie ma dziś politycznych warunków. 

A w samej Unii Europejskiej?

Na pierwszy rzut oka to najlepsze miejsce, żeby wspólnie dogadać się w kwestii metod wyjścia z kryzysu. Problem w tym, że Komisja Europejska od kilkunastu co najmniej lat reprezentuje agendę neoliberalną, a w gronie szefów rządów nie ma mowy o żadnej odważniejszej inicjatywie. Wszyscy patrzą, co powiedzą Niemcy, więc drepczemy, jeden krok do przodu, trzy w bok i dwa do tyłu. 

Mamy zatem teorię, ale bez siły politycznej, która by za nią stała?

Teoria, która ujmowałaby całokształt kluczowych zależności nie przebija się do przestrzeni publicznej – bardzo niewielu z moich kolegów gotowych jest np. pójść tak daleko, żeby uznać iż rynek pracy nie jest rynkiem sensu stricto. Ta teza uchodzi za radykalną. A przecież to jest klucz do zrozumienia problemu bezrobocia – jeśli tego nie pojmiemy, trudno o skuteczne rozwiązania. 

Czy problem Europy to problem Niemiec? Czy tylko Niemcy mogą go rozwiązać?

Bruksela faktycznie podąża za Berlinem, ręka w rękę, forsując błędną politykę. I między innymi dlatego tak trudno było francuskim socjalistom cokolwiek zmienić. Inna sprawa, że, w odróżnieniu choćby od François Mitteranda, Hollande nawet nie spróbował innej polityki. Powinien był, zaraz po swoim wyborze na prezydenta, zaprosić panią Merkel na dwa dni do Paryża w celu przedyskutowania właściwej polityki gospodarczej – i zaproponować odmienny od niemieckiego model. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło – a ostatnio Francja stopniowo przesuwa się w kierunku rozwiązań niemieckich. 

Rozmawiać dobra rzecz, ale czy sądzi Pan, że prezydent Hollande przekonałby kanclerz Merkel, że ordoliberalizm niekoniecznie prowadzi do zbawienia?

Nie o to chodzi – chodzi o wyartykułowanie alternatywy i ustalenie, czy jesteśmy w stanie prowadzić wspólną politykę czy nie. A dziś nie wiemy za bardzo, do czego prezydent Hollande właściwie zmierza. To wszystko przypomina mi szczyty G20, na których spotykają się różni ministrowie i przez dwa dni każdy wygłasza swoje tezy – jeden ma z tyłu głowy teorię neoliberalną, drugi jakąś inną, trzeci w ogóle nie ma teorii, a na końcu stwierdzają, że warto współdziałać i rozjeżdżają się do domów. 

Widzi pan potencjalną koalicję w Europie, która mogłaby przeforsować inną politykę?

Nowe konfiguracje mogą się pojawić po dużo silniejszym kryzysie, kiedy ten już nastąpi. Bo tylko kryzysy sprawiają, że ludzie są zdolni do wielkich przewartościowań.

Albo trzymają się kurczowo dawnych przyzwyczajeń myślowych.

Tak, ale wtedy kończy się to fatalnie. Żeby przekonać polityków, musimy najpierw wygrać starcie na polu teorii, potrzebujemy więcej ekonomistów, którzy nieortodoksyjnie patrzą na kryzys. W Niemczech jest nas niestety niewielu, zaledwie kilku, może kilkunastu jest często obecnych w mediach. To wciąż za mało. 

A dostrzega pan instytucje, które mogłyby stać się zalążkiem zmiany?


Dziś? Praktycznie żadne.


Genewska UNCTAD, w której miałem okazję pracować, była jedną z niewielu poważnych i naprawdę progresywnych gospodarczo instytucji na całym świecie. OECD jest pod tym względem konserwatywna, Komisja Europejska też, nie wspominając o Banku Światowym czy MFW. Kiedyś było inaczej, pod koniec lat 70. i OECD i Bruksela były orientacji Keynesowskiej, ale dzięki trójkątowi Reagan-Thatcher-Kohl zawróciły z tego kierunku.

Jest ktoś, kto mógłby je zawrócić z powrotem?

Tak, inteligentny rząd. Na który wciąż mamy nadzieję.



Heiner Flassbeck – niemiecki profesor ekonomii, przez wiele lat główny ekonomista Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju, autor m.in. książek Die Marktwirtschaft des 21. Jahrhunderts (2010) oraz Handelt Jetzt! (2013, wspólnie z Jamesem K. Galbraithem i in.).


Nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się właśnie książka Heinera Flassbecka "10 mitów kryzysu" .

Źrodło: Dziennik Opinii KP

piątek, 31 maja 2013

KREGEL: ŻADEN KRAJ NIE ROZWINĄŁ SIĘ DZIĘKI INWESTYCJOM ZAGRANICZNYM

Rozmowa z prof. Janem Kreglem.
Jakub Majmurek: W swojej akademickiej pracy zajmuje się Pan m.in. teoriami rozwoju. Czym zajmują się te teorie i kiedy pojawiają się ona jako osobny przedmiot w ekonomii?

Prof. Jan Kregel: Teoria rozwoju jako odrębny przedmiot nauk o gospodarce pojawia się w okresie międzywojennym. Wcześniej problem rozwoju tzw. obszarów zacofanych w ogóle nie był traktowany jako osobny przedmiot ekonomicznej refleksji. U Adama Smitha można znaleźć recepty na to, jak powinna rozwijać się gospodarka narodowa, ale mają one ogólny charakter, w Bogactwie narodów…, nie ma specjalnego rozdziału poświęconego krajom zacofanym – Smith uważa swoje recepty za uniwersalne. Pierwszym impulsem dla powstania takiej teorii był rozpad Austro-Węgier po I wojnie światowej. Ze spójnego organizmu gospodarczego powstało wtedy wiele małych państw – bądź części składowe imperium Habsburgów znalazły się w nowych granicach – o słabej gospodarce, stających nagle przed pytaniem o model rozwoju, jakie powinny przyjąć.

Problem ten pojawił się na nowo po II wojnie światowej. Powołana wtedy Komisja Powiernicza ONZ podnosi znów problem tego, w jaki sposób wypracować mechanizmy rozwoju krajów zacofanych, często ciągle pozostających obszarami politycznie zależnymi, koloniami, protektoratami. Wtedy też pojawiają się pierwsze teorie rozwoju, takich autorów jak Ragner Nurske czy Paul Rosenstein-Rodan. Ten drugi pochodził zresztą z terenu byłych Austro-Węgier, urodził się w Krakowie. Ich teoria podkreśla kluczową rolę państwa, mobilizującego zasoby do „wielkiego pchnięcia” na drodze do modernizacji. Podstawowym narzędziem państwa miało tu być planowanie ekonomiczne w skali gospodarki narodowej.

Jak uzasadniano konieczność większej niż w krajach rozwiniętych interwencji państwa?

Teoretycznie problem ten najsilniej rozwinięty został przez przedstawicieli tzw. teorii zależności, z Raúlem Prebischem na czele. Prebisch, badając sytuację gospodarczą Ameryki Łacińskiej, doszedł do wniosku, że w wyniku szeregu czynników historycznych, gospodarki kontynentu działają na zupełnie innych zasadach niż te w krajach rozwiniętych. Zdaniem Prebischa, państwom Ameryki Łacińskiej narzucona zostały obca kultura polityczna i gospodarcza. Zazwyczaj znajdowała ona wyraz w niedemokratycznych rządach i gospodarkach skoncentrowanych na produkcji surowców i innych dóbr nieprzetworzonych na eksport. Prebisch uważał, że gospodarki z jednym, dwoma eksportowymi produktami mają całkowicie nierówną pozycję względem krajów z w pełni rozwiniętą bazą przemysłową i całą gamą produkowanych przez nie towarów na rynki światowe i rynek wewnętrzny. Trudno udowodnić błąd w tym rozumowaniu. Kraje rozwijające się z gospodarką zbudowaną na eksporcie jednego produktu naprawdę są różne od gospodarek państw wysoko uprzemysłowionych.

Klasyczna ekonomia Smitha i Ricardo mówi co innego.

Tak, klasyczna teoria mówi, że jeśli jesteś dobry w produkcji bananów i uzyskujesz w niej względną przewagę nad innymi ich producentami, to powinieneś wyspecjalizować się w produkcji w bananów. Problem w tym, że nawet jeśli produkcja bananów przynosi za sobą pewien ogólny, technologiczny rozwój, to całe społeczeństwo w niewielkim stopniu korzysta na nim rozwojowo tak, jak na produkcji przemysłowej. Produkcja bananów nie jest też w stanie osiągnąć takiego wzrostu produktywności, jaki ma miejsce w produkcji przemysłowej – przekładając się na wzrost w realnych dochodach, a za nimi we wzroście konsumpcji. 

Prebisch uważał, że import towarów przemysłowych trzeba zastąpić własną produkcją?

Nie chodziło tu tylko o tzw. politykę substytucji importu. Jej wprowadzenie w Ameryce Łacińskiej jest w zasadzie kwestią przypadku – Wielkiego Kryzysu, a następnie sytuacji gospodarczej wytworzonej przez II wojnę światową. Weźmy przykład Argentyny. Argentyna z gospodarką opierającą się na eksporcie zboża i wołowiny przed I wojną światową miała PKB na głowę wyższy niż PKB na mieszkańca Niemiec czy Włoch. Rozwijała się, budowała swój przemysł. Wszystko to się załamało. Dlaczego? Po pierwsze, wielki kryzys zmniejszył zapotrzebowanie na ich produkty na rynkach światowych. Po drugie, po II wojnie światowej, głównym rynkiem zbytu dla Argentyny stały się Stany Zjednoczone. Które same produkowały towary, jakie na ich rynek eksportowała Argentyna – wołowinę, zboża itd. To zmuszało Argentynę do przyspieszonej industrializacji. Nie szła ona jednak drogą, jaką zakładał Prebisch. Skupiała się na pojedynczych gałęziach przemysłu, które uzyskiwały monopolistyczną pozycję na lokalnym rynku, często też były to te gałęzie, które produkowały na potrzeby osób o wysokich i średnich dochodach. Idee Prebischa realizowały raczej gospodarki Azji niż Ameryki Łacińskiej. Zwłaszcza Korea Południowa. Jej sukces gospodarczy polegał na udanej mobilizacji wewnętrznych zasobów, polityce starającej się wspierać te sektory produkujące na eksport, które były na rynkach światowych na tyle konkurencyjne, by sfinansować import dóbr koniecznych do dalszego rozwoju.

Jak te teorie mają się do dominacji keynesizmu w ówczesnej teorii ekonomicznej?

Podobnie jak myśl Keynesa należą one do „ekonomii popytu” – w problemie popytu i odpowiedniego kształtowania jego poziomu przez państwo dostrzegają kluczowe zagadnienie. Zakładały także, że zasoby dla rozwoju mają i mieć muszą wewnętrzny charakter. Kraje zacofane mają nadwyżkę niezatrudnionej siły roboczej, głównie na wsi, którą można przenieść do przemysłu. Wszystko jest kwestią wygenerowania odpowiednich wielkości popytu wewnętrznego. Na całym świecie taka gorzej lub lepiej wdrażana polityka rozwojowa zapewniała pewne podstawy wzrostu. Aż do lat 70. 

Co się wtedy stało?

Nastąpiło zwycięstwo „kontrrewolucji monetarystycznej”, w wyniku której zorientowana na popyt teoria Keynesa została zastąpiona przez nową, zorientowaną na podaż. Miało to też wpływ na teorię rozwoju. Zorientowani na podaż ekonomiści przekonywali, że kraje rozwijające się nie mają zasobów do tego, by samemu wydobyć się z zacofania. Nie mają dość oszczędności, dość kapitału na wielkie inwestycje. Co mają więc robić w tej sytuacji? Stworzyć warunki do jak najszerszego napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych, obcego kapitału. 

W tej wersji to już nie państwo ma kierować wysiłkiem modernizacyjnym?

Teoria ta zakładała, że to rynki są efektywne, państwo może tylko popsuć ich działanie, „niepotrzebnie” w nie ingerując. Teorie monetarystyczne dążą do tego, by w ogóle wyeliminować z teorii problem rozwoju obszarów zacofanych. Ostatecznym tego wyrazem jest konsensus waszyngtoński, który wraca do obecnego u Adama Smitha założenia, że pewne ekonomiczne zasady w równym stopniu obowiązują wszystkie kraje, niezależnie od ich stopnia rozwoju i że wszystkie powinny prowadzić podobną politykę ekonomiczną. Drugim czynnikiem prowadzącym do załamania klasycznej polityki i teorii rozwoju był kryzys naftowy. W jego efekcie banki z krajów centrum otrzymały potężne depozyty od producentów ropy. W Europie i Stanach nie mogły ich produktywnie zainwestować – trwała recesja. Kraje rozwijające się zostały zmuszone do przyjęcia zagranicznego kapitału w postaci pożyczek i inwestycji zagranicznych. One na miejscu budowały fabryki. Które produkowały na lokalny rynek, ale jednocześnie transferowały rynek i ustalały produkcję niekoniecznie pod wymogi jego rozwoju. Nie zawsze dostarczały też dochodów z eksportu. A dochody były potrzebne, by zapłacić za koszta obsługi długów, kolejne raty kredytów, odsetki. Tak długo, jak napływają nowe strumienie kapitału, można ich używać, by spłacać stare długi, ale to nie może trwać w nieskończoność.  W końcu kredytodawcy zadadzą pytanie: „Jakie dochody usprawiedliwiają te pożyczki”? Pieniądze przestają płynąć i mamy kryzys zadłużenia. Taki jak w Meksyku w 1982 roku.

Albo w Polsce w końcówce Gierka.

Dokładnie. Przykład Meksyku, pokazuje, że idea, że źródłem rozwoju mogą być inwestycje zagraniczne, jest błędna. Żaden kraj w historii nie rozwinął się tak naprawdę dzięki inwestycjom zagranicznym. Jeśli popatrzymy się na przepływy kapitału między krajami rozwijającymi się i rozwiniętymi, to zobaczymy, że inwestycje zagraniczne kapitałowi z krajów rozwiniętych zawsze się zwracały – w końcu kraje rozwijające się oddawały dużo, dużo więcej niż wzięły. W 1960 roku minister finansów Chile, Roberto Vergara, spotkał się z Nixonem i wprost powiedział: „program pomocy dla Ameryki Łacińskiej nie działa. Mieliśmy otrzymać zastrzyk kapitału, który pozwoli nam się rozwinąć, zbudować fabryki – a wysyłamy więcej kapitału do Stanów, niż otrzymujemy od was”. Bardzo rzadko zdarzało się by bilans napływów  kapitałów do krajów rozwijających był dodatni. A gdy był, to w okresach przed kryzysem. A co się działo po kryzysie? Trzeba było spłacić kapitał – kosztem redukcji wewnętrznego popytu, zatrudnienia i wzrostu. 

Takie kraje jak Grecja testują to chyba właśnie w tym momencie. Czy w teorii ekonomicznej nastąpił powrót do dawnej myśli rozwojowej? Sprzed panowania konsensusu waszyngtońskiego?

Tak. Wychodząc od rozpoznań teorii zależności, myśli takich badaczy jak Prebisch, ta nowa odsłona dewelopmentalizmu kładzie nacisk na czołową rolę mobilizacji czynników wewnętrznych w rozwoju obszarów gospodarczo słabszych, zacofanych. Receptę na rozwój w tym nurcie można sprowadzić do trzech podstawowych punktów: mobilizacja wewnętrznego zatrudnienia (najważniejszym celem polityki gospodarczej powinna być mobilizacja wszystkich dostępnych zasobów wewnętrznych, z pracą na czele), wzrost wewnętrznej produkcji konkurencyjnej na rynkach światowych i – co szczególnie ważne – aktywne zarządzanie kursem wymiany waluty narodowej, by efektywnie kontrolować napływy i odpływy kapitału. 

Dlaczego ten trzeci element jest tak istotny?

W gospodarkach takich jak latynoamerykańskie mamy zazwyczaj jeden podstawowy produkt eksportowy. On wytwarza jakąś nadwyżkę handlową. Ona z kolei wzmacnia narodową walutę. A mocna waluta zwiększa ceny i obniża konkurencyjność produktów sektora przemysłowego – i tak słabiej rozwiniętego niż w takich gospodarkach jak niemiecka, czy amerykańska. W ekonomii to zjawisko nazywa się „holenderską chorobą” – im więcej zysków przynosi eksport podstawowych surowców w danej gospodarce, tym bardziej – przez generowaną przez to nadwyżkę – cierpi sektor przemysłowy. Zaobserwowano to po raz pierwszy w latach 60. w Holandii, gdy odkrycie zasobów gazu ziemnego w 1959 roku negatywnie odbiło się na sektorze przemysłowym, ale kraje Ameryki Łacińskiej znały to zjawisko od dawna. Źródłem „holenderskiej choroby” może być nie tylko dominacja jednego produktu, ale także nadmiar taniej pracy na rynku. Co dzieje się bowiem, gdy mamy nadmiar taniej siły roboczej? Napływają do nas inwestycje szukające taniej siły roboczej. Ale zyski zdobywane na jej eksploatacji nie są inwestowane w rodzimą gospodarkę i nie zwiększają jej konkurencyjności. Dlatego tak ważne jest zarządzaniem kursem wymiany waluty. Tylko ono pozwala efektywnie zmobilizować wewnętrzne zasoby danej gospodarki i kontrolować napływ zagranicznych kapitałów. 

Gdzie ten nowy model był aplikowany w realnej polityce? Często mówi się o Ameryce Łacińskiej jako obszarze, który w ostatniej dekadzie najsilniej odszedł od polityki konsensusu waszyngtońskiego.

Oczywistym przykładem jest Argentyna od końca prezydentury Menema. Za jego kadencji argentyńskie peso było wymieniane po sztywnym kursie za dolara. Co sprawiło, że kryzys, jaki uderzył w Argentynę, był znacznie silniejszy niż, gdyby jej waluta nie miała sztywnego kursu. W efekcie kryzysu Argentyna odrzuciła politykę sztywnego kursu. Postawiła na politykę zarządzania kursami wymiany, liderzy uznali, że nie można dłużej opierać gospodarki na zależności od przypływów obcego kapitału. Argentyna na przełomie wieków jest jednym z nielicznych przypadków gospodarki, która sama w zasadzie całkowicie zdecydowała odciąć się od światowych rynków finansowych. Wszyscy, z ekspertami Międzynarodowego Funduszu Walutowego na czele, twierdzili, że to będzie katastrofa, że gospodarka do końca się zawali, a Argentyna wróci z podkulonym ogonem.

I chyba gospodarka Argentyny się nie zawaliła?

Nie, nie stało się nic z tego, co przewidywało większość ekspertów. Argentyna miała dużo szczęścia, że na początku ubiegłej dekady znacznie wzrósł chiński popyt na produkty rolne – mięso, zboża, soję. Eksport argentyńskich produktów rolnych do Chin wygenerował duże nadwyżki walutowe. Rząd opodatkował je, aby skierować kapitał do lokalnego systemu finansowego, zastępując w ten sposób częściowo brak kapitałów z zagranicy. Ta koniunktura trwała mniej więcej od 2001 roku do końca 2003, początku 2004 roku. W tym samym czasie rząd zaczął prowadzić politykę wspierania popytu wewnętrznego. Podniesiono płace, uruchomiono programy generujące miejsca pracy w sektorze publicznym. Pomału zaczął się podnosić popyt wewnętrzny, sektor finansowy też zaczął stawać na nogi. W efekcie argentyński przemysł, wcześniej wyeliminowany praktycznie z rynku przez powiązanie waluty z dolarem, też zaczął się odradzać. Już około 2005 roku gospodarka zaczęła rosnąć w zasadzie wyłącznie dzięki wewnętrznym zasobom, bez konieczności zagranicznych inwestycji i kapitału. Rząd był także w stanie dzięki temu wszystkiemu stopniowo redukować deficyt, a nawet osiągnąć nadwyżki. A w tej sytuacji sektor prywatny ma warunki do tego, by uzyskiwać kredyty i efektywnie inwestować środki. Od 2002 roku do kryzysu z 2008 roku taka polityka była w stanie wygenerować znaczący wzrost gospodarczy w Argentynie. 

A jak to wyglądało w Brazylii?

Podobnie, choć nie identycznie. Brazylia jest o wiele bardziej otwarta na zagraniczny kapitał. Po dewaluacji z 1999 roku pozwolono tam także walucie zyskiwać na wartości. Do poziomu, gdy tworzy to istotne trudności dla ich sektora przemysłowego. Nie są w stanie konkurować choćby z Chinami. Ciągle Brazylia ma w relacjach z nimi nadwyżkę handlową, ale wytwarzają ją takie produkty jak soja, na które w Chinach popyt nieprzerwanie rośnie. Tym niemniej ogólny bilans handlowy Brazylii nie jest dodatni. Zwłaszcza po kryzysie, gdy sektor przemysłowy z roku na rok radzi sobie coraz gorzej.

Skąd więc biorą się imponujące wyniki wzrostu PKB Brazylii w ostatnich latach?

Przede wszystkim z polityki płacowej rządu, wzrostu płac coraz szerszych grup ludności. Władze dbały o to, by rosła płaca minimalna, by coraz więcej obywateli zyskiwało większą siłę nabywczą, zwiększając tym samym siłę nabywczą i popyt całej gospodarki. Niestety nie szła za tym odpowiednia polityka kursowa. I teraz widać, że to będzie dla nich problem. 

Co by Pan poradził krajom europejskiego Południa, które są w strefie euro i ze względu na to poddawane są polityce oszczędności rujnującej gospodarkę, pozbawione możliwości zarządzania kursem waluty. Czy Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy powinny wyjść ze strefy euro?

To szalenie skomplikowane. Polityka sfery euro z jednej strony zintegrowała ze sobą obszary o różnym stopniu rozwoju, narzucając części kontynentu nieracjonalną z punktu widzenia ich gospodarek politykę. Z drugiej strony wspólna polityka europejska przyczyniła się do niesamowitego rozwoju niektórych obszarów. Zwłaszcza Hiszpanii. Jeśli chodzi o poziom inwestycji w infrastrukturę, to Hiszpania właśnie zbliżyła się – dzięki eurosferze – do pierwszego świata. We Włoszech wszystkie te pieniądze chyba przechwyciła mafia, w Hiszpanii naprawdę widać było rozwój z unijnych pieniędzy. 
A czy dziś Grecja powinna wyjść z euro? Jest wiele argumentów przemawiających za powrotem do drachmy. Ale nie należy zapominać o politycznym wymiarze udziału Grecji w euro. Dla wielu Greków euro to symbol demokratycznych przemian w ich kraju. Wielu z nich drachma kojarzy się z dyktaturą pułkowników. Podobnie jest w Portugalii – euro symbolizuje ostateczne zerwanie z epoką Salazara. Więc tu naprawdę nie ma łatwych odpowiedzi. 

A co wobec euro poradziłby Pan Polsce?

Cieszcie się, że nie udało się wam tam do tej pory wejść do eurosfery (śmiech). Nawet jeśli jesteście poza sferą euro przypadkiem, a nie w wyniku celowej polityki, to na razie jest to dla Was naprawdę dobre rozwiązanie.  

Jan Kregel (1944) – profesor finansów i rozwoju w Tallin University of Technology; wybitny ekonomista post-keynesowski. Profesor Kregel przyjechał do Polski na zaproszenie Instytutu Studiów Zaawansowanych.

Źródło: Dziennik Opinii KP