Polska właśnie stała się cyfrowym Dzikim Zachodem, a Polacy obywatelami drugiej kategorii [OPINIA], 11.01.2026



 

Polska właśnie stała się cyfrowym Dzikim Zachodem, a Polacy obywatelami drugiej kategorii [OPINIA]

11 stycznia 2026

Polska pozostaje jednym z nielicznych państw UE, w których obywatele nie mają krajowej ścieżki dochodzenia swoich praw w starciu z gigantami takimi jak Meta, Google czy X. Wszystko przez Karola Nawrockiego, który zawetował ustawę dostosowującą polskie przepisy do unijnego Aktu o usługach cyfrowych [DSA]. I tu nie chodzi tylko i wyłącznie o kolejną odsłonę wojny polsko-polskiej. Prezydent staje się wiernym i posłusznym botem Donalda Trumpa, a nasz kraj zapłaci osłabieniem bezpieczeństwa informacyjnego.

Digital Services Act [DSA], znany w Polsce jako Akt o usługach cyfrowych, to kluczowe rozporządzenie unijne, które ma na celu uporządkowanie cyfrowej przestrzeni. Zostało zaprojektowane jako "konstytucja internetu", która wymusza na największych korporacjach technologicznych [Big Tech] przejrzystość, odpowiedzialność za bezpieczeństwo użytkowników oraz walkę z nielegalnymi treściami. DSA weszło w życie w całej Unii Europejskiej w lutym 2024 r., jednak jego skuteczne działanie w poszczególnych państwach zależy od przyjęcia krajowych przepisów kompetencyjnych.

Polska miała obowiązek wyznaczyć tzw. Koordynatora Usług Cyfrowych. Rząd wskazał na tę rolę Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE). Zadaniem tego organu miało być przyjmowanie skarg od obywateli, certyfikowanie organizacji zajmujących się weryfikacją informacji [fact-checkerów] oraz nakładanie kar finansowych na platformy, które ignorują prawo.

Prezydent Karol Nawrocki podjął decyzję o zawetowaniu ustawy wdrażającej te przepisy. W oficjalnym uzasadnieniu powołał się na obronę wolności słowa oraz obawę, że nowe prawo stanie się narzędziem cenzury w rękach administracji rządowej. Argumentował, że przekazanie urzędnikom kompetencji do nadzorowania treści w internecie przypomina mechanizmy z systemów totalitarnych.

W praktyce weto to oznacza, że Polska pozostaje jednym z nielicznych państw UE, w których obywatele nie mają krajowej ścieżki dochodzenia swoich praw w starciu z gigantami takimi jak Meta, Google czy X.

Weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec wdrożenia DSA nie jest obroną wolności słowa. Jest demonstracyjnym gestem politycznym, który stawia Polskę po stronie Big Techu, a nie obywateli. I to w momencie, gdy państwo ma realny problem z dezinformacją, przemocą online i algorytmicznym chaosem.

Decyzja ta zapada w cieniu wojny hybrydowej, w której cyfrowe platformy są głównym polem walki o świadomość Polaków. Rezygnacja z narzędzi regulacyjnych w takim czasie to nie akt odwagi, lecz abdykacja z ochrony bezpieczeństwa narodowego.

Porównania do "Roku 1984" brzmią efektownie. Zawsze brzmią. Problem w tym, że są intelektualnie leniwe i politycznie wygodne. Orwell w ustach współczesnej prawicy stał się memem. Gumową pałką, którą okłada się każdą próbę regulacji czegokolwiek, co dotyczy sfery cyfrowej. DSA nie tworzy Ministerstwa Prawdy. Próbuje wprowadzić minimalną odpowiedzialność tam, gdzie dziś panuje bezkarność. To nie urzędnik ma decydować o tym, co jest prawdą, a co fałszem w debacie ideologicznej. Przepisy te koncentrują się na procedurach: na tym, by platformy przestały udawać, że są neutralnymi tablicami ogłoszeń, podczas gdy ich algorytmy aktywnie promują treści skrajne, toksyczne i szkodliwe, ponieważ takie najlepiej się klikają i przynoszą zysk z reklam.

Wolność słowa nie polega na tym, że globalna korporacja może dowolnie wzmacniać jedne głosy, a inne wyciszać bez żadnej kontroli. Obecnie moderatorzy w Dublinie czy Kalifornii decydują o zasięgach polskich polityków, dziennikarzy i zwykłych obywateli. Robią to bez przejrzystości, bez jasnych procedur i bez realnej ścieżki odwoławczej dla użytkownika.

DSA miało to zmienić, dając Polakom prawo do uzyskania konkretnego uzasadnienia każdej blokady i możliwość interwencji u polskiego regulatora. Weto prezydenta tę drogę zamyka.

Ironia tej sytuacji jest gruba jak kabel światłowodowy. Prezydent RP powołuje się na wolność słowa, by zablokować prawo, które po raz pierwszy daje użytkownikom narzędzia do kwestionowania decyzji platform. Prawo, które mówi: "pokaż algorytmiczną logikę, wyjaśnij decyzję, daj możliwość odwołania". To nie jest cenzura. To próba cywilizowania Dzikiego Zachodu internetu, gdzie dotąd jedynym prawem było widzimisię właściciela serwisu.

To nie tylko kolejna odsłona wojny polsko-polskiej

Weto Nawrockiego idealnie wpisuje się w narrację administracji Trumpa i środowisk MAGA, dla których każda regulacja Big Techu jest zamachem na "wolność". W tej wizji wolność definiuje się jako nieograniczoną władzę platform nad debatą publiczną.

Polska, kraj wyjątkowo mocno doświadczony przez dezinformację i algorytmiczne wzmacnianie skrajności, postanawia w tej sprawie być prymusem oporu wobec UE. Gratulacje. Historia już zna ten schemat, w którym pod hasłami ochrony wolności dopuszcza się do anarchii, na której korzystają najsilniejsi gracze.

Argument o "ochronie dzieci, ale nie kosztem wolności" brzmi ładnie, dopóki nie zapyta się o konkretne narzędzia egzekwowania. Jak chronić dzieci przed szkodliwymi treściami, patostreamami czy algorytmami promującymi zaburzenia odżywiania bez możliwości nałożenia kar na platformy? Czy mamy liczyć na dobrą wolę Elona Muska? Czy będziemy wysyłać listy otwarte do zarządu Meta z prośbą o litość? Wolność słowa bez odpowiedzialności to wolność silniejszych. Zawsze była. DSA wprowadza proste zasady: jeśli zarabiasz miliardy na dostarczaniu treści, musisz dbać o to, by twój system nie był dewastujący dla zdrowia psychicznego najmłodszych użytkowników.

Spór między prezydentem a rządem nie jest tylko kolejną odsłoną wojny polsko-polskiej. To spór o to, czy państwo ma prawo regulować infrastrukturę debaty publicznej w XXI w. Bo media społecznościowe nie są już prywatnym hobby. Są systemem nerwowym demokracji. To tam odbywa się agitacja wyborcza, tam kształtują się poglądy i tam rozstrzygają się losy państw. Udawanie, że to tylko "prywatne platformy", które mogą robić, co chcą, jest równie naiwne, co niebezpieczne. Infrastruktura krytyczna dla demokracji nie może pozostawać w sferze całkowitego braku nadzoru.

Najbardziej uderzające jest to, że Polska zostaje jednym z nielicznych krajów UE bez skutecznego mechanizmu wdrożenia DSA. Nie stało się to z powodu braku kompetencji urzędników czy błędów w projekcie ustawy.

To efekt czystego gestu politycznego. Gestu, który ustawia Polskę w jednym szeregu z amerykańskimi libertarianami przeciwko europejskim standardom ochrony konsumenta. To decyzja przeciwko własnym obywatelom, którzy w sporach z gigantami technologicznymi pozostają teraz osamotnieni.

Orwell pisał o władzy, która kontroluje rzeczywistość poprzez manipulację językiem i obrazem. Dziś rzeczywistość kontrolują algorytmy, których nikt nie wybierał w żadnych wyborach i których nikt realnie nie rozlicza. Te kody decydują o tym, co uznajemy za ważne, co nas oburza, a co jest przed nami ukrywane. Jeśli komuś ten stan rzeczy nie przeszkadza, to nie dlatego, że broni wolności słowa. Raczej dlatego, że wybrał wygodę polityczną zamiast odpowiedzialności za jakość sfery publicznej.

Weto Nawrockiego nie zatrzymuje "orwellowskiej cenzury", bo taka w DSA po prostu nie istnieje. Zatrzymuje spóźnioną próbę wprowadzenia reguł w świecie, który od dawna żyje poza nimi. To decyzja, za którą Polska zapłaci osłabieniem bezpieczeństwa informacyjnego. Bez krajowego koordynatora nie mamy jak skutecznie walczyć z farmami trolli czy zorganizowaną dezinformacją zewnętrzną. Zaufanie do debaty publicznej będzie dalej spadać, a jakość informacji będzie się pogarszać. To wysoka cena za krótki moment politycznej satysfakcji z postawienia się Brukseli.

Polska stała się cyfrowym Dzikim Zachodem

W praktyce weto prezydenta tworzy w Europie internet dwóch prędkości, w którym Polacy stają się obywatelami drugiej kategorii. W krajach, które w pełni wdrożyły DSA, siła państwa realnie stoi za użytkownikiem. Tamtejszy obywatel, gdy jego konto zostanie niesłusznie zablokowane, nie jest skazany na bezduszną walkę z botem moderacyjnym. Ma konkretne prawo do szczegółowego uzasadnienia decyzji oraz bezpłatną, krajową ścieżkę odwoławczą przed niezależnym urzędem. Może zmusić cyfrowego giganta do transparentności, wyłączyć algorytmiczne profilowanie i wymusić wyświetlanie treści w porządku chronologicznym. Tam użytkownik jest podmiotem praw, a platforma musi liczyć się z karami sięgającymi sześciu procent jej światowego obrotu.

W Polsce, po decyzji Karola Nawrockiego, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Polak pozostaje sam w starciu z globalną korporacją. Nasze państwo dobrowolnie zrezygnowało z narzędzi nacisku, co sprawia, że unijne gwarancje wolności i przejrzystości pozostają w naszym kraju martwym zapisem. Podczas gdy inni Europejczycy zyskują narzędzia do walki z dezinformacją i farmami trolli, my pozostajemy cyfrowym protektoratem, w którym o zasięgach, prawdzie i bezpieczeństwie dzieci decyduje widzimisię właściciela serwisu w Kalifornii czy Dublinie. Bez krajowego regulatora z realnymi uprawnieniami, polski użytkownik jest jedynie produktem w systemie, którego nikt nie kontroluje i którego nikt nie ma odwagi rozliczyć. Polska stała się cyfrowym Dzikim Zachodem — tyle że na tym układzie zyskują wyłącznie rewolwerowcy z Big Techu, a nie zwykli obywatele.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Prezydent Karol Nawrocki wetował ustawę wdrażającą unijny Digital Services Act (DSA), co oznacza, że Polacy nie mają krajowej ścieżki dochodzenia swoich praw w sporach z gigantami technologicznymi.
  • Weto prezydenta jest postrzegane jako polityczny gest, który osłabia bezpieczeństwo informacyjne kraju, szczególnie w kontekście dezinformacji.
  • DSA miało wzmocnić prawa użytkowników, oferując im narzędzia do kwestionowania nieuzasadnionych blokad oraz egzekwując odpowiedzialność platform.
  • Polska staje się cyfrowym "Dzikim Zachodem", gdzie mieszkańcy są obywatelami drugiej kategorii w porównaniu do użytkowników w innych krajach UE, które skutecznie wdrożyły DSA.
  • Utrata możliwości regulacyjnych w cyberprzestrzeni jest uznawana za decyzję, która może prowadzić do dalszego osłabienia jakości debaty publicznej i zaufania do informacji.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz