Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2013

Ile kosztuje zwariowany świat

Trzeba przeczekać dwa pokolenia. Wszystkich, których wychowały miraże zwariowanych zysków. Wyznawców przenoszenia zasad wolnego rynku nawet do szpitali i szkół. Rozmowa z Piotrem Kuczyńskim, analitykiem rynku finansowego

Grzegorz Sroczyński: Pan jest dziwny. 

Piotr Kuczyński: Bo?

Główny analityk zatrudniony w dużej firmie inwestycyjnej krytykuje sektor finansowy. Pisze na blogu, że bankierzy zepsuli nam świat, że kosmiczne pensje prezesów są szkodliwe dla gospodarki i że trzeba walczyć o większą równość społeczną. ''Różowy Kuczyński'' - mówią o panu koledzy. 

- Oni są dziwni. O kogo powinien dbać bankier? O swoich klientów, czyli klasę średnią. A klasie średniej najlepiej się żyło w Europie, kiedy nią rządziła idea państwa opiekuńczego. Bankierzy i finansiści powinni z całych sił wspierać państwo opiekuńcze, promować solidarność między ludźmi i płacić wysokie podatki, bo porządne państwo kosztuje. A nie wyznawać neoliberalną wizję taniego państwa kadłubka, które nic nie może, kolebie się od kryzysu do kryzysu i zostawia klasę średnią na pastwę losu.

W Polsce co wyznają? 

- Polska to ideowy grajdoł. Już chyba tylko u nas i w kilku krajach postkomunistycznych elity są tak ograniczone w poglądach ekonomicznych. Na świecie nastąpił powrót myśli Keynesa, ekonomiści na nowo odkrywają istotną rolę państwa w gospodarce. My tkwimy mentalnie w epoce sprzed kryzysu. Zwłaszcza media. Jak ktoś wystaje z głównego nurtu myślenia, to jest oszołom i różowy.

Ten główny nurt to jest co? 

- Neoliberalizm. Krąży to wszystko wokół poglądów Leszka Balcerowicza w wersji nieco zwulgaryzowanej: prywatyzacja wszystkiego, co się da, łącznie ze służbą zdrowia, deregulacja zawodów, niskie podatki, które niby pobudzają gospodarkę, elastyczny rynek pracy. I wieczna mantra, że państwo trzeba odchudzać, bo to jakiś marnotrawny potwór. Związku między tym odchudzaniem i niedoinwestowaniem wielu dziedzin a słabą jakością usług publicznych neoliberałowie jakoś nie widzą. To wszystko okraszone pogodnymi bajeczkami dla ludu, że jak bogaci się bogacą, to biedni też, bo bogactwo przecieka w dół. Widziałem kiedyś rysunek w amerykańskiej gazecie: ''Zatamowaliśmy już ten przeciek'' - mówi hydraulik. Tak to wygląda.

Bogactwo nie przecieka w dół? 

- Przecieka, tyle że po kropelce, bo 90 proc. zysków zgarniają ci, którzy już są bogaci. To główny problem dzisiejszego świata - gigantyczny wzrost nierówności. Walka klas toczy się obecnie między tymi, którzy posiadają, a tymi, którzy posiadają jachty. A reszta się przygląda i frustruje.

Rozwarstwienie dochodów w USA osiągnęło poziomy z czasów Wielkiego Kryzysu. Zaprzepaszczono kilkadziesiąt lat wysiłków, żeby między ludźmi panowała większa spójność i solidarność. W Stanach w latach 70. prezes dużej firmy zarabiał 40 razy więcej niż średnia zarobków w firmie. Dzisiaj zarabia 440 razy więcej! Po raz pierwszy w historii można stać się bogatym człowiekiem, nie inwestując i nie ryzykując własnych pieniędzy. Wystarczy dwie kadencje pobyć prezesem czegokolwiek, co ma związek ze światem banków czy funduszy inwestycyjnych, i jest się ustawionym do końca życia. Oczywiście mówię o USA i Europie Zachodniej, u nas pensje wciąż na szczęście nie poszybowały. Dick Fuld, prezes zbankrutowanego Lehman Brothers, uzbierał w formie premii pakiet akcji wart 500 mln dol. Pół miliarda! Wyobraża pan sobie te pieniądze? To chore. Nie można rozsądnie kierować firmą, jeśli się tyle zarabia.

Bo? 

- Człowiek, który ma przed oczami wizję takich premii, ląduje w kosmosie, przestaje realnie oceniać rzeczywistość. To niszczy jego, ale niszczy też firmę. Zbyt duże zarobki menedżerów wypaczają priorytety zarządzania. Krótkoterminowe cele stają się bardziej istotne niż długoterminowa strategia. Jeśli w kontrakcie menedżerskim mam obiecane 5 mln dol. rocznej premii - a jest to umiarkowana kwota na Wall Street - to osiągnę wynik wszelkimi możliwymi sposobami. Zarządzając ryzykownie, inwestując zbyt agresywnie pieniądze klientów i pompując kolejną bańkę spekulacyjną na giełdzie albo na rynku surowców. Wezmę premię i niech się wszystko wali.


Jest też coś, co zabrzmi staroświecko - poczucie sprawiedliwości. Kosmiczne zarobki kadry zarządzającej psują atmosferę między ludźmi. Jakiekolwiek porozumienie między kasjerką w okienku a prezesem staje się niemożliwe. A kiedy brakuje spójności wewnątrz firmy, zaczyna ona źle działać. Budzi się duch rywalizacji, ale nie tej rozsądnej, nastawionej na budowanie kariery, tylko marzącej o błyskawicznym bogactwie. Szybko. Nie za dziesięć lat. Jak się postaram, już za rok mogę być bogaty! Psychiczny koszt wariackich premii jest ogromny.

Dobry prezes musi dużo zarabiać, inaczej pójdzie do konkurencji. Tak mnie uczono w szkole.

- Bzdury. Niech pan obniży pensje amerykańskim prezesom dużych firm z miliona dolarów miesięcznie do 200 tys. dol. i zobaczy, czy nie ustawi się kolejka chętnych z dyplomami dobrych uczelni i wybitnymi kompetencjami. Otóż ustawi się. To bajki, że trzeba aż tyle płacić. Nie ma żadnego rozsądnego powodu, oczywiście poza interesem członków tego klanu.

Pan dobrze zarabia?

- A co to znaczy dobrze?

W Polsce? Powiedzmy 10 tys. zł na rękę.

- W takim razie zarabiam bardzo dobrze. I czuję się w Polsce doskonale, bo to jest kraj dla zamożnych ludzi.

Dlaczego?

- Władza bardzo się o nas troszczy. W 2007 r. zostały wprowadzone przez minister Gilowską obniżki podatków. Zamiast trzech są dwa progi podatkowe i dwie stawki - 18 i 32 proc. Do tego doszła obniżka składki rentowej. Wiem, ile na tym zyskałem razem z żoną, bo policzyliśmy: 2 tys. miesięcznie. Żyć nie umierać! A przeciętny Polak zyskał 150 zł. I tak jest z większością zmian podatkowych. Fundujemy sobie w niezbyt zamożnym kraju reformy, w wyniku których ja - człowiek w miarę zamożny - staję się bardziej zamożny. Nożyce się rozwierają. (...) 

Co czeka Polskę? 

- Musimy przestać być montażownią i call center dla Europy.

A co w tym złego? Dobrze nam to wychodzi. Solidnie te pralki i samochody im skręcamy. Cała Europa chwali. 

- Tylko jak długo jeszcze pozwolą nam te pralki składać? Tego typu działalność można zwinąć w trzy dni.

Źródło: Wyborcza.pl



Jestem liderem, nie kilerem 
Mam kilkuset świadków, gdy mówiłem dawno temu do parlamentarzystów PO, że w 2013 r. na pewno PiS nas przegoni. I że w 2015 r. odzyskamy pozycję lidera na kilka miesięcy przed wyborami. Jestem o tym przekonany. Rozmowa z Donaldem Tuskiem 
Kim jest generał 
Wojciech Jaruzelski niegdyś zdradził II RP, przystając do komunistów. W 1989 roku zdradził PRL i komunizm 
Piekło w raju 
Slavoj Žižek: Zbliża się rozwód ''małżeństwa zawartego na wieki'' między demokracją i kapitalizmem 
Rozhulał się Wielki Brat 
Amerykański wywiad elektroniczny od samych narodzin chciał wszystko widzieć i słyszeć 
Złe przedszkola 
Rząd, zachęcając, by dzieci były w przedszkolu dłużej, zwiększa ryzyko problemów wychowawczych, jeśli przedszkola będą słabe i jeżeli rodzice przerzucą na nie jeszcze więcej swoich obowiązków 
Stary nie musi być jary 
Najlepsze lekarstwo, jakie polecam na starość? Praca mięśni, dbałość o mózg i naczynia krwionośne. No i niedojadanie. Rozmowa z dr. Jarosławem Derejczykiem, geriatrą 
Dlaczego premier walczy z wiatrakami 
Rządzący politycy po cichu przyznają, że walka z globalnym ociepleniem to europejskie fanaberie 
Moskiewskie oazy 
Niedawno tłum pijanych facetów kąpał się tu w fontannach i gorączkowo szukał przechodniów, którym można by dać w mordę. Dziś park Gorkiego jest jak przeniesiony z jakiegoś Amsterdamu czy Brukseli 
Babciom nikt nie podskoczy 
Tak po prostu nie wolno! - wygarnęły izraelskiemu szefowi sztabu trzy drobne, siwe panie. Gdyby nagle generał Mosze Jaalon sam wygrał wojnę z całym światem arabskim, byłby mniej zaskoczony 
Artysta podnosi głowę 
Od ponad 20 lat mamy w Kazachstanie niepodległość, ale władze kupowały nas tak samo jak za ZSRR, a my się tanio sprzedawaliśmy 
Kto zapłaci za kryzys 
Czy oszczędzanie jest dobre? Sposób na ubóstwo - opieka nad rodzicami. Jak pomóc Afryce? Ciąg dalszy cyklu ''Idee kręcą światem''

niedziela, 5 maja 2013

Agata Bielik-Robson - Lament nad narodem sklepikarzy



Tak niegdyś zdefiniował Anglię Napoleon: „naród sklepikarzy”. Była to w zamierzeniu definicja obraźliwa i pogardliwa, wypowiedziana całkowicie w nieskromnym stylu heglowskiego Rozumu na Koniu: nic nie powstrzyma marszu nowoczesnego ducha, z całym kodeksem praw człowieka, a już na pewno nie nation de boutiquers. A jednak. Naród sklepikarzy postrzymał najpierw Napoleona, a następnie, wcielając się w swoją naczelną emanację, czyli Margaret Thatcher, zgotował światu neoliberalną kontrrewolucję, która skutecznie zdławiła ostatnie ślady ducha. Thatcher, ta sklepikarka nad sklepikarkami, urodzona w ponurej mieścinie Grantham, gdzie jej ojciec prowadził sklepik z warzywami (dwadzieścia mil od Nottingham, gdzie również – co wcale nie jest przypadkiem – urodził się Izaak Newton, mistrz ciążenia i pierwszy „zabójca ducha” wedle określenia Williama Blake’a), zdołała przez dwadzieścia lat swoich rządów zamienić Anglię, ten green and pleasant land (to znów Blake) w mechaniczną krainę quasi-ludzkich automatów.

Pierwszą reakcją wszystkich cudzoziemców (bez względu na to, skąd przybywają) na Anglików i ich sposób życia jest jedno słowo: soulless, „bezduszni”. Śmierć ducha, który – czy nam się to podoba, czy nie – ożywiał rewolucję francuską, kampanie napoleońskie, a dziś tli się jeszcze w idei Unii Europejskiej – tu, w Anglii, jest oczywistym faktem i nikt po nim nie płacze. Duch, czyli ogólnie rzecz biorąc, to wszystko, co jakoś wykracza poza bezpośrednią kalkulację pragmatyczną, nie tchnie w Anglików od lat i nikt tu już nawet nie pamięta, czym mógłby być. 

Duch? Naiwność, frajerstwo, błąd w rachunkach. Życie wedle ewangelii Margaret Thatcher jest jak otwarta księga buchalteryjna, w której skrupulatnie zapisujemy zyski i straty, „winien” i „ma”, credit and debit. Duch – idealny byt społeczny, wspólnotowy, ponadpragmatyczny – nie ma miejsca w tej księdze, do której wpisać można tylko „jednostki i ich rodziny”. Jednostki i ich rodziny żyją w swoich domowych niszach i cała ich egzystencja upływa pod znakiem zapobiegliwego żywota zwierząt. Brytyjskie społeczeństwo tylko z pozoru zatem jest społeczeństwem ludzkim, czy też w ogóle społeczeństwem: przypomina raczej znaturalizowany ekosystem rządzący się czysto darwinowskimi zasadami hierarchii przeżycia. To nawet nie jest osławiony „darwinizm społeczny” – to darwinizm po prostu, darwinizm całkowicie naturalny, czyniący człowieka na powrót częścią przyrody. Żaden „zielony” ekolofil, marzący o powrocie ludzkości na łono natury, nie mógłby zrealizować tego ideału lepiej. Pytanie tylko, czy rzeczywiście o coś takiego mu chodziło (założę się, że nie, ale – pamiętajcie, ekolodzy! – tak to się zawsze kończy).

Piszę te gorzkie i, przyznaję, trochę banalne diagnozy w kilka tygodni po pogrzebie Żelaznej Damy, który podzielił „społeczeństwo” brytyjskie na dwa mocno zantagonizowane obozy: tych, którzy jak Radek Sikorski, złożyli swój hołd wielkości Iron Lady, upamiętniając ją jako uzdrowicielkę gospodarki i inicjatorkę brytyjskiej sanacji po okresie labourzystowskiego upadku i chaosu – oraz tych, którzy w dzień jej śmierci wylegli na ulice, by oblewać tę okazję tanim winem musującym (wieści o „strzelających korkach szampana” wśród tych akurat tłumów były mocno przesadzone). Diagnozy te są – powtarzam – dość banalne, ale to nie znaczy, że nieprawdziwe. Ta prawda bowiem jest właśnie strasznie banalna i smutna w swojej trywialności; to sama szara, najszarsza proza życia sprowadzonego z pełną determinacją do kilku najprostszych odruchów, które dzielimy z całym światem przyrody: samozachowania i elementarnej ochrony potomstwa. I choć owe gniewne tłumy, które odmówiły czczenia Thatcher, mogłyby budzić jakąś nadzieję na odmianę w Wielkiej Brytanii, to, prawdę powiedziawszy, wcale nie budzą, przynajmniej we mnie. Kiedy rozglądam się tu wokół i widzę tylko wielkie bezładne zbiorowisko małych domków z ogródkami, gdzie straszni mieszczanie robią straszne rzeczy, i robią je zawsze osobno, mam nieodparte wrażenie, że wszystko stracone. To krajobraz naturalny, nie ludzki, a w przyrodzie, jak wiadomo, nie ma czegoś takiego, jak nadzieja.

To zbiorowisko nigdy już nie stanie się społeczeństwem, nigdy już nie dźwignie się na ludzki poziom. Będzie już zawsze żyło podzielone na dwie naturalne grupy neoliberalnego ekosystemu: tych pod kreską przeżycia i tych ponad. Tych, którzy stanowią podklasę, underclass, wiecznie bezrobotną i już niezatrudnialną, pozbawioną podstawowych umiejętności przeżycia, jak posiadanie zawodu, minimalnego wykształcenia i zdolności do pracy. I tych, którzy utrzymują się na powierzchni, albo dzięki nabytym skills, albo dzięki odziedziczonemu majątkowi; ci względni szczęśliwcy nigdy jednak nie wywodzą się z podklasy, która jest szczelnie zamknięta na społeczny awans, wegetując całkowicie odcięta od jakichkolwiek aspiracji. Ten podział jest absolutny i nienaruszalny, nosi wszelkie znamiona przyrodniczej konieczności. Zupełnie, jakby jedno ludzkie społeczeństwo po jakimś atomowym kataklizmie wyewoluowało w dwie odrębne rasy, które nie mogą się między sobą krzyżować – czyli trochę tak, jak u H.G. Wellsa, który profetycznie przewidział taką możliwość i w przyszłości umieścił dwie odmiany postludzi, Elojów i Morloków. Z tą tylko różnicą, że angielscy Elojowie, czyli klasa-nad-kreską (nie zasługująca już na to, by zwać ją po ludzku klasą średnią), nie pada tu ofiarą podziemnych Morloków-kanibali, tylko żyje obok, udając, że klasy-pod-kreską po prostu nie ma. To także cecha czysto zwierzęca: ignorowanie wszystkiego, co nie służy bezpośredniemu przeżyciu.

Jakie są perspektywy takiego do imentu znaturalizowanego, byłego społeczeństwa? Rzecz jasna, marne. Całe Cameronowskie gadanie o big society, „wielkim społeczeństwie, które rzekomo miało się odrodzić pod nowym torysowskim panowaniem, okazało się, co było od razu do przewidzenia, pustym dźwiękiem, szekpirowskim sound and fury. Anglia, która kiedyś, zgodnie z opisem Hobbesa, wychyliła się na milimetr od stanu natury, dziś do stanu natury powróciła i ma już przed sobą tylko naturalistyczne widoki. Stan natury jest, jak wiadomo z tegoż Hobbesa, stanem wojny wszystkich przeciw wszystkim, która może przybrać formę ekonomicznej rywalizacji albo formę gwałtu otwartego. Obie postaci agresji wyczuwa się w Anglii namacalnie. Jedna na co dzień zasila wielkie Szatańskie Młyny neoliberalnego (bez)ładu; druga pulsuje nieustannie w międzygatunkowych walkach tych, których z tego (bez)ładu wypchnięto. Po ostatnich wyborach uzupełniających do Izby Gmin, które odbyły się na wyspach kilka dni temu, widać wyraźnie, co jeszcze jest w stanie zmobilizować „politycznie” podklasę, która od lat ignoruje wszelkie elekcje. Tym czymś jest niestety tylko nagonka na emigrantów, którzy przez Partię Niepodlegości Zjednoczonego Królestwa traktowani są jako „obcy gatunek”, wdzierający się w brytyjski ekosystem – jak niegdyś szare wiewiórki, które przepędziły z wysp wiewiórki rude. Jeszcze bardziej prawicowy odłam odradzającej się ostatnio Brytyjskiej Partii Narodowej w swoich ulotkach mówi o emigrantach (zwłaszcza Polakach) jako „robactwie” (vermin), które rozlazło się po „zielonej i przyjemnej, angielskiej ziemi”. Za czasów Oswalda Mosleya faszyzm w Wielkiej Brytanii wydawał się czymś raczej ekstrawaganckim i pomimo pewnego poparcia ze strony tak ludu, jak arystokracji, pozbawionym szerokiej bazy społecznej – dziś ta uspokajająca diagnoza, niegdyś wypowiedziana przez Churchilla, traci swoją moc obowiązywania.

Neoliberalizm i faszyzm jako dwie formy stanu naturalnego są ze sobą istotnie głęboko powiązane. Współczesne „społeczeństwo“ brytyjskie okazuje się polem eksperymentalnym testującym ponurą przyszłość, jaka otwiera się przed każdą ludzką wspólnotą, która wybierze drogę renaturalizacji. I jeśli z tego lamentu nad narodem smutnych sklepikarzy płynie jakiś wniosek, to jest nim tylko przestroga: nigdy, przenigdy nie idźmy tą drogą!