Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
sobota, 24 października 2015
Kościół katolicki nie tylko w Janowie Lubelskim rządzi oświatą
Na wschodzie kraju rządzi Kościół katolicki, a nie władze samorządowe, czy też, jak w opisywanym przypadku, oświatowe.
W Janowie Lubelskim w trzech szkołach nie odbyły się zajęcia szkolne, bo cały Janów Lubelski świętował 30-lecie koronacji Matki Bożej Janowskiej.
Działo się to w dzień powszedni we wrześniu, w dzień nauki.
Jeden z rodziców zgłosił obiekcje:
– Rozumiem potrzeby duchowe, ale żeby z powodu święta zatrzymywać oświatę na cały dzień, to już przesada. Wiem, że większość mieszkańców to katolicy, ale dlaczego tak traktuje się mniejszość? Ja wcale nie zamierzam świętować. Może od razu zmienić nazwę miasta na Katolicki Janów Lubelski? To zwykła indoktrynacja.
Kuratorium zaraz się zajął sprawą. Ale co z tego? Kler gwiźnie, owieczki polezą na dźwiek dzwonów.
Tak postępuje Polska katolska. A może być jeszcze gorzej, gdy do konstytucji zostanie wpisane: "W imię Boga..." i podobne brednie o wartościach chrześcijańskich, które ogłosił prezes wiadomej partii.
---
piątek, 19 grudnia 2014
Informatyka i chemia tylko w pierwszej klasie, za to religia... przez trzy lata liceum, dwa razy w tygodniu. "Powrót do średniowiecza"
Anna Gmiterek-Zabłocka
Mało chemii, ale dużo religii... (AG)
Praktycznie bez chemii i informatyki w klasie matematyczno-fizycznej w liceum? Taki przykład opisał nam słuchacz z Poznania, ojciec licealisty zbulwersowany tym, że przyszli inżynierowie nie mają możliwości nauki np. chemii w drugiej czy trzeciej klasie. - Za to religii jest aż nadto - mówi Piotr Zujewski.
A minister nauki zdziwiona. Za to od wykładowców słyszymy: "Najpierw skraca się naukę w liceum, a potem na studiach trzeba robić młodzieży zajęcia wyrównawcze. Bo studenci mają duże braki". Z matematyki, chemii czy fizyki.
Słuchacz TOK FM: Skąd te "białe plamy" w cyklu nauki w liceum?
Pan Piotr Zujewski, inżynier, jest ojcem ucznia pierwszej klasy liceum o profilu matematyczno-inżynieryjnym, z rozszerzonym programem nauczania matematyki i fizyki. Słuchacz TOK FM mocno się zdziwił, gdy syn przyniósł do domu rozpiskę z przedmiotami, których będzie się uczył w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie liceum.
- Moją uwagę przykuła "biała plama" w kilku przedmiotach w klasie drugiej i trzeciej - mówi pan Piotr. O jaką "białą plamę" chodzi? O lekcje np. z chemii, informatyki czy biologii, których w drugiej i trzeciej klasie w ogóle nie przewidziano. Są tylko w klasie pierwszej i to zaledwie jedna godzina w tygodniu. - A przecież chemia dla przyszłego inżyniera może być bardzo przydatna, np. jakby chciał się zająć polimerami, biochemią czy inżynierią materiałową. Już nie mówiąc o informatyce - dodaje nasz rozmówca.
Pan Piotr zwraca uwagę na coś jeszcze, co bardzo jasno wynika z tabelki: - Mamy taki figielek: dwie godziny lekcyjne religii przez trzy lata liceum - domyślam się, że w klasie drugiej i trzeciej jedna godzina religii będzie o profilu biologicznym, a druga chemicznym. Jest to powrót do średniowiecza - nie ma wątpliwości ojciec licealisty.
"Coś tu nie gra"
Słuchacz próbował interweniować: zaczął od szkoły, ale nic nie wskórał. - Rozmawiałem z dyrektorem, który w tej kwestii nic nie może zrobić, ponieważ jest to program zatwierdzony przez kuratorium. Zadałem pytanie retoryczne: czy na politechnice kierunki obejmują tylko naukę matematyki i fizyki; a gdzie jest miejsce chemii i biologii? - mówi Piotr Zujewski.
Dzwonił również do ministerstwa, ale i tu niewiele zdziałał, więc postanowił napisać też do nas. - Z jednej strony obcina się te lekcje w liceum, a z drugiej strony na uczelniach wyższych organizuje się dla nowych studentów zajęcia wyrównawcze. To jest, mogę powiedzieć wprost, niedorzeczność i absurd - dodaje. Nie zdradza, o jaką szkołę chodzi, bo - jak podkreśla - potrzebne są zmiany systemowe, a nie w jednej konkretnej placówce oświatowej.
Minister nauki: "Jestem zaskoczona"
Jak to możliwe, że w klasie sprofilowanej niejako technicznie, chemia czy informatyka jest tylko w pierwszym roku nauki w liceum? Minister nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Lena Kolarska-Bobińska była tym zaskoczona. - Jestem zaskoczona, że na takim profilu nie ma więcej takich zajęć, bo większa liczba godzin wydawałaby się czymś naturalnym i zrozumiałym. Ja nie bardzo mogę ingerować czy wpływać, bo są to kwestie minister edukacji. Ale mogę poradzić, by domagać się i w szkole, i w kuratorium, by zajęć choćby z informatyki było więcej, bo przecież informatyka przydaje się wszędzie - mówi minister nauki.
Z kolei na nasze pytanie, czy rzeczywiście musi być tak, że na uczelniach trzeba organizować zajęcia wyrównawcze, pani minister odpowiada, że nie widzi w tym nic złego. - Myślę, że każdyuniwersytet czy politechnika powinien organizować zajęcia dokształcające, zresztą różnego typu, nie tylko z danego przedmiotu. Ale dobrze by było, aby także szkoły średnie bardziej myślały o takich zajęciach - zajęciach w małych grupach, na przykład takich, które właśnie mają trudności z nauką - dodaje szefowa resortu.
Wykładowca-matematyk: "Zamyka się młodym ludziom możliwość wyboru"
To, że młodzież, która trafia na studia, ma braki np. w przedmiotach ścisłych, potwierdzają wykładowcy. - Bywa, że nie znają podstaw fizyki, że praktycznie w ogóle w szkole nie robili zadań, nie potrafią się do nich zabrać - mówi, proszący o anonimowość, profesor na jednej z państwowych uczelni.
To samo słyszymy od matematyka, wieloletniego wykładowcy, dr Janusza Szustera z Katedry Matematyki Stosowanej na Wydziale Podstaw Techniki Politechniki Lubelskiej. - W mojej ocenie winę za słabsze przygotowanie studentów ponosi zbyt wczesna specjalizacja w szkole średniej. To, że nie ma np. chemii w większym wymiarze na drugim czy trzecim roku nauki w liceum, to bez wątpienia strata dla młodzieży, bo to zamyka im możliwość wyboru. Oczywiście, można prywatnie szukać wiedzy, ale przecież po to jest szkoła, aby to szkoła danego ucznia przygotowała - mówi nauczyciel akademicki.
Sam wielokrotnie prowadził zajęcia wyrównujące wiedzę i przyznaje, że braki wśród studentów są spore. Bywa, że mają problemy z naprawdę podstawowymi rachunkami, bo na co dzień używają kalkulatorów. Poza tym, zdaniem dr. Szustera, początek studiowania nie jest dobrym czasem na wyrównywanie wiedzy. - Zdecydowanie to nie jest ten moment. Bo przecież młody człowiek musi się na studiach odnaleźć, spadają na niego ciosy z różnych przedmiotów - z przedmiotów, na których to, co robi się na zajęciach wyrównawczych, powinno być już dogłębnie opanowane - mówi wykładowca.
Zna wielu studentów, którzy z jednej strony starają się dokształcać, ale jednocześnie muszą sobie radzić z bieżącym rozwiązywaniem zadań, rozstrzyganiem problemów na zajęciach na danym kierunku. I mają z tym olbrzymi problem.
MEN: "Każdy uczeń ma szansę rzetelnie i gruntownie przygotować się w szkole do podjęcia studiów"
Pytania w sprawie "białych plam" wysłaliśmy też do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Pytaliśmy m.in. jak MEN to ocenia i czy tak być powinno. Ministerstwo jednak problemu nie widzi. Dostaliśmy odpowiedź, z której wynika, że w ślad za zmianami w podstawie programowej, wprowadzanej sukcesywnie od roku szkolnego 2009/2010, zmieniła się również organizacja kształcenia w szkołach ponadgimnazjalnych.
"Zasadnicza zmiana polega na zespoleniu programowym gimnazjum i I klasy liceum ogólnokształcącego, które pozwala w ciągu czterech lat nauki w pełni zrealizować zakres podstawowy kształcenia ogólnego. Następnie w klasach II i III liceum ogólnokształcącego uczniowie uczą się wybranych przez siebie przedmiotów w zakresie rozszerzonym po to, by dobrze przygotować się do planowanego kierunku studiów" - napisała nam rzeczniczka MEN, Joanna Dębek.
MEN przekonuje, że w nowej ramówce na każdy z przedmiotów rozszerzonych przeznacza się 6-8 godzin w cyklu kształcenia, podczas gdy w poprzedniej - na wszystkie przedmioty rozszerzone było łącznie 10 godzin w cyklu. "Dzięki niemal trzykrotnie większej liczbie godzin - 29 zamiast 10 - przeznaczonych w liceach na nauczanie wybranych przez ucznia przedmiotów w zakresie rozszerzonym i uzupełniającym, każdy uczeń ma szansę rzetelnie i gruntownie przygotować się w szkole do podjęcia studiów" - dowodzi rzeczniczka MEN.
Wszystko prawda, tylko że Syn naszego słuchacza, pana Piotra, jest w klasie matematycznej: i matematykę, i fizykę ma na poziomie rozszerzonym. - Tu godzin jest rzeczywiście sporo - przyznaje słuchacz. Tyle, że jedno nie powinno - jego zdaniem - wykluczać drugiego. Bo to, że jest 5 godzin fizyki, nie powinno oznaczać automatycznie, że w drugiej klasie np. nie ma w ogóle chemii czy informatyki. A tak to wygląda.
Słuchacz TOK FM: Skąd te "białe plamy" w cyklu nauki w liceum?
Pan Piotr Zujewski, inżynier, jest ojcem ucznia pierwszej klasy liceum o profilu matematyczno-inżynieryjnym, z rozszerzonym programem nauczania matematyki i fizyki. Słuchacz TOK FM mocno się zdziwił, gdy syn przyniósł do domu rozpiskę z przedmiotami, których będzie się uczył w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie liceum.
- Moją uwagę przykuła "biała plama" w kilku przedmiotach w klasie drugiej i trzeciej - mówi pan Piotr. O jaką "białą plamę" chodzi? O lekcje np. z chemii, informatyki czy biologii, których w drugiej i trzeciej klasie w ogóle nie przewidziano. Są tylko w klasie pierwszej i to zaledwie jedna godzina w tygodniu. - A przecież chemia dla przyszłego inżyniera może być bardzo przydatna, np. jakby chciał się zająć polimerami, biochemią czy inżynierią materiałową. Już nie mówiąc o informatyce - dodaje nasz rozmówca.
Pan Piotr zwraca uwagę na coś jeszcze, co bardzo jasno wynika z tabelki: - Mamy taki figielek: dwie godziny lekcyjne religii przez trzy lata liceum - domyślam się, że w klasie drugiej i trzeciej jedna godzina religii będzie o profilu biologicznym, a druga chemicznym. Jest to powrót do średniowiecza - nie ma wątpliwości ojciec licealisty.
"Coś tu nie gra"
Słuchacz próbował interweniować: zaczął od szkoły, ale nic nie wskórał. - Rozmawiałem z dyrektorem, który w tej kwestii nic nie może zrobić, ponieważ jest to program zatwierdzony przez kuratorium. Zadałem pytanie retoryczne: czy na politechnice kierunki obejmują tylko naukę matematyki i fizyki; a gdzie jest miejsce chemii i biologii? - mówi Piotr Zujewski.
Dzwonił również do ministerstwa, ale i tu niewiele zdziałał, więc postanowił napisać też do nas. - Z jednej strony obcina się te lekcje w liceum, a z drugiej strony na uczelniach wyższych organizuje się dla nowych studentów zajęcia wyrównawcze. To jest, mogę powiedzieć wprost, niedorzeczność i absurd - dodaje. Nie zdradza, o jaką szkołę chodzi, bo - jak podkreśla - potrzebne są zmiany systemowe, a nie w jednej konkretnej placówce oświatowej.
Jak to możliwe, że w klasie sprofilowanej niejako technicznie, chemia czy informatyka jest tylko w pierwszym roku nauki w liceum? Minister nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Lena Kolarska-Bobińska była tym zaskoczona. - Jestem zaskoczona, że na takim profilu nie ma więcej takich zajęć, bo większa liczba godzin wydawałaby się czymś naturalnym i zrozumiałym. Ja nie bardzo mogę ingerować czy wpływać, bo są to kwestie minister edukacji. Ale mogę poradzić, by domagać się i w szkole, i w kuratorium, by zajęć choćby z informatyki było więcej, bo przecież informatyka przydaje się wszędzie - mówi minister nauki.
Z kolei na nasze pytanie, czy rzeczywiście musi być tak, że na uczelniach trzeba organizować zajęcia wyrównawcze, pani minister odpowiada, że nie widzi w tym nic złego. - Myślę, że każdyuniwersytet czy politechnika powinien organizować zajęcia dokształcające, zresztą różnego typu, nie tylko z danego przedmiotu. Ale dobrze by było, aby także szkoły średnie bardziej myślały o takich zajęciach - zajęciach w małych grupach, na przykład takich, które właśnie mają trudności z nauką - dodaje szefowa resortu.
Wykładowca-matematyk: "Zamyka się młodym ludziom możliwość wyboru"
To, że młodzież, która trafia na studia, ma braki np. w przedmiotach ścisłych, potwierdzają wykładowcy. - Bywa, że nie znają podstaw fizyki, że praktycznie w ogóle w szkole nie robili zadań, nie potrafią się do nich zabrać - mówi, proszący o anonimowość, profesor na jednej z państwowych uczelni.
To samo słyszymy od matematyka, wieloletniego wykładowcy, dr Janusza Szustera z Katedry Matematyki Stosowanej na Wydziale Podstaw Techniki Politechniki Lubelskiej. - W mojej ocenie winę za słabsze przygotowanie studentów ponosi zbyt wczesna specjalizacja w szkole średniej. To, że nie ma np. chemii w większym wymiarze na drugim czy trzecim roku nauki w liceum, to bez wątpienia strata dla młodzieży, bo to zamyka im możliwość wyboru. Oczywiście, można prywatnie szukać wiedzy, ale przecież po to jest szkoła, aby to szkoła danego ucznia przygotowała - mówi nauczyciel akademicki.
Sam wielokrotnie prowadził zajęcia wyrównujące wiedzę i przyznaje, że braki wśród studentów są spore. Bywa, że mają problemy z naprawdę podstawowymi rachunkami, bo na co dzień używają kalkulatorów. Poza tym, zdaniem dr. Szustera, początek studiowania nie jest dobrym czasem na wyrównywanie wiedzy. - Zdecydowanie to nie jest ten moment. Bo przecież młody człowiek musi się na studiach odnaleźć, spadają na niego ciosy z różnych przedmiotów - z przedmiotów, na których to, co robi się na zajęciach wyrównawczych, powinno być już dogłębnie opanowane - mówi wykładowca.
Zna wielu studentów, którzy z jednej strony starają się dokształcać, ale jednocześnie muszą sobie radzić z bieżącym rozwiązywaniem zadań, rozstrzyganiem problemów na zajęciach na danym kierunku. I mają z tym olbrzymi problem.
MEN: "Każdy uczeń ma szansę rzetelnie i gruntownie przygotować się w szkole do podjęcia studiów"
Pytania w sprawie "białych plam" wysłaliśmy też do Ministerstwa Edukacji Narodowej. Pytaliśmy m.in. jak MEN to ocenia i czy tak być powinno. Ministerstwo jednak problemu nie widzi. Dostaliśmy odpowiedź, z której wynika, że w ślad za zmianami w podstawie programowej, wprowadzanej sukcesywnie od roku szkolnego 2009/2010, zmieniła się również organizacja kształcenia w szkołach ponadgimnazjalnych.
"Zasadnicza zmiana polega na zespoleniu programowym gimnazjum i I klasy liceum ogólnokształcącego, które pozwala w ciągu czterech lat nauki w pełni zrealizować zakres podstawowy kształcenia ogólnego. Następnie w klasach II i III liceum ogólnokształcącego uczniowie uczą się wybranych przez siebie przedmiotów w zakresie rozszerzonym po to, by dobrze przygotować się do planowanego kierunku studiów" - napisała nam rzeczniczka MEN, Joanna Dębek.
MEN przekonuje, że w nowej ramówce na każdy z przedmiotów rozszerzonych przeznacza się 6-8 godzin w cyklu kształcenia, podczas gdy w poprzedniej - na wszystkie przedmioty rozszerzone było łącznie 10 godzin w cyklu. "Dzięki niemal trzykrotnie większej liczbie godzin - 29 zamiast 10 - przeznaczonych w liceach na nauczanie wybranych przez ucznia przedmiotów w zakresie rozszerzonym i uzupełniającym, każdy uczeń ma szansę rzetelnie i gruntownie przygotować się w szkole do podjęcia studiów" - dowodzi rzeczniczka MEN.
Wszystko prawda, tylko że Syn naszego słuchacza, pana Piotra, jest w klasie matematycznej: i matematykę, i fizykę ma na poziomie rozszerzonym. - Tu godzin jest rzeczywiście sporo - przyznaje słuchacz. Tyle, że jedno nie powinno - jego zdaniem - wykluczać drugiego. Bo to, że jest 5 godzin fizyki, nie powinno oznaczać automatycznie, że w drugiej klasie np. nie ma w ogóle chemii czy informatyki. A tak to wygląda.
Źródło: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17155046,Informatyka_i_chemia_tylko_w_pierwszej_klasie__za.html
Zobacz także
Episkopat naciska na maturę z religii, a rząd zgadza się na kolejne konsultacje ws. konwencji antyprzemocowej
Kazali dziecku zatkać uszy. By nie słyszało, co inni robią na religii
Papież: Wydaje się, że rozwodnicy są de facto ekskomunikowani. Trzeba trochę bardziej otworzyć drzwi
Już dwa razy więcej szkół z etyką. "Fajne lekcje. Ostatnio rozmawialiśmy o wyborach"
poniedziałek, 3 listopada 2014
Krzyż w szkole? Ankieta dla rodziców: "Konstytucja RP nie jest neutralna światopoglądowo". Będzie reakcja kuratorium
Anna Gmiterek-Zabłocka
"Czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły?" - ankietę z takim pytaniem dostali rodzice uczniów z Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach na Górnym Śląsku. Rada rodziców przygotowała ankietę, pod którą jest m.in. miejsce na podpis. Po co? O to pytamy samych zainteresowanych.
To szkoła, o której pisaliśmy kilka tygodni temu - jedna z nauczycielek zdjęła w niej krzyż w pokoju nauczycielskim. Poszła też do sądu z pozwem przeciwko szkole o dyskryminację na tle światopoglądowym.
Pani Grażyna mówiła nam m.in. o ostracyzmie środowiskowym, którego po tym doświadczyła, o swoich emocjach i stresie, który przeżywała. W końcu złożyła pozew w sądzie pracy o dyskryminację nauczyciela na tle światopoglądowym. Proces ma ruszyć w tym miesiącu.
Proces przed nami - ankieta dla rodziców ma z tym związek?
Prawie miesiąc po publikacji naszego tekstu w szkole pojawiła się ankieta dla rodziców na temat krzyża w pokoju nauczycielskim. Do Fundacji "Wolność od religii" napisała w tej sprawie mama jednego z uczniów z klas młodszych szkoły w Krapkowicach - pani Ewa*.
Poinformowała m.in. że w piątek, gdy syn wrócił ze szkoły, znalazła w jego plecaku ankietę, która wprawiła ją w osłupienie. Jak podejrzewa, w ten sposób szkoła przygotowuje się do procesu z nauczycielką. Chce mieć również poparcie rodziców. Pani Ewa podkreśla, że jest osobą wierzącą, ale nie utożsamia się ani z ankietą, ani z radą rodziców. Nie podoba jej się, że w konflikt o krzyż angażowani się rodzice.
Prawo do publicznego manifestowania wiary to jedno z praw człowieka.
Co jest na kartkach, które dostali rodzice? Długi wstęp, a pod nim pytanie: "Czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły?". I trzy odpowiedzi do wyboru: tak, nie, nie mam zdania. I na samym dole miejsce na podpis.
We wstępie czytamy: "Rada Rodziców () z niepokojem obserwuje konflikt dotyczący rozumienia symboliki krzyża w przestrzeni naszej szkoły. Zauważamy, iż Konstytucja RP nie jest 'neutralna światopoglądowo', przeciwnie - jest w niej określony pewien podstawowy dla naszego państwa system wartości, porządek kulturowy i moralny, wskazując m.in. na 'kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu'.
My, rodzice, doceniając to chrześcijańskie dziedzictwo, pragniemy wychowywać nasze dzieci, opierając się na fundamencie chrześcijańskich wartości()".
Ankieta to również kilka zdań o symbolu krzyża: "Krzyż nigdy obiektywnie nie był symbolem wykluczenia kogokolwiek". I dalej: "Prawo do publicznego manifestowania wiary to jedno z praw człowieka. (...) Niezależnie od światopoglądu, który jest prywatną sprawą każdego pedagoga, oczekujemy świadomości, że w polskich realiach krzyż nie jest wyłącznie symbolem religijnym, ale znakiem kultury i podstawą narodowej tożsamości".
Informacja poufna, ale...
Pod ankietą, niewielką czcionką, jest uwaga, że dane osób podpisujących się "prezydium rady rodziców" będzie traktować jako informację poufną, która nie będzie udostępniana innym organom statutowym szkoły. Ale jednocześnie znajdziemy tu zastrzeżenie, że osoby trzecie uzyskają informację liczbową o wynikach sondażu.
Szefowa rady rodziców mówi nam, że pomysł z ankietą wyszedł od samych rodziców. - Jeden z panów wysunął taką propozycję, by sprawdzić, co inni rodzice myślą o krzyżu, bo dużo szumu się dzieje medialnie. Chcemy wiedzieć, ile jest głosów za, czy jest większość czy też mniejszość - mówi Joanna Jochymek. Podkreśla, że ankieta nie jest obowiązkowa, tak samo jak podpis pod nią. Zapewnia, że wpływu na treść ankiety nie miała ani szkoła, ani ksiądz.
Czy wyniki ankiety zostaną udostępnione dyrekcji szkoły, by ta mogła powołać się na nie na przykład w trakcie procesu w sądzie? - Tej informacji nie mogę udzielić. W tym tygodniu mamy spotkanie rady rodziców i ustalimy, co dalej robić - wyjaśnia Jochymek.
Szkoła nie chce komentować ani treści ankiety, ani sposobu jej przeprowadzania
Dyrektorem szkoły w Krapkowicach, od prawie 20 lat, jak można wyczytać na stronie placówki, jest mgr inż. Teresa Wichary. Na stronie miejscowej Parafii Rzymskokatolickiej pod wezwaniem Ducha Świętego znaleźliśmy informację, że osoba o tym samym imieniu i nazwisku wchodzi w skład Rady Parafialnej, z wyboru parafian.
Zapytaliśmy panią dyrektor, czy szkoła jest odpowiednim miejscem na przeprowadzanie ankiety. "Rada Rodziców jest w pełni autonomicznym organem statutowym szkoły i dyrektor nie ma kompetencji do oceny jej działalności" - taką odpowiedź otrzymaliśmy.
Ankiety dla rodziców rozdają uczniom nauczyciele. Pytaliśmy więc również o to, czy tak być powinno. "Rada Rodziców zwróciła się z wnioskiem o udzielenie pomocy organizacyjnej (...). Dyrektor nie znalazł podstaw prawnych, które by uzasadniały negatywne rozpatrzenie wniosku Rady Rodziców" - czytamy w odpowiedzi otrzymanej ze szkoły.
"Pytanie w ankiecie to pytanie o wyznanie lub jego brak"
W sprawie ankiety interweniuje prezeska Fundacji "Wolność od religii", Dorota Wójcik. - W piśmie do kurator oświaty w Opolu zwracamy się z prośbą o wprowadzenie zakazu rozsyłania do rodziców ankiety, która w przedmowie zawiera nietrafne i niezgodne z prawdą interpretacje zapisów Konstytucji RP - mówi Dorota Wójcik. I dodaje, że zadając pytanie "Czy przeszkadza Ci krzyż w przestrzeni wychowawczej naszej szkoły?" pyta się tak naprawdę o wyznanie lub jego brak, czego wprost zakazuje Konstytucja.
- Ponadto zwracamy uwagę pani kurator na fakt, iż rozpowszechnianie ankiety, zawierającej treści jawnie ideologiczne, prezentujące określone stanowisko światopoglądowe, szerzące nieprawdę (jakoby polska Konstytucja była religijne zorientowana), w sytuacji konfliktu światopoglądowego w tej szkole nie służy niczemu dobremu. Z pewnością nie służy bezpieczeństwu dzieci należących do światopoglądowych mniejszości i tworzy atmosferę walki - argumentuje Dorota Wójcik.
Kurator: "Rada Rodziców przekroczyła swoje kompetencje"
"Na terenie szkoły nie można prowadzić agitacji politycznych. Szkoła powinna być także przestrzenią neutralną światopoglądowo" - napisała nam Teodozja Świderska, przekazując opinię kuratora oświaty w Opolu. Kurator zwraca też uwagę, że kwestie światopoglądu, wyznania nie powinny podlegać ankietowaniu. "Kwestie światopoglądowe nie podlegają też ocenie i demokratycznym (większościowym) wyborom. Czemu więc miałyby służyć pytania zawarte w ankiecie?" - czytamy w odpowiedzi, którą dostaliśmy z Kuratorium Oświaty.
Zdaniem kuratora, rada rodziców przy Zespole Szkół Sportowych nr 1 w Krapkowicach przygotowując i rozprowadzając ankietę wśród rodziców przekroczyła swoje ustawowe kompetencje. Kurator zwróci się do dyrektora szkoły o wyjaśnienia w tej sprawie.
*Imię mamy ucznia zostało zmienione
Pani Grażyna mówiła nam m.in. o ostracyzmie środowiskowym, którego po tym doświadczyła, o swoich emocjach i stresie, który przeżywała. W końcu złożyła pozew w sądzie pracy o dyskryminację nauczyciela na tle światopoglądowym. Proces ma ruszyć w tym miesiącu.
Proces przed nami - ankieta dla rodziców ma z tym związek?
Prawie miesiąc po publikacji naszego tekstu w szkole pojawiła się ankieta dla rodziców na temat krzyża w pokoju nauczycielskim. Do Fundacji "Wolność od religii" napisała w tej sprawie mama jednego z uczniów z klas młodszych szkoły w Krapkowicach - pani Ewa*.
Poinformowała m.in. że w piątek, gdy syn wrócił ze szkoły, znalazła w jego plecaku ankietę, która wprawiła ją w osłupienie. Jak podejrzewa, w ten sposób szkoła przygotowuje się do procesu z nauczycielką. Chce mieć również poparcie rodziców. Pani Ewa podkreśla, że jest osobą wierzącą, ale nie utożsamia się ani z ankietą, ani z radą rodziców. Nie podoba jej się, że w konflikt o krzyż angażowani się rodzice.
Prawo do publicznego manifestowania wiary to jedno z praw człowieka.
Co jest na kartkach, które dostali rodzice? Długi wstęp, a pod nim pytanie: "Czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły?". I trzy odpowiedzi do wyboru: tak, nie, nie mam zdania. I na samym dole miejsce na podpis.
We wstępie czytamy: "Rada Rodziców () z niepokojem obserwuje konflikt dotyczący rozumienia symboliki krzyża w przestrzeni naszej szkoły. Zauważamy, iż Konstytucja RP nie jest 'neutralna światopoglądowo', przeciwnie - jest w niej określony pewien podstawowy dla naszego państwa system wartości, porządek kulturowy i moralny, wskazując m.in. na 'kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu'.
My, rodzice, doceniając to chrześcijańskie dziedzictwo, pragniemy wychowywać nasze dzieci, opierając się na fundamencie chrześcijańskich wartości()".
Ankieta to również kilka zdań o symbolu krzyża: "Krzyż nigdy obiektywnie nie był symbolem wykluczenia kogokolwiek". I dalej: "Prawo do publicznego manifestowania wiary to jedno z praw człowieka. (...) Niezależnie od światopoglądu, który jest prywatną sprawą każdego pedagoga, oczekujemy świadomości, że w polskich realiach krzyż nie jest wyłącznie symbolem religijnym, ale znakiem kultury i podstawą narodowej tożsamości".
Pod ankietą, niewielką czcionką, jest uwaga, że dane osób podpisujących się "prezydium rady rodziców" będzie traktować jako informację poufną, która nie będzie udostępniana innym organom statutowym szkoły. Ale jednocześnie znajdziemy tu zastrzeżenie, że osoby trzecie uzyskają informację liczbową o wynikach sondażu.
Szefowa rady rodziców mówi nam, że pomysł z ankietą wyszedł od samych rodziców. - Jeden z panów wysunął taką propozycję, by sprawdzić, co inni rodzice myślą o krzyżu, bo dużo szumu się dzieje medialnie. Chcemy wiedzieć, ile jest głosów za, czy jest większość czy też mniejszość - mówi Joanna Jochymek. Podkreśla, że ankieta nie jest obowiązkowa, tak samo jak podpis pod nią. Zapewnia, że wpływu na treść ankiety nie miała ani szkoła, ani ksiądz.
Czy wyniki ankiety zostaną udostępnione dyrekcji szkoły, by ta mogła powołać się na nie na przykład w trakcie procesu w sądzie? - Tej informacji nie mogę udzielić. W tym tygodniu mamy spotkanie rady rodziców i ustalimy, co dalej robić - wyjaśnia Jochymek.
Szkoła nie chce komentować ani treści ankiety, ani sposobu jej przeprowadzania
Dyrektorem szkoły w Krapkowicach, od prawie 20 lat, jak można wyczytać na stronie placówki, jest mgr inż. Teresa Wichary. Na stronie miejscowej Parafii Rzymskokatolickiej pod wezwaniem Ducha Świętego znaleźliśmy informację, że osoba o tym samym imieniu i nazwisku wchodzi w skład Rady Parafialnej, z wyboru parafian.
Zapytaliśmy panią dyrektor, czy szkoła jest odpowiednim miejscem na przeprowadzanie ankiety. "Rada Rodziców jest w pełni autonomicznym organem statutowym szkoły i dyrektor nie ma kompetencji do oceny jej działalności" - taką odpowiedź otrzymaliśmy.
Ankiety dla rodziców rozdają uczniom nauczyciele. Pytaliśmy więc również o to, czy tak być powinno. "Rada Rodziców zwróciła się z wnioskiem o udzielenie pomocy organizacyjnej (...). Dyrektor nie znalazł podstaw prawnych, które by uzasadniały negatywne rozpatrzenie wniosku Rady Rodziców" - czytamy w odpowiedzi otrzymanej ze szkoły.
"Pytanie w ankiecie to pytanie o wyznanie lub jego brak"
W sprawie ankiety interweniuje prezeska Fundacji "Wolność od religii", Dorota Wójcik. - W piśmie do kurator oświaty w Opolu zwracamy się z prośbą o wprowadzenie zakazu rozsyłania do rodziców ankiety, która w przedmowie zawiera nietrafne i niezgodne z prawdą interpretacje zapisów Konstytucji RP - mówi Dorota Wójcik. I dodaje, że zadając pytanie "Czy przeszkadza Ci krzyż w przestrzeni wychowawczej naszej szkoły?" pyta się tak naprawdę o wyznanie lub jego brak, czego wprost zakazuje Konstytucja.
- Ponadto zwracamy uwagę pani kurator na fakt, iż rozpowszechnianie ankiety, zawierającej treści jawnie ideologiczne, prezentujące określone stanowisko światopoglądowe, szerzące nieprawdę (jakoby polska Konstytucja była religijne zorientowana), w sytuacji konfliktu światopoglądowego w tej szkole nie służy niczemu dobremu. Z pewnością nie służy bezpieczeństwu dzieci należących do światopoglądowych mniejszości i tworzy atmosferę walki - argumentuje Dorota Wójcik.
Kurator: "Rada Rodziców przekroczyła swoje kompetencje"
"Na terenie szkoły nie można prowadzić agitacji politycznych. Szkoła powinna być także przestrzenią neutralną światopoglądowo" - napisała nam Teodozja Świderska, przekazując opinię kuratora oświaty w Opolu. Kurator zwraca też uwagę, że kwestie światopoglądu, wyznania nie powinny podlegać ankietowaniu. "Kwestie światopoglądowe nie podlegają też ocenie i demokratycznym (większościowym) wyborom. Czemu więc miałyby służyć pytania zawarte w ankiecie?" - czytamy w odpowiedzi, którą dostaliśmy z Kuratorium Oświaty.
Zdaniem kuratora, rada rodziców przy Zespole Szkół Sportowych nr 1 w Krapkowicach przygotowując i rozprowadzając ankietę wśród rodziców przekroczyła swoje ustawowe kompetencje. Kurator zwróci się do dyrektora szkoły o wyjaśnienia w tej sprawie.
*Imię mamy ucznia zostało zmienione
Zobacz także
Zdjęła krzyż w pokoju nauczycielskim. Oskarżono ją o kradzież. ''W obecności 50 osób sugerowali, że kradnę też inne rzeczy''
Połącz kropki w pentagramie. Satanistyczne broszury w szkołach na Florydzie na równi z egzemplarzami Biblii
Episkopat ws. lekcji religii: "Wszyscy katolicy mają sumiennie uczestniczyć. A rodzice mają obowiązek..."
Ks. Kloch broni państwowych pensji dla katechetów i kapelanów. "To nie jest wspieranie kultu religijnego. To obowiązek państwa"
środa, 29 października 2014
Dzień Patrona szkoły. Msza i sprawdzanie listy obecności przed kościołem. "Nikt do mszy nie zmuszał"
Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM
Święto szkoły, a na nim obowiązkowa msza święta i sprawdzanie obecności przed kościołem. Tak były zaplanowane uroczystości związane z Dniem Patrona w Gimnazjum w Świerklanach na Śląsku. Do Fundacji "Wolność od religii" napisało w tej sprawie kilku rodziców. - Byli oburzeni, bo przecież to szkoła publiczna, która powinna być neutralna światopoglądowo - słyszymy w fundacji. Szkoła nie ma sobie jednak nic do zarzucenia. Sprawie przyjrzy się MEN.
Rodzice napisali do fundacji, że nie podoba im się to, co robi szkoła - jest placówką publiczną, a podejmuje działania jak szkoła wyznaniowa. Chodziło o zaplanowane na minioną sobotę uroczystości w ramach Dnia Patrona, w tym mszę świętą. Wyjaśnijmy, że patronem gimnazjum w Świerklanach nie jest żaden ksiądz czy papież, ale Karol Miarka, który był nauczycielem, publicystą, literatem i społecznikiem w drugiej połowie XIX wieku.
"Obecność uczniów obowiązkowa"
"Obecność uczniów obowiązkowa"
Na stronie gimnazjum można przeczytać o obligatoryjnym uczestnictwie w uroczystościach. - Przypominamy, że obecność uczniów w tym dniu jest obowiązkowa, ponieważ odpracowujemy 10 listopada. Obowiązuje strój galowy - czytamy na stronie szkoły.
Był też harmonogram uroczystości z 25 października: godz. 8.45 - spotkanie z wychowawcą przed kościołem i sprawdzenie obecności, a o godz. 9 - msza w kościele.
- Sygnały dotyczące tej konkretnej szkoły dostawaliśmy już wcześniej, m.in. o mszy świętej na początku roku szkolnego - mówi Dorota Wójcik z Fundacji "Wolność od religii". - Tutaj, w tej konkretnej sytuacji, szkoła absolutnie nie wzięła pod uwagę, że ktoś może nie chcieć uczestniczyć w tej mszy świętej, że może mieć inne poglądy, być innego wyznania. Nie ma mowy o szkole neutralnej światopoglądowo - dodaje Wójcik.
Fundacja napisała do Kuratorium Oświaty w Katowicach m.in. o tym, że naruszono zapisy Konstytucji. - Dyrektor złamał zapis w szczególności artykułu 53 ust. 6 "Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych" - czytamy w piśmie Fundacji.
Jej zdaniem, naruszono też Ustawę o gwarancjach wolności sumienia i wyznania - chodzi o zapis: "Nikt nie może być dyskryminowany bądź uprzywilejowany z powodu religii lub przekonań w sprawach religii", a także inny artykuł ustawy: "Nie wolno zmuszać obywateli do niebrania udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych ani do udziału w nich. Fundacja poprosiła też kuratorium o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w sprawie działań pani dyrektor.
Co na to dyrektorka szkoły?
Maria Rduch, dyrektor Gimnazjum w Świerklanach, nie ma sobie nic do zarzucenia. Podkreśliła, że nikt nikogo do uczestnictwa we mszy świętej nie zmuszał. Jak powiedziała, w jej szkole jest tylko jeden uczeń, który nie chodzi na lekcje religii. - Nikt z rodziców do mnie nie dzwonił, że ktoś nie chce iść na mszę. A ni nie zgłaszano tego wychowawcom - mówi dyrektorka. Na nasze pytanie o sprawdzanie obecności przed kościołem, stwierdziła, że chodziło o bezpieczeństwodzieci - by wychowawcy wiedzieli, kto przyszedł a kto nie. Bo po mszy w kościele - uczniowie z nauczycielami przeszli do szkoły na akademię w sali gimnastycznej.
Dorota Wójcik nie ma wątpliwości, że rodzice w tak małej miejscowości - mimo swojego zdania - nie odważą się samodzielnie, bezpośrednio "zainterweniować ". - Bo nie będą chcieli narażać swoich dzieci na ostracyzm, niezrozumienie na przykład ze strony nauczycieli - słyszymy w fundacji .
O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy Kuratorium Oświaty w Katowicach. Czekamy na odpowiedź.
Natomiast Ministerstwo Edukacji Narodowej pisze: "Udział uczniów w mszach świętych towarzyszących uroczystościom szkolnym nie powinien być obowiązkowy z uwagi na możliwy pluralizm wyznaniowy/światopoglądowy społeczności szkolnej" - napisała nam rzeczniczka MEN, Joanna Dębek.
Przyznała, że MEN opisywaną przez nas sprawę będzie wyjaśniać. Dodała jednocześnie, że jest i druga strona medalu. - Szkoła, uwzględniając prawa i oczekiwania rodziców, powinna umożliwić uczniom udział w praktykach religijnych organizowanych przez kościoły i związki wyznaniowe z okazji różnych uroczystości, zaznaczając jednak dobrowolność udziału w nich uczniów i nauczycieli - pisze rzeczniczka.
Był też harmonogram uroczystości z 25 października: godz. 8.45 - spotkanie z wychowawcą przed kościołem i sprawdzenie obecności, a o godz. 9 - msza w kościele.
- Sygnały dotyczące tej konkretnej szkoły dostawaliśmy już wcześniej, m.in. o mszy świętej na początku roku szkolnego - mówi Dorota Wójcik z Fundacji "Wolność od religii". - Tutaj, w tej konkretnej sytuacji, szkoła absolutnie nie wzięła pod uwagę, że ktoś może nie chcieć uczestniczyć w tej mszy świętej, że może mieć inne poglądy, być innego wyznania. Nie ma mowy o szkole neutralnej światopoglądowo - dodaje Wójcik.
Fundacja napisała do Kuratorium Oświaty w Katowicach m.in. o tym, że naruszono zapisy Konstytucji. - Dyrektor złamał zapis w szczególności artykułu 53 ust. 6 "Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych" - czytamy w piśmie Fundacji.
Jej zdaniem, naruszono też Ustawę o gwarancjach wolności sumienia i wyznania - chodzi o zapis: "Nikt nie może być dyskryminowany bądź uprzywilejowany z powodu religii lub przekonań w sprawach religii", a także inny artykuł ustawy: "Nie wolno zmuszać obywateli do niebrania udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych ani do udziału w nich. Fundacja poprosiła też kuratorium o wszczęcie postępowania wyjaśniającego w sprawie działań pani dyrektor.
Co na to dyrektorka szkoły?
Maria Rduch, dyrektor Gimnazjum w Świerklanach, nie ma sobie nic do zarzucenia. Podkreśliła, że nikt nikogo do uczestnictwa we mszy świętej nie zmuszał. Jak powiedziała, w jej szkole jest tylko jeden uczeń, który nie chodzi na lekcje religii. - Nikt z rodziców do mnie nie dzwonił, że ktoś nie chce iść na mszę. A ni nie zgłaszano tego wychowawcom - mówi dyrektorka. Na nasze pytanie o sprawdzanie obecności przed kościołem, stwierdziła, że chodziło o bezpieczeństwodzieci - by wychowawcy wiedzieli, kto przyszedł a kto nie. Bo po mszy w kościele - uczniowie z nauczycielami przeszli do szkoły na akademię w sali gimnastycznej.
Dorota Wójcik nie ma wątpliwości, że rodzice w tak małej miejscowości - mimo swojego zdania - nie odważą się samodzielnie, bezpośrednio "zainterweniować ". - Bo nie będą chcieli narażać swoich dzieci na ostracyzm, niezrozumienie na przykład ze strony nauczycieli - słyszymy w fundacji .
O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy Kuratorium Oświaty w Katowicach. Czekamy na odpowiedź.
Natomiast Ministerstwo Edukacji Narodowej pisze: "Udział uczniów w mszach świętych towarzyszących uroczystościom szkolnym nie powinien być obowiązkowy z uwagi na możliwy pluralizm wyznaniowy/światopoglądowy społeczności szkolnej" - napisała nam rzeczniczka MEN, Joanna Dębek.
Przyznała, że MEN opisywaną przez nas sprawę będzie wyjaśniać. Dodała jednocześnie, że jest i druga strona medalu. - Szkoła, uwzględniając prawa i oczekiwania rodziców, powinna umożliwić uczniom udział w praktykach religijnych organizowanych przez kościoły i związki wyznaniowe z okazji różnych uroczystości, zaznaczając jednak dobrowolność udziału w nich uczniów i nauczycieli - pisze rzeczniczka.
Zobacz także
Walczą z dyskryminacją, ale statusu OPP nie dostali. A obrońcom jeży się udało
Kolbuszowa: Obowiązkowa msza święta dla uczniów i nauczycieli w dniu kanonizacji Jana Pawła II
"Organizowanie obowiązkowych jasełek jest krzywdzące dla mniejszości..." - Fundacja ''Wolność od religii'' pisze do MEN
Billboard fundacji "Wolność od religii" wróci przed lubelską szkołę. "Dyrektorka popełniła błąd" i zostanie upomniana
środa, 8 października 2014
Bp Mendyk się oburza. W "Naszym Elementarzu" jest ślimak i są smoki. Ale nie ma wartości chrześcijańskich
dżek, KAI
Źródło: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,16769082,Bp_Mendyk_sie_oburza__W__Naszym_Elementarzu__jest.html
Bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Wychowania KEP, wytyka grzechy darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Wytyka np. błąd ortograficzny w tytule...
W Warszawie trwa 366. plenarne zebranie Episkopatu Polski. Bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Wychowania, przedstawił biskupom swoją ocenę "Naszego Elementarza" Marii Lorek, pierwszej części darmowego podręcznika MEN dla szkół. Nie jest dobrze...
Grzech 1.: infantylizm
- Pierwszą słabością podręcznika jest infantylizm tekstów, które cofają dzieci do 4. czy 5. roku życia. - Przeciętnemu sześcio- i siedmiolatkowi bardzo szybko mogą się znudzić, podobnie sprawa ma się z ilustracjami, które nie współgrają z zawartymi w podręczniku poleceniami - mówi bp Mendyk, który powołał się na opinię przygotowaną przez pracownię pedagogiczną w Poznaniu (nie doprecyzował jednak, o którą chodzi).
W analizie pedagogicznej podręcznika zwrócono także uwagę na szereg pytań i poleceń kierowanych do dzieci, w których "zupełnie zapomina się o tym, że dziecko na tym etapie ma więcej pytań, niż myślimy, ono jest ciekawe świata i to ono powinno zadawać pytania dorosłym". Podobnie jest w kwestiach matematycznych. - Eksperci mówią, że są nie tylko banalne czy infantylne. Sześcio- czy siedmiolatek jest na wyższym poziomie, niż zakłada podręcznik. Np. w październiku dzieci będą poznawać cyfry 1, 2, 3 - a przecież życie pokazuje, że te dzieci są już na wyższym poziomie - zauważa biskup.
Grzech 2.: brak spójności i Grzech 3.: błąd w tytule
Zdaniem legnickiego biskupa pomocniczego w "Naszym Elementarzu" brakuje też strategii uczenia. Zagadnienia nie łączą się ze sobą i nie przydają się w dalszej nauce. To, czego dziecko nauczyło się wcześniej, nie jest wykorzystywane przy poznawaniu kolejnych zagadnień. - Kiedy przeglądamy ten podręcznik, odnosimy wrażenie, że zapomniano o tym, że dziecko nie uczy się w oderwaniu od doświadczeń praktycznych, ale przy ich użyciu. Dziecko poznaje najwięcej w zabawie, w działaniu. Pomijam już to, że nawet sam tytuł zawiera braki, mianowicie duże litery, które są w nazwie "Nasz Elementarz" - takiej pisowni w języku polskim nie ma. Jeśli dzieci mają znać zasady pisowni i ortografii, muszą się tego uczyć od samego początku - zauważa bp Mendyk.
Grzech 1.: infantylizm
- Pierwszą słabością podręcznika jest infantylizm tekstów, które cofają dzieci do 4. czy 5. roku życia. - Przeciętnemu sześcio- i siedmiolatkowi bardzo szybko mogą się znudzić, podobnie sprawa ma się z ilustracjami, które nie współgrają z zawartymi w podręczniku poleceniami - mówi bp Mendyk, który powołał się na opinię przygotowaną przez pracownię pedagogiczną w Poznaniu (nie doprecyzował jednak, o którą chodzi).
W analizie pedagogicznej podręcznika zwrócono także uwagę na szereg pytań i poleceń kierowanych do dzieci, w których "zupełnie zapomina się o tym, że dziecko na tym etapie ma więcej pytań, niż myślimy, ono jest ciekawe świata i to ono powinno zadawać pytania dorosłym". Podobnie jest w kwestiach matematycznych. - Eksperci mówią, że są nie tylko banalne czy infantylne. Sześcio- czy siedmiolatek jest na wyższym poziomie, niż zakłada podręcznik. Np. w październiku dzieci będą poznawać cyfry 1, 2, 3 - a przecież życie pokazuje, że te dzieci są już na wyższym poziomie - zauważa biskup.
Grzech 2.: brak spójności i Grzech 3.: błąd w tytule
Zdaniem legnickiego biskupa pomocniczego w "Naszym Elementarzu" brakuje też strategii uczenia. Zagadnienia nie łączą się ze sobą i nie przydają się w dalszej nauce. To, czego dziecko nauczyło się wcześniej, nie jest wykorzystywane przy poznawaniu kolejnych zagadnień. - Kiedy przeglądamy ten podręcznik, odnosimy wrażenie, że zapomniano o tym, że dziecko nie uczy się w oderwaniu od doświadczeń praktycznych, ale przy ich użyciu. Dziecko poznaje najwięcej w zabawie, w działaniu. Pomijam już to, że nawet sam tytuł zawiera braki, mianowicie duże litery, które są w nazwie "Nasz Elementarz" - takiej pisowni w języku polskim nie ma. Jeśli dzieci mają znać zasady pisowni i ortografii, muszą się tego uczyć od samego początku - zauważa bp Mendyk.
Grzech 4.: brak obrazu rodziny/obecność smoków
Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę bp Mendyk, był obraz rodziny i relacji przedstawiany w "Naszym Elementarzu". Podręcznik nie zawiera ani jednego obrazka, który przedstawia całą rodzinę siedzącą razem przy stole. - Są oczywiście ślimak, rak, są smoki, które zasiadają do stołu, ale nie ma ludzi, czyli te relacje pomiędzy zasiadającymi przy stole postaciami nie są czytelne. Pewnie bierze się to z tego, że Elementarz nie ma jasno określonych bohaterów. Pamiętamy ze starych elementarzy, że były w nich Ala i Ola, był As, natomiast tutaj nie ma jasno określonych bohaterów - wyjaśnia bp Mendyk.
Grzech 5.: mężczyzna krzątający się po domu
Kolejną niepokojącą kwestią jest rola ojca w rodzinie. Jak mówi bp Mendyk, fachowcy mówią wręcz o deprecjacji roli mężczyzny. - Ojciec w pracach domowych pokazany jest jako ten, który pomaga dzieciom w lekcjach, czytaniu, w rysunkach, ogląda z dziećmi fotografie. Jak mówi bp Mendyk, są to oczywiście ważne zajęcia, ale ojciec ma też inne, ogromnie ważne funkcje do spełnienia, które zostały tu pominięte.
Z tym sprzątaniem coś musi być na rzeczy. Bo przed kilkoma dniami abp Gądecki mówił o chłopcach, którzy nie powinni sprzątać. A jego wypowiedź tłumaczył nawet rzecznik KEP. Mimo tego jego wypowiedź została jednoznacznie odebrana jako kuriozalna.
Podobnie ma się rzecz, gdy przyglądamy się dziadkom. - Dziadek w Elementarzu, chwiejąc się na jednej nodze, podlewa kaktusa w doniczce - to jest obraz, który niekoniecznie musi być prawdziwy i odnoszący się do tego, z czym się spotykamy - wyjaśnia bp Mendyk.
Są święta, ale... Grzech 6.: nie ma opłatka!
Pod względem katechetycznym przyjrzano się Elementarzowi jako podręcznikowi, który uczestniczy w procesie wychowania humanistycznego. Zdaniem pomocniczego biskupa legnickiego w podręczniku mamy do czynienia z typowym propagowaniem konsumpcjonizmu, hedonizmu i wyraźnym eliminowaniem wartości kultury chrześcijańskiej. Jak wyjaśnia bp Mendyk, wprawdzie po pierwszych konsultacjach w miejsce dni świątecznych wprowadzono święta Bożego Narodzenia, ale najczęściej wiąże się to z przygotowaniem ozdób na choinkę, prezentów, wypiekaniu cynamonowych pierników, lepieniu pierogów z kapustą. A zupełnie pominięty jest fakt dzielenia się opłatkiem, co w polskiej kulturze jest czymś ogromnie ważnym.
Grzech 7.: magia
Inną, groźną kwestią, którą wyjaśniał biskupom bp Mendyk, są zawarte w podręczniku treści dotyczące magii. - Dziecko może mieć przekonanie o wszechmocy magicznych treści - dzieci są oswajane z postaciami, które mają magiczną moc, spełniają życzenia w każdej chwili, pomagają w byciu dobrym, życzliwym, rozwiązują problem zła w świecie. To rodzi przekonanie, że można być dobrym i życzliwym właśnie dzięki magii, a poprzez zabawę też można zostać czarodziejem. Jest to bardzo niebezpieczne, bo dziecko poznaje pewne rytuały, myśli, że bawi się, a nieświadomie, małymi krokami, zostaje wprowadzane w bardzo niebezpieczną przestrzeń magii i okultyzmu - wyjaśnia biskup.
Zrobią swój elementarz. Lepszy
Biskupi wraz z katechetami chcą także przygotować alternatywny materiał, propozycję podręcznika do katechezy. Chcą także docierać do rodziców i uwrażliwiać ich, aby nie bali się wprowadzać w domu wartości chrześcijańskich i autentycznie nimi żyć. Jak dodał biskup, rodzina to pierwsze ważne środowisko pracy wychowawczej.
Bp Marek Mendyk jest biskupem pomocniczym diecezji legnickiej. Pełni funkcję przewodniczącego Komisji Wychowania Katolickiego KEP, jest także członkiem Komisji Duszpasterstwa i asystentem Rady Szkół Katolickich.
Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę bp Mendyk, był obraz rodziny i relacji przedstawiany w "Naszym Elementarzu". Podręcznik nie zawiera ani jednego obrazka, który przedstawia całą rodzinę siedzącą razem przy stole. - Są oczywiście ślimak, rak, są smoki, które zasiadają do stołu, ale nie ma ludzi, czyli te relacje pomiędzy zasiadającymi przy stole postaciami nie są czytelne. Pewnie bierze się to z tego, że Elementarz nie ma jasno określonych bohaterów. Pamiętamy ze starych elementarzy, że były w nich Ala i Ola, był As, natomiast tutaj nie ma jasno określonych bohaterów - wyjaśnia bp Mendyk.
Grzech 5.: mężczyzna krzątający się po domu
Kolejną niepokojącą kwestią jest rola ojca w rodzinie. Jak mówi bp Mendyk, fachowcy mówią wręcz o deprecjacji roli mężczyzny. - Ojciec w pracach domowych pokazany jest jako ten, który pomaga dzieciom w lekcjach, czytaniu, w rysunkach, ogląda z dziećmi fotografie. Jak mówi bp Mendyk, są to oczywiście ważne zajęcia, ale ojciec ma też inne, ogromnie ważne funkcje do spełnienia, które zostały tu pominięte.
Z tym sprzątaniem coś musi być na rzeczy. Bo przed kilkoma dniami abp Gądecki mówił o chłopcach, którzy nie powinni sprzątać. A jego wypowiedź tłumaczył nawet rzecznik KEP. Mimo tego jego wypowiedź została jednoznacznie odebrana jako kuriozalna.
Podobnie ma się rzecz, gdy przyglądamy się dziadkom. - Dziadek w Elementarzu, chwiejąc się na jednej nodze, podlewa kaktusa w doniczce - to jest obraz, który niekoniecznie musi być prawdziwy i odnoszący się do tego, z czym się spotykamy - wyjaśnia bp Mendyk.
Są święta, ale... Grzech 6.: nie ma opłatka!
Pod względem katechetycznym przyjrzano się Elementarzowi jako podręcznikowi, który uczestniczy w procesie wychowania humanistycznego. Zdaniem pomocniczego biskupa legnickiego w podręczniku mamy do czynienia z typowym propagowaniem konsumpcjonizmu, hedonizmu i wyraźnym eliminowaniem wartości kultury chrześcijańskiej. Jak wyjaśnia bp Mendyk, wprawdzie po pierwszych konsultacjach w miejsce dni świątecznych wprowadzono święta Bożego Narodzenia, ale najczęściej wiąże się to z przygotowaniem ozdób na choinkę, prezentów, wypiekaniu cynamonowych pierników, lepieniu pierogów z kapustą. A zupełnie pominięty jest fakt dzielenia się opłatkiem, co w polskiej kulturze jest czymś ogromnie ważnym.
Grzech 7.: magia
Inną, groźną kwestią, którą wyjaśniał biskupom bp Mendyk, są zawarte w podręczniku treści dotyczące magii. - Dziecko może mieć przekonanie o wszechmocy magicznych treści - dzieci są oswajane z postaciami, które mają magiczną moc, spełniają życzenia w każdej chwili, pomagają w byciu dobrym, życzliwym, rozwiązują problem zła w świecie. To rodzi przekonanie, że można być dobrym i życzliwym właśnie dzięki magii, a poprzez zabawę też można zostać czarodziejem. Jest to bardzo niebezpieczne, bo dziecko poznaje pewne rytuały, myśli, że bawi się, a nieświadomie, małymi krokami, zostaje wprowadzane w bardzo niebezpieczną przestrzeń magii i okultyzmu - wyjaśnia biskup.
Zrobią swój elementarz. Lepszy
Biskupi wraz z katechetami chcą także przygotować alternatywny materiał, propozycję podręcznika do katechezy. Chcą także docierać do rodziców i uwrażliwiać ich, aby nie bali się wprowadzać w domu wartości chrześcijańskich i autentycznie nimi żyć. Jak dodał biskup, rodzina to pierwsze ważne środowisko pracy wychowawczej.
Bp Marek Mendyk jest biskupem pomocniczym diecezji legnickiej. Pełni funkcję przewodniczącego Komisji Wychowania Katolickiego KEP, jest także członkiem Komisji Duszpasterstwa i asystentem Rady Szkół Katolickich.
Zobacz także
"Za moim zwolnieniem stoją środowiska związane z "Wyborczą" i TVN". Królikowski żali się w "Gościu Niedzielnym"
Minister edukacji dopuściła do druku pierwszą część "Naszego elementarza"
"30 proc. elementarza MEN to plagiat". Resort i autorka odpowiadają na zarzuty: To insynuacje!
"To mama Janka. Ma siniaki, dostała klapa. Jak to w rodzinie". Alternatywny elementarz blogerki
piątek, 8 listopada 2013
Elbanowscy – nowy wróg rządu. Kim są ludzie, którzy niemal rozsadzili koalicję?
Głosowanie nad referendum w sprawie 6-latków postawiło na szali koalicję PO-PSL. A wszystko przez małżeństwo, które niestrudzenie walczyło o swoje prawa i o referendum w sprawie sześciolatków do ostatniej chwili. Karolina i Tomasz Elbanowscy podzielili polityków, publicystów, dziennikarzy. Jak to się stało, że zwykłe małżeństwo z dziećmi wywołało taki ferment na scenie politycznej?
W czwartek 7 listopada mówiło się głównie o tym, czy koalicja PO-PSL upadnie po głosowaniu nad referendum w sprawie 6-latków. Istniało duże ryzyko, że w Sejmie przegłosowane zostanie zorganizowanie referendum, czego Platforma Obywatelska – choć inicjatywa pochodziła od obywateli właśnie – bardzo nie chciała.
PO jednak musiała w tej sprawie zdać się na swojego sojusznika. Tymczasem okazało się, że w PSL-u mogą znaleźć się posłowie, którzy się wyłamią i zagłosują za referendum. Wiele osób przewidywało, że byłby to koniec koalicji, a przynajmniej jej poważny kryzys. A to wszystko w dużej mierze przez państwa Elbanowskich – ludzi, którzy zainicjowali całą akcję i o referendum walczyli do ostatniej chwili. Nie bali się nawet wziąć do Sejmu swoich dzieci.
Od Legionowa do Sejmu
Mają sześcioro dzieci. Siódme w drodze. Najstarsza z nich, Noemi, niedługo idzie do szkoły. To jeden z głównych powodów, dla których Elbanowscy tak zaangażowali się w walkę o referendum i akcję "Ratuj Maluchy". I wbrew pozorom to nie Karolina, a Tomasz Elbanowski założył stronę ratujmaluchy.pl w 2008 roku i to wtedy małżeństwo rozpoczęło długą drogę do wystąpień w Sejmie i licznych nagłówków w mediach.
Z początku działali tylko w Legionowie – tam mieszkają. W normalnym bloku, a nie żadnej willi. Nie są, jak wiele osób ich oceniało, bogatym małżeństwem, tylko zwykłymi ludźmi. Oboje pracowali w lokalnym piśmie "To i Owo". Tomasz Elbanowski w swojej dziennikarskiej karierze postanowił walczyć z lokalnymi układami i patrzeć na ręce legionowskiej władzy.
W swojej pracy odniósł spory sukces: o jego tekstach rozmawia całe Legionowo, bo odkrył kilka lokalnych afer. Już wtedy można było w nim zauważyć zacięcie i zaangażowanie do tego, by pokazywać, że władza nie może z obywatelami robić, czego chce.
Ratuj maluchy!
Karolina Elbanowska nie miała wtedy zapędów do ścigania władzy. Pracowała w szkole językowej i poświęcała się macierzyństwu. W 2008 roku, kiedy mieli już w drodze czwarte dziecko, postanawiają aktywnie walczyć o sprawy edukacji. Wraz z kilkoma znajomymi tworzą stronę ratujmaluchy.pl. Wtedy nikt jeszcze nie podejrzewa, że za kilka lat będą dzielić scenę polityczną i społeczeństwo wokół inicjatywy, którą sami stworzyli.
Działają na wszystkich frontach, a najbardziej bulwersuje ich przymus posyłania 6-latków do szkół. Piszą listy do MEN, artykuły do mediów, pod skargą do ministerstwa edukacji zbierają 10 tysięcy podpisów niezadowolonych rodziców – to pierwszy masowy sukces ich akcji. Strona staje się coraz bardziej popularna, a Elbanowscy coraz aktywniejsi w mediach. Powołują fundację Rzecznik Praw Rodzica, której Tomasz zostaje prezesem.
Szkoła to zło?
Wkrótce Elbanowscy rozpętują prawdziwą wojnę przeciwko szkołom i całemu systemowi edukacji. Publikują, jak to nazywają, "raporty" – które jednak w rzeczywistości są zbiorem historii o tym, jak to szkoły gnębią dzieci, jaka młodzież jest w nich nieszczęśliwa. Opowieści mają świadczyć o tym, że podstawówki nie są jeszcze gotowe na przyjęcie 6-latków i że nie można zmuszać rodziców do wysyłania tam swoich pociech. W "raportach" sporo też jest opinii rodziców. Wkrótce fundacja zaczyna wypuszczać filmiki promocyjne – w podobnym tonie.
MEN z początku bagatelizował sprawę. Wydawało się, że dwoje rodziców może niewiele zdziałać, bo nawet jeśli uda im się zmobilizować mieszkańców Legionowa, to przecież ich idea na pewno nie rozniesie się na całą Polskę. Jeśli ministerstwo tak myślało, był to karygodny błąd.
Gdy wreszcie MEN zaczął odpowiadać na ataki Elbanowskich, przypominało to walkę Dawida z Goliatem. I wszystko potoczyło się jak w mitologii: wielkie ministerstwo nie było w stanie zniwelować niezadowolenia rodziców, które młode małżeństwo potrafiło kumulować i przetwarzać, a potem pokazywać światu w mediach.
Jak zarobić na 6-latkach
Doświadczenie dziennikarskie niewątpliwie pomogło Elbanowskim – bo w świecie mediów poruszają się wyjątkowo sprawnie. Są i na Facebooku, i na YouTube. Przyciągają coraz więcej osób, mają coraz większą siłę rażenia. A MEN wciąż patrzy na nich jak sparaliżowany, nie potrafi sensownie odpowiedzieć na "raporty" i akcję promocyjną.
Wizja dzieci w szkołach, jaką roztacza to młode małżeństwo, jest niemalże apokaliptyczna. Jedynie Dominice Wielowieyskiej z "Gazety Wyborczej" udało się ostatnio sensownie wypunktować "raporty" Elbanowskich. Na dziennikarkę zaraz posypały się z prawicy gromy, chociaż jej tekst był zupełnie obiektywny w ocenie tego, jak wyglądają polskie szkoły.
Warto przy tym zaznaczyć, że przez cały czas Elbanowscy łączą pracę, wychowanie dzieci i aktywność obywatelską. Zarazem jednak fundacja staje się... źródłem ich utrzymania. Jak podawał "Newsweek", najwięcej pieniędzy fundacja wydawała na wynagrodzenia. Sam Elbanowski dostawał dzięki temu miesięcznie 7,4 tysiąca złotych. To niewątpliwie lepsza pensja niż w lokalnych mediach.
2013 – rok Elbanowskich
Elbanowscy najbardziej rozkręcili się w 2013 roku. Wtedy cała ich akcja nabrała rozpędu, fundacja zatrudniła kilka osób. Do działań promocyjnych zaprzęgani są celebryci: Marcin Dorociński, Katarzyna Cichopek. Jednocześnie Elbanowscy nie przestają roztaczać mrocznej wizji tego, co dzieje się z 6-latkami, które poszły do szkół w tym wieku. Media próbowały przypisać ich do jakiejś opcji politycznej, ideologii, ale Elbanowscy nie dają się zaszufladkować. Jak deklarują, chcą tylko i wyłącznie walczyć o dobro dzieci.
Swoje teksty poświęcają im Wojciech Olejniczak, Krystyna Kofta, Tomasz Lis. Prawica zaczyna uwielbiać Elbanowskich, ich inicjatywę popiera sam prezes PiS Jarosław Kaczyński. Mimo to, małżeństwo cały czas podtrzymuje, że z polityką ani ideologiami nie są związani – i faktycznie, trudno jest znaleźć dowody na to, by było inaczej.
Oczywiście, niektóre osoby z fundacji miały powiązania polityczne, ale raczej na niskich szczeblach. Trudno też uznać, że Elbanowscy są "tubą katoprawicy", jak niektórzy pisali o nich w komentarzach, bo tematyki Kościoła w ogóle nie poruszają. Naturalne jest, że jeśli w swojej sprawie małżeństwo niejako wojowało z rządem, to opozycja ich poprze – ale niemądre jest zakładanie, że Elbanowscy takiego politycznego poparcia łaknęli.
Stali się na tyle popularni, że zaczęły się nimi interesować media i politycy. Elbanowscy przemawiali nawet na sejmowej mównicy. Zdaniem niektórych, w sposób uwłaczający godności Sejmu, choć przecież nie takie rzeczy działy się na Sali Obrad. Ci, którzy popierają Elbanowskich, twierdzą jednak, że z obecną władzą inaczej niż ostro się nie da – a co jak co – polityków młode małżeństwo na pewno się nie boi.
Wielka POrażka
Dzisiaj, 8 listopada, Elbanowscy przegrali swoją główną walkę. Podczas głosowania w Sejmie odrzucono pomysł, by zorganizować referendum w sprawie 6-latków. Małżeństwo w rozmowach z dziennikarzami zapewniało potem jednak, że nie spoczną w swojej działalności. Nic dziwnego – zyskali rozgłos, poparcie i zarabiają na tym pieniądze. I nadal, w przeciwieństwie do wielu fundacji, udaje im się utrzymać pierwotną ideę na wierzchu.
I choć z tą ideą nie każdy się zgadza i nie każdy ich popiera, to Elbanowskim trudno odmówić zacięcia, zaangażowania i sprawności w zdobywaniu poparcia. Dlatego niezależnie od tego, czy się ich popiera, czy nie, trzeba w nich docenić jedno - pokazali, że można zmobilizować Polaków i całkiem skutecznie walczyć o swoje prawa. A o tym, będąc przyzwyczajonymi do bylejakości polityków, chyba zapomnieliśmy.
Źródło: naTemat.pl
W czwartek 7 listopada mówiło się głównie o tym, czy koalicja PO-PSL upadnie po głosowaniu nad referendum w sprawie 6-latków. Istniało duże ryzyko, że w Sejmie przegłosowane zostanie zorganizowanie referendum, czego Platforma Obywatelska – choć inicjatywa pochodziła od obywateli właśnie – bardzo nie chciała.
PO jednak musiała w tej sprawie zdać się na swojego sojusznika. Tymczasem okazało się, że w PSL-u mogą znaleźć się posłowie, którzy się wyłamią i zagłosują za referendum. Wiele osób przewidywało, że byłby to koniec koalicji, a przynajmniej jej poważny kryzys. A to wszystko w dużej mierze przez państwa Elbanowskich – ludzi, którzy zainicjowali całą akcję i o referendum walczyli do ostatniej chwili. Nie bali się nawet wziąć do Sejmu swoich dzieci.
Twitter.com
Twitter.com
Od Legionowa do Sejmu
Mają sześcioro dzieci. Siódme w drodze. Najstarsza z nich, Noemi, niedługo idzie do szkoły. To jeden z głównych powodów, dla których Elbanowscy tak zaangażowali się w walkę o referendum i akcję "Ratuj Maluchy". I wbrew pozorom to nie Karolina, a Tomasz Elbanowski założył stronę ratujmaluchy.pl w 2008 roku i to wtedy małżeństwo rozpoczęło długą drogę do wystąpień w Sejmie i licznych nagłówków w mediach.
Z początku działali tylko w Legionowie – tam mieszkają. W normalnym bloku, a nie żadnej willi. Nie są, jak wiele osób ich oceniało, bogatym małżeństwem, tylko zwykłymi ludźmi. Oboje pracowali w lokalnym piśmie "To i Owo". Tomasz Elbanowski w swojej dziennikarskiej karierze postanowił walczyć z lokalnymi układami i patrzeć na ręce legionowskiej władzy.
W swojej pracy odniósł spory sukces: o jego tekstach rozmawia całe Legionowo, bo odkrył kilka lokalnych afer. Już wtedy można było w nim zauważyć zacięcie i zaangażowanie do tego, by pokazywać, że władza nie może z obywatelami robić, czego chce.
Twitter.com
Ratuj maluchy!
Karolina Elbanowska nie miała wtedy zapędów do ścigania władzy. Pracowała w szkole językowej i poświęcała się macierzyństwu. W 2008 roku, kiedy mieli już w drodze czwarte dziecko, postanawiają aktywnie walczyć o sprawy edukacji. Wraz z kilkoma znajomymi tworzą stronę ratujmaluchy.pl. Wtedy nikt jeszcze nie podejrzewa, że za kilka lat będą dzielić scenę polityczną i społeczeństwo wokół inicjatywy, którą sami stworzyli.
Działają na wszystkich frontach, a najbardziej bulwersuje ich przymus posyłania 6-latków do szkół. Piszą listy do MEN, artykuły do mediów, pod skargą do ministerstwa edukacji zbierają 10 tysięcy podpisów niezadowolonych rodziców – to pierwszy masowy sukces ich akcji. Strona staje się coraz bardziej popularna, a Elbanowscy coraz aktywniejsi w mediach. Powołują fundację Rzecznik Praw Rodzica, której Tomasz zostaje prezesem.
Szkoła to zło?
Wkrótce Elbanowscy rozpętują prawdziwą wojnę przeciwko szkołom i całemu systemowi edukacji. Publikują, jak to nazywają, "raporty" – które jednak w rzeczywistości są zbiorem historii o tym, jak to szkoły gnębią dzieci, jaka młodzież jest w nich nieszczęśliwa. Opowieści mają świadczyć o tym, że podstawówki nie są jeszcze gotowe na przyjęcie 6-latków i że nie można zmuszać rodziców do wysyłania tam swoich pociech. W "raportach" sporo też jest opinii rodziców. Wkrótce fundacja zaczyna wypuszczać filmiki promocyjne – w podobnym tonie.
MEN z początku bagatelizował sprawę. Wydawało się, że dwoje rodziców może niewiele zdziałać, bo nawet jeśli uda im się zmobilizować mieszkańców Legionowa, to przecież ich idea na pewno nie rozniesie się na całą Polskę. Jeśli ministerstwo tak myślało, był to karygodny błąd.
Gdy wreszcie MEN zaczął odpowiadać na ataki Elbanowskich, przypominało to walkę Dawida z Goliatem. I wszystko potoczyło się jak w mitologii: wielkie ministerstwo nie było w stanie zniwelować niezadowolenia rodziców, które młode małżeństwo potrafiło kumulować i przetwarzać, a potem pokazywać światu w mediach.
Jak zarobić na 6-latkach
Doświadczenie dziennikarskie niewątpliwie pomogło Elbanowskim – bo w świecie mediów poruszają się wyjątkowo sprawnie. Są i na Facebooku, i na YouTube. Przyciągają coraz więcej osób, mają coraz większą siłę rażenia. A MEN wciąż patrzy na nich jak sparaliżowany, nie potrafi sensownie odpowiedzieć na "raporty" i akcję promocyjną.
Wizja dzieci w szkołach, jaką roztacza to młode małżeństwo, jest niemalże apokaliptyczna. Jedynie Dominice Wielowieyskiej z "Gazety Wyborczej" udało się ostatnio sensownie wypunktować "raporty" Elbanowskich. Na dziennikarkę zaraz posypały się z prawicy gromy, chociaż jej tekst był zupełnie obiektywny w ocenie tego, jak wyglądają polskie szkoły.
Warto przy tym zaznaczyć, że przez cały czas Elbanowscy łączą pracę, wychowanie dzieci i aktywność obywatelską. Zarazem jednak fundacja staje się... źródłem ich utrzymania. Jak podawał "Newsweek", najwięcej pieniędzy fundacja wydawała na wynagrodzenia. Sam Elbanowski dostawał dzięki temu miesięcznie 7,4 tysiąca złotych. To niewątpliwie lepsza pensja niż w lokalnych mediach.
2013 – rok Elbanowskich
Elbanowscy najbardziej rozkręcili się w 2013 roku. Wtedy cała ich akcja nabrała rozpędu, fundacja zatrudniła kilka osób. Do działań promocyjnych zaprzęgani są celebryci: Marcin Dorociński, Katarzyna Cichopek. Jednocześnie Elbanowscy nie przestają roztaczać mrocznej wizji tego, co dzieje się z 6-latkami, które poszły do szkół w tym wieku. Media próbowały przypisać ich do jakiejś opcji politycznej, ideologii, ale Elbanowscy nie dają się zaszufladkować. Jak deklarują, chcą tylko i wyłącznie walczyć o dobro dzieci.
KAROLINA ELBANOWSKAWypowiedź dla naTematTo taka bzdura, że ciężko się nawet do tego odnieść . Nam nie chodzi o żadną politykę. Działamy dla naszych dzieci. Ruch jest szeroki. Są w nim czytelnicy "Niedzieli" i tygodnika "Nie", są i dziewczyny z młodzieżówki PO. Jakby pani zapytała, jaka opcja przeważa, odpowiedź jest jasna: przeważają rodzice.CZYTAJ WIĘCEJ
ŁUKASZ ELBANOWSKIWypowiedź dla naTematRuch jest szeroki, niezależny od polityki. Łączy rodziców. Bardzo pilnujemy, żeby nasz ruch występował tylko w jednej konkretnej sprawie i nie miał nic wspólnego z partyjnymi sporami, dlatego nie wzięliśmy udziału w Platformie Oburzonych, choć i organizatorzy i dziennikarze koniecznie chcieli nas tam widzieć. CZYTAJ WIĘCEJ
Swoje teksty poświęcają im Wojciech Olejniczak, Krystyna Kofta, Tomasz Lis. Prawica zaczyna uwielbiać Elbanowskich, ich inicjatywę popiera sam prezes PiS Jarosław Kaczyński. Mimo to, małżeństwo cały czas podtrzymuje, że z polityką ani ideologiami nie są związani – i faktycznie, trudno jest znaleźć dowody na to, by było inaczej.
Oczywiście, niektóre osoby z fundacji miały powiązania polityczne, ale raczej na niskich szczeblach. Trudno też uznać, że Elbanowscy są "tubą katoprawicy", jak niektórzy pisali o nich w komentarzach, bo tematyki Kościoła w ogóle nie poruszają. Naturalne jest, że jeśli w swojej sprawie małżeństwo niejako wojowało z rządem, to opozycja ich poprze – ale niemądre jest zakładanie, że Elbanowscy takiego politycznego poparcia łaknęli.
Twitter.com
Reszta rodziców chce dla swoich dzieci jak najlepiej. Do tej grupy należy najsłynniejsza i najmodniejsza ostatnio para rodzicieli funkcjonująca jak byt zbiorowy, czyli państwo Elbanowscy. Wyróżniają się tym, że mają mnóstwo dzieci, którym trzeba zapewnić wikt i opierunek. Mają tych dzieci tak dużo, bo są Polakami katolikami, jeśli to lubią, to ok, chwała im za wychowanie obywateli, którzy będą pracowali na ich emerytury.
Ponadto z dzieci da się żyć, zwłaszcza gdy założy się fundację w obronie maleństw z krew w żyłach mrożącą nazwą „Ratujmy maluchy!” i wypłaca sobie całkiem niezłą pensję, przeczytałam, że siedem patyków miesięcznie. Któż by nie chciał ratować dzieci? Zwłaszcza maluchów! Stąd wziął się milion podpisów.CZYTAJ WIĘCEJ
Stali się na tyle popularni, że zaczęły się nimi interesować media i politycy. Elbanowscy przemawiali nawet na sejmowej mównicy. Zdaniem niektórych, w sposób uwłaczający godności Sejmu, choć przecież nie takie rzeczy działy się na Sali Obrad. Ci, którzy popierają Elbanowskich, twierdzą jednak, że z obecną władzą inaczej niż ostro się nie da – a co jak co – polityków młode małżeństwo na pewno się nie boi.
Wielka POrażka
Dzisiaj, 8 listopada, Elbanowscy przegrali swoją główną walkę. Podczas głosowania w Sejmie odrzucono pomysł, by zorganizować referendum w sprawie 6-latków. Małżeństwo w rozmowach z dziennikarzami zapewniało potem jednak, że nie spoczną w swojej działalności. Nic dziwnego – zyskali rozgłos, poparcie i zarabiają na tym pieniądze. I nadal, w przeciwieństwie do wielu fundacji, udaje im się utrzymać pierwotną ideę na wierzchu.
ŁUKASZ ELBANOWSKIWypowiedź dla mediów po głosowaniu w Sejmie 8 listopadaMy od 5 lat wykorzystujemy wszystkie narzędzia, jakie daje nam demokracja i będziemy dalej to robić. To, co widzieliśmy dzisiaj, to było lekceważenie demokracji. Nawet posłowie w klubach nie mieli możliwości zagłosować zgodnie ze swoim sumieniem, ze swoją wolą. Część z nich, posłów koalicyjnych, w rozmowach z nami mówiła, że jak nie będzie dyscypliny, to zagłosują za referendum. Premier nie był w stanie dać wolności nawet dwustu osobom. Wszyscy my zostaliśmy dziś pozbawieni prawa wyboru.
Ja przypomnę słowa premiera z przed dwóch tygodni, że "ludzie na końcu zawsze mają rację" i to my na końcu będziemy mieć rację. Premier też powiedział, że tylko czasami potrzeba czasu, żeby to dotarło do takich zakutych łbów jak premiera i ministrów. Widocznie ten czas jeszcze nie nadszedł.
Twitter.com
I choć z tą ideą nie każdy się zgadza i nie każdy ich popiera, to Elbanowskim trudno odmówić zacięcia, zaangażowania i sprawności w zdobywaniu poparcia. Dlatego niezależnie od tego, czy się ich popiera, czy nie, trzeba w nich docenić jedno - pokazali, że można zmobilizować Polaków i całkiem skutecznie walczyć o swoje prawa. A o tym, będąc przyzwyczajonymi do bylejakości polityków, chyba zapomnieliśmy.
Źródło: naTemat.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)