Największy błąd Amerykanów od lat. Były ambasador USA przy NATO: przez to nie wygrają żadnej wojny
26 maja 2026
Amerykański sposób prowadzenia wojny opiera się na trzech zaasadniczych błędach — zawyżonych ambicjach, pomyleniu celów wojny i środków jej prowadzenia oraz braku jasnych motywacji. To wszystko sprawia, że owszem, USA mogą mieć siłę — ale druga strona ma wolę. I to zapewnia jej przewagę na starcie.
Ivo Daalder to były ambasador USA przy NATO. Obecnie jest starszym pracownikiem naukowym w Belfer Center na Uniwersytecie Harvarda.
Od 1945 r. Stany Zjednoczone toczyły duże wojny w Korei, Wietnamie, Afganistanie, Iraku, a teraz w Iranie. Spośród nich tylko wojnę w Zatoce Perskiej z 1991 r. można uznać za ich prawdziwy sukces — i nawet ona zasiała ziarno przyszłej katastrofy. Wyniki pozostałych wojen wahają się od impasu i porażki po strategiczną katastrofę. Wojna w Iranie jest prawdopodobnie największym strategicznym błędem, jaki Stany Zjednoczone popełniły po II wojnie światowej.
Dlaczego najsilniejsza armia na świecie wciąż przegrywa wojny, które rozpoczyna? Odpowiedź nie leży w sile ognia — leży w amerykańskim sposobie myślenia.
Wielki pruski strateg wojskowy Carl von Clausewitz nazwał wojnę kontynuacją polityki innymi środkami. Wojsko uznał za narzędzie służące realizacji celów politycznych — jedno z wielu narzędzi zawsze służące jasno zdefiniowanemu celowi.
Stany Zjednoczone odwróciły tę teorię. Waszyngton traktuje wojnę nie jako kontynuację polityki, ale jako jej porażkę — ostateczny środek, po który się sięga, gdy dyplomacja zawodzi. Często robi się to bez konkretnego celu politycznego. Wynik jest zawsze taki sam — użycie siły bez jasnych celów i bez odpowiedzi na pytanie, które powinno poprzedzać każdą decyzję o rozpoczęciu walki: jak właściwie wyglądać ma zwycięstwo?
Prezydent USA Donald Trump jest najbardziej skrajnym przykładem tego problemu. W Iranie dyplomację performatywną prowadzili jego wysłannicy, którzy nie rozumieli ani dyplomacji, ani fizyki jądrowej. Potem nastąpiła masowa kampania bombardowań oparta na magicznej wierze w to, że zniszczenie prowadzi do kapitulacji. Jak ujął to prezydent w miniony weekend: albo uzyskamy "dobrą" umowę, albo "wysadzimy ich w powietrze".
Ostateczny rezultat nie będzie jednak ani jednym, ani drugim. Jest to wiadome, bo choć Trump jest być może najbardziej radykalnym przejawem błędnego podejścia USA, nie jest w tym osamotniony.
Trzy koronne błędy
Amerykański sposób prowadzenia wojny opiera się na trzech wadach strukturalnych. Po pierwsze, odwrócone są cele i środki — zamiast zdefiniować cel polityczny, a następnie wybrać odpowiednie narzędzie do jego realizacji, Waszyngton postępuje odwrotnie. Sięga po narzędzie militarne i ma nadzieję, że polityka pójdzie za nim. Operacje Rolling Thunder (Grzmiący grzmot) w Wietnamie, Shock and Awe (Szok i przerażenie) w Iraku, Epic Fury (Epicka Furia) w Iranie — za każdym razem Stany Zjednoczone wysyłały w ich ramach przytłaczającą siłę, wierząc w to, że totalne zniszczenie przyniesie pożądany skutek. Nigdy tak nie było.
Drugim problemem jest nadmierna ambicja. Wojny USA opierają się bardzo szerokich celach — takich jak zmiana reżimu, transformacja cywilizacyjna, ustanowienie demokracji, położenie kresu terroryzmowi. To nie są jednak cele — to fantazje. Siła militarna jest kiepskim narzędziem do ich osiągnięcia.
Wojna w Zatoce Perskiej zakończyła się sukcesem właśnie dlatego, że ówczesny prezydent George H.W. Bush odrzucił tę logikę. Jego cel był wąski i jasno określony: powstrzymać inwazję Iraku na Kuwejt i przywrócić status quo ante — nic więcej. Oparł się ogromnej presji, by wkroczyć do Bagdadu i ta powściągliwość nie była słabością. Doprowadziła do powstania prawdziwej koalicji, jej legitymizacji i zwycięstwa.
Wiele lat później na Bliskim Wschodzie prezydent George W. Bush — pod wpływem tych samych doradców, którzy naciskali na jego ojca, by poszedł dalej — podjął inną decyzję. Efekt? Dekada wojny, wzmocniony Iran i region znacznie mniej stabilny niż wcześniej.
Wreszcie trzecią i najbardziej fundamentalną wadą Amerykanów jest to, że osoby opracowujące plany w Waszyngtonie wierzą w to, że przeważająca siła może zrekompensować asymetryczną motywację. Nie może. USA mogą mieć siłę, ale druga strona ma wolę. Vietcong, talibowie, baasiści (baasizm to nacjonalistyczna ideologia polityczna oparta na hasłach jedności arabskiej, wolności i socjalizmu), islamscy rewolucjoniści — oni nie ustępują. Nie mają dokąd pójść i nie mają nic do stracenia.
Kiedy w 1968 r. Vietcong rozpoczął ofensywę Tet, atakując jednocześnie ponad 100 miast, amerykańskie siły zbrojne uznały to za porażkę wroga. I choć z taktycznego punktu widzenia było to słuszne, strategicznie było odwrotnie. Ofensywa Tet podkopała poparcie opinii publicznej w USA i zmieniła bieg wojny. Vietcong wiedział, o co walczy, podczas gdy Waszyngton już dawno zapomniał, jaka motywacja mu przyświeca.
Kilkadziesiąt lat później w Afganistanie amerykańscy urzędnicy zachwycali się własną pomysłowością — siłami specjalnymi na koniach, precyzyjnymi bombami i reżimem obalonym w ciągu kilku tygodni. Zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem bombardowań Bush zapytał jednak: kto będzie rządził krajem po obaleniu talibów? Słuszne pytanie, o którym nikt wcześniej nie pomyślał. Żołnierze na koniach byli genialni, ale nie było żadnej teorii na temat tego, co będzie dalej. Co więcej, długoletni przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden wciąż pozostawał na wolności.
Potem przyszedł Irak. Zwolennicy działań wojennych przewidywali, że będzie to bułka z masłem — wojska amerykańskie zostaną powitane przed miejscowych jako wyzwoliciele. Tak się jednak nie stało — okupacja doprowadziła do rozwiązania armii irackiej, w efekcie czego na ulicach pojawiły się setki tysięcy uzbrojonych, upokorzonych mężczyzn bez pracy i perspektyw. Powstała w następstwie tego rebelia nie powinna była nikogo zaskoczyć, a jednak zaskoczyła wszystkich.
W Iranie logika ta załamała się jeszcze szybciej. Strategia ataku sprowadzała się do jednego: zabić najwyższego przywódcę kraju i liczyć na wybór bardziej umiarkowanego następcy. Według magazynu "The New York Times" Stany Zjednoczone i Izrael pokładały nadzieję w tym, że próżnię władzy wypełni były prezydent Mahmoud Ahmadineżad — niebędący wcale umiarkowanym politykiem. Nie mieli jednak żadnego planu na to, jak go osadzić go na tym stanowisku, żadnego planu na wypadek niepowodzenia tych działań ani żadnego planu, który powstrzymałby Teheran przed zrobieniem tego, co wszyscy wiedzieli, że zrobi: zamknięciem cieśniny Ormuz dla wszystkich statków z wyjątkiem własnych.
Powtarzające się porażki USA są zbyt liczne, popełniane przez zbyt wiele dziesięcioleci i przez zbyt wielu różnych przywódców — zarówno Republikanów, jak i Demokratów — by można je było uznać za zbieg okoliczności. Odzwierciedlają one głębszy problem amerykańskiego sposobu prowadzenia wojny.
Jaki inny sposób?
Punktem wyjścia musi być więcej pokory i mniej arogancji. Tak, amerykańskie siły zbrojne są niezwykłe — co podkreśliło choćby schwytanie przez nie w styczniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro. Żadna inna służba wywiadowcza nie zdołałaby znaleźć bin Ladena i żadne inne siły zbrojne nie zdołałyby go porwać z głębi Pakistanu, nie wzbudzając niczyjej uwagi. Te zdumiewające zdolności nie zastąpią jednak jasnego myślenia i rozsądnej strategii.
Przewaga taktyczna nie gwarantuje sukcesu strategicznego, tak samo jak słabość taktyczna nie gwarantuje porażki. Amerykańscy dowódcy wojskowi zrozumieli to na długo przed tym, zanim Waszyngton o tym zapomniał. W 1984 r. ówczesny sekretarz obrony Caspar Weinberger — naznaczony doświadczeniami z Wietnamu i Libanu — jasno to przedstawił w swoich wytycznych dotyczących tego, kiedy i w jaki sposób Stany Zjednoczone powinny używać siły zbrojnej. Wskazał następujące kryteria: jasno określone interesy żywotne, zdefiniowane i osiągalne cele, poparcie krajowe i międzynarodowe, przytłaczająca siła zastosowana do ograniczonych celów, jasna strategia zakończenia konfliktu oraz wywoływanie wojny tylko w ostateczności.
Były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Colin Powell, który jako młody oficer służył w Wietnamie, a później jako asystent wojskowy Weinbergera, 10 lat później udoskonalił i wyostrzył te zasady. Obaj mężczyźni widzieli, co się dzieje, gdy Stany Zjednoczone walczą bez strategii. I bardzo chcieli uniknąć powtórki tego scenariusza.
Doktryna Weinbergera i Powella nadal stanowi właściwe ramy. Nie jest to pacyfizm, lecz logika strategiczna, która została z powodzeniem zastosowana podczas wojny w Zatoce Perskiej. Jest to również dokładnie to, czego brakowało w każdym konflikcie, który później wybuchał. Sekretarz obrony Pete Hegseth, decydując o sposobach użycia siły w Iranie, mógł powołać się na Weinbergera — ale zignorował każdą z jego zasad.
Stany Zjednoczone wciąż przegrywają nie dlatego, że ich siły zbrojne są słabe, ale dlatego, że wciąż wybierają środki przed zdefiniowaniem celów. Biorąc to pod uwagę, nie jest zaskoczeniem, że najpotężniejsza armia w historii ludzkości nie potrafi wygrać wojen, które rozpoczyna.
Czytaj także
Poniżej streszczenie artykułu:
- Stany Zjednoczone, mimo posiadania potężnej armii, od ponad 30 lat nie wygrały żadnej wojny z powodu fundamentalnych błędów strategicznych.
- Były ambasador USA przy NATO, Ivo Daalder, podkreśla, że amerykański sposób myślenia o wojnie jest problematyczny, traktując ją jako porażkę dyplomacji, a nie jako narzędzie realizacji polityki.
- Najważniejsze błędy to odwrócenie celów i środków, nadmierna ambicja oraz błędne przekonanie, że siła militarna może zastąpić motywację przeciwnika.
- Historycznie, konflikty takie jak wojna w Wietnamie i Iraku ukazują, jak brak jasno określonych celów prowadzi do katastrof.
- Klucz do sukcesu w wojnach leży w pokorze, jasnej strategii oraz zdefiniowanych celach politycznych przed użyciem siły militarnej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz