Bezczelny cynizm Donalda Trumpa. Robi, co chce, bo może. Krytycy mogą się tylko pocieszać: choć jest prostacki, mówi prawdę [OPINIA], 08.01.2026



Bezczelny cynizm Donalda Trumpa. Robi, co chce, bo może. Krytycy mogą się tylko pocieszać: choć jest prostacki, mówi prawdę [OPINIA]

8 stycznia 2026

Chociaż Donald Trump często kłamie, nawet jak na standardy amerykańskich prezydentów, surowa, przekraczająca granice szczerość na temat tego, jak naprawdę funkcjonuje świat, od zawsze była podstawą jego osobliwego politycznego uroku: politycy są skorumpowani przez duże darowizny; tylko głupi ludzie płacą wyższe podatki, których mogliby uniknąć; mógłby zastrzelić kogoś na Piątej Alei [głównej ulicy na Manhattanie w Nowym Jorku] i nie stracić ani jednego głosu. "Myślisz, że nasz kraj jest taki niewinny?" — odpowiedział kiedyś, zapytany o mordercze dokonania Władimira Putina.

Szczerość Trumpa w kwestii jego zainteresowania Wenezuelą jest zgodna z jego polityką i światopoglądem. Nie zamierza on dokonywać zmiany reżimu, a tym bardziej szerzyć demokracji. W rzeczywistości wydaje się zadowolony ze stabilizacji reżimu, o ile tylko uznaje, że to Ameryka "rządzi", ponieważ najbardziej zależy mu na ropie naftowej. "Wyciągniemy z ziemi ogromne bogactwa" — powiedział Trump po tym, jak siły amerykańskie porwały despotycznego przywódcę kraju, Nicolasa Maduro.

Ponieważ rozbieżności między deklarowanymi zasadami polityka a jego działaniami stanowią najłatwiejszy cel dla jego krytyków, bezczelny cynizm Trumpa stanowi dla niego tarczę ochronną. Niektórzy mogą narzekać, że Trump narusza swoje standardy "America First", ale w tej kwestii nie jest hipokrytą. Dla niego to hasło nie oznacza izolacjonizmu. Umożliwia ono amerykańską agresję w dążeniu do realizacji własnych interesów.

Łatwy łup dla Trumpa

Inne zarzuty wobec błyskawicznego uderzenia Trumpa [w Wenezuelę] wydają się jeszcze mniej prawdopodobne. Demokraci mogą nadal narzekać, że naruszył on konstytucję, przejmując uprawnienia Kongresu do wypowiedzenia wojny, ale co z tego? Prezydenci robią to od ponad wieku. Kongres, który nie był w stanie powstrzymać Trumpa przed egzekucją anonimowych osób podejrzewanych o przemyt narkotyków bez przedstawienia żadnych dowodów, raczej nie postawi go w stan oskarżenia za podjęcie tak daleko idących kroków w celu doprowadzenia do sądu oskarżonego barona kokainowego (niezależnie od tego, jak kontrowersyjne mogą być te taktyki — i mimo że sam Trump ułaskawił wcześniej skazanego byłego prezydenta Hondurasu za przemyt kokainy z Wenezueli).

Odwołania do prawa międzynarodowego wydają się jeszcze bardziej żałosne. Tak, Karta Narodów Zjednoczonych wyklucza naruszanie suwerenności innego kraju siłą, chyba że zostanie to zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa. Istnieje jednak wyjątek dla działań w ramach samoobrony — i właśnie ten argument, jak się okazuje, absurdalnie wysuwa administracja Trumpa. Co ważniejsze, kto może liczyć na egzekwowanie takiego prawa wobec Ameryki?

W kraju i za granicą długoletni krytycy amerykańskiej polityki zagranicznej mogą nawet czerpać pewną satysfakcję z bezkompromisowości Trumpa. Ameryka nie była "taka niewinna" podczas dziesiątek interwencji w Ameryce Łacińskiej w okresie zimnej wojny, rezygnując z troski o prawa człowieka lub demokrację, gdy zagrożony był amerykański handel i kontrola. Tacy krytycy mogą się pocieszać — tak jak od dawna robi to wielu zwolenników obecnego prezydenta — że Trump, choć jest prostacki, mówi prawdę.

Podczas gdy administracja Baracka Obamy ogłosiła, że doktryna Monroe'a przestała obowiązywać, Trump nie tylko ją przywrócił, ale w swojej strategii bezpieczeństwa narodowego na rok 2025 dodał do niej "dodatek Trumpa", który został nieudolnie przemianowany na "doktrynę Donroe". Oprócz zakazu europejskiej kolonizacji na półkuli zachodniej, zawartego w starej doktrynie, dodatek ten potwierdza konieczność zapewnienia Ameryce dominacji handlowej. Jak zawsze w przypadku Trumpa, państwa, które najbardziej polegają na Ameryce, są dla niego łatwym łupem: "szczególnie w przypadku krajów, które są od nas najmocniej zależne, a zatem nad którymi mamy największą przewagę", Ameryka musi nalegać na "umowy z jednym dostawcą dla naszych firm".

Promowanie demokracji lub praw człowieka nie jest nawet wspomniane. "Nie możemy zapominać o rządach o odmiennych poglądach, z którymi jednak łączą nas wspólne interesy" — ostrzega strategia, w zdaniu, które mogło zapowiadać nową sytuację w Wenezueli. Jedno słowo najlepiej oddaje wizję Trumpa dotyczącą właściwej roli USA w Ameryce i użył go on swobodnie 3 stycznia podczas konferencji prasowej opisującej schwytanie Maduro: "Dominacja Ameryki na zachodniej półkuli nigdy więcej nie będzie kwestionowana" — powiedział.

Protest przeciwko działaniom wojskowym USA w Wenezueli przed ambasadą Stanów Zjednoczonych w Seulu, Korea Południowa, 5 stycznia 2026 r.JEON HEON-KYUN / PAP
Protest przeciwko działaniom wojskowym USA w Wenezueli przed ambasadą Stanów Zjednoczonych w Seulu, Korea Południowa, 5 stycznia 2026 r.

Predator kontra obcy

Być może wszystko ułoży się pomyślnie. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że w nadchodzących latach wszyscy, łącznie z Ameryką, będą tęsknić za dawną hipokryzją. Prawo międzynarodowe rzadko funkcjonowało poprzez egzekwowanie, a raczej poprzez dobrowolne przestrzeganie, a Ameryka, pomimo wszystkich swoich wad, była jego wzorem. Co się stanie, gdy zło nie będzie już czuło się zmuszone do oddawania hołdu cnocie? Niepokojące jest rozważanie, jak mogą zachowywać się nie tylko Rosja i Chiny, ale także mniejsze kraje, nie mówiąc już o Ameryce, która otwarcie — i szczerze — przyjmuje rolę największego predatora [drapieżnika]. Nie tylko Kolumbia i Kuba, ale także Meksyk i Dania mają wszelkie powody, aby poważnie traktować groźby Trumpa. Być może nie zawsze użyje on siły militarnej, ale wykorzysta wszystkie inne środki, jakimi dysponuje prezydent Ameryki, nie zważając na konsekwencje po zakończeniu swojej kadencji.

W dzisiejszych czasach obrona zasad prawa międzynarodowego wydaje się tak daremna, że nie jest to zbyt "fajne". Trump codziennie pokazuje, że w realnym świecie liczy się tylko siła — a przynajmniej liczy się tylko wtedy, gdy amerykański prezydent uważa, że tylko ona ma znaczenie. Jednak twierdzenie, że dzięki temu Ameryka będzie bezpieczniejsza i bogatsza w dłuższej perspektywie, jest jego największym złudzeniem. Amerykanie, którzy po drugiej wojnie światowej poprowadzili świat do wprowadzenia tych zasad, nie byli romantykami z zamglonym wzrokiem. To byli zatwardziali realiści, tacy jak Arthur Vandenberg, republikański senator z Michigan i były izolacjonista, który uznał, że w dobie globalizacji "nasze oceany przestały być fosami" i tylko nowa "oświecona dbałość o własny interes" może zapobiec chaosowi. Przywódcy ci wyciągnęli wnioski z horrorów, których oszczędzono kolejnym pokoleniom Amerykanów i większości świata, i prawdopodobnie nie był to przypadek.

© The Economist Newspaper Limited, 7 stycznia 2026 r.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Donald Trump stosuje bezczelny cynizm w swojej polityce, przekraczając granice szczerości w sprawach międzynarodowych.
  • Jego podejście do Wenezueli ukazuje brak zainteresowania promowaniem demokracji, skupiając się na amerykańskich interesach związanych z ropą naftową.
  • Krytycy jego działań, w tym naruszenia konstytucji, są słabi w egzekwowaniu postanowień prawa.
  • Administracja Trumpa wróciła do doktryny Monroe'a, stawiając na dominację Ameryki na zachodniej półkuli.
  • Istnieje ryzyko, że przyszłością międzynarodowego ładu zagrażać będą działania USA, co może prowadzić do większego chaosu.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz