"Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe". Ujawniamy nieznane fakty w sprawie afery podkarpackiej, 09.06.2026



 

"Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe". Ujawniamy nieznane fakty w sprawie afery podkarpackiej

9 czerwca 2026

— Polska policja wykorzystywała agencje towarzyskie ukraińskich gangsterów do pracy operacyjnej. Pracujący pod przykrywką funkcjonariusze "legendowali" się w tych lokalach, czyli przez kontakt z braćmi Rysicz uwiarygadniali się w środowisku przestępczym. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że państwo polskie miało swoje domy publiczne — mówi w programie "Kulisy Spraw" Janusz Schwertner o wspólnym śledztwie Onetu i Gońca.

Przez lata opinia publiczna była przekonana, że afera podkarpacka to historia o skorumpowanych policjantach i politykach szantażowanych przez ukraińską mafię. Mateusz Baczyński i Janusz Schwertner we wspólnym śledztwie Onetu i Gońca ujawniają jednak, że to fikcja.
Okazuje się bowiem, że dwaj bracia prowadzący sieć agencji towarzyskich nie byli jedynie przestępcami — byli również wieloletnimi współpracownikami Centralnego Biura Śledczego Policji.
Czy w takim razie agencje towarzyskie na Podkarpaciu były de facto placówkami operacyjnymi CBŚP, a "parasol ochronny" był częścią zaplanowanej gry służb? A może sytuacja wymknęła się spod kontroli? Dziennikarze ujawniają kulisy swojego śledztwa.

"Nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe"

Wspólne ustalenia Onetu i Gońca rzucają zupełnie nowe światło na to, co przez lata uznawano za jedną z najbardziej bulwersujących afer w historii III RP.
Ukraińscy bracia Aleksiej i Jewgenij Rysicz, którzy prowadzili na Podkarpaciu sieć agencji towarzyskich, przez lata mieli korumpować miejscowe organy ścigania, zapewniać sobie "parasol ochronny", jak również nagrywać potajemnie polityków i inne znane osoby w swoich agencjach.

Tymczasem okazuje się, że sprawa ma drugie dno.
— Ukraińscy gangsterzy, czyli dwie centralne postaci afery podkarpackiej, w istocie byli tajnymi współpracownikami polskiej policji. Czyli cały fundament, na którym zbudowano tę aferę, okazał się fikcją. Wszyscy byli przekonani, że bracia skorumpowali polskie organy ścigania, a tak naprawdę, to one sprawowały nad nimi kontrolę — mówi Janusz Schwertner w programie Onetu "Kulisy Spraw".
— My sami, jako dziennikarze, nie mogliśmy zrozumieć, jak to jest możliwe, że bracia Rysicz tworzą agencje towarzyskie, prowadzą biznes sutenerski, czerpią zyski z nierządu przez tyle lat, a równocześnie włos im właściwie z głowy nie spada, bo wyroki, które otrzymują, są nieadekwatne do popełnianych czynów — dodaje.
— Mówimy w końcu o wyrokach typu rok, czy półtora roku więzienia za wieloletnie przestępstwa. Tymczasem kulisy ich działalności, które poznaliśmy, są poruszające. Chodzi o setki kobiet wykorzystywanych do prostytucji i czerpanie z tego ogromnych zysków — kontynuuje redaktor naczelny Gońca.
Bracia Aleksiej i Jewgienij Rysicz
Materiały prasowe
Bracia Aleksiej i Jewgienij Rysicz
— Te kobiety niby nie były przymuszane, ale dzięki lekturze akt znamy też takie przykłady, kiedy nie miały innego wyjścia, bo w ten sposób spłacały długi rzekomo zaciągnięte u braci. Oprócz sutenerstwa dochodzi do tego handel ludźmi — wyjaśnia.

— Mówimy o poważnych przestępstwach, a polskie państwo za każdym razem nie potrafiło ich adekwatnie ukarać. Teraz już wiemy, że działalność braci Rysicz od początku lat dwutysięcznych była tak de facto sterowana przez państwo. Ta współpraca trwała przez kilka dekad i była bardzo owocna — zaznacza dziennikarz.

"Wszyscy grali na dwa fronty"

Bracia Rysicz we współpracy z polską policją przyczynili się do rozbicia wielu groźnych grup przestępczych — m.in. handlujących narkotykami i bronią. Operacje z ich udziałem często miały charakter międzynarodowy. Na tym jednak nie koniec.
— Polskie państwo wykorzystywało podkarpackie burdele do pracy operacyjnej. Policjanci pracujący pod przykrywką "legendowali" się w tych agencjach towarzyskich, czyli przez kontakt z braćmi Rysicz, uwiarygadniali się w środowisku przestępczym. To pokazuje, że w tej historii wszyscy grali na dwa fronty — mówi Janusz Schwertner.
Dziennikarz zauważa też, że przez lata zmieniały się ekipy polityczne, a co za tym idzie, zmieniał się nadzór nad Centralnym Biurem Śledczym, ale współpracę z braćmi Rysicz cały czas kontynuowano. Mimo że prawo zakazuje policji współpracy z osobami, które równolegle dokonują w tym czasie przestępstw.
— Sęk w tym, że przepisy w tym zakresie są fikcją. Policja wielokrotnie decydowała się na współpracę z konkretnymi osobami ze świata przestępczego, wiedząc o tym, że ci ludzie cały czas prowadzą działalność przestępczą. Decydowano się na to na zasadzie "mniejszego zła". Natomiast pojawia się pytanie o granice tej gry operacyjnej — tłumaczy.
— Ja sądzę, że będziemy, jako opinia publiczna, podzieleni w ocenie tej sytuacji. Jestem przekonany, że część osób stwierdzi: "okej, rozumiemy, że polskie państwo pozwalało konkretnym osobom popełniać przestępstwa, bo w zamian otrzymywało informacje, które pozwalały rozbijać poważniejsze grupy przestępcze". Ale zrozumiem też tych, którzy powiedzą, że granice zostały tutaj przekroczone — podkreśla.
Funkcjonariusze CBŚP
Leszek Szymański / PAP
Funkcjonariusze CBŚP

"Padły nazwiska polityków"

Kluczową postacią w tej historii jest Daniel Ś., oficer CBŚP z Rzeszowa, który nadzorował współpracę z ukraińskimi gangsterami. Choć, dzięki tej współpracy odnosił spektakularne sukcesy, to w pewnym momencie cała operacja wymknęła mu się spod kontroli.
— Daniel Ś. jest postacią tragiczną. Z jednej strony współpraca z braćmi okazała się dla niego trampoliną do wielkiej kariery, a z drugiej go zniszczyła. To był kapitalny policjant z wielkim talentem, ale w pewnym momencie zaczęła mu się mylić fikcja z rzeczywistością. Gra operacyjna z prawdziwym życiem. On miał tylko udawać, że jest skorumpowanym przez braci policjantem, a nie naprawdę dać się skorumpować — argumentuje Janusz Schwertner.
— Wahamy się, żeby używać tego kategorycznego stwierdzenia, ale w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że polskie państwo miało własne burdele. Dlatego ta cała współpraca z braćmi nigdy nie miała wyjść na światło dzienne. A już na pewno nie miała się stać historią, która notuje milionowe wyświetlenia na YouTubie i budzi skojarzenia z aferą Epsteina — dodaje.
— Stało się o niej głośno z dwóch powodów. Pierwszy, to podejrzane samobójstwo Dawida Kosteckiego, a drugi to rewelacje byłego funkcjonariusza CBA Wojciecha J., który twierdził, iż był w posiadaniu nagrania z agencji Rysiczów, na którym zarejestrowano Marka Kuchcińskiego z nieletnią dziewczyną — wyjaśnia.
Do dziś tak naprawdę nie udało się potwierdzić, czy w lokalach ukraińskich gangsterów dokonywane były jakieś nagrania i kto mógł się na nich znaleźć.
— W procesie dotyczącym afery podkarpackiej nie padło nazwisko Marka Kuchcińskiego, ale w jednych zeznaniach wymieniono nazwiska innych polityków, którzy mieli zostać nagrani. Nie będziemy jednak podawać konkretnych personaliów, gdyż nie jesteśmy w stanie ocenić wiarygodności tych zeznań — zaznacza Janusz Schwertner.
Całą rozmowę obejrzeć można w wersji wideo.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Ukraińscy gangsterzy, bracia Rysicz, byli tajnymi współpracownikami polskiej policji, a ich działalność na Podkarpaciu miała charakter operacyjny, a nie jedynie przestępczy.
  • Przez lata myślano, że prowadzili siatkę prostytucji i szantażowali polityków, jednak ich współpraca z policją miała na celu rozbicie większych grup przestępczych.
  • Współpraca z braćmi Rysicz miała trwać od lat 2000. i była kontrolowana przez Centralne Biuro Śledcze Policji, co rodzi pytania o etykę działań organów ścigania.
  • Daniel Ś., oficer CBŚP, nadzorował współpracę z Rysiczami, a jego kariera zakończyła się tragicznym niepowodzeniem, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli.
  • W toku sprawy pojawiły się kontrowersje związane z politykami, a niektórzy z nich mogli być nagrywani w agencjach towarzyskich.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz