Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

Jakub MAJMUREK: NARODOWA REPREZENTACJA POLSKIEGO KINA DAJE RADĘ

Tylko z rezerwami jest dość krucho – podsumowanie 38. Festiwalu Filmowego w Gdyni.
Za nami kolejny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – z przyzwoitym konkursem, jednym mocnym odkryciem (Ida Pawła Pawlikowskiego) i dość sensownym werdyktem jury.

Konkurs: bez wstydu

Jak w perspektywie konkursu wygląda współczesne polskie kino? Nie najgorzej. Z zeszłorocznej produkcji udało się wyselekcjonować całkiem przyzwoity zestaw, z kilkoma obrazami, które mogą ubiegać się o nagrody i mają szansę zostać dłużej w historii polskiego filmu. Poza wybitną Idąmożna było obejrzeć parę filmów, które nawet jeśli nie spełniały swoich obietnic – gdzieś się cięły, czymś drażniły – to dawały przynajmniej poczucie, że obcujemy z poważnie traktującym widza kinem. W imię…DrogówkaPłynące wieżowce – wszystko to dzieła, które można oglądać bez wstydu, bez stosowania taryfy ulgowej, z jaką często traktowaliśmy polskie kino.

Widać też, że rosną standardy realizacyjne. Większość filmów jest bardzo solidna warsztatowo, nie ma w nich prześladującego w ostatnich latach nasze kino niechlujstwa i niedoróbek. Twórcy zaczynają pracować formą, zwracać uwagę na detal, kostium, obraz, muzykę. Ida i Papusza to filmy wizualnie hipnotyzujące, ciekawe rzeczy z obrazem dzieją się także w W imię… i Płynących wieżowcach.



Oczywiście i w konkursie zdarzały się filmy, o których można by dyskutować, czy w ogóle powinny się tam znaleźć. Oprócz Biletu na Księżyc od pewnego poziomu odstawało też Ostatnie piętro Tadeusza Króla. Potencjalnie ciekawy temat szaleństwa oficera wojska polskiego o narodowo-katolickich poglądach zostaje zarżnięty przez estetykę telewizyjnego filmu nadawanego w środę o dwudziestej po pogodzie. Zamiast któregoś z tych filmów w konkursie spokojnie mogłaby się znaleźć pokazywana w Panoramie Yuma Piotra Mularuka.

Poważniejszym problemem w tym roku było to, że prawie połowa filmów była już wcześniej pokazywana w kinach. Trudno w Gdyni raz jeszcze wykrzesać dla siebie dla nich entuzjazm, trudno oprzeć się wrażeniu recyklingu. Nie wiem, czy jest możliwe zrobienie z Gdyni festiwalu premier, ale warto na przyszłość się zastanowić, jak przynajmniej zminimalizować ten problem.

Jeśli konkurs uznać za narodową reprezentację polskiego kina, a Panoramę za coś w rodzaju ławki rezerwowych, to widać niestety, że z rezerwami jest krucho. W Panoramie trudno było znaleźć jakikolwiek interesujący obraz, trafiło do niej za to kilka absolutnie kuriozalnych tytułów, jak Tajemnica Westerplatte Pawła Chochlewa czy Baczyński Kordiana Piwowarskiego. Poza Yumą w Panoramie bronił się tylko jeden obraz – średni metraż Bartosza Warwasa Jaskółka. Nie do końca udany, przekombinowany, przegadany, wykładający się w zakończeniu, ale dowodzący świetnego wyczucia stylu, detalu i dużej kreatywnej inwencji reżysera. Chętnie zobaczę jego pełny metraż zrobiony z kimś, kto bardziej będzie pilnował scenariusza i konstrukcji.

Koniec z tabu

Cieszy, że kino zaczyna podejmować trudne, ważne dla naszej debaty publicznej tematy. W tym roku po raz pierwszy w historii gdyńskiego konkursu pokazane zostały dwa filmy otwarcie dotykające tematyki LGBT – Płynące wieżowce i W imię. Trzeba było 24 lat „wolnej Polski”, by twórcy polskiego kina wreszcie zebrali się na to, by zrobić film o dramacie homoseksualnej miłości. Ale lepiej późno niż wcale.

Płynące wieżowce podobały mi się mniej niż Agnieszce Wiśniewskiej – drażni mnie zwłaszcza przeszarżowane zakończenie. Gdyby ten film kończył się „nie hukiem, lecz skomleniem”, gdybyśmy zostali z nierozwiązanym trójkątem, byłby dużo lepszy. Ale i tak go doceniam, nie tylko ze względu na tematykę, ale także język filmowy, formę, obraz, to, jak „ogrywa” Warszawę.

Także do filmu Szumowskiej można mieć wiele uwag. Ja największy problem mam z tym, że drugi plan jest ciekawszy niż pierwszy, że świat polskiej prowincji, gdzie osadzona jest akcja, jest dla mnie jako widza dużo bardziej zajmujący niż pierwszoplanowy wątek. Niemniej jest to naprawdę dobrze zrobione kino, pełne przekonujących, mocnych, wizualnie pięknych scen (zwłaszcza scena procesji). I W imię…, i Płynące wieżowce jak na standardy światowego kina oferują dość konwencjonalny obraz homoseksualności. Ale nie ma co się zżymać – w polskim kinie to jest przełom.


Od kilku lat mam wrażenie, że przełamywanie tabu w Gdyni dotyczy także naszej najnowszej historii. Dzięki takim filmom jak RóżaPokłosieW ciemności, a nawetSekret Przemysława Wojcieszka polskie kino staje się miejscem, gdzie poważnie rozmawiamy o tym, jak historia kształtuje teraźniejszość i naszą współczesną tożsamość. Współodpowiedzialność Polaków za zagładę Żydów, ofiary polskiej zemsty po II wojnie światowej, historia widziana z punktu widzenia ofiar z klas ludowych– wszystkie te tematy jeszcze mocniej mogły wybrzmieć w debacie publicznej dzięki tym filmom. Ida, demitologizująca figurę „żydokomuny”, przedstawiająca dramat ideowej komunistki, pytająca, co zrobić z żydowskimi ofiarami w naszych piwnicach, wpisuje się bardzo mocno w ten nurt.

Dyskusyjne werdykty

Jury zrobiło to, co do niego należało: doceniło najlepszy film festiwalu, czyli Idę, główną nagrodą. Pozostałe werdykty nie są specjalnie kontrowersyjne, poza trzema nagrodami: Nagrodą Specjalną Jury dla Miłości i Bejbi blues oraz nagrody za scenariusz dla Biletu na Księżyc.

O tym ostatnim filmie wszystko napisała już Agnieszka Wiśniewska; mogę się po prostu pod tym podpisać. Zastanawia mnie tylko jedno: jeśli jury nie przeszkadzał żenujący, seksistowski humor, to czy nie zauważyło, że ten scenariusz jest po prostu źle skonstruowany? Że cały ostatni akt to kuriozum? O Miłości i Bejbi blues pisałem tu już krytycznie i swoje zdanie podtrzymuję. Film Fabickiego jest zupełną pomyłką; to historia realizująca schemat „odnowy związku przez zdradę”, gdzie zamiast zdrady mamy coś z zupełnie innego porządku, czyli gwałt. Film Rosłaniec, choć obiecuje skandal, transgresję i odwagę, kończy się telewizyjnym banałem, okraszonym paradą wymyślnych, histerycznie krzykliwych stylizacji. Naprawdę tę nagrodę można było dać Papuszy, która nawet jeśli rozczarowuje, jest filmem bez porównania większego kalibru niż dzieła Rosłaniec i Fabickiego.

I co dalej?

Ten festiwal kończy pierwszą trzyletnią kadencję Michała Chacińskiego jako dyrektora artystycznego. Wprowadzone przez niego zmiany, z selekcją w konkursie na czele, okazały się dobrym rozwiązaniem. Gdynia za jego kadencji odżyła, nie tylko za sprawą dobrych filmów (trzeba przyznać, że Chaciński miał szczęście kierować Gdynią w dobrym dla polskiego kina okresie), ale także szeregu przeglądów, spotkań, dyskusji. W tym roku naprawdę można powiedzieć, że w Gdyni nie jest źle.

Źródło: Dziennik Opinii KP

piątek, 13 września 2013

Jakub MAJMUREK: PIERWSZE ODKRYCIE W GDYNI

Nawet jeśli Ida w tym roku w konkursie nie wygra, jestem pewny, że odciśnie swoje piętno na historii polskiego kina.        
Na każdym festiwalu filmowym czekamy na choć jedno odkrycie. Na film, o którym wcześniej nie słyszeliśmy, na który nie czekaliśmy, a który okazuje się być objawieniem dystansującym wszystkich naszych wcześniejszych faworytów. W tym roku takim objawieniem jest Ida Pawła Pawlikowskiego, pierwszy film polsko-brytyjskiego reżysera nakręcony w Polsce.

Rzecz zaczyna się w żeńskim klasztorze w roku 1962. Tytułowa bohaterka, młoda dziewczyna, wychowana przez klasztorny sierociniec, przed przyjęciem ślubów ostatecznie wiążących ją z zakonem, musi, na polecenie przełożonych, spotkać się z Wandą Gruz, swoją ostatnią żyjącą krewną. 

Ciotka przez długi czas ignorowała istnienie siostrzenicy, teraz jednak godzi się z nią spotkać. Gdy Ida przybywa do Wandy w Warszawie, okazuje się, że jej ostatnia krewna (genialna rola Agaty Kuleszy) jest sędziną skazującą w procesach politycznych. W czasach gomułkowskiej małej stabilizacji na szczęście w błahych i dość groteskowych procesach o ścięcie legionową szablą kwiatów zasadzonych przez „ludowe harcerstwo”. Jednak w okresie stalinizmu ciocia Wanda była osławioną prokuratorką, oskarżającą w pokazówkach, kończących się wyrokami śmierci dla „wrogów ludu”. Wanda jest też Żydówką, tak samo jak Ida, której rodzice – żydowscy rolnicy spod Łomży – zginęli w trakcie wojny. Wanda godzi się pomóc siostrzenicy odnaleźć miejsce pochówku krewnych, jedzie z nią pod Łomżę i szuka wśród miejscowych śladów swojej rodziny. Rozpoczyna się w ten sposób droga, która doprowadzi obie bohaterki do fundamentalnych wyborów i przemian. Dla Idy okazuje się to być podróżą inicjacyjną w dorosłość.

Relacja między Idą i Wandą, przypomina relację między tytułową Viridianą i Don Jaime z filmu Buñuela. Starsza kobieta, ciągle bardzo zmysłowa, kochająca życie, edukuje/deprawuje/uwodzi tu młodą, idealistyczną mniszkę, starając otworzyć się ją na zmysłowość, przyjemność, erotyzm. A przy tym idealizm Idy, jej chęć całkowitego oddania się sprawie wiary, jest odbiciem idealizmu Wandy z młodości – który najpierw kazał jej zostawić dziecko i iść walczyć z komunistyczną partyzantką do lasu, a następnie, w całkowitym oddaniu komunistycznej sprawie wysyłać ludzi na śmierć w ustawionych procesach. Wanda jest przekonana, że oddając się zakonowi, Ida może tak samo zmarnować sobie życie, jak ona oddając swoje Partii.


A jednocześnie wybory ideowe Wandy – kryminalizowane w ramach obowiązującego w Polsce postkomunistycznego paradygmatu – tu przedstawiane są jako polityczne i etyczne gesty, za którymi stoją – nawet jeśli błędne – pewne racje, a nie wyłącznie zbrodnicze skłonności bohaterki.


W ten sposób Pawlikowski wnosi zupełnie nową jakość do polskiego kina historycznego i sposobów reprezentacji PRL w nim. Odkłamuje, co najodważniejsze, zmitologizowaną i stabuizowaną  figurę „żydokomuny”. W historii Wandy odbija się cała tragedia komunizmu i ideowo zaangażowanych w niego ludzi: utożsamienie etyki z komunistyczną Sprawą, poświęcenie jej wszystkich innych norm, wreszcie kompromitacja samej Sprawy, bo zaangażowana w nią Wanda nie do końca potrafi wrócić do życia w „normalnej” etycznej wspólnocie. A przy tym postać Wandy nigdy nie staje się w filmie symbolem, do końca jest kobietą z krwi i kości, zabawną, inteligentną, uwodzicielską, innym razem smutną, pijaną, żałosną. To bez wątpienia najlepiej napisana i zagrana postać kobieca w kinie polskim od lat.

Ida nie tylko pozwala na nowo spojrzeć na PRL, ale także mówi sporo o korzeniach współczesnego polskiego społeczeństwa. Oglądając film ciągle przypominałem sobie rozpoznania z eseju Andrzeja Ledera Kto nam zabrał tę rewolucję? Wiele scen jakby ilustrowało opisywane przez niego mechanizmy. W filmie widzimy, jak chłopi uwłaszczają się na pożydowskim majątku, ocalałych z zagłady Żydzi wtapiających się (często przez komunizm)  w polską kulturę, ludzi z awansu – wszystkie te zjawiska, które określają polskie społeczeństwo także w roku 2013. Pawlikowski pokazuje także opisywane przez Ledera, towarzyszące im procesy wyparcia. I wyraźnie mówi, że do tego, by dojrzeć jako jednostki, musimy zmierzyć się z widmami wszystkich naszych zmarłych (także tych, na których śmierci zyskaliśmy) i odprawić nad nimi pracę żałoby. Nad ofiarami wojny, Zagłady, sąsiedzkich pogromów, nad dramatem ideowych komunistów i ich ofiar.

Wszystkie te ważkie kwestie film opowiada w sprawny, oszczędny sposób. Nie ma tu przegadania, dłużyzn (Ida trwa 80 minut), zbędnych scen. Reżyser sięga także po kulturę wizualną okresu, w którym rozgrywa się akcja, traktując ją jako klucz do przeszłości. Film nakręcony jest w czerni i bieli, wyświetlany w klasycznym formacie o  proporcjach kadru 1,37:1, który na panoramicznym ekranie wygląda jak kwadrat. Poszczególne ujęcia przywodzą na myśl kino autorskie z początku lat 60.: Kawalerowicza, Bressona. Wizualna warstwa PRL środkowego Gomułki, zgrzebna, a przy tym uszlachetniona przez patynę czasu, także zostaje wspaniale ograna przez twórców. Buduje styl, ale nie zmienia się w wystawę sfetyszyzowanych gadżetów, jak w innych obrazach w tegorocznej Gdyni sięgających do czasów Polski Ludowej.


Dla jednego takiego odkrycia, jak Ida, warto tu było przyjechać, warto było robić ten festiwal.


Nawet jeśli Ida w tym roku w Gdyni nie wygra, jestem pewny, że odciśnie swoje piętno na historii polskiego kina. 
Źródło: Dziennik Opinii KP