Prawda o Trumpie. Pozbawiony empatii i skrupułów narcyz. To opis Trumpa... sprzed 40 lat [OPINIA], 13.04.2026

 

Pozbawiony empatii i skrupułów narcyz. To opis Trumpa… sprzed 40 lat [OPINIA]

Dzień zaczynamy od sprawdzenia, czy wszystkie cywilizacje świata istnieją, potem rozważamy, czy prezydent mocarstwa nuklearnego jest zdrowy psychicznie. A przecież może być jeszcze gorzej.

— Brak poczucia wstydu to umiejętność — rzucił tuż po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta w 2016 r. Wayne Barrett. Zmarły dekadę temu dziennikarz śledczy był pierwszym, który badał interesy przyszłego prezydenta USA. Już w latach 80. opisywał go jako megalomana i oszusta, który starał się wmówić otoczeniu, że sam dorobił się milionowego majątku. A w praktyce był spadkobiercą pieniędzy ojca i jego kontaktów (wówczas w Partii Demokratycznej, bo labilność to również umiejętność).

Najlepiej zestarzały się jednak inne fragmenty pracy ­Barretta.

Zdrowie Trumpa to kawał historii jego prezydentury. Wszedł do Białego Domu po siedemdziesiątce (wyjdzie po osiemdziesiątce) z wizerunkiem utracjusza, wypijającego 12 puszek dietetycznej coli dziennie, kochającego czerwone mięso, chipsy i fast foody, ze szczególnym uwzględnieniem McDonald’s, którego produkty wchłania podczas lotów Air Force One. — Nie wiem, jak to możliwe, że on jeszcze żyje — powiedział niedawno sekretarz zdrowia i opieki społecznej Robert F. Kennedy Jr.

Największe emocje wywołuje jednak nie dieta, ale zdrowie psychiczne Trumpa. W trakcie pierwszej kadencji Amerykanie odbyli debatę, co psychiatrzy mogą, a czego nie mogą powiedzieć o prezydencie. Dziś nikogo już nie dziwi, że Reuters zamawia sondaż, z którego wynika, że zdaniem 61 proc. Amerykanów Trump „wraz z wiekiem stał się nieobliczalny” (w tym 30 proc. republikanów) i że spada liczba osób uważających Trumpa za „w pełni sprawnego umysłowo i zdolnego do radzenia sobie z wyzwaniami” (z 54 proc. we wrześniu 2023 r. do 45 proc. dziś). Normą jest też to, że w trakcie wojny w Iranie materiały o zdrowiu psychicznym Trumpa publikują „Le Figaro” i „El País”. Amerykańskie media zajmują się tym tematem coraz rzadziej, bo ile można pisać to samo?

Właśnie dlatego wydana w 1987 r. książka „Trump: The Deals and the Downfall” („Trump: Układy i upadki”) jest tak fascynująca. Czterdziestoletni Nowojorczyk nie jest wtedy jeszcze przywódcą mocarstwa nuklearnego, tylko kumplem pięściarza Mike’a Tysona. Stan jego zdrowia nie jest sprawą bezpieczeństwa narodowego, tylko — co najwyżej — tematem dla plotkarskiej prasy. Barrett w końcu nie stara się ustalić jednostki chorobowej, tylko opisuje pozbawionego empatii i skrupułów narcyza, któremu najpierw zależy na umieszczeniu swojego nazwiska na fasadzie budynku, a po wpadnięciu w kłopoty — na jego usunięciu, byle nie kojarzyło się z porażką.

Wszystko, co obserwujemy dziś, jest tylko rozwinięciem tego, co Barrett opisał cztery dekady temu. Trump się nie zmienił, otoczenie się zmieniło, świat pozwolił mu na więcej. Władza to świetna pożywka dla tego gigantycznego ego, a prezydentura Stanów Zjednoczonych daje mnóstwo możliwości dalszego robienia interesów na rympał. Luksemburska firma ArcelorMittal przekazała stal o wartości 37 mln dol., która ma być użyta do budowy nowej sali balowej w Białym Domu. To wyceniany na co najmniej 400 mln dol. bombastyczny projekt w stylu watażki z centralnej Azji bądź Afryki. W tym samym czasie Trump złagodził część ceł na stal z Kanady, z czego skorzysta właśnie ArcelorMittal. Po każdym absurdalnym i nielogicznym wyskoku, zamiast zastanawiać się nad zdrowiem psychicznym Trumpa, trzeba pamiętać, że koniec końców może chodzić o interes ubity z gracją janusza biznesu.

Pytanie o to, czy ktoś lub coś Trumpa może powstrzymać, jest tak naprawdę pytaniem o to, ile amerykański wyborca może jeszcze znieść. Przez lata pozwalał prezydentowi na wszystko, półtora roku temu, wiedząc już, jakim Trump był prezydentem, znając jego bogatą kartotekę, powierzył mu drugą kadencję. Dziś jego cierpliwość wydaje się jednak wyczerpywać — notowania lecą na łeb na szyję. Prezydent staje się obciążeniem dla partii przed listopadowymi wyborami połówkowymi, jak tak dalej pójdzie, republikanie stracą większość w Kongresie.

I to nawet byłaby dobra wiadomość, zawsze to lepiej, kiedy populizm zostaje obnażony, a wyborca rozumie, że na trudne pytania nie ma prostych odpowiedzi. Gorzej, że następny w kolejce jest J.D. Vance. A wtedy, wspomnicie moje słowa, możemy zatęsknić za Trumpem.

Newsweek


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz