Roman Giertych o tym, czy zastąpi Waldemara Żurka. "Potrzeba dwóch elementów", 08.07.2026


  

Roman Giertych o tym, czy zastąpi Waldemara Żurka. "Potrzeba dwóch elementów"

7 lipca 2026

"Do powołania kogoś na ministra potrzeba dwóch elementów: decyzji premiera i zgody zainteresowanego" — napisał poseł KO Roman Giertych, odnosząc się do informacji, że może zastąpić Waldemara Żurka w fotelu ministra sprawiedliwości. Zdradził też, czy jest zainteresowany ministerialną funkcją.

 Dlaczego o tym piszemy?

We wtorek "Newsweek" poinformował, że spekuluje się o zmianie na stanowisku ministra sprawiedliwości. Byłego sędziego Waldemara Żurka miałby zastąpić adwokat Roman Giertych. "Pewnie przynajmniej do wyborów byłby względny spokój w tej najbardziej radykalnej bańce. PiS tam pokwęka, ale i tak gadają, to jaka to różnica" — napisała Dominika Długosz o tym, co mówi się w kuluarach Koalicji Obywatelskiej.
Co napisała posłanka Lewicy?
Na doniesienia te zareagowała prawniczka Anna Maria Żukowska, posłanka Lewicy. "Do jasnej cholery. Waldemar Żurek położył na szali cały swój autorytet i karierę, zrzekł się urzędu sędziego (nie ma już powrotu do tego zawodu) udowadniając, że angażuje się na pełne 100 proc., działa na podstawie i w granicach prawa (nie, nie da się ręcznie sterować sędziami i prokuratorami, o ile nie jest się dyktatorem), a taki Roman Giertych z wygodnej pozycji posła, tylko judzi i podszczypuje ministra, kopie pod nim dołki, podważa niezależność prokuratury i usiłuje wywierać wpływ na decyzje w postępowaniach oraz knuje, byleby położyć łapę na wymiarze sprawiedliwości. Nie po to, żeby go w jakikolwiek sposób uzdrowić czy odpolitycznić (warto przypomnieć, że Żurek nie jest członkiem żadnej partii politycznej), tylko żeby dokonać aktu vendetty oraz zbudować swoje wpływy, które mogą mu przynieść jakieś korzyści w przyszłości. Wczoraj pisałam, że Silni Razem są bez jakiegokolwiek wpływu na wynik wyborczy, za to z dużym wpływem na proces decyzyjny w samej KO. Podtrzymuję to z żalem. Jeżeli tak jest naprawdę, Donaldzie Tusku, to nic, tylko usiąść i płakać nad polskim wymiarem sprawiedliwości" — napisała na X posłanka Lewicy.
Co napisał Roman Giertych?
Na jej wpis zareagował sam zainteresowany. "Niech się Pani uspokoi. Do powołania kogoś na ministra potrzeba dwóch elementów: decyzji premiera i zgody zainteresowanego. Na tę chwilę brakuje do zakończenia procesu powołania mnie na ministra sprawiedliwości właśnie tych dwóch elementów" — oświadczył Roman Giertych.
Czytaj także:
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
  • Roman Giertych odniósł się do możliwej nominacji na ministra sprawiedliwości, zaznaczając, że konieczne są decyzje premiera oraz jego zgoda.
  • Media spekulują, że Giertych miałby zastąpić Waldemara Żurka na tym stanowisku.
  • Posłanka Lewicy, Anna Maria Żukowska, skrytykowała Giertycha, twierdząc, że nie działa na rzecz poprawy wymiaru sprawiedliwości, a jedynie dąży do zyskania wpływów.
  • Giertych odpowiedział, że w tej chwili brakuje dwóch kluczowych elementów do jego mianowania.
  • Sytuacja wywołała dyskusje wśród polityków opozycji.

Onet

Dominika Długosz

— Pewnie przynajmniej do wyborów byłby względny spokój w tej najbardziej radykalnej bańce. PiS tam pokwęka, ale i tak gadają, to jaka to różnica — słyszymy w KO o scenariuszu, w którym ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka zastąpiłby Roman Giertych. Ale możliwych roszad jest więcej. Do wtorku czas na przedstawienie propozycji zmian w ochronie zdrowia, które zaaprobuje Donald Tusk, ma ministra Jolanta Sobierańska-Grenda. Ta wydzwania więc teraz do ekspertów i dawnych znajomych.

Wpolskiej polityce sezon ogórkowy właściwie od lat nie istnieje, bo kiedy tylko pojawia się na horyzoncie natychmiast razem z nim pojawia się także rekonstrukcja rządu. Tym razem zmiany miałyby dotyczyć trójki ministrów.

Sytuacja w Koalicji Obywatelskiej, a co za tym idzie w całej koalicji rządzącej, jest bardzo trudna. Nie chodzi tylko o Warszawski Szpital Południowy, chociaż to jest źródło całego problemu, ale o cały mechanizm, jaki uruchomił.

Po pierwsze, pokazuje coś, co wyborców irytuje nad wyraz, czyli arogancję władzy. Nie ma znaczenia, że nie padło jeszcze żadne nazwisko polityka ze szczytu władzy. Radny Dawid Kacprzyk z Ursusa i posłanka Małgorzata Pępek z Żywca skutecznie pokazali, że władza wyleczy się sama. I niby wszystko zostało załatwione, jak trzeba, a i tak Koalicji Obywatelskiej nie udaje się wyjść z tego korkociągu.

Prezydent Warszawy zdymisjonował swoje zastępczynie, ale to nie naprawia systemu ochrony zdrowia. Premier zażądał zmian w systemie ochrony zdrowia, ale to nie robi się z dnia na dzień. A PiS przychodzi do programów publicystycznych z happeningiem politycznym, rozwijając w studiach telewizyjnych rulony z listą "101 afer KO". To promocja kłodzkiej konwencji partii, która odbyła się w niedzielę. W Kłodzku, bo PiS chce przypomnieć o bardzo głośnej i bulwersującej sprawie pedofilskiej, łącząc ją z partią rządzącą (skazana była kiedyś działaczką KO). To wszystko sprawia wrażenie, że KO tonie w aferach.

Dlatego w Alejach Ujazdowskich pojawiają się pomysły, żeby czymś to przykryć, a zazwyczaj najlepiej przykrywa się dymisjami. Pierwsza na liście jest ministra zdrowia. Powołana rok temu na to stanowisko w miejsce Izabeli Leszczyny Jolanta Sobierańska-Grenda ma czas do wtorku, żeby przedstawić konkretne propozycje zmian, które zaaprobuje premier. Donald Tusk już zapowiedział, że jeśli nie usłyszy konkretnych i sensownych propozycji, w środę podejmie stosowne decyzje. Także personalne. Nie tylko w Ministerstwie Zdrowia, ale przede wszystkim w Koalicji Obywatelskiej te słowa szefa rządu zostały odczytane jako sugestia dymisji ministry. Ta wydzwania teraz do ekspertów i dawnych znajomych z czasów, kiedy była jeszcze menadżerem, i prosi o pomysły na zmiany w systemie.

— Nie wiem, czy to był najlepszy pomysł — mówi polityk KO o koncepcji niepolitycznego kierownictwa resortu zdrowia. — Oczywiście, ma to plusy, bo wyrzucenie ministry teraz niczego dla partii nie oznacza. Wiadomo, jak to działa — silny minister jest silny, kiedy jest silny w partii, minister bez zaplecza to zderzak.

Jednak część naszych rozmówców z KO mówi, że pierwszy pod premierowski topór poleci szef NFZ, bo "wyjątkowo Donalda wkurzył". Jeśli to nie pomoże i nie wszyscy zrozumieją, że publiczna egzekucja może spotkać także ich, to następna będzie ministra, a co za tym idzie — całe kierownictwo resortu. Jest tylko jeden problem — w partii chętnych na to stanowisko nie ma.

— Nie ma gorszego miejsca w rządzie. Nie będę nawet tłumaczyć dlaczego — śmieje się polityk KO. — Nie wyobrażam sobie długiej listy chętnych. Oczywiście, w partii to trochę inaczej wygląda, bo szef może po prostu wydać polecenie albo zasugerować, że jak się ten czy tamten nie zgłosi na ochotnika, to na listach też miejsca dla niego nie będzie. O, na przykład marszałek Grodzki zawsze chciał być ministrem, to może teraz jest jego kolej — dość złośliwie kończy mój rozmówca.

Prawda, że to najgorętszy fotel w każdym rządzie. Niezależnie od tego, czy mamy rząd liberałów, lewicy czy prawicy, bo bez radykalnych zmian nie da się systemu naprawić. A radykalne zmiany zawsze wywołują radykalne reakcje.

Ale nie tylko stanowisko ministra zdrowia to gorące krzesło w rządzie Tuska. Także minister sprawiedliwości nie może czuć się bezpiecznie. Ostatnio problemy w prokuraturze i konflikt między prokuratorem generalnym a krajowym weszły w etap, w którym KPRM mówi "załatwcie to między sobą albo któryś z was musi odejść".

Minister Waldemar Żurek — tak jak ministra zdrowia — zajmuje resort zaledwie od roku, ale nie zrobił przez te 12 miesięcy wszystkiego, na co liczył premier. Są oczywiście zarzuty, a nawet akty oskarżenia w dużych sprawach, ale nie ma efektów w postaci aresztowania czy wyroku dla odpowiedzialnych za afery w czasach PiS. W dodatku bardzo prawdopodobne jest, że odpowiedzą urzędnicy, a nie politycy, a przecież nie o to chodziło wyborcom.

Premier zawsze powtarzał, że nie chce żyć w kraju, w którym to politycy decydują o tym, jak ma przebiegać proces i kiedy komu postawić zarzuty. Ale żarna sprawiedliwości mielą bardzo powoli i trudno spodziewać się efektów w ciągu jednej kadencji w sprawach, w których odpowiadać ma były premier czy były minister sprawiedliwości. Problem jednak polega na tym, że wyborcy chcieliby te efekty zobaczyć.

Trudno pogodzić wolę wyborców z polityczną skutecznością. Już ponad rok temu, a więc jeszcze przed poprzednią rekonstrukcją, w rozmowach z politykami rządzącej koalicji padało nazwisko Romana Giertycha jako potencjalnego przyszłego ministra sprawiedliwości. Teraz niektórzy twierdzą, że to jedyne rozwiązanie.

— Roman w resorcie oznacza, że nie byłby tak aktywny w mediach społecznościowych i nie kąsałby ministra tak mocno. Nie mam pewności, że ten pomysł gdzieś się realnie pojawia w głowie premiera, bo jest potwornie ryzykowny — zaznacza nasz rozmówca z KO. — Ale pewnie przynajmniej do wyborów byłby względny spokój w tej najbardziej radykalnej bańce. PiS tam pokwęka, ale i tak gadają, to jaka to różnica.

I zmiana numer trzy, o której w rządzie mówi się od paru tygodni, a od kilku dni już nawet bardzo głośno, to dymisja Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Już w piątek pojawiła się plotka, że podczas zwołanej konferencji prasowej premier ogłosi, że żegna się z panią minister. Oznaczałoby to co prawda rozpad koalicji rządzącej, ale także od dawna mówi się, że spora część klubu Polski 2050 już jest dogadana z KO na zmianę barw klubowych. Jak słyszymy, do tej zmiany mogłoby dojść po 20 lipca.

Rekonstrukcja to sprawdzona metoda na odsunięcie od siebie problemów i zajęcie czymś mediów przynajmniej na jakiś czas, ale nie gwarantuje sukcesu, bo od mieszania herbaty ta nie robi się słodsza. Bez radykalnych zmian w ochronie zdrowia zmiana ministra to będzie wyłącznie kosmetyka i za rok problemy wybuchną ponownie, a wtedy — w środku kampanii — to będzie po prostu oznaczało spektakularną porażkę w wyborach.

Newsweek


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz