Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Śpiewak: Mam poczucie schyłkowości systemu. Jak w końcówce komunizmu. Przygnębiające

Krzysztof Lepczyński

prof. Paweł Śpiewak
prof. Paweł Śpiewak (Fot. Wojciech Olkuśnik / AG)
- Przez lata karmiono nas tezą, że polska demokracja jest młoda i musi się dopiero wszystkiego nauczyć. Ale zanim zdążyła się czegokolwiek nauczyć, stała się sklerotyczna. Zestarzała się, zanim dojrzała - mówi w magazynie "Plus Minus" prof. Paweł Śpiewak, socjolog z UW. - Wartości używa się jak pałki do okładania przeciwnika - zauważa.

Prof. Paweł Śpiewak, socjolog z UW, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, kreśli ponurą wizję rzeczywistości w wywiadzie dla "Plus Minus", magazynu "Rzeczpospolitej".

"Fala demokratyzacji zatrzymana"

Socjolog wskazuje na upartyjnienie życia publicznego, które staje się oligarchiczne, a nawet "znomenklaturyzowane". Prof. Śpiewak zaznacza, że partie polityczne "dążą do jedynowładztwa" i odklejają się od wyborców, korzystając z budżetowych dotacji, niewymagających od nich większego wysiłku.

- Model demokracji, który został zbudowany w Polsce, jest coraz bardziej obcy ideałom tego systemu, a przy tym nieprzyjemny dla obywateli. Mam poczucie, że u nas fala demokratyzacji, jeśli nie cofa się, to została zatrzymana - ocenia socjolog.

"Ludzie nie dają rady walczyć z systemem"

Prof. Śpiewak uważa, że nie udały nam się w Polsce ani demokracja, ani społeczeństwo obywatelskie. Pozytywnie w jego ocenie wypada tylko wolny rynek. - Gdy konfrontuję rzeczywistość z moimi oczekiwaniami sprzed 25 lat, to jestem bardzo rozczarowany. Przez lata karmiono nas tezą, że polska demokracja jest młoda i musi się dopiero wszystkiego nauczyć. Ale zanim zdążyła się czegokolwiek nauczyć, stała się sklerotyczna. Zestarzała się, zanim dojrzała - mówi socjolog.

Naukowiec zauważa, że ludzie odsuwają się od udziału w życiu publicznym. - Nie widzą w tym sensu. Nie dają rady walczyć z systemem - wyjaśnia. - Mam poczucie schyłkowości systemu, trochę jak w końcówce komunizmu - stwierdza wreszcie. Schyłkowi nie będzie jednak towarzyszyć przełom, transformacja. - Teraz jej nie będzie. Dlatego to jest tak przygnębiające. Ten ład się wyrodził i nie mamy nic w zamian - ocenia.


"Państwo obraziło się na rzeczywistość"

Prof. Śpiewak krytykuje tzw. nowe ruchy społeczne lat 90.: ekologów, feministki, ruchy LGBT. Jego zdaniem oparte są na tożsamości i jako takie "nie prowadzą do poważnych zmian społecznych". - Pomnażają tylko walkę ideologiczną - mówi. Z przychylnością patrzy natomiast na ruchy miejskie, który odwołują się nie do tożsamości, ale konkretnych działań w przestrzeni publicznej.

Prowadząca rozmowę Eliza Olczyk pyta, czy w Polsce mamy do czynienia z "z zamachem na wartości". - Raczej dokonuje się zamach na rzeczywistość - odpiera prof. Śpiewak. Socjolog wskazuje, że skoro 30 proc. dzieci w Polsce rodzi się w nieformalnych związkach, a państwo nie potrafi tego uporządkować, to znaczy, że oderwało się od rzeczywistości. - Państwo obraziło się na rzeczywistość, a Kościół zamienił ją w spór o wartości - mówi.

"Niech Kaczyński się opanuje"

- Wartości używa się jak pałki do okładania przeciwnika. Gdy Jan Hartman powiedział coś o związkach kazirodczych, Jarosław Kaczyński wyskoczył jak filip z konopi, że to jest najważniejszy problem w Polsce. Niech się opanuje. Przecież to ciągłe podsycanie wojny domowej jest zwykłym chuligaństwem. Ja sobie tego nie życzę - wskazuje prof. Śpiewak.

Cała rozmowa w weekendowym dodatku do najnowszej "Rzeczpospolitej".


Źródło:
Zobacz także

sobota, 5 października 2013

Brzydka nasza Polska cała

Michał Wybieralski
   Wjazd do Konstancina-Jeziornej, jednej z najelegantszych podwarszawskich miejscowości
Wjazd do Konstancina-Jeziornej, jednej z najelegantszych podwarszawskich miejscowości (FOT. ADAM KOZAK/AGENCJA GAZETA)
Jest brzydko i będzie jeszcze brzydziej. 82 procentom Polaków to się podoba



Michał Wybieralski: Dlaczego w Polsce jest brzydko?

Filip Springer: Kiedy zaczynałem pisać o polskiej przestrzeni, wydawało mi się, że przez nasze niedouczenie spowodowane m.in. niewielką liczbą godzin plastyki w szkołach. Ja w ogóle nie pamiętam tego przedmiotu. I przez to, że w ostatnich latach było wiele ważniejszych spraw do uporządkowania. Podejrzewałem też, że może być to reakcja na szarzyznę PRL.

Podczas zbierania materiału oczy otwierały mi się coraz szerzej. W Polsce jest tak brzydko, bo sprzedaliśmy naszą przestrzeń. Skomercjalizowaliśmy ją. Na tej brzydocie zarabia wiele branż i ludzi. Nasza nikła wiedza o estetyce i odreagowanie PRL tylko to ułatwiły. Nie czujemy, że przestrzeń publiczna należy również do nas. Za nasze uznajemy tylko to, co znajduje się w obrębie działki czy mieszkania.

Kto zarabia na dewastacji przestrzeni?

- Deweloperzy zarabiają na rozlewaniu się miast i chaotycznej zabudowie przedmieść, co powoduje gigantyczne straty dla samorządów, które muszą tam doprowadzić media i zbudować drogi. Na bałaganie zarabia branża reklamowa. Wielkie firmy też żyją z tego, że dookoła jest tak brzydko. Zwróć uwagę, kto wiesza nielegalne plakaty na przystankach w Warszawie i w innych miastach. To często duże prywatne szkoły, które stać na zakup legalnych nośników reklamowych. A na pastelozie zarabiają architekci.

Pastelozie?

- Przy okazji ocieplania bloków maluje się je we wszystkie kolory tęczy i szlaczki. Nazywam to pastelozą. W Poznaniu jeden z mieszkańców bloku chciał to zmienić. Namówił władze spółdzielni do zorganizowania konkursu na projekt estetycznej kolorystyki. Udali się po pomoc do Stowarzyszenia Architektów Polskich, ale SARP zażyczył sobie zaporowej ceny za organizację konkursu. Optowali za tym architekci, którzy sami produkowali pastelozę. To pokazuje, że środowisko architektoniczne jest odpowiedzialne za to, że nasze osiedla są malowane w tak parszywy sposób. I nie zależy mu na zmianach. Przygotowanie estetycznego projektu nie wymaga wysiłku, ale wielu architektów woli schlebiać najniższym gustom. Dzwoniłem po spółdzielniach mieszkaniowych w całej Polsce - prezesi byli dumni z tych koszmarnych projektów. Przyznawali, że kolory na elewacje wybierają panie z sekretariatu, a architekci tylko to podpisują. Byłem zszokowany.

Jak sprzedawaliśmy naszą przestrzeń?

- Dariusz Kubuj w książce o polskim outdoorze opisuje lata 90. Duże firmy reklamowe wieszały wtedy na szczytowych ścianach same ramki billboardów, a plakaty przyklejały do ściany. Albo metr przed billboardem konkurencji stawiały swój. Dziś już nie stosują takich dzikich praktyk, jednak liczba nośników reklamowych systematycznie rosła - stawiały je też mniejsze firmy, często nielegalnie. Powstało pierwsze grodzone osiedle, potem drugie, trzecie... Trwa sondowanie, czy można opakować w reklamy Pałac Kultury.

Zyski z nich mają sfinansować remont fasady.

- Mogę sobie wyobrazić, że reklamy są wyświetlane wieczorem w formie iluminacji. Mógłbym z tym żyć. Ale opakowanie na długie miesiące Pałacu pstrokatymi siatkami byłoby horrendalnym skandalem. Agresywna reklama podnieca przede wszystkim grupę aktywistów. A da się jej zaradzić za pomocą jednej dobrej ustawy i kilku facetów z przecinakami.


Najpiękniejsze i najbrzydsze - plebiscyt ''Polityki''

Wierzysz w taką ustawę? Zaraz pojawią się głosy, że to zamach na gospodarkę, miejsca pracy.

- Nadzieję daje projekt ustawy o ochronie krajobrazu przygotowany w kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jak tylko się pojawił, przedstawiciele branży od razu zaczęli straszyć utratą miejsc pracy. Wydaje się, że w perspektywie kilku lat uda się uporządkować reklamę wielkoformatową, ale nie wierzę, że radykalnie spadnie w Polsce liczba billboardów albo że uporamy się z mniejszymi banerami reklamowymi, krzykliwymi szyldami itd.

Dużo większym problemem jest brak dobrego planowania przestrzennego. Przez to puchną przedmieścia i nie ma już ładnego Zakopanego, Karpacza, Wybrzeża, Mazur. Każdy buduje to, na co ma ochotę. Jeszcze nie czujemy tych strat, które sobie wyrządziliśmy, ale będą dotkliwe przez lata. Wystarczy spojrzeć na dane dotyczące turystów w Karpaczu. Ubywa Niemców, którzy zobaczyli, co tam się dzieje. Po co mają spędzać urlopy w takim kociokwiku?

Opisujesz, jak w Karpaczu powstał monstrualny hotel Tadeusza Gołębiewskiego, który zeszpecił tamtejszy krajobraz. Podobnie jak inne obiekty tej sieci zbudowano go sprzecznie z prawem.

- Gotuję się na wspomnienie tej historii. Inwestor postawił dokładnie to, co chciał, wbrew wszystkim planom miejscowym. Ręce opadają na to, jak bezsilny jest system. I nie ma dowodów, że doszło do korupcji. Mętne jest jednak to, że radni z Karpacza pojechali na wycieczkę do innego hotelu Gołębiewskiego, zanim zmienili pod jego potrzeby plan zagospodarowania przestrzennego. Zmieniali go wiele razy, ostatnio kilka tygodni temu, legalizując już wszystko. Nie wierzę w tłumaczenia burmistrza, który przekonywał mnie, że inwestycja przysłużyła się gminie, bo dostarczyła miejsc pracy. Zwłaszcza że podał fałszywe dane dotyczące bezrobocia. Jedynym mechanizmem obronnym przed taką głupotą jak ta z Karpacza jest dobry samorząd. Taki, który potrafi prawidłowo zdefiniować interes gminy i wie, co jej się opłaci nie w perspektywie jednej kadencji, ale 20 lat. Interesem Karpacza było utrzymanie statusu cichego kurortu z małymi pensjonatami. Hotel Gołębiewskiego zniszczył taki Karpacz.

Czym jest dobra architektura. I dlaczego w Polsce jest brzydko. Rozmowa z Filipem Springerem
Zasłaniamy góry budynkami i reklamami, zabudowujemy plaże, odwróciliśmy się od rzek. Nie potrzebujemy już przyrody?

- Wydaje nam się, że umiemy bez niej żyć. I ją też prywatyzujemy. Z jednej strony mamy ładne widoki, faunę i florę, z drugiej pytanie: czy to ma hamować "rozwój"? Niestety, ten drugi głos zwycięża. Jest takie powiedzenie, że "na Podhalu prawo budowlane się nie przyjęło". Byłem niedawno w Norwegii, która ma piękne krajobrazy i miejsca, by urządzać ośrodki wypoczynkowe. W jednym z górskich schronisk na 200 osób nie było wolnych miejsc. Zajęli je głównie ludzie po pięćdziesiątce; rano ich wymiotło - poszli w góry. Mam wrażenie, że u nas nie zawsze jeździ się do Karpacza i Zakopanego, by oglądać góry. Nie mam jednak poczucia, że zohydzimy sobie przyrodę tak bardzo, że coś się przełamie. Zwróć uwagę, że w Mielnie i Zakopanem co roku jest wiele szczęśliwych ludzi.

Kogo obchodzi, że w Łodzi nie ma dziś żadnej rzeki, a kiedyś było aż 18? Ta sieć wodna pozwalała na to, by każdy mieszkaniec mógł w ciągu pięciu minut dojść do zielonego terenu z płynącą wodą. Niesamowite, że to znikło! Chodzenie po Łodzi korytami dawnych rzek, gdzie czasem płynie jakaś strużka, było chyba najbardziej poruszającym doświadczeniem podczas pracy nad książką. Wiele miast odwróciło się od rzek. W Katowicach wydano duże pieniądze na nadrzeczne bulwary, pomiędzy którymi płynie śmierdzący ściek. Nie da się wysiedzieć. Dwukrotnie robiłem tam zdjęcia. Cuchnęło za każdym razem. Od tego smrodu kręciło mi się w głowie.

Napisałeś: "W Polsce jest brzydko i wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze brzydziej". I tak naprawdę "nikogo to nie obchodzi". Kokietujesz?

- Naprawdę myślisz, że ktoś się tym przejmuje? To obchodzi mnie, ciebie, kilku innych dziennikarzy, aktywistów, artystów - dzięki nim temat przewija się w mediach. Ale dopóki komuś przed oknem nie zawiśnie siatka reklamowa zabierająca światło i widok, dopóty nie zainteresuje się tematem. Skoro ludzi to nie obchodzi, sprawą nie zainteresują się politycy. Oni też korzystają na wizualnym chaosie w czasie kampanii wyborczej - wieszają wielkie siatki reklamowe i plakaty ze swoją podobizną. Duże firmy z różnych branż również nie mają poczucia, że nielegalna i chaotyczna reklama szkodzi ich wizerunkowi. Piszę e-maile do firmy rozwieszającej nielegalne plakaty na przystankach w Warszawie - o tym, że rozlepiający je facet chciał mnie pobić, że mam to na filmie, że mam zdjęcia ich nielegalnych plakatów w całej stolicy. Choć podpisuję się jako dziennikarz, nie odpowiadają. Wiedzą, że nie da się z tego ukręcić wielkiej afery.


Jak ulepszyć miasto. Urbanista o fenomenie brazylijskiej Kurytyby

Napisałem tę książkę, by wyjaśnić sobie, czemu jest tak brzydko. Teraz to wiem. Wiem też, że to się szybko nie zmieni. Z badań wynika, że 82 proc. Polaków podoba się otaczająca ich przestrzeń. Jestem w pozostałych 18 proc. i niby czemu miałbym narzucać większości swoje zdanie? Jakbym chciał mieszkać w ładnym kraju, to mogę się wyprowadzić do Norwegii czy Niemiec. I koniec. Pozostaje mi już tylko zdecydować, czy chcę być tu, czy gdzie indziej. Na razie chcę tu.

To przerażająca perspektywa, że Polacy z odrobiną gustu muszą się pogodzić z brzydotą otoczenia lub wyjechać.

- Musi wezbrać masa krytyczna, większość społeczeństwa musi zacząć się domagać zmian. Do tego potrzebna jest dobra edukacja estetyczna w szkołach, musi się wykształcić klasa średnia.

Po lekturze twojej książki mam wrażenie, że to właśnie aspiracje klasy średniej są przyczyną dewastacji naszej przestrzeni. To dla niej powstają grodzone osiedla, domy na rozlanych przedmieściach, z których ludzie dojeżdżają do pracy w ogromnych korkach.

- My dopiero aspirujemy. Dlatego potrzebujemy widocznych oznak tego, co w naszym mniemaniu czyni z nas klasę średnią. Brakuje w tym kompetencji kulturowych. Jesteśmy też ofiarami systemu, który jest skonstruowany tak, że zdolność kredytowa wielu z nas pozwala jedynie na zakupu mieszkania pod Piasecznem. Nawet nie w Piasecznie. Więc tam mieszkamy i wmawiamy sobie, że jesteśmy klasą średnią. Wielu mieszkańców przedmieść wcale nie czuje się tam szczęśliwymi, mówią o tym najbliższym znajomym. Mnie nie zawsze chcieli to powtórzyć. Jest im wstyd. Na przedmieściach brakuje podstawowej infrastruktury, jak boisko czy chodnik. Widok na las czy pole szybko znika, bo pojawia się kolejne osiedle. Mieszkających tam często nie stać już na powrót do miast, są zakładnikami kredytów.

Powstawanie grodzonych osiedli jest wynikiem potrzeb ich mieszkańców czy też takie potrzeby wykreował rynek?

- To głównie wytwór rynku. Rozmawiałem niedawno ze znajomym, który szukał mieszkania w Warszawie. Bardzo trudno było mu znaleźć w nowym budownictwie coś, co nie byłoby ogrodzone płotem. Pracując nad reportażem o płotach, odwiedziłem kilkadziesiąt zamkniętych osiedli. Na każde wszedłem bez problemu. Tylko raz ktoś zwrócił na mnie uwagę. Nie był to jednak ochroniarz, ale człowiek roznoszący gazety. Nie przebrałem się za skauta z ciasteczkami. Miałem na sobie aparaty, torby, wyglądałem tak, że trzeba było mnie zapytać, co tam w ogóle robię. Te płoty to iluzja. Zapytałem w jednej z firm deweloperskich, czy przed postawieniem tych płotów badany jest poziom przestępczości w okolicy, czy to ogrodzenie odpowiada na realne zagrożenie. Oczywiście, że nie badają. Usłyszałem za to odpowiedź, że mieszkańcy chcą mieć pewność, że nic im się nie stanie, kiedy będą szli wynieść śmieci. Ręce opadają.


''Przestrzeń faktycznie publiczna'' - jak działają urzędnicy i mieszkańcy w Malechowie i Koszalinie

Ci mieszkający po "gorszej" stronie płotu zbuntują się i go rozbiorą?

- Nie wierzę w taki klasowy bunt. Ci po "gorszej" stronie płotu zajmują się przyziemnymi sprawami, poprawą warunków życia. Wystający po bramach chłopcy z warszawskiej Pragi czy poznańskiej Wildy nie wzniecą przeciw płotom zamieszek na miarę tych z londyńskich ulic. Mariusz Szczygieł przywołuje czasem reportaż Barbary Łopieńskiej o tresurze tygrysów w PRL, który był metaforą tamtej Polski. Treserka opowiada w nim, że tygrysy trzeba było bić kijem nie za mocno, by ich nie rozsierdzić, a karmić tak, by nie były zanadto głodne i nie zaatakowały. Wystający po bramach chłopcy są jak te tygrysy - tkwią w "bezpiecznym" marazmie.

To może nadzieja jest w aktywistach, którzy trochę jak Don Kichot walczą o lepszą przestrzeń?

- Ostatni reportaż poświęciłem Grupie Pewnych Osób z Łodzi. To mieszkańcy, którzy skrzyknęli się na forum internetowym, zaczęli zrywać nielegalne reklamy, sprzątać miasto, przekopywać klepiska i sadzić tam trawę. Zrobili dużo dobrego, stali się inspiracją dla wielu takich inicjatyw w całej Polsce. To miał być pozytywny tekst, dający nadzieję. Ale okazało się, że zostali koncertowo rozegrani. Zaproszono ich do pracy w urzędzie miasta, część z nich podjęła wyzwanie. Polegli. Nie wiem, czy zrobiono to po to, by pokazać im ich miejsce, czy naprawdę chciano skorzystać z ich wiedzy i energii, ale nie przebili się przez urzędniczy beton. Znów wyszedł gorzki tekst.

W posłowiu do twojej książki Andrzej Stasiuk pisze, że jesteśmy krajem ekstremistów, rewolucjonistów, którzy odrzucają wszelkie reguły. Ten gwałt na przestrzeni jest emanacją naszego ego?

- Swoją obecność w przestrzeni musimy zaznaczyć krzykiem - ekstrawagancką bryłą budynku, wielką i pstrokatą reklamą, wysokim płotem. Przeciwieństwem jest Skandynawia. Zbudowana za wielkie pieniądze opera w Oslo jest budynkiem niemal niewidocznym. Wygląda jak tafla lodu wynurzająca się z wody, jak pochyły plac. Skandynawskie domy to świetna architektura wykonana z doskonałych materiałów, ale można ją minąć bez zauważenia, tak dobrze jest wpasowana w przestrzeń. Na wystawie ''Na przykład. Nowy dom polski'' prawie wszystkie projekty zawierały element ''wow!''. Były w pewien sposób aroganckie. A stali za nimi najlepsi polscy architekci.

Z twojej książki wyłania się obraz Polski jako kraju fikcji. Przepisy o planowaniu przestrzennym nie pozwalają sensownie planować, regulacje dotyczące reklamy nic nie regulują, grodzone osiedla przed niczym nie chronią.

- Nie myślałem tak, ale masz rację. To wszystko się układa w wielką fasadę, udawanie, plastik. Trochę mnie tym przybiłeś.

*Filip Springer (ur. 1982) - reporter i fotograf, właśnie ukazał się jego zbiór reportaży o polskiej przestrzeni pt. ''Wanna z kolumnadą'' (wyd. Czarne 2013). Wydał też ''Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL''''Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach'' oraz reportaż literacki ''Miedzianka. Historia znikania'', który znalazł się w finale Nagrody NIKE w 2012 r.


Jak wita nas stolica?
Źródło: Wyborcza.pl

wtorek, 16 lipca 2013

Mamy być Panami, bierzmy przykład z Putina

Zbyt często pozwalamy na to, by inni nami pomiatali. Pozwalamy na to, by spychano nas do dalszych szeregów. Powinniśmy jednak znać swoje miejsce. W tylu rzeczach jesteśmy potęgą. Geopolitycznie jesteśmy najsilniejszym państwem w regionie. Pora najwyższa byśmy o tym pamiętali i to wykorzystali.

Spodobało mi się wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w Węgrowie, a przynajmniej pewna jego część. Dokładnie ten fragment w którym Prezes mówił o tym, że powinniśmy się zachowywać jak Pany, bo nimi jesteśmy. Jego zdaniem tak mówią o nas na Wschodzie, więc powinni na Zachodzie. Skoro inne państwa mogą się tak zachowywać to dlaczego my Polacy nie możemy?

Między sobą lubimy rozmawiać o tym, że Polska jest potęgą w tym, czy w tamtym. Cudzoziemcom, najczęściej po alkoholu powiemy, że od nas pochodzą najlepsi żołnierze na świecie, najpiękniejsze kobiety, że jesteśmy pierwsi w produkcji tego czy owego. Co chwilę coś wyskakuje, że jesteśmy w czymś najlepsi. Z jednej strony lubimy się puszyć jak paw, ale z drugiej nie potrafimy tego wykorzystać. W pewnym momencie uznajemy, że jednak nie jesteśmy na tyle mocni, by móc rozmawiać jak równy z równym z takim Niemcem na przykład. 

Dlaczego mamy czuć się gorsi od Anglików, Francuzów, czy Hiszpanów? Ci pierwsi stracili całe swoje imperium, trzeci podobnież. Żabojady od dwustu lat wyspecjalizowali się w wywieszaniu białej flagi, czy obrony swoich granic za pomocą sojuszników. Każdy ma swoje gorsze momenty w historii z których wychodzi. Proszę zobaczyć, jak Hiszpania wyszła na prostą najpierw dzięki amerykańskim pieniądzom dawanym reżimowi Franco, a następnie za pomocą dotacjom unijnym.

Czy my musimy się czuć gorsi i bać się zajmowania miejsca w pierwszym szeregu? Raczej nie! Zawsze byliśmy liczącym się narodem. Gdybyśmy nie byli, to dlaczego trzy ogromne państwa dokonały na nas rozbiorów, a nie jeden? Czasami odnoszę wrażenie, że sami boimy się reakcji na to, że nie będziemy sobie pozwalali w kaszę dmuchać. Skoro jednak nasi przodkowie mogli sobie na to pozwolić, to dlaczego my nie możemy?

Kresowi Panowie

Nie muszę przypominać, ile obecnych europejskich narodów było pod naszym panowaniem? Litwini, Łotysze, Estończycy, Białorusi, Ukraińcy, Rosjanie, Niemcy, Mołdawianie. Kłamię? Zapraszam do porównania atlasów historycznych ze współczesnymi mapami. Mamy teraz udawać, że tak nie było. Że my jesteśmy skromnym narodem, który nic nie znaczył i zawsze dał się łupić? Chyba tak do końca nie było, skoro potrafiliśmy wcześniej zdobyć tyle ziem.

Byliśmy liczącym się państwem i nadal nim jesteśmy, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego nie powinniśmy ograniczać się do słuchania innych i pozwalania teoretycznie silniejszym przemawiać w naszym imieniu, bądź dyktować nam warunki. Nie chodzi o to, by podobnie jak za rządów Kaczyńskiego iść z każdym na wojnę, ale też by nie iść na ustępstwa bez żadnej linii oporu. Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że jednak jesteśmy dużym, liczącym się państwem. Nasz głos powinien być donośniejszy.

Dlaczego mamy się wycofywać i pozwalać innym mówić w naszym imieniu, pozwalać im negocjować za nas? Tylko będąc w pierwszym szeregu będziemy w stanie przedstawić i walczyć o swoje racje. Kiedy nic nie robimy, to nad naszymi głowami zapadają decyzje. A myślicie, że jak to się stało, że w Jałcie oddano nas w ręce Wujka Stalina? A potem nie pozwolono naszym siłom zbrojnym zacząć z nim wojnę o odzyskanie Polski? Kazano nam siedzieć cicho. 

Bierzmy przykład z Rosji i Putina

Źle wychodziliśmy na tym, kiedy dawaliśmy sobą pomiatać. Powinniśmy zatem wziąć przykład z Rosji. Syberyjskiemu niedźwiedziowi już dawno zgniły zęby, wypada sierść, jednak wciąż budzi szacunek świata. Robi to dlatego, że podkreśla swój prestiż, i cały czas każe się ze sobą liczyć. Tym zakręci kurek, tym pogrozi palcem. Wesprze wbrew opinii reszty świata krwawego dyktatora. Na dodatek sprzeda mu broń i na tym zarobi. Putin nie postępuje tak, bo ma świat gdzieś i chce pokazać im swoją siłę. Robi to dlatego, że dzięki takim działaniom podwyższa znaczenie swojego państwa. To rządy Putiny sprawiają, że Rosja wciąż pozostaje głównym graczem geopolitycznym.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy tak wielcy jak Rosja. Że nie mamy jak, równać się z nimi jeden na jednego. Z drugiej strony, zasługujemy także na ich szacunek. Zwłaszcza, że zaplecze negocjacyjne mamy duże. Świadczy o tym front, który kiedyś Lech Kaczyński stworzył. Choć jego polityka zagraniczna budziła kontrowersje, to zmarłemu prezydentowi udało się skrzyknąć pod polskim sztandarem państwa ościenne. Przez jakiś czas polscy politycy lepiej lub gorzej reprezentowali sprawy naszych sąsiadów. Każdy ich działania oceni, jak chce, tylko że dają dowód na to, że potrafimy być więksi.

Jak być Panem

Samemu Kaczyńskiemu, który wystąpił z tymi słowami trzeba jednak wytłumaczyć na czym polega bycie Panem. Ta postawa wiąże się z pewnego typu zachowaniami. Pan nie krzyczy, by wzbudzić szacunek. Konfrontacjami z wszystkimi na podwórku też nie zyska uznania jako Pana, a jedynie jako łobuza. Pan bywa wyrachowany i chłodny. Nie reaguje impulsywnie na prymitywne ataki, które są w niego wymierzone. Ignoruje je. Tym samym pokazuje że atakujący nie jest godny jego uwagi. Ale z drugiej strony potrafi stanowczo zareagować, kiedy czuje że jemu lub komuś jest wyrządzona krzywda.

Skoro inne państwa potrafią się zachowywać jak Panowie, to dlaczego my nie? Nie powinniśmy mieć kompleksów, skoro ich nie mają ani Izraelczycy, ani Irlandczycy. Może nie jesteśmy najsilniejsi, ale także nie jesteśmy słabeuszami. Musimy być bardziej pewni siebie, znać swoje miejsce, a ono zdecydowanie jest w pierwszym, a nie w drugim szeregu. 

Źródło: naTemat.pl

sobota, 11 maja 2013

Zachodni dziennikarze piszą o Polsce i Polakach


Zagraniczni korespondenci, którzy od lat przebywają w Polsce, piszą na łamach "Gazety Wyborczej" o swoich odczuciach względem Polaków. Część nas chwali, część gani. Ekke Overbeek, korespondent holenderskich i belgijskich dzienników, wskazuje też na największą "zmorę" i "hamulec" rozwoju Polski.


Publikacja "Gazety Wyborczej" odbywa się w ramach kampanii społecznej "Orzeł Może" prowadzonej razem z radiową "Trójką".
Overbeek: to największa zmora Polski

Ekke Overbeek, autor głośnej książki "Lękajcie się! Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią", zwraca uwagę na wady Polaków. Pisze o "bajzlu architektonicznym", polskich traumach i ciągłym narzekaniu. "To, że Polacy narzekają, to chłopska tradycja. (...) Należy narzekać, ale tak naprawdę po cichu robić swoje" - pisze na łamach "Gazety Wyborczej".
"Bardzo charakterystyczny dla Polaków i odróżniający was od kręgu kulturowego, z którego ja pochodzę jest ogromny brak zaufania wpojony przez te setki lat nieszczęścia. To jest największa zmora tego kraju i największy hamulec rozwoju" - dodaje.
"Macie ułańską fantazję, jesteście przedsiębiorczy, kreatywni, ale też ponurzy i niestety, jesteście hipokrytami. Kwintesencją polskiej hipokryzji jest Kościół, ale wiele rzeczy robicie na pokaz. Samochód musi być lepszy niż samochód sąsiada. Telewizor większy. Sami sobie szkodzicie" - pisze w "Gazecie Wyborczej".
Dziennikarz pisze, że Polacy są "pokorni jak barany", a wydaje im się, że są niepokorni. "Czy ja was za bardzo nie narzekam? Możliwe. Ale jak się nie kocha jakiegoś kraju, to się na niego nie narzeka" - kończy.
Osser: klęski chwały nie przynoszą
W nieco innym tonie wypowiada się za to dziennikarz AFP Bernard Osser. Twierdzi bowiem, że kilkanaście lat temu Polskę postrzegano stereotypami, a obecnie mówi się o kraju, któremu się udaje. "Nawet jeśli mamy spowolnienie gospodarcze, to jednak przejście suchą nogą przez kryzys budzi niekłamany podziw" - czytamy w "GW".
Zauważa jednak, że Polacy są postrzegani jako niesubordynowani, a także mający obsesję na punkcie historii.
"Jesteście krajem sukcesu, pełnym niebywale dynamicznych ludzi, którym się naprawdę chce, którzy ciężko pracują, mają fantazję. Na pewno jednak moglibyście bardziej otwierać się na innych, więcej myśleć o społeczeństwie, mniej o mitycznym narodzie" - twierdzi.
Gerhard Gnauck: Polacy mają wielką cierpliwość i hart ducha
Korespondent niemieckiego "Die Welt" Gerhard Gnauck przypomina z kolei stereotyp Polaka-złodzieja, który w latach 90. krążył po Zachodniej Europie. Jak twierdzi, znikoma część osób, które o tym mówiły, była kiedykolwiek w Polsce. "W ciągu 14 lat nigdy nie zostałem okradziony" - pisze.
"Polacy mają nie tylko wielką cierpliwość i hart ducha, jak Rosjanie, ale w odróżnieniu od nich mają też zdolność do samoorganizacji, zbudowania życia na nowo na sensownych i zdrowych zasadach" - pisze na łamach "Gazety Wyborczej"
"Za co was lubię" No przecież nie powiem, że za wzrost gospodarczy. Pewnie za waszą religijność, pielęgnowanie własnych tradycji wolnościowych, zdolność do postawienia na swoim" - kończy.
Więcej na ten temat w "Gazecie Wyborczej".
Źródło: Onet.pl