"Nie jesteśmy na sprzedaż". Trump sięga po Grenlandię, 11.01.2026



 

"Nie jesteśmy na sprzedaż". Trump sięga po Grenlandię

11 stycznia 2026

Donald Trump znów rozpalił emocje wokół Grenlandii, ogłaszając, że "posiadanie wyspy jest absolutną koniecznością". "Badania pokazują jasno, że zdecydowana większość Grenlandczyków nie chce stać się częścią Stanów Zjednoczonych" — tłumaczy Paulina Tondos, autorka książki "Grenlandia. Ulotny duch Północy".

Marta Abramczyk, Onet.pl: Od kilku dni cały świat ponownie spogląda w stronę Grenlandii za sprawą ostatnich wypowiedzi Donalda Trumpa. Wcześniej, od razu po wygranych wyborach stwierdził, że "posiadanie Grenlandii i kontrola nad nią jest absolutną koniecznością". Co o jego pomysłach sądzą mieszkańcy wyspy?

Paulina Tondos: Mówiąc oględnie, nie są tym zachwyceni… Badania pokazują jasno, że zdecydowana większość Grenlandczyków nie chce stać się częścią Stanów Zjednoczonych. Odkąd Trump wrócił do pomysłu posiadania wyspy, w Nuuk i innych miastach Grenlandii wielokrotnie organizowano protesty przeciwko amerykańskim zakusom.

Hasła, które najczęściej pojawiały się na transparentach to: "Nie jesteśmy na sprzedaż" czy "Nie masz prawa"

Pamiętajmy, że mówimy o narodzie, który od lat pragnie pełnej niepodległości, nic więc dziwnego, że nie uśmiecha im się zamienić jednego suwerena na drugiego, potencjalnie gorszego… I to szczególnie teraz, kiedy Grenlandia ma wypracowaną relatywną autonomię w ramach Królestwa Danii. Dodatkowo w wielu swoich wypowiedziach prezydent Trump wyraża się o wyspie zdecydowanie przedmiotowo, a umizgi w stronę Grenlandczyków przeplata groźbami. Tego mieszkańcy wyspy są także świadomi i jest oczywiste, że im się to nie podoba. Co można sobie zresztą pomyśleć, kiedy z ust wiceprezydenta USA JD Vance’a padają słowa:

"Nie możemy po prostu zignorować tego miejsca. Nie możemy po prostu zignorować pragnień naszego prezydenta"?

Cóż się dziwić, że Grenlandczycy uważają, że Ameryka ich nie szanuje…

Protestujący trzymają plakaty podczas demonstracji przed ambasadą Stanów Zjednoczonych w Kopenhadze przeciwko wizycie wiceprezydenta JD Vance'a na Grenlandii, 29 marca 2025 r., Kopenhaga, Dania.Stig Alenas / Shutterstock
Protestujący trzymają plakaty podczas demonstracji przed ambasadą Stanów Zjednoczonych w Kopenhadze przeciwko wizycie wiceprezydenta JD Vance'a na Grenlandii, 29 marca 2025 r., Kopenhaga, Dania.

Jak Amerykanie próbują przekonać do siebie Grenlandczyków?

Zabawne jest to, że skoro USA tak zależy na Grenlandii, ich próby przekonania do siebie mieszkańców wyspy wypadają tak blado i osiągają odwrotny skutek do zamierzonego. Mamy oczywiście wypowiedzi prezydenta i członków administracji pełne ogólnikowych obietnic, w stylu: wyniesiemy Grenlandię na szczyty, o których nawet nie śniła, czy będziemy o was dbać, ale brak tu absolutnie konkretów.

Wielokrotnie też Trump wypowiadał się o mieszkańcach wyspy jako o niesamowitych ludziach (w oryginale: incredible people).

Te słowa padły też z ust JD Vance’a podczas wizyty w bazie kosmicznej w Pituffik w marcu 2025 roku, jakby mieli ten zwrot w jakimś podręczniku umizgiwania się do Grenlandczyków…

Amerykanie od czasu do czasu obiecują też jednorazowe wypłacenie każdemu mieszkańcowi wyspy jakiejś kwoty pieniężnej — tu padały już liczby od 10 tys. do 100 tys. dolarów. Wydaje się, że rząd USA ma nadzieję, iż obietnicą szybkiej i łatwej kasy zdobędzie serca i umysły Grenlandczyków. Niemniej wydaje się, że mleko się już wylało i nie da się tak łatwo zmazać koszmarnego wrażenia, jakie zachowanie prezydenta Trumpa wywarło na mieszkańcach wyspy. Ironia całej sytuacji polega na tym, że Grenlandczycy od lat liczyli na gospodarcze zbliżenie z USA. Gdyby obecna administracja do sprawy podeszła bardziej roztropnie i zamiast gróźb i buńczucznych wypowiedzi, zaproponowała Grenlandii szereg inwestycji, być może dziś nastawienie do Ameryki byłoby inne. Nie chcieliby pewnie stać się kolejnym amerykańskim stanem, ale być może pomysł ogłoszenia niepodległości i stowarzyszenia się z USA wzorem niektórych wysp na Pacyfiku, miałby większe poparcie.

Powstała nawet propozycja nowej nazwy dla wyspy…

Tak, republikański kongresman Earl Buddy Carter przedstawił w Kongresie projekt ustawy, która miała wesprzeć wysiłki Trumpa we włączeniu Grenlandii do USA, a także proponowała dla niej nową nazwę: Red, White and Blueland (Czerwona, Biała i Niebieska Ziemia), nawiązującą do kolorów amerykańskiej flagi. Miało to miejsce tuż po tym, jak prezydent zmienił nazwę Zatoki Meksykańskiej na Zatokę Amerykańską. Byłoby to może nawet śmieszne, gdyby nie to, że groźba przejęcia przez USA kontroli nad Grenlandią wydaje się realna. Kuriozalne porwanie prezydenta Maduro — w środku nocy, z jego własnego domu i w piżamie, pokazuje, że Trump, jeśli się na coś uprze, nie interesuje się ani zgodnością swoich działań z amerykańską konstytucją, ani z prawem międzynarodowym.

Cała ta sytuacja jest więc dla mieszkańców wyspy naprawdę tragiczna. Po raz kolejny ktoś próbuje decydować o losach wyspy z całkowitym pominięciem zdania jej mieszkańców na ten temat.

Kiedy czytam wypowiedzi Polaków pod artykułami na temat ewentualnego przejęcia Grenlandii przez USA i widzę komentarze typu: lepiej, żeby wyspa trafiła do Stanów, niż do Chin czy Rosji, to aż skacze mi ciśnienie. Już chyba zapomnieliśmy własną historię i jakie to było dla naszego narodu fantastyczne, jak światowe mocarstwa postanowiły podzielić tereny Polski między sobą.

Nowoczesne centrum Nuukarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Nowoczesne centrum Nuuk

Czysto hipotetycznie. Jakie korzyści wyspa uzyskałaby z dołączenia do USA?

Naprawdę mam nadzieję, że rozważamy tu tylko scenariusz rodem z filmów science fiction, a nie realną możliwość… Jednak możemy spróbować wyobrazić sobie taki obrót wydarzeń. Więc tak, gdyby Grenlandia stała się pięćdziesiątym pierwszym stanem USA, miałaby trzech przedstawicieli w Kongresie — dwóch senatorów i jednego reprezentanta w Izbie, tym samym zyskałaby wpływ na politykę wielkiego światowego mocarstwa, aczkolwiek, umówmy się, raczej niewielki.

Mieszkańcy Grenlandii mogliby również głosować w wyborach prezydenckich, mając do dyspozycji trzy głosy elektorskie. Włączenie wyspy do USA niewątpliwie pociągnęłoby za sobą szereg inwestycji w infrastrukturę, by zrównać poziom rozwoju Grenlandii z innymi stanami, tak jak było w przypadku Alaski. Powstałyby pewnie nowe drogi, lotniska, szpitale i szkoły. Mieszkańcy wyspy mogliby też legalnie pracować we wszystkich amerykańskich stanach, a turystyka niewątpliwie bardzo by się rozwinęła. Do tego, Grenlandia zyskałaby gwarancję bezpieczeństwa, byłaby bowiem chroniona przez potężną amerykańską machinę wojskową.

A minusy połączenia?

Przyłączenie się do USA mogłoby doprowadzić do całkowitego zatracenia narodowej tożsamości. Angielski stałby się językiem urzędowym i językiem administracji. Rodzi się więc pytanie, czy w takich warunkach język kalaallisut by przetrwał, nawet gdyby stan Grenlandia był dwujęzyczny. Trudno też określić, jak intensywnie kultura amerykańska, znana powszechnie ze swojej siły oddziaływania, w szczególności na młodsze pokolenia, zaczęłaby wypierać tę inuicką.

Mieszkańcy wyspy musieliby także płacić podwójne podatki (do rządu stanowego i federalnego), a także utraciliby cały socjal, który zapewnia im Dania — bezpłatną służbę zdrowia, gwarantowane emerytury, zasiłki, czy darmowe uniwersytety. I oczywiście pozostaje jeszcze kwestia złóż na wyspie, nad którymi kontrolę przejęłoby USA.

Zważywszy na to, że prezydent Trump jest znany z nieprzejmowania się ochroną środowiska i klimatem, można sobie wyobrazić, że bardzo prędko na wyspie rozpoczęłyby się projekty górnicze na szeroką skalę. Spowodowałoby to niewątpliwie ogromne szkody w środowisku naturalnym i doprowadziło do przyspieszenia ocieplenia klimatu.

Przy tym wszystkim należy pamiętać, że włączenie jakiegoś terytorium do USA jako stan jest procesem bardzo długim i skomplikowanym, wymagającym między innymi przegłosowania w akcesu w Kongresie, zaaprobowania planu rozwoju infrastruktury i zintegrowania prawa oraz systemu sądowniczego takiego terytorium z amerykańskim. To zajmuje lata, więc trudno sobie wyobrazić, żeby Grenlandia mogła stać się stanem USA jeszcze za prezydentury Trumpa.

Wydaje się, że bardziej prawdopodobną opcją, byłoby ogłoszenie przez Grenlandię niepodległości i stowarzyszenie się z Ameryką. Takie rozwiązanie dałoby Grenlandczykom znacznie więcej autonomii niż przyłączenie się do USA jako kolejny stan. Tu zasadnicze pytanie oczywiście polega za tym, na jakich konkretnie zasadach owo stowarzyszenie miałoby działać. Niemniej tego także, na ten moment, mieszkańcy wyspy sobie nie życzą.

Grenlandzkie marzenia o niepodległości

Twoja książka jest opowieścią o losach ludu, który od zawsze był pionkiem wielkich mocarstw. Jak przetrwał?

Rzeczywiście można powiedzieć, że aż do uzyskania przez Grenlandię autonomii w 1979 roku, rdzenna ludność nie miała żadnego wpływu na to, kto formalnie rządzi wyspą. Wszelkie decyzje co do jej przynależności były podejmowanie w Europie na drodze traktatów i porozumień. Od momentu pojawienia się tu wikingów w X wieku, Grenlandia trafiła do norweskiej strefy wpływów. Po 1380 roku, kiedy Olaf został królem Norwegii i Danii, w grze o Grenlandię pojawił się nowy aktor. Zwierzchnictwo Danii nad wyspą zostało ugruntowane poprzez podpisanie traktatu kilońskiego w 1814 roku. Jednak prawdziwa gra o Grenlandię rozpoczęła się dopiero w XX wieku.

Wtedy tak naprawdę po raz pierwszy rozmaite mocarstwa zdały sobie sprawę, jak ważna jest Grenlandia.

Podczas drugiej wojny światowej najistotniejsze z ich punktu widzenia były dane pogodowe ze stacji meteorologicznych na wyspie, możliwość tankowania samolotów po drodze z Ameryki do Europy i ochrona grenlandzkiej fabryki kriolitu. Wówczas wyspą zaczęło się interesować USA, ale także Kanadyjczycy, Norwedzy, a nawet Niemcy! I to zainteresowanie trwa do dziś, choć już teraz z nieco innych powodów.

A jak przetrwali Inuici? To są ludzie, którzy od wieków żyją w jednym z najbardziej niesprzyjających osadnictwu rejonów na ziemi, dysponujący ogromną wewnętrzną siłą i niesamowitymi umiejętnościami adaptacyjnymi. Ludzie, którzy potrafili dostosować swój tryb życia do surowych warunków klimatycznych i maksymalnie wykorzystywać bardzo ograniczone zasoby.

Przetrwali tam, gdzie wikingowie nie dali rady, wierzę więc gorąco, że przetrwają także obecne zamieszanie wokół wyspy.

Grenlandiaarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Grenlandia

Jak wygląda tygiel, w którym żyją rdzenni mieszkańcy i Duńczycy?

Mimo iż Grenlandia formalnie nie jest już duńską kolonią, w praktyce nie jest to aż tak bardzo widoczne — dalej to Duńczycy obławiają się na wyspie najlepiej. Jak wspomniałam, poziom edukacji nie jest tu wysoki, stąd też dzisiaj większość dyrektorów i członków zarządu największych przedsiębiorstw działających na Grenlandii pochodzi zza granicy, w większości z Danii. Duńczycy prowadzą też wiele mniejszych biznesów na wyspie. Wynika to oczywiście z braku wykształcenia i znajomości języków wśród lokalnej społeczności, a także, ogólnie z faktu, że Grenlandczyków jest mało. Zresztą brak wykwalifikowanych kadr to jeden z problemów, który trzeba rozwiązać, jeśli wyspa zechce ogłosić pełną niepodległość. Ich wykształcenie zajmie lata i będzie bardzo kosztowne, zważywszy na to, że większość osób musiałaby się uczyć za granicą.

Co ciekawe natomiast, na Grenlandii jest też wielu zarobkowych imigrantów z Azji Południowo-Wschodniej, głównie z Filipin. Pytałaś mnie wcześniej, co mnie na wyspie zaskoczyło — więc ten fakt był dla mnie dość sporym zaskoczeniem.

Grenlandia od lat snuje plany o ogłoszeniu niepodległości. Czy to możliwe?

To zależy, z której strony na to spojrzymy… Żadnych przeszkód formalnych nie ma. Wystarczyłoby, żeby mieszkańcy wyspy podjęli taką decyzję w referendum, a Dania musiałaby ją uznać. Pytanie więc dlaczego Grenlandia jeszcze tego nie zrobiła? Mieszkańcy wyspy doskonale zdają sobie sprawę, że w tej chwili nie mogą sobie pozwolić na taki gwałtowny krok i to z kilku powodów.

Pierwszym są oczywiście finanse — Dania wspiera wyspę corocznym grantem, który wynosi ponad 2 mld złotych, co stanowi ok. 20 proc. PKB Grenlandii. Zanim więc wyspa mogłaby stać się w pełni niepodległa, trzeba by znaleźć sposób na uniezależnienie się od tych pieniędzy. Tu w grę wchodzi zdywersyfikowanie gospodarki, czy to na przykład przez rozwinięcie sektora turystycznego, czy wydobycia minerałów. Drugą kwestią jest obronność.

Zrywając z Danią, Grenlandia przestałaby być członkiem NATO, kto więc miałby jej bronić przed ewentualnymi atakami ze strony wielkich mocarstw? A to naprawdę duży teren do obrony…

Zanim więc wyspa zdecyduje się na pełną niepodległość, rząd z Nuuk musiałby wynegocjować odpowiednie umowy ochronne, czy członkostwo w NATO na nieco innych zasadach niż do tej pory…

Gdyby się udało — jak wyglądałaby Grenlandia?

Gdyby Grenlandia ogłosiła niepodległość dziś czy jutro, z powodów, o których wspominałam wyżej, niewątpliwie wpadłaby prosto w ręce jakiegoś mocarstwa, ponieważ nie byłaby w stanie samodzielnie funkcjonować. Wziąwszy pod uwagę, co się dzieje obecnie, najpewniej byłyby to Stany Zjednoczone. Jednak pamiętajmy, że zęby na Arktykę ostrzą sobie też Chiny.

Natomiast gdyby Grenlandia ogłosiła niepodległość dopiero po uregulowaniu tych kilku kwestii? Przypuszczam, że na wyspie pojawiłoby się wielu zagranicznych inwestorów, a turystyka stałaby się jedną z ważnych gałęzi gospodarki.

"Dalej panuje przekonanie, że Grenlandczycy mieszkają w igloo"

Skąd pojawiło się u ciebie zamiłowanie do Grenlandii?

Lubię po prostu klimaty Północy. Moją pierwszą miłością była Islandia, ale z czasem to zainteresowanie przeniosło się także na inne północne regiony. Daleka Północ ma w sobie coś, co przyciąga — tę jakąś surowość, nietkniętą ręką człowieka, dziką naturę oraz wszechobecną ciszę i spokój. Choć to ostatnie zostało ostatnio nieco zaburzone…

Co słyszysz, gdy pytasz Polaków o Grenlandię? Czy nadal wyobrażamy sobie ją jedynie jako mroźną krainę skutą lodem, o czym uczono nas w podstawówce w książce o Anaruku?

W dużej mierze tak, ale nie jest to obraz do końca fałszywy — wszak 81 proc. powierzchni wyspy pokrywają lodowce! Gorzej, że dalej pokutuje przekonanie, że Grenlandczycy mieszkają w igloo, noszą ubrania z foczych skór, a ich podstawowym zajęciem pozostają polowania; że na wyspie nie ma w ogóle dróg i sklepów, a Grenlandczycy poruszają się wyłącznie przy pomocy psich zaprzęgów.

Wyścig psich zaprzęgówarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Wyścig psich zaprzęgów

To wszystko oczywiście bzdury. Od jakiegoś czasu na ten obraz nakłada się jeszcze wizja wyspy jako górniczego eldorado, kryjącego w sobie nieprzebrane bogactwa naturalne, topniejące lodowce, nowe szlaki handlowe i niezwykle istotne położenie strategiczne. To pokazuje, że o Grenlandii cały czas bardzo mało wiemy. Tak naprawdę mam wrażenie, że powszechne wyobrażenie o wyspie to wypadkowa kilku luźnych skojarzeń oraz powielanych po wielokroć i przez pokolenia stereotypów.

W ramach eksperymentu poproście jakieś dziecko, żeby wam narysowało obrazek z Grenlandii — z ogromnym prawdopodobieństwem będzie na nim igloo!

Co zaskoczyło cię podczas pierwszej wizyty na największej wyspie świata?

Że jest taka piękna! Podróżowanie to jednocześnie mój zawód oraz życiowa pasja, więc byłam już w wielu krajach na świecie. Prawda jest taka, że im więcej się podróżuje, tym mniej miejsc potrafi człowieka naprawdę zachwycić. A Grenlandia zachwyca, nawet bardziej wytrawnych podróżników niż ja. Bezkresne, pozbawione drzew pustkowia, oszałamiające lodowce, malownicze fiordy i góry i ta niezwykła możliwość obcowania z potęgą natury — o doznania, jakie zapewnia Grenlandia, trudno w innych miejscach na świecie.

Na pewno zaskoczył mnie także kalaallisut, czyli oficjalny język wyspy. Należy on do rodziny języków eskimo-aleuckich i wywodzi się z mowy ludu Thule, czyli bezpośrednich przodków dzisiejszych Inuitów. Co w tym języku takiego niezwykłego? Otóż jest to język polisyntetyczny, czyli wiele w nim długaśnych słów złożonych z licznych morfemów. Z jednego słowa bazowego można więc utworzyć wiele kolejnych słów, a nawet całych zdań. Z tego powodu nie można się nauczyć grenlandzkiego poprzez zapamiętywanie wszystkich wyrazów — to tak jakbyśmy próbowali zapamiętać całe zdania w języku polskim!

Grenlandiaarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Grenlandia

Jakie różnice kulturowe zauważasz na Grenlandii?

Myślę, że tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest inuicka umiejętność życia w zgodzie z naturą i ogromny do niej szacunek. I taki spokój i brak nerwowości, kiedy pogoda pokrzyżuje plany.

Podziwiam w nich tę umiejętność nieprzejmowania się rzeczami, na które nie mają żadnego wpływu.

Samolot nie wystartuje, bo za bardzo wieje albo jest za duża mgła? Mieszkańcy Grenlandii będą siedzieć i czekać spokojnie, aż warunki się poprawią. A my? Będziemy biegać nerwowo po lotnisku od jednego stanowiska informacyjnego do drugiego z zapytaniem, kiedy samolot poleci i co chwilę sprawdzać prognozę pogody w telefonie, jakby te nasze działania miały cokolwiek zmienić.

"Chrystianizacja spowodowała zacieranie się dawnych tradycji"

Jakie są najbardziej kontrowersyjne tradycje, które kultywuje się na wyspie?

Obecnie wszelkie tradycje, które moglibyśmy uznać za naprawdę kontrowersyjne, już zanikły. A i w dawniejszych czasach, te zwyczaje, które dla człowieka z Zachodu wydawały się szokujące, służyły przede wszystkim przetrwaniu społeczności.

Dla przykładu kiedyś wielu mężczyzn decydowało się na poślubienie więcej niż jednej żony.

Główną przyczyną wyboru poligamii była duża umieralność dzieci i noworodków — więcej żon to większa szansa na przedłużenie rodu i przetrwanie rodziny, a tym samym całej społeczności. Inną (w naszym rozumieniu) kontrowersyjną praktyką było także zamienianie się żonami na jakiś czas. Kiedy mężczyzna udawał się na długą wyprawę łowiecką, często decydował się na zabranie ze sobą małżonki. Kobieta była mu potrzebna, by na bieżąco oczyszczać i wyprawiać skóry, naprawiać jego ubranie i gotować. Było to więc rozwiązanie bardzo wygodne — mężczyzna oszczędzał w ten sposób wiele czasu i energii, stąd też takie wyprawy były bardziej produktywne. Zdarzało się jednak, że żona z powodu ciąży, choroby, czy małych dzieci pod opieką, musiała zostać w domu. Wówczas żonę trzeba było od kogoś pożyczyć, w zamian dając swoją.

Za dość szokujące mogła również uchodzić zabawa zwana qaminngaarneq — ludzie zbierali się w domu, a kiedy gaszono lampy, każdy mężczyzna wybierał sobie kobietę, z którą współżył.

Potem wyprowadzał ją na zewnątrz, aby przy świetle pochodni sprawdzić, z kim uprawiał seks. Qaminngaarneq organizowano zwykle, kiedy w wiosce byli goście — dzięki temu do danej społeczności wprowadzano nową pulę genów i unikano chorób wynikających z chowu wsobnego. Była to również okazja dla kobiety, której mąż był bezpłodny, na zajście w ciążę.

Tych praktyk już jednak od dawna na wyspie się nie stosuje. Tym, co dziś może niektórym wydawać się kontrowersyjne, jest fakt, że wielu Grenlandczyków poluje. Nie mówimy tu już nawet o zawodowych myśliwych, których znowu tak wielu na wyspie nie zostało, ale o "zwykłych" obywatelach, którzy w weekendy wyruszają na łowy, a swoje zdobycze gromadzą w zamrażarkach i sukcesywnie konsumują. Grenlandczycy nie polują więc dla sportu, a przynajmniej nie jest to ich główny cel.

Cmentarz na obrzeżach Ilulissatarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Cmentarz na obrzeżach Ilulissat

Czy tradycyjny styl życia ma szansę przetrwać w obecnych czasach? W książce wspominasz, że wielu Inuitów czuje się zagubionych, straciło poczucie jedności z naturą i tym samym własną tożsamość.

Ogromne zmiany w kwestii grenlandzkiego stylu życia przyniosła modernizacja przeprowadzona przez Danię w latach sześćdziesiątych. Po drugiej wojnie światowej władze w Kopenhadze zdały sobie sprawę, że poziom życia na Grenlandii znacząco odbiega, od tego, co w Europie uznawano za standard. Dania zaczęła obawiać się, że jeśli czegoś szybko nie zrobi, straci Grenlandię bezpowrotnie.

Rząd postanowił więc zmodernizować wyspę na wzór zachodni, wierząc, że w ten sposób wygra serca i umysły Inuitów.

Na wyspę wysłano wielu specjalistów rozmaitej maści — inżynierów, naukowców, lekarzy, fachowców od budowania dróg, kanalizacji itp. Wszyscy oni zasadniczo uznali, że aby uczynić z Grenlandii nowoczesny kraj, ludność nie może mieszkać w małych osadach rozproszonych na wielkim terenie i na dodatek nieustannie przenosić się z miejsca na miejsce.

Rozpoczęto więc projekt G-50, który zakładał utworzenie kilku nowoczesnych miast, z kanalizacją, blokami, szkołami i szpitalami i zachęcano Inuitów do przenoszenia się do nich. W miastach budowano także przetwórnie rybne i fabryki konserw. Grenlandczycy powoli więc przesiedli się z kajaków na łódki motorowe i przerzucili na połów dorszy, a później krewetek. Do grenlandzkiego stylu życia niespecjalnie pasowały także mieszkania w blokach — co bowiem można w nich zrobić z upolowaną foką albo reniferem? Gdzie je rozparcelować? Gdzie wywiesić do suszenia?

Te gwałtowne zmiany rzeczywiście doprowadziły do pewnego zagubienia się Grenlandczyków. Naród, który od zawsze był samowystarczalny i na tym polegała jego siła, został nagle uzależniony od dostaw z kontynentu. Co więcej, Inuici zarabiali znacznie mniej niż Duńczycy, nie zatrudniano ich przy pracach modernizacyjnych, a możliwości prowadzenia własnego biznesu były bardzo ograniczone.

W konsekwencji czuli się obywatelami drugiej kategorii, którzy nie mają żadnego wpływu na to, co się dzieje na wyspie.

Wracając jednak do twojego pytania — czy tradycyjny styl życia ma szansę przetrwać obecnie? Sądzę, że styl życia jako całość nie, ale tradycje jak najbardziej tak! Wiele z nich, zakazanych niegdyś na wyspie przez kościół, takie jak tańce z bębnem, czy tańce w maskach, powoli wracają do łask. Organizowane są seminaria, kursy i kampanie mające na celu zainteresowanie tymi tradycjami szerszego grona mieszkańców wyspy. Podobnie jest z tatuażami. Kiedyś uważano je za rodzaj łącznika ze światem duchowym, czy zaznaczano przy ich pomocy przynależność klanową. Umieszczano je najczęściej na twarzach i dłoniach. Wraz z pojawieniem się na wyspie misjonarzy, ta tradycja zaczęła powoli zanikać, jednak ostatnio zaczyna powracać, tyle że teraz jest raczej utożsamiana z ruchem na rzecz niepodległości.

Grenlandiaarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Grenlandia

Jakie są największe problemy, z którymi borykają się mieszkańcy wyspy?

Problemów na pewno jest wiele, zresztą każdy kraj, w szczególności taki, który przez długi czas był rządzony "zza granicy", boryka się z jakimiś kłopotami. Spora część tych grenlandzkich wynika właśnie z decyzji podejmowanych niegdyś w Kopenhadze. Chrystianizacja spowodowała zacieranie się dawnych tradycji oraz problemy tożsamościowe, zwiększone jeszcze później przez modernizację, przeprowadzoną ponad głowami mieszkańców wyspy.

Transformacja miała swoje plusy i minusy — z jednej strony doprowadziła do podniesienia standardu życia i umożliwiła powszechny dostęp do służby zdrowia i edukacji, z drugiej zaś przyniosła ze sobą choroby cywilizacyjne (rak jest dziś najczęstszą przyczyną śmierci na Grenlandii), przestępczość oraz problemy z alkoholem i zdrowiem psychicznym.

Grenlandia ma jeden z najwyższych wskaźników samobójstw na świecie.

Poziom wykształcenia mieszkańców wyspy nie jest wysoki — ok. 60 proc. populacji zakończyło edukację na poziomie podstawowym (8 klas) lub niższym średnim (10 klas). Oczywiście wynika to z ograniczonej liczby szkół wyższego stopnia. Dla osób mieszkających w mniejszych miastach chęć zdobycia lepszego wykształcenia wiąże się często z opuszczeniem swojej rodziny i przeprowadzką. Przez wiele lat wszyscy nauczyciele byli Duńczykami. Nie znali kalaallisut i nie rozumieli lokalnej kultury (a także swoich uczniów). Większość po zakończeniu kontraktu wyjeżdżała, co sprawiało, że w ciągu kilku lat nauki dzieciom nauczyciele zmieniali się jak w kalejdoskopie. Nie wpływało to rzecz jasna pozytywnie na ich edukację.

Po uzyskaniu przez Grenlandię autonomii na wyspie otwarto kolegia nauczycielskie, dzięki czemu dziś większość pedagogów pochodzi z wyspy. Ten problem został więc już rozwiązany, ale nadal wskaźnik przerywania nauki i porzucania szkoły przed jej ukończeniem jest bardzo wysoki. Znajdujący się w Nuuk Uniwersytet Grenlandii, czyli Ilisimatusarfik, oferuje jedenaście programów licencjackich i cztery magisterskie. Kształcenie wyższe (choć niepełne) jest również oferowane w niektórych szkołach zawodowych. Ponieważ na wyspie liczba kierunków jest bardzo ograniczona, około 30 proc. studentów decyduje się na wyjazd na zagraniczne uniwersytety, w większości duńskie.

Paulina Tondosarchiwum prywatne bohaterki / Onet
Paulina Tondos

**

Paulina Tondos — z wykształcenia kulturoznawczyni, absolwentka warszawskiego Ośrodka Studiów Amerykańskich, pilotka wycieczek i przewodniczka. Autorka książek Grenlandia. Ulotny duch Północy, Islandia. Tam, gdzie elfy mówią dobranoc oraz Życie pod wulkanami. Ogniste serce Islandii. Prywatnie podróżuje po świecie z plecakiem, zawodowo oprowadza turystów po krajach Bliskiego Wschodu, Azji Centralnej i Ameryki Północnej. Miejscem, które skradło jej serce, jest jednak Islandia.

Marta Abramczyk, dziennikarka Onetu — Bydgoszczanka, absolwentka dziennikarstwa na UAM w Poznaniu. Pierwsze kroki w zawodzie stawiała w redakcji "Gazety Wyborczej", potem jako reporterka "Faktu" relacjonowała wydarzenia z Wielkopolski. Jej największą pasją są podróże, które relacjonuje dla czytelników. Dzięki rozmowom z fascynującymi rozmówcami — zwiedza świat praktycznie codziennie. Autorka książki "Turcja. Orient oswojony". Sprawdź Instagram oraz blog.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Donald Trump znowu mówi o potrzebie posiadania Grenlandii, co spotkało się z negatywną reakcją mieszkańców, którzy nie chcą stać się częścią USA.
  • Wielu Grenlandczyków organizuje protesty przeciwko amerykańskim aspiracjom, wyrażając hasła jak "Nie jesteśmy na sprzedaż".
  • Szanse na przyłączenie Grenlandii do USA jako stanu są ograniczone, ale możliwe byłoby stowarzyszenie i niepodległość.
  • Prezydent Trump i jego administracja robią niewystarczające starania, by przekonać Grenlandczyków do współpracy, oferując ogólnikowe obietnice.
  • Ewentualna niepodległość Grenlandii wiązałaby się z wieloma wyzwaniami, w tym z finansowymi i obronnymi kwestiami.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz