Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 grudnia 2015

Temat: in vitro. A prawica o innych metodach, adopcji i eugenice. Olejnik nie wytrzymała: koniec tego bredzenia!


- Proszę, już koniec tego bredzenia - tak Monika Olejnik zareagowała, gdy Jacek Sasin stwierdził, że in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności, a Robert Winnicki z ruchu Kukiz'15 płynnie przeszedł od sztucznego zapłodnienia do... eugeniki.
Monika Olejnik
Monika Olejnik (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

PiS, rezygnując z rządowej refundacji programu dofinansowania in vitro *, odbiera szansę na dziecko tym, których nie stać na tę procedurę - stwierdziła w radiu ZET Monika Olejnik. - Wbrew temu, co państwo wieszczyliście przed wyborami, nie wprowadziliśmy zakazu - odpowiedział jej gość, Jacek Sasin z PiS. - To dobrze, można się cieszyć - kpiła dziennikarka.
Sasin, stały gość w programie Olejnik "7 Dzien Tygodnia", brnął dalej:
- Od początku mówiliśmy, że pomysł, aby opłacać z budżetu metodę in vitro, kiedy to nie jest żadna metoda leczenia niepłodności, (...) w sytuacji nie finansowania metod leczenia niepłodności, które są bardzo skuteczne ... - Czyli jakie? - zapytała Olejnik. - Pani redaktor, nie jestem lekarzem... - bronił się poseł PiS. Po dłuższej dyskusji z innymi uczestnikami programu stwierdził nagle, że "każdy dostanie możliwość uczestniczenia w procedurach medycznych finansowanych z budżetu, które będą leczeniem niepłodności, a nie sztucznym zapłodnieniem".
- Nie stać dzisiaj polsiego państwa na refundację in vitro w sytuacji, kiedy państwo to nie jest w stanie zapewnić skutecznej ochrony zdrowotnej ludzi, którzy potrzebują pilnie tej ochrony, bo stają w obliczu zagrożenia zdrowia i życia - dodał Sasin.
Winnicki o eugenice. Olejnik nie wytrzymała
Do Sasina dołączył Robert Winnicki z Kukiz'15: - Oczywiście prawdą jest, że in vitro niczego nie leczy, tylko zastępuje... - stwierdził. - 3,5 tys. dzieci mamy dzięki in vitro - przypomniała Olejnik. - Ale nie każda metoda jest godziwa i etyczna, to trzeba jasno powiedzieć - dokończył polityk. - Takie podejście do sprawy prowadzi w pewnym momencie do eugenicznych tematów, które kojarzą się jak najgorzej - dodał.
- Odbierają państwo szansę tym ludziom, którzy nie mogą mieć dzieci inaczej, niż poprzez zapłodnienie in vitro. Dają państwo szansę tym, którzy są zamożni, a odbierają państwo tym, którzy mają mało pieniędzy - krytykowała prowadząca. - Jest mnóstwo dzieci czekających na adopcję w Polsce - stwierdził Robert Winnicki.
I wtedy Olejnik nie wytrzymała. - Proszę, już koniec tego bredzenia. Gdyby pan chciał zaadoptować dziecko, jest wiele sierot społecznych, [których] matki nie chcą się zrzec praw - skwitowała.
Koniec rządowego programu leczenia niepołodności
Program Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego, powszechnie zwany rządowym programem refundacji in vitro, ruszył 1 lipca 2013 r. i miał trwać do czerwca 2016 r. Program został przedłużony przez poprzednią ekipę rządzącą w ostatnich dniach urzędowania - od 1 lipca 2016 r. do 31 grudnia 2019 r.; przeznaczono na ten cel ok. 304 mln zł.
Kilka dni temu nowy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł poinformował, że program będzie trwał do połowy przyszłego roku, a później już nie. W efekcie realizacji programu, na mocy którego refundowano procedurę in vitro, urodziło się dotychczas ponad 3,6 tys. dzieci, ponad 17 tys. par jest w trakcie leczenia.
tematInVitro

sobota, 15 listopada 2014

Papież Franciszek wzywa lekarzy do "decyzji odważnych i sprzecznych z dominującym nurtem"

ro, kai
 Drukuj
Papież Franciszek
Papież Franciszek (Alessandra Tarantino (AP Photo/Alessandra Tarantino))
Papież Franciszek przyjął dziś członków Stowarzyszenia Włoskich Lekarzy Katolickich, które obchodzi 70. rocznicę istnienia. W czasie audiencji wygłosił przemówienie, w którym nawoływał lekarzy katolickich do tego, aby byli wierni Ewangelii życia.
- Wierność Ewangelii życia i poszanowanie go jako daru Boga wymaga niekiedy decyzji odważnych i sprzecznych z dominującym nurtem, które w szczególnych okolicznościach mogą prowadzić do sprzeciwu sumienia - mówił Franciszek do włoskich lekarzy katolickich. Skrytykował jako formy ,,fałszywego współczucia" postawy "promujące" aborcję, eutanazję, zapłodnieniein vitro, czy wykorzystywanie istnień ludzkich do przypuszczalnego ocalenia innych. - W świetle wiary i prawego rozumu życie ludzkie jest zawsze święte. Nie ma życia ludzkiego bardziej świętego niż inne - mówił.

Oceniał, że mimo postępów medycyny, mniejsza jest zdolność do troski o człowieka.

"Życie ludzkie jest zawsze święte"

Franciszek podkreślił, że czuje się powołany do udziału w debacie na temat życia ludzkiego. Zapewniał, że troska o ludzkie życie, zwłaszcza osób chorych, w podeszłym wieku, czy dzieci, wiąże się głęboko z misją Kościoła.

Zwracał uwagę, że mówiąc o jakości życia, często ogranicza się ją do możliwości ekonomicznych, dobrobytu, piękna i radości życia fizycznego. A zapomina o głębszych wymiarach egzystencji, w tym duchowym i religijnym.

Papież wskazał lekarzom katolickim, że ich zadaniem jest zaświadczenie słowem i przykładem, że życie ludzkie jest zawsze święte, cenne i nienaruszalne. A jako takie musi być kochane i chronione. Zachęcił ich jednocześnie do współpracy z osobami innych wyznań, religii czy światopoglądów, uznających godność ludzką za kryterium swej działalności.

"Nie godzi się eliminować życia ludzkiego, aby rozwiązać problem"

Zdaniem papieża dominująca mentalność proponuje ,,fałszywe współczucie": ułatwienie aborcji przedstawia się jako pomoc dla kobiety, eutanazję jako akt godności, "wytworzenie" dziecka jako zdobycz naukową i prawo a nie dar. Krytykował wykorzystywanie istnień ludzkich jako ,,królików doświadczalnych", by ratować inne istnienia.

Franciszek przestrzegł przed takim igraniem życiem. Uznał je za ciężki grzech przeciw Bogu. Wyznał, że od pierwszych chwil swego kapłaństwa słyszał opinie, że aborcja jest kwestią religijną. - Nie jest ani problemem religijnym ani też filozoficznym. Jest problemem naukowym, bo mamy do czynienia z życiem ludzkim. Nie godzi się eliminować życia ludzkiego, aby rozwiązać problem - powiedział. Dodał, że to samo dotyczy eutanazji. 

Zobacz także



Wyborcza.pl

sobota, 2 listopada 2013

Agnieszka ZIÓŁKOWSKA: DYSKUTUJMY O IN VITRO TAK, JAKBY PIECHY NIE BYŁO

Nie dajmy się straszyć episkopatem, Gowinem czy Kochańskim. Rozmawiajmy wreszcie na temat!
Nie wierzę w cuda, ale, jak się okazuje, cuda się zdarzają. W środę w siedzibie „Gazety Wyborczej” ewidentnie zdarzył się cud: odbyła się pierwsza debata o in vitro w Polsce z prawdziwego zdarzenia. Powie ktoś, że przecież ten temat nieustannie wałkowany jest w mediach? Jest. Ale nie znaczy to, że kiedykolwiek dochodzi do merytorycznej dyskusji o leczeniu niepłodności tą metodą.

Debata Porozmawiajmy o in vitro udowodniła, że kiedy nie trzeba po raz tysięczny udowadniać, że dzieci poczęte in vitro nie są dziećmi Frankensteina (arcybiskup Pieronek), nie mają bruzd dotykowych na czołach (Franciszek Longchamps de Bérier), że in vitro nie indukuje wad wrodzonych (Andrzej Kochański), nie jest „wyrafinowaną aborcją” (Episkopat) oraz że mrożenie zarodków nie jest znęcaniem się nas tysiącami obywateli i obywatelek RP, płaczących w ciekłym azocie (Jarosław Gowin) – to można wreszcie porozmawiać na temat. 

Czyli o czym? O wyzwaniach, ryzyku, szansach i osiągnięciach w leczeniu niepłodności dzięki in vitro. O trzyletnim refundacyjnym programie rządowym, który docelowo ma objąć 15 tysięcy par (2,5 tysiąca par jest właśnie w trakcie procedury). O 26 klinikach, które go przyjęły, zobowiązując się do przestrzegania ściśle określonych standardów dotyczących kwalifikacji do programu, procedur, liczby tworzonych zarodków w zależności od wskazań medycznych etc. O koniecznych regulacjach prawnych, które gwarantowałyby standaryzację postępowania wszystkich lekarzy i klinik, a tym samym bezpieczeństwo wszystkich poddających się in vitro w Polsce.

A także o potrzebach – często emocjonalnych – pacjentów i opiece nad rodzinami leczącymi się tą metodą. O koniecznym wsparciu psychologicznym, pracy z niepłodną parą nad jej stresem, lękiem, które często stają się kolejną barierą i utrudniają osiągnięcie sukcesu medycznego. O adopcji zarodków. O ograniczeniu tych nadliczbowych. O dawstwie gamet, zwłaszcza komórek jajowych (wystarczy wpisać w Google frazę „sprzedaż komórek jajowych”, żeby zobaczyć dyskretne ogłoszenia klinik, które co prawda nie proponują dawczyniom „wynagrodzenia” – więc teoretycznie do handlu komórkami nie dochodzi – tylko „rekompensatę”, wyższą niż średnia krajowa). O sposobach refundacji leczenia niepłodności (m.in. wpisaniu leków stymulujących na listę leków refundowanych) na poziomie lokalnym i krajowym.

Bo nie jest tak, że jeśli 80% Polek i Polaków popiera leczenie niepłodności metodą in vitro, to jest to koniec rozmowy. To dopiero początek.

Perspektywa pacjentów różni się bowiem znacznie od perspektywy lekarskiej czy naukowej. Te zaś różnią się od perspektywy ministrów, parlamentarzystów i samorządowców. Zupełnie inna jest wreszcie perspektywa osób poczętych dzięki in vitro.

Widać to było właśnie w trakcie rozmowy w Agorze – choć zgadzaliśmy się w kwestii podstawowej, rozmówcy potrafili mnie zaskoczyć. I tak okazuje się, że minister zdrowia Bartosz Arłukowicz oraz jego zastępca, wiceminister Igor Radziewicz-Winnicki, odpowiedzialny za ministerialny program in vitro, wcale nie uważają ustawy regulującej tę kwestię za priorytet. Wolą programem „odczarowywać” debatę o in vitro, zamiast tworzyć prawo. Jasne, to nie jest zakazane. Tylko że program ministerialny można w każdym momencie zakończyć, zostawiając leczone pary na lodzie. Do tego nie wszystkie kliniki spełniają standardy postępowania w nim zawarte i bez ustawy nie ma żadnych narzędzi kontroli nad nimi.

Ale ministrowie nie chcą naciskać na tworzenie ustawy o in vitro, bo jeszcze nam tej metody w Sejmie zakażą.

Teza to dość wątpliwa. W końcu projekt zakazujący in vitro oraz przewidujący dla lekarzy stosujących tę metodę karę pozbawienia wolności do lat trzech został odrzucony w pierwszym czytaniu. A od 2010 roku wiele w debacie publicznej i świadomości społecznej się zmieniło. Mimo to ministrowie się boją. Obawiam się jednak, że boją się bardziej podziałów w Platformie. Efekt tego jest taki, że choć w ministerstwie jest przygotowany projekt ustawy, nie jest on kierowany do prac w Sejmie.

Jeszcze bardziej zdziwiło mnie swobodne podejście wiceministra Radziewicza-Winnickiego do unijnych dyrektyw odnoszących się do postępowania z trzema kategoriami tkanek i komórek: rozrodczych, zarodkowych i tkanek płodu. W trakcie debaty można było odnieść wrażenie, jakby były to jakieś ogólne wytyczne, niezwiązane z procedurą in vitro, a nie prawo, które państwo członkowskie ma obowiązek zaimplementować. Najwyraźniej jednak Komisja Europejska ma inne zdanie, bo pozwała we wrześniu Polskę do Trybunału Sprawiedliwości za to, że do dziś nie wdrożyła dyrektywy 2004/23/WE, którą powinna była przyjąć do 2006 roku. Dziwi to również z bardzo pragmatycznego powodu: kara naliczana jest dziennie. Ostatnio Komisja Europejska, skarżąc Szwecję, żądała w Trybunale po 50 tys. euro za każdy dzień zwłoki.

A jeśli nie ustawa i nie dyrektywy unijne, to może ratyfikowanie przyjętej przez Polskę w 1999 roku konwencji bioetycznej Rady Europy? Minister Arłukowicz najpierw starał się uniknąć w tej sprawie odpowiedzi, po uporczywym dopytywani się stwierdził, że jesteśmy bliżej przyjęcia konwencji niż dalej, a wreszcie obiecał, że dołoży wszelkich starań, by do ratyfikacji doszło jak najszybciej, bo jest to dla niego priorytet. Bardzo się cieszę i trzymam ministra za słowo.

Jaki płynie wniosek z tej debaty? Uwolnijmy się od absurdalnego dyskursu narzuconego nam przez episkopat i PiS. Nie dajmy się zastraszyć Longchamps de Bérier, Pieronkowi, Kochańskiemu czy Piesze – dyskutujmy o in vitro tak, jakby ich nie było. Ja już wiem, że jest to możliwe.

Czytaj także:

Źródło: Dziennik Opinii KP

piątek, 1 listopada 2013

Już 700 kobiet w ciąży dzięki rządowemu programowi in vitro. Pierwsze dziecko w przyszłym roku

Justyna Suchecka
 Drukuj
- Czekam z niecierpliwością na pierwsze dziecko, które z pewnością urodzi się w przyszłym roku - mówi minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Do rządowego programu dofinansowującego in vitro zgłosiło się już ponad 6 tys. par.
Rządowy program, dzięki któremu pary mogą się starać o dofinansowanie zabiegu in vitro, ruszył 1 lipca tego roku. I już po czterech miesiącach działania przynosi pierwsze efekty.

- Dzięki programowi mamy już ponad 700 ciąży, z czego ponad 200 potwierdzonych klinicznie. Bardzo delikatnie staram się mówić o tych danych i szanować intymność tych par, ponieważ wiemy, że niestety nie każda z tych ciąży może zostać donoszona. Ale jestem wielkim optymistą. Wiem, że w przyszłym roku urodzi się dzięki temu programowi pierwsze dziecko - mówi minister.


W czasie debaty w siedzibie "Gazety Wyborczej" minister chwalił się jeszcze jednym efektem programu. - Dla mnie osobiście to jest niezwykle ważna sprawa i symboliczne przełamanie pewnej bariery w Polsce - podkreślał. - Do tej pory używano in vitro głównie w kategorii ciężkiej, w twardej walce politycznej. Rozpowszechniano mity, które muszą boleć rodziców dzieciurodzonych dzięki tej metodzie, ale również musiały boleć lekarzy. Ten program musi odczarować in vitro w naszym kraju. Przecież twórcy in vitro dostali Nagrodę Nobla, a my w Polsce dyskutujemy o jakiejś bruździe.



Z problemem niepłodności w Polsce może borykać się nawet 2 mln osób. - Rozpoczynając ten program, wyliczyliśmy, że czeka na niego 15 tys. par, tych, u których inne metody walki z niepłodnością nie działały - mówił minister. - Formalnie to program trzyletni, ale mam nadzieję, że uda się go przedłużyć. W tym roku przeznaczyliśmy na niego 30 mln zł, łącznie wydamy ponad 250 mln zł. To są bardzo poważne środki finansowe.

Do rządowego programu zarejestrowało się już ponad 6 tys. par, 4 tys. zostało już do niego zakwalifikowane, a ponad 2,5 tys. jest już w trakcie programu.

- Protestuję przeciw myśleniu, że niepłodność nie jest chorobą - mówił Arłukowicz. 


Źródło: Wyborcza.pl

niedziela, 21 lipca 2013

Kościół zabrania kochać? Kłótnia z biskupem Pieronkiem

Sławomir Sierakowski rozzłościł biskupa Tadeusza Pieronka. Porozumienia nie znaleźli, ale ręce sobie podali.
Nie wszystkie dyskusje i debaty w ramach świnoujskiej Karuzeli Cooltury muszą kończyć się porozumieniem albo chociaż wyciągnięciem wspólnych wniosków. Rozmowa o tym, jakiej miłości zakazuje Kościół, była tego najlepszym przykładem.

W debacie uczestniczyli Sławomir Sierakowski (Krytyka Polityczna), prawicowy publicysta Paweł Lisicki oraz bp. Tadeusz Pieronek.

- Dlaczego kolejna już debata szybko schodzi z głównego tematu? - pytała jedna ze słuchaczek prowadzącego debatę Michała Chacińskiego.

Tym razem szybko rozmówcy przeszli do rozmowy o legalizacji związków partnerskich, in vitro, a nawet filozofii gender, którą bp. Pieronek określił jako gorszą od nazizmu i faszyzmu.

- Dlaczego Kościół, mówiąc o in vitro tak bardzo fetyszyzuje to, co naturalne. Czy objawienie było rzeczą naturalną? - zwrócił się Sierakowski do bp. Pieronka.

Ten ostatni aż poczerwieniał. - Niech pan nie wchodzi na drogi, których pan nie zna - odparł.

- Nie znam, więc pytam - odciął się Sierakowski.

Sytuację ratował Chaciński. - Wiemy, że w dyskusji między lewicą i prawicą do porozumienia nie dojdziemy - podsumował. - Jednak odpowiadając na pytanie "Komu Kościół zabrania miłości", najtrafniejsza jest odpowiedź: komukolwiek chce, kto jest wyznawcą tego Kościoła, ale innym w życie nie powinien się mieszać.

W ciągu całej soboty w różnych miejscach Świnoujścia toczono spory na temat: Czy pieniądze dają szczęście?

I tu chyba konsensus znaleziono. Ktoś rzekł: że dają ubogim, którzy dzięki nim mogą zaspokoić podstawowe potrzeby.

- Nigdy nie byłem biedny i zawsze te podstawowe potrzeby miałem zaspokojone i gdy tak jest, to już pieniądze do szczęścia nie są potrzebne - uważa dominikanin ojciec Maciej Zięba.

- Można bowiem być biednym i szczęśliwym, a także bogatym i nieszczęśliwym - przyznał w czasie debaty o pieniądzach i szczęściu Sierakowski.

Źródło: Wyborcza.pl

czwartek, 11 kwietnia 2013

"Gdyby abp Hoser był premierem, mnie by nie było". Polka urodzona dzięki in vitro odchodzi z Kościoła


Gazeta.pl: Po ogłoszeniu przez Episkopat dokumentu bioetycznego zadeklarowała pani, że planuje apostazję. A przecież Kościół od dawna bardzo krytycznie odnosi się do kwestii in vitro. Ten dokument przeważył szalę?

Agnieszka Ziółkowska: Wychowałam się w katolickiej rodzinie i to, czym powinny być wartości chrześcijańskie, czyli otwartość, tolerancja, budowanie wspólnoty, miłość bliźniego jest mi bliskie. Ale od czasu skandalu z arcybiskupem Paetzem, przez kwestie związane z pedofilią, przez stanowisko Kościoła w sprawie związków partnerskich coraz bardziej oddalałam się od Kościoła jako instytucji. Od dawna już nie chodzę na msze. Ale wiadomo, że można nie chodzić, można nawet nie wierzyć, ale apostazja to co innego. Wcześniej nie czułam potrzeby takiego formalnego wypisania się z tej wspólnoty. Wiadomo też, że to jest dość skomplikowane. Procedury są niejasne, z punktu widzenia prawa kanonicznego wygląda to tak, że nie ja występuję z Kościoła, tylko wspólnota się mnie pozbywa, jest się wyrzucanym. To postawienie sytuacji na głowie. Po ostatnich wypowiedziach o in vitro takie formalne odłączenie się stało się dla mnie ważne. Nie chcę już figurować w żadnych kościelnych spisach.

Czy to była dla pani trudna decyzja?

- Długo do tego dojrzewałam, ale teraz to nie jest trudne. Bardzo współczuję wszystkim ludziom wierzącym, bo takich jest sporo, którzy starają się o dziecko metodą in vitro i z ambony muszą wysłuchiwać takich opinii. Większość rodziców, którzy starają się o dziecko tą metodą, to katolicy, bo przynajmniej teoretycznie 98 proc. Polaków jakoś jest związana z katolicyzmem. We wszystkich badaniach opinii publicznej wychodzi, że 80 proc. społeczeństwa popiera in vitro. Większość polskich katolików nie ma z tym żadnego problemu i dla nich to stanowisko Kościoła musi być trudne do przyjęcia.

Słuchając przedstawicieli Kościoła, można odnieść wrażenie, że radykalizują się w swoich poglądach.

- To, co robią, to jest zabieranie podstawowego prawa człowieka do posiadania rodziny. A od strony dziecka jest to odbieranie prawa do istnienia. Komunikat jest taki, że gdyby abp Hoser był premierem, to mnie by nie było. I 30 tys. innych dzieci też. Widzę tę coraz większą radykalizację stanowiska. Może to odpowiedź na to, że odbiór społeczny in vitro jest coraz bardziej pozytywny, akceptacja tej metody jest coraz większa. Jesteśmy w momencie, gdy kwestia in vitro powinna być prawnie uregulowana. Obawiam się, że politycy, zamiast wsłuchać się w głos swoich wyborców, ugną się i uchwalą prawo zgodne z oczekiwaniami hierarchów Kościoła.

Ta retoryka kościelna dotyka panią osobiście?

- Mnie nie jest w stanie obrazić bp Pieronek opowiadający o dzieciach Frankensteina. Mogę się najwyżej przerazić hipokryzją takich ludzi. Wydaje im się, że można w dyskursie publicznym i z pozycji autorytetu uderzyć w godność drugiego człowieka i powiedzieć mu, że nie ma prawa do istnienia. Nie wiem, jak można robić takie rzeczy i nie ponosić żadnych konsekwencji. Mnie to nie boli, mnie to po prostu oburza. To wszystko już dawno przekroczyło jakiekolwiek granice przyzwoitości, empatii i zdrowego rozsądku. Dlatego nie chcę już formalnie przynależeć do tej instytucji.

Z jakimi reakcjami spotkała się pani deklaracja?

- Ze strony moich przyjaciół, znajomych, a nawet osób, których nie znam, a które starają się o dziecko metodą in vitro, spotkały mnie tylko bardzo pozytywne reakcje. Dziękowali mi. Ale widziałam też niektóre reakcje w internecie, na przykład na stronie Frondy - pełno tam było negatywnych komentarzy. Czekam tylko, aż Terlikowski mianuje mnie oficjalnie pierwszym dzieckiem szatana w Rzeczpospolitej. Mimo to uważam, że nie można tego tak zostawić, trzeba o tym problemie mówić. Ja mam to szczęście, że wychowałam się w rodzinie, która cały czas daje mi wsparcie. Mam za sobą rodziców i wsparcie bardzo wielu osób. Mogę o tym mówić i mam nadzieję, że pomoże to też innym.

Już od pewnego czasu wypowiada się pani głośno o in vitro i dementuje różne mity związane z tą kwestią. Można powiedzieć, że stała się pani twarzą tej metody w Polsce. Czy dla rodziców, którzy starają się o dziecko tą metodą lub już mają dzieci z in vitro, dostaje pani sygnały, że taka otwartość pomaga?

- Tak, dostaję takie sygnały, ale cały czas mam wrażenie, że to, co robię, to jeszcze za mało. Potrzeba jakiejś "comingoutowej kampanii" i bardzo wielu informacji na temat in vitro. Przecież nie wszyscy ludzie, którzy korzystają z tej metody, są z dużych miast, gdzie jest mniejsza presja i mniej uprzedzeń. Mogę sobie wyobrazić, że są takie środowiska, w których ludzie naprawdę mają z tym problem, boją się przyznać, czują, że zrobili coś złego, że popełnili wielki grzech. Trzeba im powiedzieć, że to jest cudowne, co robią, i te dzieci też są cudowne, są owocem naprawdę wielkiej miłości. Trzeba z in vitro zdjąć odium zła, bo to są piękne, wspaniałe dzieci, nie mają żadnych bruzd dotykowych. Są po prostu normalne.

Planuje pani dalej angażować się w działania na rzecz zmiany postrzegania dzieci poczętych dzięki metodzie in vitro i ich rodziców?

- Współpracuję ze Stowarzyszeniem "Nasz bocian", które od lat zajmuje się pracą u podstaw i edukacją w kwestii adopcji, leczenia niepłodności. Robią naprawdę ważną robotę. Z jednej strony myślimy o kampanii, która pokazywałaby, że te dzieci są i są wspaniałe, a ich rodzice naprawdę nie mają się czego wstydzić. Myślimy również o perspektywie dziecka, które też może mieć styczność z tym morzem szlamu i bluzg. Dlatego chcemy wydać taką książkę dla dzieci z bajkami, które mówiłyby o różnych alternatywnych sposobach pojawienia się dziecka w rodzinie, w tym o metodzie in vitro. Patrzę teraz na kalendarz wydany przez Stowarzyszenie "Nasz bocian", które pokazuje zdjęcia dzieci poczętych tą metodą. One mają dziś trzy, cztery lata. Chciałabym, żeby będąc w moim wieku, nie musiały nawet myśleć o czymś takim jak coming out, żeby in vitro przestało budzić jakiekolwiek kontrowersje. 

Źródło: TOK FM