Opowieść prezydenta Nawrockiego się sypie. Traci jeden z głównych atutów [OPINIA]
21 maja 2026
Prezydent Karol Nawrocki miał mieć specjalne dojścia do Donalda Trumpa i jego administracji. Tymczasem, gdy wybuchł kryzys z obecnością amerykańskich żołnierzy w Polsce, to rząd rzucił się do jego rozwiązywania. A prezydent jest mało widoczny i ma mieć problemy z dodzwonieniem się do Białego Domu.
Zamieszanie wokół opóźnionej rotacji amerykańskich wojsk do Polski zaczyna się pomału wyjaśniać, choć ciągle nie mamy pełnej jasności. Władysław Kosiniak-Kamysz usłyszał od sekretarza wojny Pete'a Hegsetha, że "żadna decyzja o zmniejszeniu zdolności wojsk amerykańskich w Polsce nie zapadła", a "Polska może liczyć na Stany". Z kolei wiceminister obrony Cezary Tomczyk rozmawiał w Białym Domu z Andym Bakerem — zastępcą doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Trumpa. Otrzymał zapewnienie, że USA utrzymają "wysoką obecność wojskową" w Polsce. Szczegóły mają zostać ustalone w najbliższych tygodniach w ramach konsultacji.
Jednocześnie oświadczenie rzecznika Pentagonu nie pozostawia wątpliwości, że Amerykanie zmniejszają liczbę brygad rozmieszczonych rotacyjnie w Europie z czterech do trzech. Być może nie zmieni to ogólnej liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce, choć dziś nie jest to wcale pewne. "Wysoka obecność wojskowa" nie musi przecież oznaczać takiej samej jak dotychczas. Niepokojące pytania o przyszłe zaangażowanie wojskowe Stanów na naszym kontynencie i jego wpływ na polskie bezpieczeństwo pozostają.
Gdzie jest prezydent Nawrocki?
Zamęt wokół obecności amerykańskich wojsk w Polsce ma wpływ na dynamikę polityczną w kraju. A zwłaszcza na pozycję partii, która na relacjach z Donaldem Trumpem chciała budować całe polskie bezpieczeństwo i wybranego z jej poparciem obecnego prezydenta. Patrząc na to, co działo się w ostatnich dniach, pojawia się pytanie: "gdzie właściwie jest prezydent Nawrocki?".
Nie ma wątpliwości, że w wyjaśnienie sytuacji z Amerykanami zaangażował się wicepremier Kosiniak-Kamysz i jego zastępcy. To minister obrony dzwonił do sekretarza Hegsetha we wtorek 19 maja. To on następnego dnia spotkał się z goszczącym z wizytą w Polsce zastępcą szefa Kolegium Połączonych Sztabów, gen. Christopherem Mahoneym. Do Polski miał początkowo przyjechać szef kolegium, gen. Dan Caine, ale obowiązki służbowe miały go zatrzymać w Stanach. Wiceszefowie MON, Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski, pojechali z wizytą do Waszyngtonu. Spotkali się z doradcą Donalda Trumpa i urzędnikami z Departamentów Wojny i Stanu.
Tymczasem prezydent jest w całej tej sprawie mało widoczny. Szef jego biura ds. międzynarodowych, minister Marcin Przydacz, twierdził, że Nawrocki rozmawiał z Trumpem na początku maja i że "ustalenia z tych rozmów pozostają w mocy". Jednocześnie Przydacz apelował do MON, by to ono przyjęło bardziej aktywną postawę i wyjaśniło zamieszanie z rotacją wojsk. Jak donosił Onet, Karol Nawrocki miał próbować dodzwonić się do Trumpa, ale nie udało się mu to. Nie ma potwierdzenia z Pałacu, że taka próba miała faktycznie miejsce. Z pewnością można jednak założyć, że gdyby Nawrocki dodzwonił się do Białego Domu, to Pałac Prezydencki chwaliłby się tym wszelkimi możliwymi kanałami. W końcu to prezydent Nawrocki — w przeciwieństwie do rządu Donalda Tuska — miał mieć specjalne dojścia do Trumpa i jego administracji.
Karol Nawrocki wielokrotnie skarżył się, że konstytucja nie daje mu dość narzędzi, by dobrze wykonywać funkcję zwierzchnika polskich sił zbrojnych. Teraz — gdy sprawy bezpieczeństwa wywołują w społeczeństwie niepokój — prezydent jest publicznie słabo widoczny.
Cios w dwa filary pisowskiej narracji
Cała ta sytuacja uderza przy tym w dwa filary pisowskiej narracji politycznej. Po pierwsze, o specjalnych relacjach PiS i prezydenta Nawrockiego z Trumpem i ruchem MAGA. Owszem, te specjalne relacje działają znakomicie, gdy trzeba załatwić schronienie Ziobrze. Tymczasem, gdy chodzi o strategicznie istotne kwestie obecności amerykańskich wojsk w Polsce, tak dobrze już z tymi relacjami nie jest.
Nawet Amerykanie zauważyli, że w tej sprawie administracja Trumpa potraktowała Polskę po prostu źle. Bo nawet jeśli ostatecznie liczba żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce się nie zmniejszy, to Polska zasługiwała na to, by być w tej sprawie na bieżąco informowana i by polska opinia publiczna nie dowiadywała się o opóźnieniu rotacji z mediów.
Jest to także w interesie Stanów. Polska zachowywała się przecież jak wzorowy sojusznik Waszyngtonu. Robiła wszystko to — na czele z wydatkami na obronę, zakupami amerykańskiego sprzętu i gazu — czego od sojuszników oczekiwał Trump. Jeśli takie zachowanie nie jest w stanie "kupić" dobrego traktowania ze strony amerykańskiego prezydenta, to inne kraje wyciągną z tego wnioski. I będą mniej skłonne do tego, by spełniać oczekiwania Waszyngtonu.
Także polska opinia publiczna widzi, jak traktują nas Stany. Zamieszanie wokół amerykańskich żołnierzy z całą pewnością nie zwiększy i tak zniżkującej popularności Trumpa wśród Polaków. Co przełoży się też w jakimś stopniu na ocenę partii, która na własne życzenie skleiła się z amerykańskim prezydentem i ustawiła się w pozycji polskiej franczyzy ruchu MAGA.
Po drugie, cała sytuacja z ostatnich kilku dni ośmiesza narrację PiS. Największa partia opozycyjna przekonuje, że "Tusk na zlecenie Niemiec stara się skłócić nas z Amerykanami i wypchnąć amerykański siły zbrojne z Europy". Po pierwsze, widzimy jak rząd Tuska działa, by odkręcić zamieszanie z rotacją amerykańskich wojsk. Robi wszystko, by nie zmniejszyć ich obecności w kraju. Po drugie, przekaz strony amerykańskiej nie pozostawia wątpliwości: Amerykanie sami planują zmniejszenie swojego zaangażowania w Europie, najpewniej do poziomu sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Jednocześnie oczekują od Europejczyków większego wzięcia odpowiedzialności za konwencjonalną obronę kontynentu.
Nie możemy lekceważyć europejskiego filaru naszego bezpieczeństwa
To samo od dawna powtarza rządowa koalicja: amerykańska polityka bezpieczeństwa się zmienia. Oczywiście chcemy jak najdłużej utrzymać amerykański parasol. Jednocześnie musimy się jednak liczyć z tym, że nasz region, a być może nawet nasz kontynent, niekoniecznie będzie priorytetem dla Stanów.
W tym celu musimy rozwijać nasze zdolności przemysłowe w dziedzinie obronności, budować regionalne europejskie sojusze i rozwijać nasze możliwości bojowe. Nie wbrew Amerykanom, ale dlatego, że oni tego od nas oczekują jako sojuszników. Jest oczywiste, że łatwiej będzie nam to robić we współpracy z europejskimi partnerami niż przeciw nim.
PiS przedstawiając każdą próbę wzmacniania europejskiego filaru bezpieczeństwa jako niemiecki spisek, by wypchnąć Amerykanów z Europy i zostawić Polskę na łasce Berlina zdradza coraz większe oderwanie od rzeczywistości. Spycha się tym samym na margines poważnej dyskusji o bezpieczeństwie.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Prezydent Karol Nawrocki stracił na znaczeniu w kontekście kryzysu z amerykańską obecnością wojskową w Polsce.
- Władysław Kosiniak-Kamysz oraz minister obrony aktywnie zajmują się sprawą, podczas gdy Nawrocki jest mało widoczny w publicznych działaniach.
- Amerykańskie wojska w Polsce mogą zmniejszyć liczbę rotacyjnych brygad z czterech do trzech, co rodzi pytania o przyszłe zaangażowanie USA w regionie.
- Kryzys ten uderza w narrację PiS o bliskich relacjach z administracją Trumpa, obnażając problemy w komunikacji między Polską a USA.
- Polska powinna rozwijać swoje zdolności obronne i budować europejskie sojusze niezależnie od Stanów Zjednoczonych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz