Krzysztof Bielejewski - STO PROCENT BATERII, ZERO PROCENT HAMULCÓW, 08.08.2026


STO PROCENT BATERII, ZERO PROCENT HAMULCÓW

Warszawa


Wysłuchałem rocznicowego przemówienia Karola Nawrockiego i zrozumiałem, dlaczego przed Pałacem ustawiono scenę.

Bez sceny ten człowiek mógłby nie wiedzieć, gdzie się kończy Polska, a zaczyna on. To przemówienie rzeczywiście miało w sobie coś niepokojącego: nie dlatego, że Nawrocki krzyczał, lecz dlatego, że krzyk przedstawił jako głos całego narodu, własne ambicje jako demokrację, a sprzeciw wobec siebie — jako zamach na obywateli.

Nie było to wystąpienie prezydenta podsumowującego rok urzędowania. Był to benefis politycznego kulturysty, który przez kilkadziesiąt minut napinał prerogatywy, całował własne bicepsy i przekonywał publiczność, że od ich obwodu zależy suwerenność Rzeczypospolitej.

Wcześniej odbyła się debata z udziałem profesora Andrzeja Nowaka, Rafała Ziemkiewicza i Krzysztofa Stanowskiego, potem wystąpił raper z dziećmi, odśpiewano hymn, a na końcu pojawił się Jubilat. Państwo polskie zostało w wieczór przekształcone w zakładowy festyn ku czci dyrektora, który sam sobie wręcza premię, dyplom i puchar za najlepsze zarządzanie dyrektorem.

Nawrocki zaczął od słów, że przez cały rok był „głosem Polaków”. Nie części Polaków. Nie własnych wyborców. Nie środowisk prawicowych.

Polaków. Wszystkich. Człowiek, który wygrał wybory różnicą niespełna jednego punktu procentowego, po roku uznał najwyraźniej, że pozostałe 49 procent narodu zostało pokonane nie tylko wyborczo, ale także anatomicznie i odtąd głosu nie posiada.

Głos narodu mieści się w Pałacu. Ma metr osiemdziesiąt kilka, zaciśniętą szczękę i mikrofon ustawiony za głośno.

To jest właśnie najbardziej niebezpieczny element nawrockizmu. Nie chodzi o chamstwo, pychę ani nawet o osobliwe przekonanie prezydenta, że każde zdanie brzmi mądrzej, gdy wypowie się je tonem trenera przed trzecią rundą. Chodzi o zawłaszczenie wspólnoty.

Nawrocki nie mówi, że reprezentuje obywateli. On ogłasza, że jest ich głosem.

Kto zatem nie zgadza się z Nawrockim, nie sprzeciwia się politykowi. Sprzeciwia się narodowi, który przemawia przez jego krtań.

To stara sztuczka populistyczna: najpierw przywódca wkłada naród do własnej kieszeni, a potem każdą próbę sprawdzenia zawartości kieszeni nazywa zamachem na demokrację.

Prezydent zapewnił, że „każdego dnia” widzi twarze obywateli i nigdy nie zejdzie z obranej drogi. Brzmiało to wzruszająco, choć nieco niepokojąco. Człowiek, który wszędzie widzi twarze, a jednocześnie nie zamierza nigdy zmieniać kierunku, powinien rozważyć nie tylko drugą kadencję, ale również konsultację okulistyczną.

Nawrocki nie ma wątpliwości. Wątpliwości są dla ludzi słabych, przemęczonych i pozbawionych ochrony SOP. On ma drogę. Naród ma nią iść. Kto skręca, ten prawdopodobnie jest z rządu.

Najbardziej poruszająca była wiadomość o stanie technicznym głowy państwa. Prezydent oznajmił, że nie odczuwa „nawet promila zmęczenia” i ma nadal „100 procent baterii”.

To wyjaśnia wiele. Najwyraźniej w urządzeniu nie zamontowano trybu oszczędzania energii, regulatora głośności ani funkcji autorefleksji.

Nawrocki jest jak chiński głośnik kupiony przez internet: świeci, dudni, zapewnia sto procent mocy, a instrukcja ostrzega, żeby nie używać go w pobliżu instytucji państwowych.

Sto procent baterii brzmi imponująco, lecz po roku chcielibyśmy wiedzieć, co jest do niej podłączone. Na razie głównie wetomat, maszyna do produkowania konfliktów i wielki neon z napisem: JA.

Prezydent pochwalił się dwudziestoma dwiema inicjatywami ustawodawczymi. Dwadzieścia jeden z nich ma tkwić w sejmowej „zamrażarce”. Nie uznał tego za normalny element parlamentarnej procedury ani skutek jakości, kosztów lub politycznego charakteru projektów. Ogłosił, że blokowanie jego pomysłów odbywa się „przeciw polskim obywatelom”.

Oto nowa doktryna ustrojowa. Projekt prezydencki nie jest propozycją. Jest wolą narodu. Sejm nie ma go rozpatrywać. Ma go przyjąć, najlepiej na stojąco i przy dźwięku werbli. Każdy marszałek, komisja albo senator, który ma zastrzeżenia, nie wykonuje swojej konstytucyjnej funkcji, tylko prowadzi działalność antypolską.

Prezydent wynalazł więc demokrację, w której parlament powinien niezwłocznie wykonywać polecenia jednej osoby, ponieważ osoba ta wcześniej oznajmiła, że mówi głosem wszystkich.

Nazywa się to demokracją bez zbędnego balastu demokracji.

Szczególne oburzenie Nawrockiego wywołało odrzucenie przez Senat wniosku o referendum w sprawie polityki klimatycznej. Prezydent grzmiał, że „głos narodu nikogo nie interesuje” i że „tak nie wygląda demokracja”.

Tymczasem Senat, odmawiając zgody na referendum, skorzystał dokładnie z uprawnienia przewidzianego w porządku konstytucyjnym. Ale konstytucyjność jest dla Nawrockiego pojęciem ruchomym. Gdy Konstytucja daje mu prerogatywę, jest świętym kamieniem węgielnym państwa. Gdy przyznaje uprawnienia Senatowi, staje się technicznym niedopatrzeniem ustawodawcy.

Referendum jest demokratyczne wtedy, gdy zarządza je Nawrocki. Odrzucenie referendum przez demokratycznie wybraną izbę jest już zdradą ludu.

Naród wypowiada się prawidłowo tylko wtedy, gdy odpowiada na pytanie przygotowane przez Pałac i najlepiej zna właściwą odpowiedź przed otwarciem lokalu.

To trochę jak głosowanie rodzinne organizowane przez ojca, który pyta dzieci, czy wolą iść tam, gdzie on chce, czy też przestać kochać rodzinę.

Prezydent przypomniał również obietnicę prądu tańszego o 33 procent. Ustawa nie została przyjęta, więc prąd jest drogi z winy marszałka Sejmu. To niezwykle wydajna metoda uprawiania polityki gospodarczej.

Najpierw obiecuje się dowolną obniżkę. Potem składa projekt. Następnie ogłasza, że projekt zablokowano. Na końcu winą za brak cudu obciąża się człowieka, który nie uwierzył w objawienie.

Tym sposobem można obiecać benzynę po dwa złote, mieszkania za darmo i Bałtyk podgrzewany nocną taryfą. Kosztów nie trzeba liczyć, ponieważ rachunek wystawia się przeciwnikom politycznym.

Nawrocki uspokoił też, że żadnej obietnicy nie zapomniał i wszystkie zostaną zrealizowane. Wszystkie. To słowo powinno budzić czujność.

Rozsądny polityk wie, że rzeczywistość zmienia się, budżet ma granice, parlament posiada własną większość, a obietnice bywają sprzeczne. Kabotyn z pełną baterią wie natomiast, że świat ma się dostosować do folderu wyborczego.

Nawrocki nie koryguje planów. On koryguje rzeczywistość. Gdy rzeczywistość się opiera, nazywa ją Tuskiem.

Zarzut, że jest wetomatem, prezydent odparł matematyką. Oznajmił, że po podpisaniu kolejnych czterech ustaw bilans będzie wynosił 259 podpisanych i 41 zawetowanych.

To argument godny człowieka, który rozbił czterdzieści jeden szyb i broni się informacją, że dwustu pięćdziesięciu dziewięciu nie rozbił.

Znaczenie ustaw nie zależy od liczby kartek. Jednym wetem można zablokować wielki program bezpieczeństwa, reformę, miliardy złotych albo prawa setek tysięcy ludzi. Dziesięć podpisów może natomiast dotyczyć zmian technicznych, nazw instytucji i przecinka w załączniku.

Ale Nawrocki lubi matematykę prostą, siłownianą. Więcej podpisów niż wet oznacza kompromis. Więcej kilogramów niż przeciwnik oznacza rację. Więcej decybeli niż marszałek oznacza demokrację.

Premier Donald Tusk przypomniał przy okazji rocznicy pięć decyzji, które uważa za najgorsze: weto dotyczące SAFE, związków partnerskich, regulacji kryptowalut, ułaskawienie „Starucha” oraz politykę wokół cen paliw.

Nawrocki ma jednak na wszystko wspólną odpowiedź: działał w obronie ludzi.

Zawsze broni ludzi. Przed tańszą obronnością. Przed regulacją rynku. Przed prawami innych ludzi. Przed podatkami koncernów. Przed zakazem stadionowym dla znajomego środowiskowo kibica.

To prezydencka opiekuńczość w stylu ochroniarza, który wyrzuca właściciela z lokalu, po czym oznajmia, że zabezpieczył mienie.

W wystąpieniu pojawił się również motyw krzywdy osobistej. Prezydent wspomniał, że zapraszał do dyskusji, a potem otrzymywał „polityczny cios”. Mówił o próbach zrobienia z niego przeciwnika zwierząt i przedstawiał się jako niewinny zakładnik brutalnego sporu.

Jest to wzruszające u człowieka, który przez rok zawetował rekordową liczbę ustaw, odmawiał nominacji, przesuwał granice własnych kompetencji i prowadził z rządem regularną wojnę podjazdową.

Nawrocki przypomina boksera, który wchodzi na ring z kastetem, kopie sędziego, przewraca narożnik, a potem skarży się, że publiczność nie docenia jego gotowości do dialogu.

Całe przemówienie zbudowano na konstrukcji niewinnego olbrzyma. Prezydent jest potężny, ale prześladowany. Skuteczny, ale blokowany. Wszechobecny, ale niesłuchany. Przemawia głosem narodu, lecz nieustannie ktoś mu wyłącza mikrofon.

To polityczny narcyzm w stadium barokowym: człowiek uważa się jednocześnie za Słońce, ofiarę zaćmienia i autora astronomii.

Znalazło się też miejsce na opowieść o „zwykłych ludziach”, których przez 35 lat nie słuchały elity. Nawrocki przypomniał swoje dzieciństwo w gdańskiej dzielnicy i ból, który twórcy wyśpiewują w piosenkach.

Prezydent jest więc już nie tylko głosem narodu. Jest także jego bólem, piekarnią, małym zakładem, rachunkiem za prąd, dzieciństwem, piosenką i baterią.

Wkrótce może się okazać, że jest również narodem w wolne soboty.

Opowieść o zwykłym chłopaku, który wszedł do Pałacu, byłaby sympatyczna, gdyby nie służyła do budowy pomnika zwykłego chłopaka stojącego dziś dwa piętra nad konstytucyjnym porządkiem.

Nawrocki używa własnego pochodzenia jak tarczy balistycznej. Krytyka jego działań staje się pogardą elit wobec ludzi z dzielnic. Pytanie o kompetencje brzmi jak atak na awans społeczny. Sprzeciw wobec prezydenta jest obrazą piekarza, robotnika, matki, emeryta i dziecka z zespołu ludowego.

To bardzo wygodne. Człowiek zakłada garnitur ludu, a w kieszeni trzyma prywatną ambicję.

Niepokojący był również fragment dotyczący zmiany modelu prezydentury. Nawrocki powiedział wprost, że chce go zmienić, bo prezydent nie powinien jedynie opiniować ustaw, lecz aktywnie nadawać kierunek państwu.

Formalnie brzmi to niewinnie. W praktyce od roku obserwujemy, co rozumie przez aktywność: rozszerzanie kompetencji metodą faktów dokonanych, budowanie równoległej polityki zagranicznej, blokowanie nominacji, podważanie roli rządu i traktowanie Sejmu jak biura podawczego Pałacu.

Radosław Sikorski życzył mu z okazji rocznicy, by działał na rzecz Polski, a nie poszerzania własnych uprawnień i budowania systemu prezydenckiego.

To życzenie pozostanie zapewne niespełnione. Nawrocki nie po to wszedł do Pałacu, by zmieścić się w urzędzie. Urząd ma się rozciągnąć do rozmiarów Nawrockiego.

Politykę zagraniczną podsumował podobnie skromnie. Mówił o zbudowaniu „autostrady” do stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce i o własnej roli we wzmacnianiu wschodniej flanki NATO.

Komentujący pierwszy rok politolog zwracał jednak uwagę, że relacja Nawrockiego z administracją Donalda Trumpa bywa budowana z pozycji bardziej poddańczej niż partnerskiej.

Autostrada rzeczywiście powstała. Problem w tym, że prowadzi głównie do Białego Domu, ma jeden pas, nie przewiduje zjazdu do Europy, a na bramce stoi Trump i ustala opłatę zależnie od nastroju.

Nawrocki patrzy na niego jak praktykant populizmu na mistrza cechu. Trump nauczył go, że każde wystąpienie powinno być wiecem, każda instytucja przeszkodą, każda krytyka spiskiem, a przywódca najlepiej wygląda na tle narodu, którego wcześniej starannie wyselekcjonowano.

Dlatego rocznicowe przemówienie było groźne. Nie padła w nim zapowiedź zamachu stanu. Nie ogłoszono rozwiązania parlamentu. Nie wyprowadzono wojska na ulice.

Było coś subtelniejszego: konsekwentne oswajanie nas z myślą, że prezydent jest narodem, parlament przeszkodą, Senat wrogiem demokracji, rząd uzurpatorem, a Konstytucja materiałem do przeróbki.

Groźne rzeczy rzadko wchodzą do państwa w kominiarce. Częściej przychodzą w garniturze, z flagą, hymnem, dziećmi śpiewającymi na scenie i zapewnieniem, że wszystko robi się dla zwykłych ludzi.

Nawrocki nie groził Polsce wprost. On obiecał ją uratować. Przed rządem. Przed parlamentem. Przed Europą. Przed podatkami. Przed kompromisem. Przed każdym, kto nie uzna jego głosu za głos narodu.

I właśnie dlatego naprawdę można było wcisnąć się w fotel. Nie ze strachu przed jego siłą fizyczną. Nie z powodu krzyku. Nawet nie przez nieznośne samozadowolenie człowieka, który świętuje własną rocznicę jak odzyskanie niepodległości.

Przerażało to, że pod kabotyńskim lakierem, pod patosem z odpustu i pod napompowaną klatką piersiową znajdował się bardzo spójny projekt.

Państwo ma być słabsze od prezydenta. Prawo ma ustępować jego woli. Instytucje mają potwierdzać jego rację. Naród ma mówić jego głosem.

A kto uważa inaczej, ten najwyraźniej nie jest narodem, tylko zamrażarką.

Karol Nawrocki oznajmił, że ma sto procent baterii. Po tym wystąpieniu pozostaje nam pilnować, żeby nie podłączono go bezpośrednio do Konstytucji.

Może nie wytrzymać napięcia.

bielejewski.waw.pl 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz