Prof. Dudek porównuje polską politykę z lat 90. do dzisiejszej. Brutalna ocena, 18.07.2026



Prof. Dudek porównuje polską politykę z lat 90. do dzisiejszej. Brutalna ocena

Jakub Majmurek 

17 lipca 2026

W porównaniu z latami 90. mamy do czynienia ze strasznym "schamieniem" polskiej polityki. Oczywiście, mogę sobie wyobrazić, że za 30 lat ludzie będą wspominać z sympatią czasy Kaczyńskiego i Tuska. Dziś głównym sukcesorem Kaczyńskiego jest przecież Przemysław Czarnek, który ma wszystkie złe cechy Kaczyńskiego, ale nie ma żadnych dobrych — mówi prof. Antoni Dudek.

Ten artykuł jest częścią cyklu "Lata 90. bez filtra", w którym na łamach Onetu, "Newsweeka", "Forbesa", Business Insidera, Medonetu, Auto Świata, Komputer Świata i "Faktu" wracamy do wydarzeń, zjawisk i codzienności tamtej dekady. Bez idealizowania i bez łatwych ocen.

Newsweek: Czy lata 90. przeszły już ostatecznie do historii i są dziś tylko przedmiotem nostalgii?

Antoni Dudek: Choćby przez to, że w polskiej polityce ciągle dominują Jarosław Kaczyński i Donald Tusk — politycy, którzy rozpoczęli kariery w tamtej dekadzie — lata 90. to nie do końca historia. Ciągle zmagamy się też z wieloma problemami odziedziczonymi po tym okresie.

W środowisku historyków panuje raczej konsensus, że okres PRL to jest historia, a po nim zaczyna się współczesność. Coś, co jest domeną polityków i publicystów.

Widzi pan tęsknotę za latami 90.?

— Wśród pewnych ludzi na pewno. Ale też oburzenie na tę epokę: tak jak kiedyś rozmawiało się głównie o zbrodniach systemu PRL, tak dziś ciągle trwają dyskusje o kosztach społecznych, jakie przyniosły reformy Balcerowicza. Ogólnie jednak PRL chyba coraz bardziej postrzegamy jako epokę już przepracowaną, o której niewiele nowego można się dowiedzieć, a to, co się działo w latach 90., budzi obecnie większe zainteresowanie. Wynika to z tego, że dojrzewa pokolenie, które wtedy było dziećmi. Ja często na moim kanale youtubowym "Dudek o Historii" natykam się na komentarze ludzi, którzy — gdy oglądają np. mój materiał o aferze Oleksego — piszą, że pamiętają, jak rodzice kłócili się o to przy stole w kuchni. Wtedy zupełnie nie wiedzieli, o co chodzi, ale teraz zaczynają się tym interesować i chcą się dowiedzieć. I to w ogóle jest taka prawidłowość, że poza zawodowymi historykami ludzie zaczynają się interesować historią po trzydziestce — a w tym wieku jest dziś pokolenie urodzone na początku lat 90.

Czytaj więcej tekstów o latach 90.Onet
Czytaj więcej tekstów o latach 90.

W dyskusjach o latach 90. często wraca opinia, że mimo bardzo ostrego konfliktu politycznego, polityka miała wtedy więcej klasy, podobnie jak politycy. To tylko efekt nostalgii, czy coś jest na rzeczy?

— Jest coś na rzeczy i mam na to konkretne dowody. Na moim kanale jest wiele materiałów wideo z epoki, np. z obrad Sejmu. I jak zauważyli to komentatorzy z młodszego pokolenia: tam wtedy panowała niesamowita z punktu widzenia dzisiejszych standardów cisza. Nawet w dramatycznych momentach.

Gdy Milczanowski przemawiał w Sejmie, oskarżając Józefa Oleksego o współpracę z rosyjskim wywiadem, to nikt mu nie przerywał. Podobnie Oleksemu, gdy się bronił. Kiedyś, gdy chciało się kogoś upomnieć, by nie przeklinał, mówiło się, by nie używał nieparlamentarnego języka. "Język parlamentarny" oznaczał język elegancki, retorycznie wyrafinowany itd. Dziś to wyrażenie zupełnie już tak nie funkcjonuje. Mówiąc brutalnie, w porównaniu z latami 90. mamy do czynienia ze strasznym "schamieniem" polskiej polityki.

Oczywiście, mogę sobie wyobrazić, że za 30 lat ludzie z podobną sympatią będą mówić o Kaczyńskim i Tusku. Dziś głównym sukcesorem Kaczyńskiego jest przecież Przemysław Czarnek, który ma wszystkie złe cechy Kaczyńskiego, ale nie ma już żadnych dobrych — bo Kaczyński był przecież kiedyś żoliborskim inteligentem. Podobny kontrast widać między Tuskiem a jego młodymi pomocnikami. Ja oczywiście jestem za zmianą pokoleniową w polskiej polityce, ale nie na adiutantów i dworzan obecnych liderów, bo oni wyglądają dość przerażająco.

Polaryzacja w latach 90. była faktycznie mniejsza niż dziś?

— Mimo polaryzacji była jednak pewna wspólnota celów związana z doganianiem Zachodu i pragnieniem wprowadzenia Polski do NATO i Unii Europejskiej. Rządy się zmieniały, raz rządziła strona solidarnościowa, raz postkomunistyczna, ale wszystkie realizowały podobną politykę w tych dwóch kluczowych obszarach.

Jednocześnie po wyborach Kwaśniewskiego w 1995 r. społeczeństwo się podzieliło, do Sądu Najwyższego wpłynęła rekordowa liczba skarg domagających się unieważnienia wyborów, a przeor Jasnej Góry ogłosił, że prezydent elekt jest persona non grata w klasztorze.

— Oczywiście, polaryzacja była też obecna w latach 90., a powszechne wybory prezydenckie — czy "igrzyska prezydenckie", jak ja to nazywam — są jednym z najbardziej polaryzujących mechanizmów w polskiej polityce. W 1990 r. nie było tego widać, bo Wałęsa wygrał w drugiej turze z Tymińskim, zdobywając 70 proc. głosów, ale już w 1995 r. doświadczyliśmy w pełni ich polaryzującej mocy.

Rok 1995 to nie jedyny przykład. W 1992 r. Leszek Moczulski, wyraźnie poruszony, powiedział z mównicy sejmowej do posłów SLD, że problemem nie jest to, że oni są z lewicy, problemem jest to, że byli w PZPR, a PZPR to "płatni zdrajcy, pachołki Rosji". To oburzyło posłów SLD, część z nich wyszła z sali, wtedy to był szok, teraz takie "rozszyfrowanie skrótów" jest na porządku dziennym.

Tamte polaryzacyjne spory ogólnie były mniej trwałe. W 2000 r. Kwaśniewski wygrał w pierwszej turze jako jedyny prezydent w historii. Krzaklewski atakował go wtedy taśmami z Kalisza i Charkowa, ale wiele osób było oburzonych tym, że prowadzona jest tak negatywna kampania — która dziś znów stała się normą.

Podział miał inny charakter niż ten PiS-PO. Dziś mamy po dwóch stronach dwie wielkie partie odwołujące się do dziedzictwa "Solidarności", wtedy po jednej mieliśmy SLD i PSL, a po drugiej całą konstelację postsolidarnościowych partii, mających różny stosunek do postkomunistów — np. całkiem silną Unię Wolności, starającą się łagodzić historyczne podziały.

Podział postkomunistyczny to jedyna oś polaryzacji w latach 90.?

— Nie, mieliśmy też spór o rolę Kościoła i religii w polskiej demokracji, coś, co nazywane było "zimną wojną religijną" — taki tytuł nosi zresztą jeden z podrozdziałów mojej książki na temat tego okresu. On skupia się głównie na sporze wokół aborcji, zwłaszcza w 1992 r., gdy strona liberalna i lewicowa nieskutecznie domagała się referendum w tej sprawie.

Wielkie emocje wywoływał od początku plan Balcerowicza oraz prywatyzacja, przedstawiana przez jej przeciwników jako wyprzedaż "rodowych sreber" za półdarmo.

Więc ja nie twierdzę, że wtedy wszystko inaczej wyglądało. Ale fasada przynajmniej była inna, bardziej elegancka — dziś ona jest pobrudzona bluzgami polityków i nie tylko polityków.

A czy polityka nie była wtedy po prostu bardziej amatorska niż dziś? W Sejmie I kadencji (1991-1993) mamy kilkadziesiąt partii, całe lata 90. to niesamowity chaos powstających i upadających partii i partyjek.

— W latach 90. mieliśmy do czynienia z czymś, co nazywamy dziecięcym czy wręcz niemowlęcym okresem polskiego systemu partyjnego. Mieliśmy wiele małych partii, które nie dość, że miały niewielu członków i śladowe poparcie, to w dodatku często rozpadały się w wyniku wewnętrznych konfliktów. To zjawisko trochę ograniczyło wprowadzenie progów wyborczych w 1993 roku, ale przypadek AWS i Unii Wolności w 2001 roku pokazywał, że i duże formacje mogą się zupełnie posypać w sytuacji wyborczej klęski.

Kres temu "dziecięcemu okresowi" kładzie dopiero wprowadzenie systemu Dorna, ustawy przyjętej w 2001 r. przez Sejm III kadencji (1997-2001) z inicjatywy Ludwika Dorna, zapewniającej finansowanie partii z budżetu po przekroczeniu progu 3 proc. poparcia. To ustabilizowało system partyjny, dało partiom pieniądze na profesjonalizację, budowę aparatu i reprodukcję.

W 1995 r. SLD był jedną z niewielu formacji, którą było stać, żeby ściągnąć sobie twórcę wyborczych sukcesów Mitteranda Jacquesa Séguélę, by doradzał Kwaśniewskiemu w kampanii. Dzięki systemowi Dorna PiS zdobyło pieniądze, by wysyłać na szkolenia do Stanów Adama Bielana i Michała Kamińskiego oraz ściągać tu republikańskich doradców. Spoty wyborcze przestały być tak siermiężne — na co często zwracają uwagę komentatorzy na moim kanale — jak w latach 90.

Jednak mimo pewnych wad systemu Dorna uważam, że nie jest on najgorszym rozwiązaniem — obniżyłbym tylko próg upoważniający do finansowania z 3 do 1 proc., tak by środki dostawały też mniejsze inicjatywy, które w przyszłości mogłyby urosnąć jako alternatywa dla obecnych partii.

System Dorna miał zapobiec zależności polityki od pieniędzy biznesu. To był problem w latach 90.?

— Jak najbardziej. Opisuje to choćby były prezydent Warszawy Paweł Piskorski w swojej książce "Między nami liberałami", gdzie wspomina, jak ówczesny milioner Wiktor Kubiak — między innymi producent musicalu "Metro" — przychodził z reklamówką pieniędzy do siedziby KLD i kupował hurtowo cegiełki finansujące działania partii.

Kubiak może robił to z dobroci serca, nie wiemy, ale biznesmeni w tamtej dekadzie często kupowali sobie po prostu miejsca na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. A partie chętnie sprzedawały, bo nie tylko nie miały pieniędzy, ale i członków. Zbigniew Siemiątkowski opowiadał kiedyś na zebraniu historyków, że SdRP zaraz po powstaniu miała 6 tys. członków — a przypomnijmy, że PZPR, której była sukcesorką, formalnie miała ich 2 mln. Władze SdRP uznały, że nie mogą podać tak niskiej liczby do wiadomości publicznej, bo to będzie tak deprymujące, że nikt się do nich nie zapisze, i postanowiły dodać jedno zero — i faktycznie w przestrzeni publicznej na początku lat 90. funkcjonowała liczba 60 tys. członków SdRP. Potem partia osiągnęła nawet tę liczbę członków, ale także partia-sukcesorka PZPR miała wtedy potężny problem z poziomem członkostwa.

Najbardziej ekstremalnym przypadkiem była tu Polska Partia Przyjaciół Piwa. To zaczęło się jako żart satyryka Janusza Rewińskiego, ale wkrótce zaczęli do niego przychodzić biznesmeni z pieniędzmi, którzy chcieli kandydować. I z żartu zrobił się klub liczący 16 posłów. On się oczywiście szybko podzielił, większość rozłamowców utworzyła wspólny klub z KLD.

Więc z dzisiejszego punktu widzenia działy się wtedy rzeczy fatalne i jak by się nam nie podobał obecny mechanizm selekcji posłów, to on jest lepszy od tego, który występował wtedy.

A były przypadki, że ktoś kupował ustawy za wspieranie partii?

— Nigdy nikogo za rękę nie złapano — i dlatego afera Rywina na początku lat 2000. była takim szokiem. Były oczywiście różne podejrzenia o korupcyjnych mechanizmach stojących za ustawą. Podejrzenia korupcji pojawiały się w przypadku afery alkoholowej. Choć tam nie mieliśmy do czynienia z mechanizmem "ustawa za łapówkę" dla partii, tylko z układem urzędników w trójkącie Ministerstwo Finansów — Ministerstwo Handlu Zagranicznego — Główny Urząd Ceł.

Oskarżenia korupcyjne pojawiały się przy okazji prywatyzacji czy zamówień wojskowych. W 2001 r. UOP zatrzymał asystenta ministra obrony Romualda Szeremietewa, Zbigniewa Farmusa, na promie, którym płynął do Szwecji, zarzucano mu praktyki korupcyjne. Ale nigdy w tej sprawie nie postawiono kropki nad i w postaci prawomocnych wyroków skazujących.

Podobnie jak w największej aferze lat 90. — Oleksego. Na dobrą sprawę wiemy dziś tyle, co w 1996 roku, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jaki właściwie charakter miały kontakty byłego premiera z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem.

Państwo w latach 90. chyba w ogóle nie radziło sobie z przestępczością, zwłaszcza zorganizowaną?

— Z tym faktycznie kolejne rządy sobie nie radziły, aż do czasu rządu Buzka, a konkretnie działalności Marka Biernackiego jako ministra spraw wewnętrznych. To Biernacki utworzył Centralne Biuro Śledcze Policji, które okazało się w końcu skutecznym narzędziem do walki z takimi grupami jak Pruszków czy Wołomin. Paradoksalnie politycznym beneficjentem tych działań nie został Biernacki, tylko Lech Kaczyński.

Nie wiem czemu wcześniej nie utworzono podobnej instytucji. Gangi na pewno miały pewną protekcję polityczną, raczej nie na poziomie najwyższych czynników państwowych, ale na średnim.

Ogólnie powiedziałby pan, że elity lat 90. stanęły na wysokości zadania?

— Odkąd wyszliśmy z transformacyjnej recesji w 1993 r., mieliśmy ponad trzydzieści lat nieprzerwanego wzrostu, z wyjątkiem tąpnięcia pandemicznego — to jest niewątpliwy sukces. Choć oczywiście nie wszystko się udało. Jednym z takich obszarów była reforma wymiaru sprawiedliwości. Gdyby rząd Buzka zamiast reformą szkolnictwa, która była umiarkowanie potrzebna, zajął się reformą wymiaru sprawiedliwości, to Kaczyńskiemu trudniej byłoby zrobić to, co robił w latach 2015-23. Zresztą może wystarczyłoby, gdyby na początku lat 90. rząd Mazowieckiego lub Bieleckiego wprowadził przepis, że przez następne 20 lat kierowniczych stanowisk w wymiarze sprawiedliwości nie mogą pełnić osoby należące przed 1990 r. do jakiejkolwiek partii politycznej. Bo tylko połowa sędziów była partyjna.

Inna kwestia to energetyka. Gdyby na przełomie lat 90. i dwutysięcznych zainwestowano w budowę elektrowni atomowej, to bylibyśmy dziś w innym miejscu. Albo gdybyśmy wcześniej zdywersyfikowali źródła energii. Rząd Buzka podpisał w 2001 r. umowę na dostawy gazu z Norwegii, ale anulował ją premier Miller — dziś występujący w wielu mediach w roli ostatniego sprawiedliwego — argumentując, że gaz rosyjski jest tańszy. No jest, tylko widzimy teraz, jaka jest polityczna cena tej taniości.

A co z kosztami społecznymi transformacji?

— One były w większości nieuniknione. Nawet Finlandia, która miała przecież gospodarkę rynkową przez cały okres powojenny, przeżyła kilka lat recesji w latach 90. w związku z załamaniem się ZSRS. To, że w Polsce te koszty były tak wysokie wynikało z tego, że żaden inny kraj dawnego Bloku Wschodniego nie miał w 1989 roku tak dramatycznie złej sytuacji gospodarczej jak my. Koszty społeczne pewnie można było bardziej łagodzić. PGR-y były nie do uratowania, ale już ludzie pracujący w nich tak, można było np. uruchomić program stypendialny dla dzieci.

Wiele tych problemów lat 90. brzmi jak zupełnie inna epoka. Nawet czołowe partie tego okresu — SLD, UW, AWS — albo nie istnieją, albo spadły do drugiej ligi po 2005 r. To naprawdę nie jest historia?

— Na pewno historia polityczna III RP dzieli się na dwa okresy: 1989-2005 i od 2005 r. do dziś. Ale jednocześnie lata 90. — zarówno na poziomie personalnym, jak i pewnych problemów — ciągle są z nami, jak też wielokrotnie wychodziło to w naszej rozmowie.

Poniżej streszczenie artykułu:

Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.

  • Prof. Antoni Dudek ocenia, że obecna polityka w Polsce jest znacznie mniej elegancka niż ta z lat 90., mówiąc o "schamieniu" politycznym.
  • Postrzega lata 90. jako okres, z którego wiele problemów wciąż wpływa na współczesność, mimo że PRL uważa się za zamknięty rozdział.
  • W polityce lat 90. widoczna była większa klasa i szacunek dla języka parlamentarnego w porównaniu z dzisiejszymi standardami, co potwierdzają archiwalne nagrania z obrad Sejmu.
  • Dudek podkreśla, że mimo zwiększonej polaryzacji politycznej, w latach 90. istniała wspólnota celów, jak wstąpienie do NATO i Unii Europejskiej.
  • Choć elity lat 90. miały swoje sukcesy, krytycznie ocenia nieefektywność radzenia sobie z przestępczością zorganizowaną.


Onet


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz