Kulisy nerwowej gry o wojska USA. "Nawrocki nie dodzwonił się do Trumpa", 20.05.2026



 Kulisy nerwowej gry o wojska USA. "Nawrocki nie dodzwonił się do Trumpa"

20 maja 2026

Nie jest pewne utrzymanie skali wojskowego zaangażowania USA w Polsce — wynika z informacji Onetu. Pojawiają się też nieoficjalne doniesienia o tym, że o rozmowę w tej sprawie z Donaldem Trumpem starał się prezydent Karol Nawrocki.

— Narracja PiS została właśnie zmasakrowana — słyszymy od ważnego ministra.
To komentarz do nocnego komunikatu Seana Parnella, asystenta sekretarza obrony USA ds. komunikacji. Amerykański urzędnik napisał m.in., że zmiana liczby brygad jest efektem wieloetapowego przeglądu amerykańskiej obecności wojskowej w Europie.

"Chodziło o to, by wyprzedzić Kosiniaka-Kamysza"

Dodał, że decyzja ta jest elementem polityki "America First", realizowanej przez prezydenta Donalda Trumpa, według której europejscy partnerzy powinni przejąć większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo regionu.
"To oznacza powrót liczby Brygadowych Zespołów Bojowych w Europie do poziomu z 2021 r." — oświadczył Parnell.
Rzecznik Pentagonu dodał, że skutkiem tej decyzji jest "tymczasowe opóźnienie rozmieszczenia sił amerykańskich w Polsce", która — jak podkreślił Parnell — "jest wzorcowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych". Zapewnił też, że szef resortu Pete Hegseth uprzedził o tej decyzji ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza.
"Nasz departament pozostanie w bliskim kontakcie z polskimi odpowiednikami w miarę postępu analizy i w celu zapewnienia, że Stany Zjednoczone zachowają silną obecność wojskową w Polsce, która wykazała zarówno zdolność, jak i determinację do obrony siebie. Inni sojusznicy NATO powinni pójść w jej ślady" — czytamy w oświadczeniu.
Jeszcze kilka dni temu rząd próbował uspokajać nastroje. Przekaz z Warszawy był prosty: sprawa wstrzymanej rotacji amerykańskiej brygady nie oznacza żadnego odwrotu USA od Polski, obecność wojskowa nad Wisłą pozostaje stabilna, a sojusz z Waszyngtonem jest nienaruszony.
Wczoraj Władysław Kosiniak-Kamysz rozmawiał z szefem Pentagonu Pete'em Hegsethem. Z amerykańskiego komunikatu wynikało, że Hegseth zapewnił polskiego wicepremiera o utrzymaniu "silnej obecności wojskowej" USA w Polsce.
Pete Hegseth
Pete HegsethJIM LO SCALZO / PAP
Tyle że w tym samym przekazie potwierdzono rzecz dla Warszawy najważniejszą: liczba amerykańskich Brygadowych Zespołów Bojowych w Europie ma wrócić z czterech do trzech, czyli do poziomu sprzed pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. W praktyce oznacza to, że planowane rozmieszczenie kolejnych sił w Polsce zostało odsunięte w czasie.
I właśnie słowo "opóźnienie" stało się politycznym kołem ratunkowym dla wszystkich zainteresowanych. Wiceprezydent JD Vance zapewniał nocą polskiego czasu, że nie ma mowy o redukcji liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce o 4 tys., lecz jedynie o opóźnieniu rotacji.
Dla polskiego rządu to wersja znacznie wygodniejsza niż pierwotny alarm. Pozwala mówić: nie ma decyzji o cięciu obecności USA w Polsce. Jednak za tą łagodniejszą formułą kryje się twardy fakt: brygada, która miała trafić do Polski, nie pojawi się tu zgodnie z pierwotnym planem. O jej ostatecznym losie zdecydują dalsze analizy w Waszyngtonie. Nie w Warszawie.
Przez lata Warszawa budowała w oczach Waszyngtonu wizerunek wzorowego sojusznika. Polska kupowała amerykańskie uzbrojenie, zwiększała wydatki na obronność, przyjmowała żołnierzy, inwestowała w infrastrukturę i powtarzała, że jest jednym z najbardziej proamerykańskich państw w Europie. W klasycznej logice sojuszniczej taki kraj powinien dostawać w Waszyngtonie pierwszeństwo. W logice Donalda Trumpa nawet taki kraj musi stale udowadniać swoją użyteczność.
Administracja Trumpa mówi bowiem jasno: Europa ma wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. "America First" nie jest już tylko hasłem z wiecu wyborczego, lecz realnym mechanizmem polityki wojskowej.
Mniej automatyzmu w gwarancjach, więcej kalkulacji, mniej sentymentów, więcej twardych rachunków. Pentagon podkreśla, że ostateczne rozmieszczenie sił będzie zależało od interesów strategicznych USA i od tego, ile sami sojusznicy wnoszą do obrony kontynentu.
W Warszawie ta sprawa ma jeszcze jeden wymiar: prezydencki. Według informacji Onetu Karol Nawrocki zabiegał o bezpośrednią rozmowę z Donaldem Trumpem. Na razie bez powodzenia.
— Pałac próbował zorganizować rozmowę z Białym Domem. Chodziło o to, by wyprzedzić Kosiniaka-Kamysza. Jeszcze się to nie udało — słyszymy od jednego z ministrów.
Karol Nawrocki i Władysław Kosiniak-Kamysz
Karol Nawrocki i Władysław Kosiniak-KamyszRafał Guz / PAP
Wysłaliśmy w tej sprawie pytanie do rzecznika prezydenta. Do momentu publikacji tego tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. W ostatnich dniach urzędnicy z otoczenia głowy państwa podkreślali, że ostatnia rozmowa obydwu prezydentów odbyła się 3 maja. Jednak wtedy Donald Trump nie wspomniał Karolowi Nawrockiemu, że żołnierzy USA nad Wisłą ma być mniej.

Jaka jest pozycja Polski?

Co ciekawe, kilka dni temu kanclerzowi Niemiec udało się dodzwonić do Trumpa, gdy ten na pokładzie Air Force One wracał z wizyty w Chinach.
— Merz, który podpadł Trumpowi wypowiedziami o wojnie w Iranie, rozmawiał z nim długo i w dobrej atmosferze. Nie poruszył tematu obecności wojskowej USA w Niemczech. Rozmawiał o cieśninie Ormuz. To taktyka negocjacyjna. Temat żołnierzy amerykańskich wróci, na razie Berlin szykuje podglebie — słyszymy w polskich źródłach dyplomatycznych.
To politycznie znaczące, bo Karol Nawrocki i jego otoczenie budowali przekaz na przekonaniu, że obóz prawicy ma w republikańskiej Ameryce lepsze dojścia niż rząd Donalda Tuska. Tymczasem najważniejsza rozmowa wciąż się nie odbyła, a kanały do Białego Domu okazują się mniej drożne, niż wynikało to z PR-owych opowieści.
Odpowiedź może być dla nas brutalna. Polska jest dla Stanów Zjednoczonych ważna wojskowo, logistycznie i geograficznie. Jest państwem frontowym, kluczowym elementem wschodniej flanki NATO, hubem dla operacji związanych z Ukrainą i krajem chwalonym w sojuszniczych komunikatach.
Jednak to nie znaczy, że sama ustawia agendę w Waszyngtonie. W wielkiej układance Trumpa są Iran, Rosja, Ukraina, Niemcy, budżet Pentagonu, presja na Europę i wewnętrzna polityka amerykańska. Polska jest w tej układance ważna, ale nie zawsze siedzi przy głównym stole.
Dlatego obecny spór o amerykańskich żołnierzy nie jest techniczną historią o przesunięciu jednej rotacji. To test realnej pozycji Polski w nowej Ameryce Trumpa. Rząd Donalda Tuska chce pokazać, że panuje nad sytuacją i ma otwarte kanały w Pentagonie. Nawrocki chce udowodnić, że potrafi otworzyć drzwi do Białego Domu. Amerykanie zaś mówią wszystkim to, co każdy chciałby usłyszeć: Polska jest modelowym sojusznikiem, obecność USA pozostanie silna, analizy trwają. A jednocześnie robią swoje.
— Są dwa scenariusze. Pierwszy jest dla nas dobry: decyzja o wstrzymaniu rotacji wojsk jest wynikiem tymczasowego zamieszania, ale nie będzie miała długofalowych konsekwencji. Drugi scenariusz jest gorszy: niedawno Amerykanie wycofali 1 tys. żołnierzy z Rumunii. Teraz opóźnienie rotacji do Polski. Za chwilę może być inny kraj. Nawet jeśli okaże się, iż wygrała pierwsza opcja, dobry komunikat płynie tylko do jednej stolicy, czyli do Moskwy — słyszymy od jednego z polskich dyplomatów.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Niepewność co do przyszłości amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Polsce.
  • Prezydent Karol Nawrocki próbował się skontaktować z Donaldem Trumpem w tej sprawie, jednak bezskutecznie.
  • Zmiana liczby brygad amerykańskich w Europie częściowo związana z polityką "America First".
  • Informacje mówią o tymczasowym opóźnieniu rotacji amerykańskich jednostek w Polsce, co nie oznacza redukcji ich liczby.
  • Polska, choć ważna dla USA, nie zawsze ma wpływ na podejmowane decyzje w Waszyngtonie.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz