Jak prosektor Szpitala Południowego handlował zwłokami. Ujawniamy kulisy, 02.07.2026


1 lipca 2026

W Szpitalu Południowym w ostatnich latach dochodziło do nielegalnego handlu ciałami zmarłych. Rozmawialiśmy m.in. z rodzinami nieżyjących pacjentów, a także lekarzami, pracownikami prosektoriów oraz przedstawicielami zakładów pogrzebowych, którzy ujawniają kulisy tego skandalicznego procederu. Oto jak wyglądało królestwo koordynatora prosektorium Artura Habowskiego.

Znany profesor medycyny: — Jeśli rzeczywiście tak jest, to jest to afera łowców skór.
Szef jednego z warszawskich domów pogrzebowych: — W Szpitalu Południowym handel trwa od lat.
Pracownik jednego z zakładów pogrzebowych: — Klientka się uparła i zabraliśmy ciało z prosektorium w Południowym. Otwieramy worek — siki. Normalnie nasikał na zwłoki, zapakował i nam przekazał. Jak mi moi pracownicy o tym powiedzieli, zadzwoniłem do niego, a on do mnie: "wy robicie usługi, to sobie umyjcie". To jest skur…
Córka pacjenta, który zmarł w Szpitalu Południowym: — Nie wytrzymałam i zaczęłam głośno mówić, co tu się wyprawia. Zrobiła się awantura. Zaczął straszyć nas ochroną. Nie mogę pojąć, że tak traktował ludzi w żałobie.
Jedna z osób znających Artura Habowskiego: — W branży nikt nie był zaskoczony. Dziwne, że dopiero teraz ktoś się nim zajął.
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego: — Prywatne firmy wchodzą w układy z ratownikami pogotowia, lekarzami i szpitalami. To jest handel zwłokami. Trzeba to powiedzieć wprost.

"Cennik" Habowskiego. Ujawniamy kulisy procederu

Dwa tygodnie temu cała Polska dowiedziała się o Dawidzie Kacprzaku. To 29-letni lekarz-polityk, który tylko w 2025 r. zarobił 1,6 mln zł. Specjalnie dla niego szpital stworzył nowe stanowisko koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
Szpital stworzył też inne specjalne stanowisko: koordynatora pracy prosektorium.
Koordynator to Artur Habowski, niespełna czterdziestoletni technik sekcyjny, który za przyzwoleniem władz Szpitala Południowego zbudował swoje królestwo.
W czasie, gdy politycy obłaskawiani przez Kacprzyka mieli korzystać z przywilejów na SOR-ze, w podziemiach Szpitala Południowego miało dochodzić do nielegalnego sprzedawania ciał i usług pogrzebowych.
Mamy szacunkowy "cennik" koordynatora szpitalnego prosektorium. Kwota zależała od "usługi":
  • 100 zł — za zgodę na wydanie ciała
  • Od 500 zł — za ubranie ciała i zabiegi kosmetyczne
  • 1000 zł — za balsamację (w COVID-19 kwota była nawet dwukrotnie wyższa)
  • Od 1500 zł wzwyż — za "polecenie" rodzinie zakładu pogrzebowego
Wszystko nielegalnie, z jawnym łamaniem prawa, wszystko do prywatnej kieszeni Artura Habowskiego. Mamy informację, że tylko w ciągu dwóch miesięcy zeszłego roku w prosektorium Szpitala Południowego zostało ubranych ponad 80 ciał. Jeśli zgodził się przyjąć tę najniższą stawkę, to w tym okresie "zarobił" ponad 40 tys. zł tylko na tej "usłudze". A usług było więcej.
Trumna na terenie prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Magdalena Rigamonti / Onet
Trumna na terenie prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Habowski łowił "skóry", obiecując rodzinom zmarłych najlepsze usługi pogrzebowe, a zakładom pogrzebowym — zwłoki. Zakłady musiały za to zapłacić, a potem doliczały "koszty szpitalne" do rachunku za pogrzeb wystawiony rodzinie osoby zmarłej.
— Raz klient poprosił, żeby na każdą pozycję w fakturze przedstawić paragon, bo potrzebował tego do wypłaty pieniędzy z banku. Poszliśmy z tym do Artura, żeby dał pokwitowanie za ubieranie ciała. Nigdy tego nie zrobił — mówi jeden z właścicieli zakładu.
Świadkowie ujawniają kulisy tego procederu. Rozmawialiśmy z pracownikami prosektoriów i zakładów pogrzebowych, z rodzinami pacjentów zmarłych w Szpitalu Południowym, z lekarzami i dyrektorami szpitali, a także podjęliśmy próbę rozmowy z samym Arturem Habowskim.
Część informacji o tym, co działo się w prosektorium w szpitalu na ul. Pileckiego w Warszawie, we wtorek ujawnił także portal zero.pl.

Tak wyglądał układ. "To żyła złota"

Pacjent umiera w szpitalu. Ciało od razu trafia na dwie godziny do post mortem, czyli pomieszczenia na oddziale, a potem do chłodni w prosektorium. W tym czasie jest telefon do rodziny nieboszczyka z informacją o śmierci bliskiej osoby. Karta zgonu podpisana przez lekarza jest do odebrania w sekretariacie oddziału bądź w dziale statystyk. Rodzina umawia zakład pogrzebowy.
Na odbiór ciała zapakowanego w worek zapinany na zamek błyskawiczny trzeba się umówić na konkretną godzinę. Najpierw bliscy identyfikują zwłoki, potem ciało jest wkładane do trumny przywiezionej przez zakład pogrzebowy. Takie procedury powinny obowiązywać we wszystkich szpitalach w Polsce.
Nie obowiązują jednak w warszawskim Szpitalu Południowym, placówce, która miała być medyczną wizytówką stolicy. Rządy nad ciałami zmarłych pacjentów zostały tam oddane w ręce Artura Habowskiego. Zgodę na to, według naszych ustaleń, wydała była dyrektor medyczna i ordynator oddziału zakaźnego Agata Kusz-Rynkun.
— Cały szpital miał przykaz, żeby te karty oddawać jemu. I oddawał — mówi nam jeden z byłych pracowników szpitala.
Wielokrotnie próbujemy skontaktować się z panią doktor. Bezskutecznie. — Na jej miejscu też bym nie chciał rozmawiać. Przecież to ona musiała się zgodzić i na Kacprzyka, i na Habowskiego — mówi lekarz z doświadczeniem w zarządzaniu placówkami medycznymi.
Prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Magdalena Rigamonti / Onet
Prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Pytamy w środowisku firm pogrzebowych, pracowników prosektoriów, po co Habowskiemu były te karty zgonów.
— Przecież to żyła złota.
— Chwalił się, że sam to sobie wywalczył.
— On kiedyś marzył o tym, żeby mieć swoje prosektorium i swój zakład pogrzebowy. No, ale wiadomo, że to generuje koszty. Taniej mieć swoje prosektorium i swój zakład w publicznym szpitalu.
Właśnie na tych kartach Habowski zbudował swój śmiertelny biznes. Plan był jednocześnie prosty i genialny: masz kartę zgonu — masz dostęp do rodziny zmarłego, do jej emocji, bezradności, traumy.

"Nie wytrzymałam. Zrobiła się awantura"

Śmierć pacjenta — post mortem — ciało jedzie do chłodni — telefon do rodziny… Nie, karta zgonu do odbioru nie w sekretariacie, nie w dziale statystyk, tylko w prosektorium. Ale nie u zwykłego pracownika, tylko u koordynatora, w jego biurze. Pan koordynator przyjmuje tylko rano, a i to nie zawsze, bo często go nie ma, bo robi sekcje i balsamacje "na mieście".
Rodziny o tym nie wiedzą, bo skąd. Smutek, żałoba, często szok — przecież umarł ojciec, dziecko, syn, córka… Chcą szybko załatwić formalności w szpitalu, potem jeszcze trzeba do Urzędu Stanu Cywilnego po akt zgonu i dopiero wtedy można zaczynać organizować pogrzeb.
— Tata zmarł na intensywnej terapii jesienią zeszłego roku. Zadzwonili, powiedzieli, że karta do odbioru w prosektorium. Zdziwiłam się, bo kilka miesięcy wcześniej umarła mama. Też w szpitalu, tylko że w innym i tam kartę dostałam na oddziale od lekarza prowadzącego. A tu, że mamy iść do jakiegoś pana koordynatora. Firmę pogrzebową miałam już umówioną, tę samą, która zorganizowała pogrzeb mamie — słyszymy od jednej z bliskich zmarłego pacjenta w Południowym.
Wejście główne do Szpitala Południowego, hol, potem bardzo długi korytarz, pierwsze windy. Dalej prosto i kolejne windy. Poziom -1. To tu jest nowoczesne prosektorium, z nowymi stołami sekcyjnymi i chłodniami.
— Na korytarzu stały trumny, powkładane jedna w drugą. Pod ścianami, bardzo dużo tych trumien. Zastanawialiśmy się z mężem, skąd w prosektorium trumny, przecież to zakład pogrzebowy przywozi, kiedy przyjeżdża po ciało — dodaje kobieta.
Trumny na terenie prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Magdalena Rigamonti / Onet
Trumny na terenie prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Pamięta doskonale, że zapytała Habowskiego, o której może przyjechać firma pogrzebowa. Usłyszała, że jeszcze trzeba poczekać. W tym czasie wchodziły do niego inne rodziny, spędzały tam po kilkanaście minut, a niektóre więcej niż pół godziny. A pod prosektorium podjeżdżały kolejne karawany.
— Nie wytrzymałam i zaczęłam głośno mówić, co tu się wyprawia. Zrobiła się awantura. Zaczął straszyć nas ochroną. Nie mogę pojąć, że tak traktował ludzi w żałobie.

"Zawsze wszystko pod stołem"

Dotarliśmy do kart ze stemplem i podpisem koordynatora. W lewym górnym rogu widnieje pieczątka Szpitala Południowego. W prawym dolnym pieczątka i parafka lekarza, który kartę podpisał.
Dane osoby zmarłej w większości wypełnione są na komputerze. Ale nie wszystkie. Część informacji została dopisana odręcznie. Przy każdym uzupełnieniu przybita pieczątka: Prosektorium. Artur Habowski, koordynator.
Pokazywaliśmy je lekarzom w innych szpitalach, konsultowaliśmy je z profesorami medycyny. Wszyscy reagowali podobnie:
— To nie powinno mieć miejsca.
— Nigdzie nie ma takiej praktyki.
— Kartę zgonu podbija lekarz, koniec, kropka.
Kolejna rodzina:
— Wszystko już było umówione z tym panem. Wyznaczył godzinę, wiedział, że jeszcze tego samego dnia jest kremacja, a następnego pogrzeb. Że nam zależy na czasie — słyszymy.
— Najpierw mieliśmy czekać, chociaż przyjechaliśmy punktualnie. A później powiedział, że być może w ogóle dziś nie wyda męża. Dopiero jak pracownik mojego zakładu pogrzebowego poszedł do tego człowieka do biura i dał mu 100 zł, dostaliśmy zgodę na odbiór ciała. Od razu mnie zawołał. Podpisałam wszelkie formalności i za pięć minut mogliśmy odjeżdżać. Oczywiście nie dał żadnego pokwitowania, że przyjął pieniądze — dodaje jedna z osób, z którymi rozmawialiśmy.
— Nigdy nie dawał. Zawsze wszystko pod stołem i zawsze wszystko dla siebie — mówi nam jeden z pracowników zakładu pogrzebowego.
Zaraz dodaje: — Ta stówa to dla niego jakaś symboliczna kasa, bo wiem, ile brał od firm pogrzebowych i za co. U niego była prosta zasada, te zakłady, które odbierały od niego gołe ciała, czyli nie dawały mu zarobić nawet na ubieraniu, od razu stawały się jego wrogami. Albo umawiał się np. na rano z zakładem na odbiór, zakład przyjeżdżał z rodziną, to kazał im czekać albo przyjechać następnego dnia. To była stała zemsta za to, że rodzina wybrała zakład, który nie współpracuje, czyli nie płaci Habowskiemu.
Osoba z branży funeralnej wspomina, jak odbierała ciało z prosektorium w Południowym.
— Najpierw telefon: cześć Artur, przyjedziemy po panią Kowalską. Czy jutro o dziesiątej? Możemy? Możecie, tylko jeszcze weźcie większy samochód, żeby trumnę zabrać. Ja mówię: jak trumnę? A bo wiesz, rodzina kupiła tutaj… Trzeba wiedzieć, że to jest jeden z podstawowych punktów zarobku zakładu pogrzebowego.

"Wy robicie usługi, to sobie umyjcie"

Wszyscy nasi rozmówcy z biznesu pogrzebowego twierdzą, że Artur Habowski utrudnia ludziom pracę. I najchętniej chciałby mieć na smyczy wszystkie zakłady pogrzebowe. W 2023 r. dogaduje się z zakładem pogrzebowym Sacrum, że wynajmie lokal niedaleko prosektorium i razem poprowadzą firmę. Układ jest prosty: zakład ma zatrudnić jego partnerkę i dzielić się z nią zyskami.
Habowski wiedział dokładnie, że spółka formalnie nie może mieć z nim nic wspólnego. Jako etatowy pracownik publicznego prosektorium nie może prowadzić działalności gospodarczej związanej z pochówkiem ciał. W środowisku chwali się, że dzięki takiemu układowi jest nietykalny.
Trumny na terenie prosektorium
Magdalena Rigamonti / Onet
Trumny na terenie prosektorium
Okazuje się, że zyski z Sacrum mu nie wystarczają. Stawia warunek: on ubiera ciała w prosektorium, a zakład płaci mu za taką usługę 500 zł do kieszeni. Żadnej faktury i żadnego potwierdzenia. Właściciele zakładów pogrzebowych, z którymi rozmawiamy, uważają, że bez żadnego problemu mógł w ten sposób zarobić ogromne pieniądze, nie zostawiając po tym żadnego rozliczenia.
Współpraca Habowskiego z Sacrum trwa niespełna dwa lata i kończy się we wrześniu 2025 r. Powodem znowu są pieniądze. Z czasem prosektor podnosi poprzeczkę i ma stawiać kolejne żądania: 1500 zł "za skórę", czyli łapówka za to, że będzie rodzinom polecał zakład Sacrum. Interesy szybko przestają się opłacać jednej stronie. W drugiej połowie 2025 r. współpraca się kończy.
— Ta sytuacja wydarzyła się dwa tygodnie temu. Pani chciała pochować u nas tatę. Wcześniej pochowała mamę i była zadowolona z usług. Podpisuje z nami umowę, idzie do szpitala po kartę zgonu. Pan Artur mówi: "nie, nie ten zakład, to się nie nadaje. Ja pani dam inny. Nie chcę namawiać, ale ja sam u nich korzystałem, tak mi mamusię bardzo ładnie pochowali, bardzo byłem zadowolony". Klientka była oburzona jego zachowaniem. Ale i tak to ciało zostało w końcu u niego. Chłopaki pojechali, ale ciała już nie przywieźli.
— Inna klientka się uparła i zabraliśmy ciało z prosektorium w Południowym. Otwieramy worek — siki. Normalnie nasikał na zwłoki, zapakował i nam przekazał. Jak mi moi pracownicy o tym powiedzieli, zadzwoniłem do niego, a on do mnie: "wy robicie usługi, to sobie umyjcie". To jest skur…

To prosektorium funkcjonowało jak zakład pogrzebowy, a nie jak szpital

Rozmawiamy z byłym dyrektorem dużego warszawskiego szpitala, który także nadzorował prosektorium. Pytamy, jakie usługi powinny być świadczone w miejscu, do którego trafiają ciała zmarłych pacjentów.
— Ciało musi być oczyszczone z wenflonów i innych medycznych elementów, umyte, okryte i włożone do chłodni. Wszystko ma być przeprowadzane z szacunkiem. Tak przygotowane powinno czekać na odbiór zakładu pogrzebowego.
A w zakładzie pogrzebowym, w zależności od życzenia rodziny, może być poddane balsamacji, zabiegom tanatokosmetycznym (makijaż, fryzura) i ubrane w rzeczy, które przyniosą bliscy bądź zaproponuje firma pogrzebowa. — W prosektorium jest zakaz tych czynności — słyszymy od innego dyrektora szpitala.
Pojemnik z kosmetykami do malowania zwłok, który stał w prosektorium w Szpitalu Południowym
Archiwum prywatne
Pojemnik z kosmetykami do malowania zwłok, który stał w prosektorium w Szpitalu Południowym
W Południowym miało jednak dochodzić do przeprowadzania wszystkich tych zabiegów. — To prosektorium funkcjonowało jak zakład pogrzebowy, a nie jak szpital — mówi pracownik jednej z firm pogrzebowych.
Kto robił te usługi? Pracownicy na zlecenie Artura Habowskiego. Nie mieli tego zapisanego w umowach ze szpitalem, ale kiedy pytali, na jakiej podstawie mają ubierać, malować, balsamować, słyszeli od swojego bezpośredniego zwierzchnika, że w umowie jest punkt dotyczący wykonywania poleceń przełożonego… Wiemy, ile zarabiali podwładni koordynatora — z reguły ich dochody oscylowały wokół najniższej krajowej.

Jego babcia niedawno zmarła, on ją tam chował, i to wszystko pięknie zrobili.

U Joanny problemy rozpoczęły się krótko po śmierci bliskiej osoby. W środku nocy dostała telefon ze smutną wiadomością. Następnego dnia o godz. 10 miała przyjechać do oddziału szpitala.
— Nie mogliśmy odebrać karty zgonu. Ktoś podobno coś źle wypełnił i trzeba było poprawić. I brakowało jakiegoś podpisu. Jakieś zamieszanie. Kolejna dziwna sprawa, że po poprawioną kartę miałam wrócić nie do oddziału, ale już do prosektorium — opowiada nam.
To ją najbardziej zaskoczyło. Jak to po dokumenty do prosektorium. Z drugiej strony od razu przerażenie. Nigdy w życiu nie była w takim miejscu, gdzie leżą zwłoki.
— Zmroziło mnie, ale poszłam. Tam zastałam pana Artura. Właściwie od razu pytał, czy chcę, żeby moja bliska osoba była przez niego przygotowana. Akurat dobrze się składa, bo on prowadzi takie usługi i może je zaproponować, ale, że oczywiście kosztuje. Na pewno namawiał na balsamację.
Doskonale pamięta swoje zdziwienie tymi propozycjami. Pierwszy raz w życiu organizowała pogrzeb i wtedy jeszcze nie wiedziała, że szpitale wykonują takie usługi. Ale lista usług Habowskiego właśnie się rozpoczynała.
— W końcu zapytał, czy mam wybraną firmę, która będzie organizowała pogrzeb i obrócił do mnie monitor swojego komputera, pokazując palcem zakład pogrzebowy, który był wtedy najbliżej szpitala. Szybko dodał, że jego babcia niedawno zmarła, on ją tam chował, i to wszystko pięknie zrobili.
Odpowiedź kobiety wytrąciła go z równowagi.
— Odpowiedziałam, że mamy już wybraną firmę. I od tego momentu zaczęły się problemy — mówi Joanna.
Znowu ten sam scenariusz: koordynator prosektorium utrudniał wydanie ciała, mówił, że najwcześniej będzie można w poniedziałek, ale w tym dniu on akurat jedzie na urlop, więc nie wyda, że nie ma możliwości, że to będzie kłopot, żeby wydać innej firmie, niż ta, która jest blisko szpitala. Siódmego dnia od śmierci ciało trafiło do rodziny.
Ale to nie wszystko. Przy wydaniu ciała miał nawet obrażać rodzinę zmarłego.
— Mówił, że to nasza wina i że jesteśmy bardzo problemowi. Był wulgarny dla nas i dla pracowników zakładu. Dla mnie to było niesmaczne, że w momencie śmierci ktoś chciał na mnie zarobić. Po tym rozmawialiśmy w rodzinie, że od tej afery łowców skór właściwie niewiele różni się.

"On się zachowywał jak dyrektor tego szpitala"

Praca w prosektorium zaczyna się o 7 rano. W chłodniach już są ciała pacjentów zmarłych od poprzedniego popołudnia. Dwa, pięć, sześć. Różnie, nie ma reguły. Są też ciała zwiezione przez zakłady pogrzebowe, które nie mają swojej chłodni i korzystają z tej w Południowym.
Czy mają umowy ze szpitalem na wynajęcie miejsc? W poniedziałek rano wysłaliśmy do władz szpitala pytanie o to, na jakich zasadach szpital udostępnia chłodnię, ale mimo próśb i ponagleń nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Wiemy natomiast, że zakłady zamawiają u Habowskiego usługi, które od 2021 r., czyli od momentu otwarcia Szpitala Południowego, mieli wykonywać kolejni jego podwładni. Często w pojedynkę. Kiedy zwłoki ważą 50 kg, to jeszcze jakoś można sobie poradzić, ale kiedy 120 czy więcej, to nawet silny mężczyzna może mieć z tym problem. Koordynator przy tym nie pomaga.
Prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Onet / Szymon Piegza
Prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
— Wiem, że pojawia się rano w prosektorium, a potem idzie na oddziały. Zawsze lubił sobie posiedzieć z lekarzami na SOR-ze. Kiedy zobaczyłem w mediach tego lekarza SOR-u, Dawida Kacprzyka, to przypomniałem sobie, że oni się dobrze znali — mówi jeden z naszych rozmówców. I dodaje, że Habowski jego zdaniem przebywał więcej na wyższych piętrach szpitala niż w prosektorium.
Tytuł koordynatora miał upoważniać go do uczestnictwa w zebraniach ordynatorów. — On się zachowywał jak dyrektor tego szpitala, a nie podrzędny pracownik. Ja też jestem technikiem sekcyjnym, też byłem chwilę szefem prosektorium, ale nigdy nie spotykałem się z lekarzami — dodaje nasz informator.
Zapytaliśmy o to władze Szpitala Południowego, ale nie doczekaliśmy się odpowiedzi.
Sprawdzamy w innych warszawskich szpitalach, czy pracownicy prosektorium pojawiają się na oddziałach z innych powodów niż odbiór zwłok bądź niezbędnych dokumentów i za każdym razem słyszymy odpowiedź negatywną, a poza tym zdziwienie, że w szpitalu jest ktoś taki, jak koordynator prosektorium.
Ustaliliśmy, że w zeszłym roku na podstawie złożonej skargi na Artura Habowskiego sytuacją w prosektorium zainteresowały się szpitalne związki zawodowe. Potem sprawa została skierowana do dyrekcji szpitala.
I w prosektorium nic się nie zmieniło.

"To, co się dzieje, to jest handel zwłokami"

Od znanego profesora medycyny słyszymy: — Jeśli rzeczywiście tak jest, to jest to afera łowców skór.
Afera "łowców skór" to proceder z przełomu lat 90. i początku XXI w., w którym pracownicy łódzkiego pogotowia ratunkowego, lekarze, dyspozytorzy i kierowcy przez lata handlowali z przedstawicielami zakładów pogrzebowych informacjami o zgonach pacjentów. Sanitariusze w zamian za łapówki celowo opóźniali pomoc lub podawali chorym Pavulon, który przyspieszał ich śmierć.
Okazuje się, że branża funeralna od lat wiedziała, że Habowski działa niezgodnie z etyką zawodową, a być może nawet niezgodnie z prawem. Potwierdza nam to prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego:
— Sygnały o tym, co się dzieje w Szpitalu Południowym, docierały do mnie od dwóch lat. Wystąpiłem z pytaniami o to, kto jest zatrudniony w prosektorium i czy ta osoba została wyłoniona w konkursie lub przetargu, ale zasłonili się tajemnicą. Zapytałem, ile było zgonów w poprzednich latach i jakie zakłady pogrzebowe odbierały ciała. Dostałem odpowiedź, że to tajemnica handlowa — mówi Krzysztof Wolicki.
Ekspert z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w branży nazywa rzeczy po imieniu:
— To, co się dzieje, to jest handel zwłokami. Prywatne firmy wchodzą w układy z ratownikami pogotowia, lekarzami i szpitalami. To jest handel zwłokami, trzeba to powiedzieć wprost. Taka firma nic nie ma na siebie, całe biuro nosi w teczce i wiem, że są zakłady, które tak robią.

"W branży nikt nie był zaskoczony. Dziwne, że dopiero teraz ktoś się nim zajął"

Temu, co działo się w prosektorium szpitala, już od miesiąca przygląda się prokuratura. Jednak wątek, w którym prowadzone jest postępowanie, zupełnie nie dotyczy praktyk prowadzonych przez Habowskiego.
Śledczy badają, czy w prosektorium nie fałszowano dokumentów medycznych. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie wyjaśnia nam, że zawiadomienie złożył sam koordynator, który uważa, że to jemu ktoś ukradł pieczątkę i wystawiał lewe papiery.
Dlaczego organy ścigania, zamiast tropić prawdziwą patologię, zajmują się rzekomym fałszowaniem dokumentów? Nasi rozmówcy, z którymi spotykaliśmy się przez ostatnie kilka dni, nie mają wątpliwości: chodzi o odwrócenie uwagi.
— Habowski prawdopodobnie, gdy zorientował się, że będzie mieć problemy, doniósł do prokuratury, że to on jest pokrzywdzony. Chciał przerzucić winę z siebie na któregoś z byłych współpracowników, że niby ten podrabiał dokumentację. Znowu próbuje się oczyścić — słyszymy.
Biuro Artura Habowskiego w prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
Onet / Szymon Piegza
Biuro Artura Habowskiego w prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie
W tym wszystkim nie zgadza się jeszcze jedna kwestia. Szef prosektorium wskazał prokuraturze, że do przestępstwa miało dojść w okresie od 22 sierpnia do 9 września 2025 r., kiedy przebywał na urlopie.
Według naszych ustaleń nie było możliwości, by Habowski nie przekazał na ten czas upoważnienia do działania swojemu zastępcy. W innym wypadku całkowicie sparaliżowałby pracę prosektorium. Co więcej, to właśnie na wyraźne polecenie koordynatora, jak słyszymy, karty zgonu wypełniał jego podwładny. Przybijał wtedy pieczątkę koordynatora, ponieważ w prosektorium nie było innej.
— Takie rzeczy były tam na porządku dziennym, bo Artur całymi dniami potrafił przesiadywać na SOR-ze. Wtedy też jego pracownik dostawał zgodę, by podpisywać i podbijać dokumenty — wyjaśnia nam osoba, która zna kulisy sprawy.
Kolejna nieścisłość, która budzi wątpliwości: zawiadomienie zostało złożone prawie rok po tym, gdy miało dochodzić do fałszowania dokumentów. Dlaczego Habowski tak długo z tym zwlekał?
— Jak usłyszeliśmy o podrabianiu kart zgonów, to od razu wiedzieliśmy, że chodzi o Habowskiego. W branży nikt nie był zaskoczony. Dziwne, że dopiero teraz ktoś się nim zajął — mówi nam osoba, która już kilkanaście lat temu poznała tego człowieka.

Artur Habowski zatrzaskuje przed nami drzwi

O wszystkim, czego dowiedzieliśmy się w ostatnich dniach, chcemy porozmawiać z Arturem Habowskim. Próbujemy spotkać się z nim w prosektorium szpitala.
W poniedziałek nie mamy szczęścia. Po godzinie 13 jego biuro jest już zamknięte. Od pracowników szpitala słyszymy, że o tej godzinie pana Artura na pewno już nie ma i trzeba próbować jutro.
Próbujemy kolejnego dnia. Po godz. 10 znowu pukamy do drzwi koordynatora prosektorium. Otwiera, ale gdy mówimy, że szukamy Artura Habowskiego, to na siłę zatrzaskuje przed nami drzwi. Udaje nam się jedynie zapytać, czy to on. Koordynator mówi: "nie". Próbujemy go przekonać, żeby wyszedł i z nami porozmawiał. Po kilku minutach przed drzwiami jego biura pojawia się pracownik ochrony, który prosi, byśmy przestali nagrywać.
18 czerwca na wniosek prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego został odwołany poprzedni zarząd szpitala. Rada nadzorcza jeszcze tego samego dnia wybrała nową prezes. Próbujemy spotkać się z kimś z kierownictwa i zapytać o krytyczną sytuację prosektorium. Dzień wcześniej wysłaliśmy do szpitala całą listę pytań.
W sekretariacie zarządu spotykam nową dyrektor. Obiecuje spotkanie o godz. 14. Jednak po kilku godzinach zmienia zdanie. Pół godziny przed umówioną rozmową odwołuje spotkanie. Słyszę zapewnienie, że odpowiedzi na nasze pytania dostaniemy jeszcze tego samego dnia. Wieczorem, o godz. 20:11, przychodzi mail z linkiem do komunikatu prasowego.
"Sprawy opisywane w ostatnich dniach dotyczą godności osób zmarłych oraz ich rodzin i dlatego traktujemy je z najwyższą powagą" — czytamy.
Szpital Południowy pozostawił nasze pytania bez odpowiedzi.
AKTUALIZACJA: W czwartek Szpital Południowy przekazał, że rozwiązał umowę z Arturem Habowskim. To bezpośredni efekt publikacji Onetu i zero.pl
Artur Habowski handel "skórami" rozpoczął jeszcze zanim zaczął pracować w Szpitalu Południowym w Warszawie. Co robił wcześniej i dlaczego musiał uciekać z poprzedniego miasta? Niedługo w Onecie opublikujemy drugą część naszych ustaleń.
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
  • W Szpitalu Południowym w Warszawie ujawniono nielegalny handel zwłokami, prowadzony przez koordynatora prosektorium, Artura Habowskiego.
  • Habowski naliczał opłaty za wydanie ciał, a także za różne usługi pogrzebowe, co prowadziło do znacznych zysków w jego kieszeni.
  • Procedura odbioru ciał była niezgodna z obowiązującymi normami, w tym wydawanie kart zgonów tylko przez Habowskiego.
  • Branża pogrzebowa wiedziała, że działania Habowskiego są niezgodne z etyką, a wiele zgłoszeń na ten temat docierało do prezesa Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego.
  • Obecnie sprawą zajmuje się prokuratura, jednak badane są inne aspekty, a nie działalność Habowskiego.

Onet


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz