Donald Tusk o aferze w Szpitalu Południowym. Trzykrotnie padło "koniec". Witold Jurasz: to, czego byłem świadkiem na SOR-ze w Szpitalu Południowym, budzi moje przerażenie, 03.07.2026



 Donald Tusk o aferze w Szpitalu Południowym. Trzykrotnie padło "koniec"

3 lipca 2026

— Dymisje na różnych szczeblach ludzi odpowiedzialnych za sytuację w Szpitalu Południowym już nastąpiły, włącznie z dzisiejszymi rezygnacjami. Dla rządu i dla mnie osobiście najważniejsze jest, żeby skutecznie wyeliminować zwyrodnienia i nadużycia, które są efektem nie tylko złej woli pojedynczych lekarzy, ale są także efektem złego systemu — mówił premier na konferencji prasowej.

Donald Tusk o aferze w Szpitalu Południowym. Trzykrotnie padło "koniec"

Szef rządu stwierdził też, że wobec zdarzeń w Szpitalu Południowym "nie będzie żadnej wyrozumiałości" i zapowiedział także koniec trzech rzeczy:
  • saloników VIP,
  • tzw. zeszytów w szpitalach, "w których są nazwiska tych, którzy zasługują na lepsze traktowanie" i pozwalają omijać kolejki,
  • kominów płacowych.
Donald Tusk przekazał, że na ukończeniu są prace nad centralną e-rejestracją. — Dzisiaj wydałem też polecenie, aby te prace do maksimum skrócić. Ona musi zacząć działać najpóźniej do końca roku — przekazał.
— Jeśli do wtorku nie otrzymam satysfakcjonujących i precyzyjnych rekomendacji [dotyczących ochrony zdrowia], w środę podejmę odpowiednie decyzje także personalne — zapowiedział.

Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
  • Premier Donald Tusk uznał, że sprawa Szpitala Południowego należy do prokuratury.
  • Zostały ogłoszone zmiany, w tym koniec z salonikami VIP oraz omijaniem kolejek w szpitalach.
  • Wprowadzono dymisje osób odpowiedzialnych za sytuację w szpitalu, w tym dzisiejsze rezygnacje.
  • Tusk zapowiedział zakończenie praktyk dotyczących "zeszytów" z nazwiskami preferowanych pacjentów oraz kominów płacowych.
  • Prace nad centralną e-rejestracją mają być przyspieszone i zakończone do końca roku.

Onet

Witold Jurasz: to, czego byłem świadkiem na SOR-ze w Szpitalu Południowym, budzi moje przerażenie


3 lipca 2026


W listopadzie 2022 r. moja mama trafiła na słynny już w całej Polsce SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie. To, czego byłem świadkiem, a w jeszcze większym stopniu to, co wówczas usłyszałem, do dzisiaj budzi w mnie przerażenie, oburzenie, ale też strach. Przede wszystkim jednak oczekiwanie, by moje państwo w końcu zaczęło działać, a nie tylko udawało, że istnieje.

Rano 30 listopada 2022 r. zawiozłem moją wówczas 84-letnią mamę na zdjęcie szwów po operacji endoprotezy kolana. Do szpitala trafiliśmy około 9:30. Dwie godziny później lekarze stwierdzili, że nie mogą wykluczyć zakrzepicy i skierowali mamę na szpitalny oddział ratunkowy (SOR) w tym samym szpitalu. Dotarliśmy tam około godz. 12.
Przez 10 godzin czekaliśmy na przyjęcie przez lekarza. Gdy już dostaliśmy się do niego, mamie zlecono jedno badanie, po którym znów czekaliśmy kilka godzin na przyjęcie przez lekarza. Łącznie w Szpitalu Południowym spędziłem tego dnia z mamą 16 godzin, z czego na szpitalnym oddziale ratunkowym — blisko 14.
Po drugiej wizycie usłyszeliśmy, żeby przyjechać znów na ten sam SOR następnego dnia o godz. 11. Tym razem ze szpitala wyszliśmy nie o godz. 2 w nocy, ale około godz. 22. Słowem: po 14 godzinach na SOR-ze i kilku godzinach snu w domu, kolejnego dnia na SOR-ze spędziliśmy 11 godzin.
Moja mama zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia momentami traciła już świadomość, a kontakt z nią był chwilami utrudniony. Była bowiem krótko po operacji i bardzo osłabiona. O ile w domu mogła jednak leżeć, to już na SOR-ze nie było niczego poza krzesłami.

Byłem wstrząśnięty tym, co usłyszałem

W pewnym momencie, gdy zacząłem się realnie obawiać, czy mama to wszystko w ogóle przeżyje, wszedłem do gabinetu lekarza dyżurnego i grzecznie zapytałem go, dlaczego coś takiego jest w ogóle możliwe.
Byłem uprzejmy wobec lekarza, ale chyba nie dlatego, że tak zostałem wychowany, ale dlatego, że widząc wściekłość wielu innych pacjentów, uznałem, że być może uprzejmością zdołam jakoś pomóc mojej mamie i spowodować, żeby ktoś w ogóle się nią zajął.
Lekarz, z którym rozmawiałem, rozpoznał mnie jako dziennikarza. Wyraźnie zaznaczyłem, że moje pytanie zadałem jako syn bardzo już starej i, proszę wybaczyć potoczność, ledwie żywej kobiety. Młody, bardzo miły lekarz powiedział mi, że w chwili, w której rozmawiamy, ma pod opieką dwóch pacjentów z zawałami i jedną pacjentkę z podejrzeniem udaru i jakkolwiek zdaje sobie sprawę, że moja mama może nie przeżyć wizyty na SOR, to jeśli zajmie się moją mamą, a nie wspomnianymi pacjentami, oni nie przeżyją na pewno.
Szpital Południowy
Leszek Szymański / PAP
Szpital Południowy
Gdy spytałem, dlaczego tylko on jeden pracuje na SOR-ze i czy w całym szpitalu nie ma innych lekarzy, którzy mogliby mu pomóc, lekarz odpowiedział, że w szpitalu, owszem, na wielu oddziałach są inni lekarze. Co więcej, mają oni w umowach wpisany obowiązek "schodzenia z oddziałów na SOR", ale tego nie robią, "bo im się nie chce", a jako że są od niego ważniejsi, to nie jest w stanie ich do tego zmusić.
Byłem wstrząśnięty tym, co usłyszałem. Postanowiłem więc — tym razem już przedstawiając się jako dziennikarz — spytać również pielęgniarek, czy to, co usłyszałem, jest prawdą. Wszystkie potwierdziły. Kolejnego dnia, gdy wróciliśmy z mamą do szpitala, na SOR-ze również był tylko jeden lekarz. Zadałem mu pytanie, czy to prawda, że ważniejsi lekarze powinni mu pomagać, ale tego nie robią. Usłyszałem jednoznaczne potwierdzenie.

"Widziałem bezsilność ludzi przyzwoitych"

Gdy opisałem powyższą historię na Facebooku, spotkałem się z bardzo brutalnym, wręcz furiackim atakiem utytułowanych i ustosunkowanych lekarzy, którzy w komentarzach pisali, że kłamię i nie mam pojęcia, o czym piszę. Nie brakowało wyzwisk.
Najczęściej stosowanym argumentem był ten, że lekarz z oddziału nie może pomagać na SOR-ze, gdyż narażałby życie pacjentów z oddziału. Jeden z lekarzy ze szpitalnego oddziału ratunkowego dał mi jednak swój numer telefonu. Zadzwoniłem i spytałem, czy może ten argument skomentować. Odparł, że jest to zwykłe kłamstwo. Na oddziałach, owszem, zdarzają się nagłe zdarzenia. Tyle że droga z SOR-u na oddział zajmuje od jednej do dwóch minut, a życie pacjentów realnie narażają profesorowie, doktorzy habilitowani i doktorzy, nie wtedy, gdy schodzą na SOR, ale wtedy, kiedy tego nie robią.
Wszystko, co powyżej opisałem, chciałem już wówczas, czyli w 2022 r., przedstawić w artykule w Onecie. Uznałem jednak, że mogłoby to zostać odebrane jako załatwianie prywatnych spraw na łamach ogólnopolskiego portalu i tego nie zrobiłem. Z perspektywy czasu myślę, że popełniłem błąd.
Poziom organizacyjnej niekompetencji, ale też moralnej zgnilizny, który zobaczyłem w Szpitalu Południowym, był taki, że to, co dziś publikuję, powinienem był opisać już cztery lata temu.
Chcę równocześnie bardzo wyraźnie zaznaczyć, że spotkałem zarówno w Szpitalu Południowym, jak i później, gdy mama po zapaści trafiła na SOR w innym szpitalu, wspaniałych lekarzy. Tak młodych, jak i w średnim oraz zaawansowanym już wieku. Także profesorów. Widziałem też jednak moralnych degeneratów i bezsilność ludzi przyzwoitych.
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
  • Autor opisuje trudne doświadczenia związane z czekaniem na SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie, gdzie jego 84-letnia mama była hospitalizowana.
  • Spędzili na SOR prawie 14 godzin, z czego w drugim dniu czekali 11 godzin.
  • Lekarz dyżurny informował, że nie może pomóc pacjentce, gdyż zajmuje się pacjentami w kritycznych stanach, a inni lekarze nie schodzą z oddziałów w celu wsparcia.
  • Autor doświadczał bezsilności i frustracji, krytykując brak efektywności systemu oraz postawę niektórych lekarzy.
  • W Facebookowych komentarzach spotkał się z brutalnym atakiem ze strony lekarzy, ale inni potwierdzili jego spostrzeżenia.

Onet


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz