"Powiedziała, że była w armii izraelskiej, że miała w Izraelu męża i dziecko, które straciła". "Mówiła też coś o Mosadzie". Kiedy pytam Joannę Krauze de Lendorff (dawniej Kos-Krauze), czy była w armii izraelskiej, słyszę, że nie. Ciekawi mnie, dlaczego mówiła to różnym ludziom. Dostaję odpowiedź, że różne rzeczy można mówić.
W poniedziałek, 27 kwietnia, opisałam zachowania, których, wedle moich rozmówców, miała dopuszczać się znana reżyserka Joanna Kos-Krauze, dziś nosząca nazwisko Krauze de Lendorff. Onet zdecydował o publikacji tego tekstu mimo sądowego zakazu, mającego mnie uciszyć na rok. Oto druga część opowieści o reżyserce.
"Ukończyła polonistykę i hebraistykę, ale już od czasów studiów pociągało ją kino" — tak zaczyna się opowieść o Joannie Kos-Krauze na Culture.pl, stronie Instytutu Adama Mickiewicza, rządowej instytucji, której celem jest promocja polskich artystów na świecie.
Tekst jest po polsku i angielsku. Został napisany przez Bartosza Staszczyszyna, filmoznawcę. Rozmawiał on z reżyserką w 2013 r. o filmie "Papusza" i wywiad opublikował. Potem napisał także portret Joanny Kos-Krauze. Artykuł był aktualizowany w 2020 r. Informacje o ukończonej polonistyce i hebraistyce są też na stronie Warszawskiej Szkoły Filmowej, w której reżyserka uczy. Na Wikipedii natomiast czytamy, że tylko studiowała te dwa kierunki.
W 2022 r. Joanna decyduje, że chciałaby startować w konkursie na prezeskę Stowarzyszenia Filmowców Polskich, czyli zastąpić Jacka Bromskiego na tym stanowisku.
— Tylko że jest jeden problem: kandydat musi mieć wyższe wykształcenie — mówi Magdalena Lankosz, która wówczas była dyrektorką Gildii Reżyserów Polskich, a Joanna od 2013 r. do 2019 r. — przewodniczącą zarządu tej instytucji.
— I okazało się, że nie ma żadnego wyższego wykształcenia. A wcześniej opowiadała i o swoich studiach, i o kursach, i stypendiach. Ciekawe, że kiedy kryteria konkursu opublikowano, Joanna stwierdziła, że to jest wymierzone przeciwko niej, żeby tylko nie mogła startować w tym konkursie — wspomina Lankosz.
Joanna, z domu Susek, później Joanna Kameraz-Kos, później Joanna Kos-Krauze, później Joanna Krauze de Lendorff (de Lendorff — po mężu Igorze de Lendorffie, wcześniej Lendorfie, a jeszcze wcześniej Dzierzęckim), rodzi się w 1972 r.
I Liceum Ogólnokształcące w Olsztynie kończy w 1991 r., jednak nie zdaje pisemnej matury z języka polskiego. Po roku poprawia maturę i dostaje się na polonistykę Uniwersytetu Warszawskiego.
— Wiem, że chodziła też na jakieś seminaria związane z kulturą żydowską — mówi przyjaciel jej ówczesnego chłopaka, Mateusza Kosa.
W październiku 2025 r., w czasie ponad dwugodzinnej rozmowy z Joanną Krauze de Lendorff, pytam ją o wykształcenie.
Kiedy mówię, że na Culture.pl jest napisane, że jest absolwentką polonistyki i hebraistyki, słyszę, że to nieprawda. A kiedy dodaję, że skądś te informacje się musiały wziąć, Joanna odpowiada, że studiowała polonistykę, ale nie zrobiła dyplomu.
Pytana, jak długo studiowała, mówi, że nie wie i trzeba by to sprawdzić.
Dopytywana, czy skończyła pierwszy rok studiów, odpowiada, że chyba tak, a na pytanie, dlaczego nie została na studiach, tłumaczy, że urodziła dziecko, zaczęła pracować i że to był czas transformacji.
Ojcem syna Joanny, urodzonegow 1995 r., jest Mateusz Kos, rabin mieszkający w Izraelu.
Początek lat 90. to w Polsce prawdziwy żydowskiboom. Wielu ludzi decyduje się mówić publicznie o swoichkorzeniach. Wielu sprawdza, czy być może w rodzinie nie została zatajona historia pochodzenia. Są też tacy, którzy bardzo chcieliby być Żydami. Są i tacy, którzy się podszywają. Łatwo się podszyć, bo wtedy nikt tego nie sprawdza.
Do Związku Religijnego Wyznania Mojżeszowego, który w 1997 r. przekształca się w Gminę Wyznaniową Żydowską w Warszawie, przychodzi sporo ludzi.
Przychodzi też niewiele ponad 20-letnia Joanna Susek z Olsztyna, studentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.
— Nie wiem, czy przyprowadził ją Mateusz Kos, który potem został jej mężem, a jeszcze później rabinem. Na pewno powiedziała, że jest Żydówką, bo jej ojciec jest Żydem. Nikt tego nie sprawdzał — mówi mi jeden z członków Gminy. I dodaje: — Dla Mateusza jej żydostwo musiało być ważne, bo on marzył o tym, żeby być rabinem, a żeby zostać rabinem, nie można wiązać się z gojką…
Wiadomo, że Joanna próbowała dokonać konwersji, czyli przejścia na judaizm. — Po przejściu konwersji konwertyta staje się częścią narodu Izraela, czyli Żydem. Istnieje wręcz zasada, że wcześniejszego bycia konwertytą nie wolno wypominać — mówi członek Gminy.
Kto może przystąpić do takiej konwersji? Tak naprawdę każdy, kto chce wyznawać judaizm. Wymaga to jednak dość żmudnego przygotowania merytorycznego i duchowego, a także podstawowej znajomości hebrajskiego. Na końcu tej drogi trzeba zasiąść przed sądem rabinackim i zdać egzamin.
Adam Warżawa / PAP
Joanna Kos-Krauze
— Wiem, że Mateuszowi bardzo zależało, żeby Asia przeszła tę konwersję. Bardzo poważnie to traktował, bo sam bardzo chciał zostać rabinem — mówi jeden z przyjaciół Kosa z tamtych lat. A członek Gminy Żydowskiej dodaje, że wtedy wszyscy religijni Żydzi w Warszawie byli przekonani, że nadszedł już czas, żeby Polska miała swojego polskiego rabina.
— To, że Joanna nie przeszła konwersji, było ciosem dla Mateusza, dla jego kariery jako przyszłego rabina — dodaje przyjaciel Kosa, którego proszę, żeby zapytał, czy rabin Kos porozmawia ze mną o swojej byłej żonie.
Dowiaduję się, że rabin Mateusz Kos nie chce mówić o Joannie. Mieszka w Izraelu, ma żonę Żydówkę, dzieci. Tworzą ortodoksyjną rodzinę.
Dzwonię do Michaela Schudricha, Naczelnego Rabina Polski, który od 1990 r. mieszka i pracuje w Warszawie. Pytam go o Joannę. Też nie chce rozmawiać. Pytam go, czy Joanna mówiła, że jest Żydówką i dlaczego nie doszło do jej konwersji. Milczy.
Od ludzi z Gminy Żydowskiej słyszę, że Joanna na pewno mówiła Schudrichowi, że ma ojca Żyda, a on wierzył, nie sprawdzał tego. Słyszę też, że do konwersji nie doszło nie z jego powodu, nie on ją zablokował.
Sprawdzam wśród jej znajomych z czasów I Liceum Ogólnokształcącego w Olsztynie, czy coś wiedzieli o jej fascynacji kulturą żydowską i judaizmem, ale słyszę, że to w ogóle nie było tematem.
Ślub Joanny i Mateusza Kosa odbywa się w 1994 r. Joanna przyjmuje nazwisko Kos po Mateuszu i Kameraz po jego matce. Ninel Kameraz-Kos była malarką, wieloletnią pracownicą Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), prowadziła salon artystyczny w swoim mieszkaniu na warszawskiej Pradze. Słyszę od moich rozmówców, że jej nazwisko otwierało drzwi, no a poza tym świetnie brzmiało.
Maja Meissner-Filipek, która przyjaźniła się z Joanną w liceum, a potem, po kilkuletniej przerwie, wróciła do bliskiej z nią relacji, pamięta rozmowę z Joanną, w której usłyszała o żydowskim pochodzeniu przyjaciółki. — Któregoś razu powiedziała, że odnalazła korzenie żydowskie i działa w społeczności żydowskiej. Mówiła też, że była w Izraelu, miała tam męża. Coś o armii izraelskiej, o Mosadzie.
Prawie wszyscy moi rozmówcy mówią, że Joanna opowiadała im o swoim żydostwie i że była w izraelskiej armii.
— Kilka razy w czasie naszej znajomości, a w zasadzie przyjaźni, podkreślała, że jest Żydówką — to Hanna Samson, psycholożka.
Eliza Oczkowska-Edelman poznała prywatnie Joannę w okolicach 1998 r., a z końcem 2010 r. została producentką filmu "Papusza" małżeństwa Krauzów (zakończyła z nimi współpracę po pierwszej zimowej transzy zdjęć). Wspomina, że była na przyjęciu z okazji żydowskiego Nowego Roku w domu Ninel Kameraz-Kos.
Wikipedia/CC-BY-SA 4.0 / Wikipedia / CC BY 4.0
Slawomir Sikora, pierwowzór Stefana – bohatera filmu "Dług" i Ninel Kameraz Kos
— Miałam wrażenie, że tam wszyscy Joannę uważali za Żydówkę. Ona zresztą była bardzo obeznana z kulturą i tradycją żydowską. Powiedziała mi wcześniej, że była w armii izraelskiej, że miała w Izraelu męża i dziecko, które straciła — wspomina Eliza Oczkowska-Edelman.
Kiedy pytam Joannę, czy była w armii izraelskiej, słyszę, że nie. Ciekawi mnie, dlaczego to mówiła różnym ludziom. Dostaję odpowiedź, że różne rzeczy można mówić.
Kiedy wprost pytam, czy jest Żydówką, odpowiada, że ma syna z człowiekiem, który jest rabinem.
— Posiadanie dziecka, którego ojciec został rabinem, nie uprawnia do bycia Żydówką — tłumaczy członek Gminy Żydowskiej. I dodaje: — Poza tym Mateusz Kos rabinem został w 2006 r., kiedy, z tego, co wiem, już nie był mężem tej pani.
Kiedy szukam jej związków z ŻIH-em w latach 90., w Krajowym Rejestrze Sądowym znajduję zarejestrowany 26 stycznia 2022 r. Żydowski Instytut Historyczno-Kulturalny — Fundację Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego i Kulturalnego Żydów RP. Joanna Małgorzata Krauze de Lendorff jest jego wiceprezeską.
Pierwsze trzy litery nazwy fundacji to właśnie ŻIH. Prawdziwy ŻIH istnieje jednak od 1947 r. i zajmuje się badaniami nad dziejami i kulturą Żydów w Polsce. Od 1951 r. istnieje też Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny (SŻIH), które jest jednym z założycieli i kluczowym partnerem Muzeum Polin w Warszawie. Obie te organizacje są poważane w Polsce i na świecie.
Sprawdzam w Krajowym Rejestrze Sądowym, że Żydowski Instytut Historyczno-Kulturalny — Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego i Kulturalnego Żydów RP nie ma prezesa, a Joanna Krauze de Lendorff "wraz z mężem — fundatorem jako członek zarządu wywiera decydujący wpływ na czynności i działania podejmowane przez fundację".
Według KRS fundacja państwa de Lendorffów zajmuje się głównie działalnością związaną z produkcją filmów, nagrań wideo i programów telewizyjnych.
Pytam Joannę Krauze de Lendorff, dlaczego współzałożyła fundację, której początek nazwy to Żydowski Instytut Historyczny, i słyszę, że chodziło o projekty. Joanna Krauze de Lendorff zdaje sobie sprawę, że ŻIH działa od 1947 r., mówi, że jej teściowa Ninel Kameraz-Kos wiele lat tam pracowała i że trzeba by zapytać Igora, czyli jej męża, to on zakładał tę fundację.
Ale to Joanna widnieje w KRS-ie.
Według informacji ministra nauki z 10 maja 2024 r. "dotyczącej środków finansowych przyznanych w 2023 r. w ramach programu Nauka dla Społeczeństwa II" Żydowski Instytut Historyczno-Kulturalny miał otrzymać milion złotych na projekt "Upamiętnienie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata".
Z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego dostaję wiadomość: "Były minister nauki Dariusz Wieczorek w lipcu 2024 r. odstąpił od zawarcia umowy z Żydowskim Instytutem Historyczno-Kulturalnym Fundacją Ochrony Dziedzictwa Historycznego i Kulturalnego Żydów RP w sprawie finansowania projektu pt. "Upamiętnienie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata".
— Nic nie wiemy o działalności takiej fundacji — mówi Mateusz Szczepaniak, redaktor portalu Polscy Sprawiedliwi działającego w Muzeum Polin.
— Według mojej wiedzy nie mieliśmy z tą fundacją żadnych kontaktów — mówi Joanna Bąk z Polskiego Towarzystwa Sprawiedliwych. I dodaje: — Niepokojące jest to, że nazwa tej fundacji jest bardzo zbliżona do instytucji istniejących już od wielu dekad, co może być potencjalnie mylące lub potencjalnie wprowadzać w błąd.
Pytam w samym ŻIH, a także w SŻIH o fundację, którą firmuje swoim nazwiskiem Joanna Krauze de Lendorff. — Wiemy już o tym, że taka fundacja istnieje i zastanawiamy się, co z tym zrobić. Niestety prawo polskie pozwala na takie nazwy zbliżone do nazw prestiżowych instytucji — mówi Michał Majewski, dyrektor operacyjny Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny.
"Nie wiedziałam, że ten człowiek ma kłopoty z prawem i taką przeszłość"
Krzysztof Krauze umarł w 2014 r. W 2021 r. Joanna Kos-Krauze ponownie wychodzi za mąż.
"Pani Magdo, człowiek, który nękał moją córkę, ma za to prawomocny wyrok, nie płaci alimentów, jest teraz pracownikiem PISF-u. Kontroluje finanse w produkcjach filmowych. To obecny mąż Joanny Kos-Krauze" — taką wiadomość dostaję od jednej z osób, której wcześniej mówiłam, że pracuję nad tekstem o reżyserce.
Wówczas nie wiem jeszcze, że 2 października 2021 r. Joanna Kos-Krauze wyszła za mąż i zmieniła nazwisko na Krauze Lendorf. Nie wiem też, że ponad dwa miesiące później jej mąż Igor Lendorf decyzją Urzędu Stanu Cywilnego w Gzach dopisał do swojego nazwiska cząstkę "de" i dodatkową literkę "f", co oznacza, że może się podpisywać jako de Lendorff.
Mąż reżyserki nie pierwszy raz zmienił nazwisko. Wcześniej nazywał się Igor Dzierzęcki.
Ma wyrok sądowy wydany 13 kwietnia 2023 r., według którego uznaje się go winnym uporczywego nękania jednej z byłych partnerek "w ten sposób, że wysyłał jej SMS-y, w których sugerował jej uzależnienie od narkotyków i alkoholu, obwiniał o usunięcie ciąży, nakłaniał do podjęcia leczenia, sugerował umieszczenie ich syna w izbie dziecka, groził rozpowszechnieniem do mediów i innych osób kompromitujących pokrzywdzoną informacji uwłaczających jej czci i godności, przy czym groźby wzbudziły u pokrzywdzonej uzasadnioną obawę, że zostaną spełnione, a podejmowane działania powodowały u pokrzywdzonej ciągłe poczucie zagrożenia i istotnie naruszały jej prywatność".
W uzasadnieniu są też inne przewiny Igora, skazanego na karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na okres próby trzech lat.
Wiem, że Igor de Lendorff studiował bibliotekoznawstwo, pracował w pionie dekoracyjnym warszawskiego Teatru Syrena, a także na planach kilku filmów fabularnych. Był również zatrudniony w warszawskim Teatrze Kamienica.
Wiem, że już jako małżeństwo państwo Lendorff udali się do Teatru Żydowskiego na spotkanie z dyrektorką Gołdą Tencer. Joanna zachwalała umiejętności Igora w zdobywaniu pieniędzy, przekonywała, że byłby świetnym pracownikiem, a Igor mówił, że jest Żydem. Joanna kilkukrotnie podkreślała jego żydostwo.
— Pracy na szczęście nie dostał. Gołda jest wyczulona na takie akcje, szczególnie kiedy ktoś uważa, że jego atutem jest bycie Żydem — mówi mi jeden z bliskich jej współpracowników. Dyrektor Gołda Tencer potwierdza, że taka sytuacja miała miejsce.
Joanna Krauze de Lendorff pomagała mężowi znaleźć pracę nie tylko w Teatrze Żydowskim. Latem 2025 r. doprowadziła do tego, że Igor de Lendorff został pracownikiem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, na stanowisku, na którym miał kontrolować, również pod kątem finansowym, scenografie w produkcjach filmowych. W tym czasie Joanna była ekspertką PISF — w dokumentach figuruje od I sesji w 2025 r. — czyli wtedy, kiedy dyrektorką tej instytucji jest już Kamila Dorbach. W tym czasie Joanna Krauze de Lendorff jest już wykluczona orzeczeniem sądu koleżeńskiego ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
12 lutego moją gościną w programie Onet Rano Wiem była Kamila Dorbach, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Pytałam ją, dlaczego zatrudniła człowieka z wyrokiem, w dodatku męża osoby, która ocenia w tej instytucji projekty filmowe pod kątem merytorycznym i finansowym.
— Ten pan został mi rekomendowany — wyjaśnia.
Kiedy dopytuję, czy przez Joannę Krauze de Lendorff, słyszę: — Tak.
— Nie wiedziałam, że ten człowiek ma kłopoty z prawem i taką przeszłość — mówi i dodaje: — Kiedy się dowiedziałam, ten pan został zwolniony.
Paweł Supernak / PAP
Kamila Dorbach
Igor faktycznie został zwolniony. Joanna pozostawała ekspertką PISF-u. PISF i Ministerstwo Kultury powołują ją do komisji oscarowej i jury konkursu na szefa Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych.
Wtedy też na zlecenie PISF pisze analizy wniosków na dofinansowanie wielkich produkcji filmowych, takich jak "Chopin" czy "Ministranci", zajmuje się również oceną ekonomiczną tych projektów, choć ma już na koncie przegrane dwie sprawy za niepłacenie ludziom za pracę przy produkcjach filmowych. Wyroki są prawomocne.
Kamila Dorbach, pytana przeze mnie, czy wiedziała, angażując Joannę Krauze de Lendorff do komisji eksperckich w PISF, o przegranych sprawach, odpowiada przecząco. Pytana, czy wiedziała o wykluczeniu reżyserki ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich — też zaprzecza.
Kiedy podczas rozmowy w październiku ub.r. pytam Joannę Krauze de Lendorff, czy poinformowała PISF o sądzie koleżeńskim, gdy pytam też o zeznania dotyczące złego traktowania ludzi na planie, o niepłacenie za pracę, słyszę, że całe środowisko o tym wiedziało.
Pierwszą część tekstu Magdaleny Rigamonti na temat Joanny Kos-Krauze (dziś Krauze de Lendorff) można przeczytać tutaj. W przygotowaniu kolejna część opowieści o znanej reżyserce — tym razem o kwestiach finansowych.
Poniżej streszczenie artykułu:
Joanna Kos-Krauze, obecnie Joanna Krauze de Lendorff, budzi kontrowersje związane z nieprawdziwymi informacjami o swoim wykształceniu oraz pochodzeniu.
Z informacji wynika, że nie posiada formalnego wykształcenia, mimo wcześniejszych deklaracji o ukończonych studiach.
W przeszłości twierdziła, że była w izraelskiej armii i miała żydowskie korzenie, co być może wpływało na jej relacje w środowisku artystycznym.
Joanna jest powiązana z fundacją, która nosi nazwę zbliżoną do uznawanych instytucji żydowskich, co budzi wątpliwości co do jej działalności.
Jej mąż, Igor de Lendorff, ma za sobą sprawy sądowe dotyczące nękania, co również wpływa na postrzeganie Joanny w branży filmowej.
Leżałem na podłodze i płakałem, a ona krzyczała na mnie, kopała, szturchała nogą. Mówiła, że mam wypier*****, że jestem złym człowiekiem, pijakiem. I że nigdy nie znajdę pracy — o polskiej reżyserce Joannie Kos-Krauze mówiGilbert Sezirahiga, ocalały z ludobójstwa w Rwandzie.
Joanna Kos-Krauze, która od pięciu lat nosi nazwisko Krauze de Lendorff, miała dopuścić się tego zachowania w Rwandzie w trakcie przygotowań do filmu "Ptaki śpiewają w Kigali", opowiadającego o ludobójstwie. Krzysztof Krauze był wtedy w Warszawie. Od wielu lat chorował na raka.
Reżyserka, która razem z mężem zrobiła m.in. "Plac Zbawiciela" czy "Papuszę" publicznie mówi o prawach człowieka, godności, szacunku i empatii.
Zapewnia o swojej trosce o Rwandyjczyków, którzy doświadczyli traumy ludobójstwa, i o migrantów m.in. z Afryki. Opowiada o pomocy Romom, działa na rzecz praw kobiet filmu.
W ostatnich latach przegrała dwa procesy, bo nie płaciła ludziom wynagrodzenia, a orzeczeniem sądu koleżeńskiego Stowarzyszenia Filmowców Polskich (SFP) została wykluczona z tego środowiska. W dokumentach SFP są zeznania świadczące o jej nieetycznych zachowaniach.
Przez ostatnie pół roku dotarłam do wielu poszkodowanych przez reżyserkę. Do współpracowników oskarżanych przez nią o złodziejstwo. Do ludzi, którym groziła, że ich zniszczy, szantażując i manipulując. Są wśród nich tacy, którzy po współpracy z nią potrzebowali pomocy psychiatry i psychoterapeuty.
To wszystko nie przeszkadza jej zajmować ważnych publicznych funkcji.
Tylko w ostatnim roku zasiadała w polskiej komisji oscarowej, była ekspertką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF), decydującą o przyznawaniu publicznych pieniędzy na produkcje fabularne, reprezentowała Ministerstwo Kultury w gremium wybierającym dyrektora państwowej firmy realizującej filmy. Zasiadała też w Społecznej Radzie Kultury, organie doradczym, którego członkowie wybierani są przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego.
Brała udział w festiwalach — w 2018 r. pojechała nawet do zbrodniczej Korei Północnej, by tam być jedyną jurorką z Unii Europejskiej.
Wypowiada się w debatach, panelach, udziela wywiadów, uczy studentów w Warszawskiej Szkole Filmowej, współfinansowanej z publicznych pieniędzy.
— Jeśli będzie trzeba, przyjadę do Polski i będę zeznawał przeciwko niej — mówi mi Gilbert Sezirahiga. Inni moi rozmówcy również zapewniają, że wszystko, co jest napisane w tym reportażu, są gotowi powtórzyć przed sądem.
Joanna Krauze de Lendorff od co najmniej 21 października ub.r. wie, że przygotowuję artykuł na temat jej działalności. Rozmawiałyśmy wówczas ponad dwie godziny.
W kwietniu złożyła do sądu prywatny akt oskarżenia przeciwko mnie. Reprezentuje ją mec. Bartosz Lewandowski, adwokat prawicowych polityków, w tym zbiegłych na Węgry Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego.
Pozew reżyserki to też reakcja na wywiad, który przeprowadziłam z Kamilą Dorbach, dyrektorką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w programie "Onet Rano Wiem" 12 lutego 2026 r. Pytałam ją m.in. o to, dlaczego Joanna Krauze de Lendorff, oskarżana o mobbing, przemoc psychiczną i fizyczną, wykluczona orzeczeniem sądu koleżeńskiego Stowarzyszenia Filmowców Polskich, jest przedstawicielką PISF w komisji oscarowej i ekspertką oceniającą projekty filmowe.
Joanna Krauze de Lendorff twierdzi, że moje pytania miały na celu poniżenie jej w oczach opinii publicznej, podważenie jej autorytetu zawodowego i zaufania w środowisku twórczym. Domaga się ode mnie złożenia wniosków dowodowych potwierdzających moje słowa, że dopuszczała się mobbingu oraz przemocy psychicznej i fizycznej wobec podległych jej pracowników.
Ten tekst jest pierwszą częścią opowieści o Joannie Krauze de Lendorff, powszechnie znanej jako Joanna Kos-Krauze.
1.
"Pani działa bezkarnie pod osłoną sławy. Właśnie realizuje duży projekt w innym kraju, zatrudnia ludzi, którzy czują się, jakby Pana Boga za nogi złapali, bo praca z nią to wyróżnienie i szansa, więc pani może sobie pozwolić na wiele — i pozwala" — to fragment felietonu w "Wysokich Obcasach" z sierpnia 2015 r., autorstwa Hanny Samson. O kogo chodzi? Samson pisze: "nie podam jej nazwiska, bo nie mam odwagi".
Jednak ludzie ze środowiska filmowego przesyłają sobie ten tekst. Wiedzą, że to o Joannie Kos-Krauze, która właśnie wtedy jest w Rwandzie, kręci swój film "Ptaki śpiewają w Kigali". Krzysztof Krauze nie żyje od grudnia 2014 r.
Joanna Kos-Krauze, 42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, 20.09.2017 r.Jacek Domiński / East News
Pytam Hannę Samson o ten felieton. Mówi szybko, że cieszy się, iż w końcu, po latach, ktoś się sprawą zainteresował.
— Przyjaźniłam się z Joanną. Wiosną 2015 r. byłam u niej w domu, siedziała skulona w fotelu i przez łzy opowiadała, w jakiej jest trudnej sytuacji, jak to po śmierci Krzysztofa, który umarł kilka miesięcy wcześniej, ludzie, z którymi robiła film, ją opuścili. Mówiła, jak pracowała całymi dniami na planie i nikt nie podał jej nawet szklanki wody. Wmawiała mi, że jest sama, biedna, a zaraz zaczynają się zdjęcia w Afryce. Włączył mi się syndrom ratowniczki. Myślałam sobie: co to za cynicy, którzy po śmierci Krzyśka zostawili biedną Asię. I zaczęłam szukać ludzi do jej nowej ekipy — mówi Samson.
Kilka miesięcy później w felietonie opisała działania Joanny, o których opowiedzieli jej ci, którzy wtedy pracowali z reżyserką w Rwandzie.
Anda Rottenberg, która też się przyjaźniła z Joanną, ucina rozmowę: — Nie chcę mieć z tą kobietą nic wspólnego. Skrzywdziła moją wnuczkę Zosię. Wysyłam pani numer telefonu do Zosi. Myślę, że będzie chciała opowiedzieć, kim jest ta kobieta, co robiła innym.
Zofia Rottenberg miała wtedy 19 lat, była na pierwszym roku produkcji i scenografii w szkole filmowej. Zna Joannę od dzieciństwa. Kiedy w czasie liceum wyjeżdżała, żeby uczyć się za granicą, to "ciocia Asia" żegnała ją na lotnisku, więc kiedy jechała na plan do Rwandy, czuła się całkowicie bezpiecznie.
— Byłam na wolontariacie w Ugandzie i ona zadzwoniła, że to blisko do Rwandy, że jest dla mnie miejsce, zdobędę doświadczenie, nauczę się czegoś. Zaznaczę tylko, że od 13. roku życia bywałam na planach filmowych. W Kigali miałam asystować przy scenografii — opowiada.
Umówiły się na 2 tys. zł wynagrodzenia za całą pracę. — Miałam być asystentką, więc byłam zadowolona. Szybko się jednak okazało, że pracowałam w scenografii, kostiumach i produkcji. W wielu przypadkach odpowiedzialność spadała na mnie — dodaje.
Praca po kilkanaście godzin dziennie to norma w tej branży. Moi rozmówcy opowiadają, jak Joanna wieczorami zarządzała wyjście na imprezę, do klubu. I trzeba było pójść. I trzeba było pić alkohol. Kiedy ktoś odmawiał, publicznie go wyśmiewała, bo jak się nie pije, to jest się frajerem, kimś słabym. I zamawiała kolejne shoty tequili.
Pytam Aleksandrę Bielską, która była kierowniczką produkcji filmu "Ptaki śpiewają w Kigali", o te imprezy i o to, jak później funkcjonowała Joanna.
— Co chwilę słyszałam, że potrzebuje kroplówki. I ja te kroplówki z witaminami załatwiałam. Stawiała się na planie, ale była rozdrażniona, zmęczona, krzyczała, obrażała ludzi. Wielu nie wytrzymywało i tego tempa, i zmęczenia, i pomiatania nimi — przyznaje.
Plakat filmu "Ptaki śpiewają w Kigali"mat. prasowe
— Joanna mówiła, że decyzja o rozpoczęciu zdjęć nie należała do niej, tylko wymusił to Krzysztof, bo chciał jeszcze zrobić ostatni film. Co też chyba należy rozumieć tak, że za nasze zmęczenie, dyskomfort czy cierpienie ponosi odpowiedzialność Krzysztof, a nie ona. Bo to on się uparł, żeby te zdjęcia zacząć we wrześniu 2014 r. I teraz już trzeba je skończyć — dodaje Bielska.
Dwoje współpracowników wyjechało przy pierwszej okazji. Namawiali Zofię Rottenberg. Ta wspomina: — Powiedziałam Asi, że mam dość, że wracam. Zaczęła mnie nachodzić w nocy, o pierwszej, drugiej i mówić, że jeśli zostanę, to da mi część tantiem z filmu.
Kiedy dziewczyna odmówiła, usłyszała od Joanny: — Jesteśmy w Afryce. Nikt cię nigdy nie znajdzie… Poza tym mam twój paszport.
— Wtedy naprawdę zaczęłam się bać. Zadzwoniłam do babci i powiedziałam, że jestem kompletnie przerażona i że spróbuję wykraść paszport — wspomina.
W nocy weszła do biura, zabrała paszport i po prawie dwóch miesiącach pobytu w Rwandzie wyjechała.
— Ta kobieta nigdy nie przeprosiła — mówi Anda Rottenberg.
Słyszę od osób pracujących wtedy na planie, że prawie nikt z członków ekipy nie miał biletów powrotnych, bo nie było wiadomo, kiedy skończą się zdjęcia.
— I to też było wygodne narzędzie w rękach Joanny, bo ona decydowała, czy kupi człowiekowi bilet, czy za niego zapłaci. W ten sposób też czuła, że ma nad ludźmi władzę — podkreśla Aleksandra Bielska.
Zaczęła pracę z Joanną, kiedy jeszcze żył Krzysztof Krauze. Na planie w Rwandzie reżyserka wielokrotnie powtarza jej zdanie: "masz być lojalna". Kiedy tłumaczy, że musi być lojalna wobec filmu, a nie wobec niej, i odpowiedzialna za ludzi, którzy ten film robią, oraz za publiczne pieniądze, które są wydawane na tę produkcję, słyszy od reżyserki: "film to ja, ja to film".
— Przeciwstawiasz się Joannie, z miejsca stajesz się jej wrogiem — mówi Bielska, która stawała się nim powoli, bo to na niej "wisiała" cała produkcja, więc gdyby chciała wracać do Polski w czasie zdjęć, reżyserka miałaby spory kłopot.
— Tak naprawdę byłam zmanipulowaną podwładną Joanny Kos-Krauze — przyznaje wprost kierowniczka produkcji. Dodaje, że uświadomiła to sobie, kiedy zerwała współpracę z reżyserką i wygrała z nią proces sądowy, odzyskując należne jej pieniądze za pracę, których Joanna przez kilka lat nie chciała jej zapłacić. — Ona ze wszystkich, z którymi pracuje, próbuje zrobić poddanych. Jeśli się nie udaje, niszczy.
3.
Luty 2023 r. Mija osiem lat od realizacji filmu w Rwandzie. Joanna zostaje nominowana do tytułu Superbohaterki "Wysokich Obcasów".
W uzasadnieniu kapituły czytamy: "za nieprawdopodobną empatię, wrażliwość, za to, że nigdy nie jest obojętna na los drugiego człowieka".
W ciągu następnych kilkunastu dni do redakcji "Wysokich Obcasów" przychodzi kilka listów (wiem o siedmiu), głównie od byłych współpracowników Joanny, w których opisane są zachowania kandydatki na Superbohaterkę: przemoc psychiczna, niepłacenie za pracę, oczernianie w środowisku filmowym.
List pisze też Zofia Rottenberg. Tłumaczy w nim, dlaczego Joanna Kos-Krauze nie powinna być nominowana w takim plebiscycie. Swój protest wysyła Elżbieta Benkowska, która pracowała najpierw w Polsce, a potem w Rwandzie jako II reżyserka i reżyserka castingu przy filmie "Ptaki śpiewają w Kigali". Pytam ją, czy ma jeszcze ten list. — Za chwilę prześlę. Jestem pewna każdego zawartego w nim słowa. Może go pani upublicznić — mówi.
"W czasie zdjęć w Afryce p. Joanna Kos-Krauze prezentowała cały szereg zachowań, które można uznać za noszące znamiona mobbingu, np. krzyczenie na mnie i innych pracowników, albo karcące milczenie i ignorowanie, zrywanie zdjęć z powodu laptopa leżącego zbyt blisko krawędzi stołu, a także nadgodziny, za które nie dostawałam wynagrodzenia. W czasie mojego 20-dniowego pobytu w Rwandzie nie miałam ani jednego dnia wolnego. Co więcej, raz p. Joanna Kos-Krauze złożyła mi propozycję, bym została z nią na noc w pokoju hotelowym, bo jest jej smutno. Odmówiłam. Podkreślam również, że nigdy nie łączyły mnie z nią żadne relacje prywatne, a jedynie te profesjonalne" — czytamy w liście.
Swój protest wysyłają też inni. Informują redakcję, że w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich trwają przesłuchania osób poszkodowanych przez reżyserkę i że jest już około 20 zeznań.
Redaktorki odpisują, że skontaktują się z SFP. Potwierdzają tam, że takie postępowanie trwa i dowiadują się, że nie ma jeszcze jego wyniku. Przekazują kapitule informacje o listach i sformułowanych w nich oskarżeniach.
Joanna konkursu nie wygrywa, ale pozostaje w gronie nominowanych.
Joanna Kos-Krauze, 42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, 20.09.2017 r.Jacek Domiński / East News
4.
Na planie w Afryce miała mówić, że nie wsiądzie do samochodu, dopóki kierowca nie użyje dezodorantu.
— Nie wiem, czy ona ma tak wrażliwy zmysł węchu, czy chodziło o pokazanie swojej wyższości — mówi Aleksandra Bielska. Kiedy pytam, czy jej zachowanie było rasistowskie, słyszę, że raczej było pozbawione szacunku. — Ale ona nie miała szacunku do wszystkich, bez względu na kolor skóry — dodaje.
Próbuję skontaktować się z Rwandyjczykami, którzy pracowali przy filmie. Oprócz Gilberta, który zdecydował się opowiedzieć, czego doświadczył od Joanny, na początku wszyscy odmawiają. Mówią, że w przeciwieństwie do Gilberta mieszkają w Rwandzie, że Joanna ma kontakty, jest wpływowa i może im zaszkodzić. Jeden z członków ekipy wysyła mi e-mail, w którym pisze, że jako chrześcijanin przebaczył Joannie. Inny na komunikatorze tłumaczy, że jej zachowania w stosunku do niego były dziwne, że reżyserka sugerowała mu, że doniesie na niego do rwandyjskiego rządu, jeśli…
Dopytuję o to "jeśli". Dostaję wiadomość: — Nie chcę o tym mówić, bo to są intymne sprawy.
Jednak kiedy po kilku tygodniach dzwonię do niego i mówię, że reportaż jest prawie gotowy, słyszę, że Joanna to "straszny człowiek". A gdy pytam o te intymne sprawy, tłumaczy, że jest w biurze i nie ma jak rozmawiać. Po czym przystaje na to, żebym wysłała mu pytania przez komunikator.
Jego opowieść: "Poznaliśmy się w 2013 r. w Kigali dzięki Małgosi Wosińskiej, zajmującej się w Rwandzie traumą ludobójstwa. Spotkaliśmy się kilka razy, była przy tym i Małgosia, i kierowniczka produkcji Magda [Napieracz, producentka wykonawcza]. Czułem, że Joanna jest zazdrosna o moją relację z Małgosią, że próbuje zwrócić moją uwagę."
Joanna Kos-Krauze jest w tym czasie w Rwandzie na dokumentacji, mieszka w wynajętym domu od 30 listopada 2013 r. do 9 stycznia 2014 r. Na Święta Bożego Narodzenia jedzie do Kibuye nad jezioro Kivu z Małgorzatą i Magdaleną, a także dwoma Rwandyjczykami, którzy są towarzyszami podróży.
"Kiedy wracaliśmy i zatrzymaliśmy się na coś do picia, grała muzyka, Joanna koniecznie chciała ze mną tańczyć. Zgodziłem się, ale dziwnie się czułem, kiedy zaczęła mnie obejmować" — opowiada dalej mężczyzna.
Magdalena Napieracz potwierdza, że taka sytuacja miała miejsce. Pytam mężczyznę, czy Joanna mówiła mu wówczas, że film, nad którym pracuje, przygotowuje z chorym na raka mężem, Krzysztofem Krauze.
"Tak, mówiła o tym. Kiedy w 2015 r. spotkaliśmy się ponownie w Kigali, a jej mąż już nie żył, mówiła, że chce wziąć ze mną ślub, że ma dużo pieniędzy po mężu… Bałem się jej" — przyznaje.
Gdy dzwonię i dopytuję, zaczyna opowiadać, jak to w czerwcu 2015 r. zaczął negocjować z Joanną i jej kierowniczką produkcji, Aleksandrą Bielską, swoją pracę przy filmie. — Po którymś spotkaniu zaprosiła mnie do hotelu Umubano — mówi.
Ustalam, że w tym hotelu Joanna Kos-Krauze mieszkała od 21 czerwca 2015 r. Reszta ekipy rezydowała w miejscu prowadzonym przez ojców pallotynów. — Joanna wcześniej, przez ponad miesiąc, była z nami. Potem nagle zażądała miejsca w drogim hotelu — mówi Bielska.
— Nie poszedłem, bo nie chciałem mieć prywatnych relacji z reżyserką, z którą być może będę pracował. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, w której będzie moją szefową i jednocześnie będzie mnie zapraszać prywatnie do hotelu. Jednak niespodziewanie późnym wieczorem zjawiła się u mnie w domu. Zachowywała się bardzo nietypowo. Była u mnie całą noc — relacjonuje Rwandyjczyk.
Powody, dla których — jak twierdzi — znalazł się pod presją, by zgodzić się na kontakt seksualny, zaraz wyjaśni.
— Potem negocjowałem umowę z jej kierowniczką produkcji — stwierdza.
— On podał jakieś absurdalnie wysokie stawki. Negocjowaliśmy przez mniej więcej dwa tygodnie. Któregoś dnia wróciłam ze spotkania z nim, powiedziałam Joannie i o stawkach, i o tym, że razem coś zjedliśmy. Wpadła w taki szał, jakby była zazdrosna, że ja się z tym facetem spotkałam — wspomina Aleksandra Bielska.
— Specjalnie podałem bardzo wysoką cenę, bo tak naprawdę nie chciałem tej pracy w takim układzie — tłumaczy mężczyzna. — Joanna jednak nalegała na kolejne spotkanie. Mówiła, że jak nie przyjdę do hotelu, tym razem Serena, to doniesie na mnie, do kogo trzeba. Musi pani wiedzieć, że w tamtym czasie, jeśli biała kobieta, w dodatku słynna reżyserka z Europy, doniosłaby na czarnego mężczyznę, oskarżając go o jakieś wyimaginowane sytuacje, to gwarantuję, że ten facet miałby kłopoty na policji, w służbach, wszędzie. Tak to wtedy działało. Poszedłem więc do Sereny, znowu wymuszony seks, znowu dziwne zachowania, pamiętam, że mnie bardzo mocno podrapała, jakby była wściekła, że coś idzie nie po jej myśli. Na kolejne spotkania już nie poszedłem, nie podpisałem też umowy z produkcją filmu, bo nie chciałem mieć nic wspólnego z tą osobą. Nie chciałem i nie chcę, a teraz widzę, że to g...o znowu do mnie wraca — dodaje.
Uważa, że Joanna złożyła donos w rwandyjskich służbach. Był czterokrotnie przesłuchiwany, pytany o politykę, pieniądze. Prosi, żebym nie podawała jego nazwiska, i zapewnia, że podpisuje się pod tym, co napisałam na jego temat, i jest gotów to potwierdzić przed sądem.
Pytam, czy opowiedział komuś o swoim doświadczeniu z Joanną. — Dwóm osobom. Jednej Polce, która pracowała z Joanną, i jednemu Rwandyjczykowi, który też z nią pracował — wskazuje.
Obydwie osoby to potwierdzają. Jedna mówi, że dowiedziała się niedawno, druga, że dowiadywała się o sytuacji na bieżąco.
— Wielu ludzi cierpiało na planie tego filmu. I Rwandyjczycy i Polacy — słyszę na koniec od tego człowieka.
5.
W filmie "Ptaki śpiewają w Kigali" jest scena ekshumacji ciał Tutsi zamordowanych przez Hutu. Była realizowana w miejscowości Nyamata. Na jej potrzeby zwieziono tam sztuczne zwłoki, bardzo realistycznie wyglądające, i rozłożono je na drodze.
— To już dla nas było przeżycie, a przecież wiedzieliśmy, że to film, że to manekiny. Dla ludzi stamtąd to retraumatyzacja. Jednak Joanna chyba tego nie rozumiała. Pamiętam nasz strach, że sytuacja wymknie się spod kontroli — opowiada Zofia Rottenberg.
Na realizację tej sceny wybrano miejsce w sąsiedztwie kilku szkół i przedszkoli. — Nie chciałam, żeby dzieci to widziały — mówi Bielska, kierowniczka produkcji.
Ale nie to okazało się największym problemem, tylko fakt, że Joanna chciała się napić czegoś zimnego. Upał, całe picie stoi w samochodzie z wyłączonym silnikiem, więc napoje szybko się grzeją.
— Podałam jej butelkę z czymś gazowanym. Wściekła się, rzuciła butelką, wykrzyczała, że w ogóle o nią nie dbam, że nie mamy wszyscy szacunku do reżysera. I zjechała z planu… Sztuczne zwłoki leżą, dzieci dookoła zaglądają przez szpary w płocie i największym problemem staje się za ciepły napój. Pamiętam te nerwy, czy reżyserka wróci na plan. Wróciła z czymś zimnym do picia — wspomina Aleksandra Bielska.
Tłumaczy mi, że o wielu rzeczach, które się wydarzyły w Rwandzie, chciałaby zapomnieć, wyprzeć je. Ale się nie daje.
Kiedy pytam, czy na planie był psycholog, słyszę, że niby była zatrudniona jakaś lokalna kobieta, w razie, gdyby Rwandyjczycy źle reagowali. Bielska nie pamięta jednak, żeby się angażowała. Na pewno nie było psychologa dla polskiej ekipy.
— Joanna mówiła, że to naturalne, że czujemy obciążenie w takich miejscach i że nas to wszystko uderzy po powrocie. Poza tym tak jest i tyle. Nic tego nie zmieni. Narzuciła takie chore myślenie, że film ponad wszystko, że nic nie jest zbyt dużym kosztem. I my temu ulegliśmy — wskazuje.
Elżbieta Benkowska przyznaje, że na samo nazwisko Joanny Kos-Krauze reaguje nerwowo. Po kilku dniach od naszej rozmowy przysyła e-mail: "Ostatnia rzecz, która mi się przypomniała, bo też nie chcę pani obciążać, to fakt, że po śmierci Krzysztofa Joanna zadzwoniła do mnie z jego telefonu. Na początku byłam w szoku, że Krzysztof zza grobu dzwoni, ale jak odebrałam, to okazało się, że Joanna chce, żebym zrobiła jakąś tabelkę. To było przerażające i po prostu nie na miejscu".
Krzysztof Krauze w warszawskim Domu Spotkań z Historią, 15.03.2014 r.Danuta Matloch / East News
6.
W ciągu ostatnich 11 lat Joanna udzieliła wielu wywiadów na temat ludobójstwa i swojego filmu. Wypowiadała się o traumie i radzeniu sobie z nią. "Tu, w Rwandzie, ważniejsza od zaufania jest odpowiedzialność za drugiego człowieka. Każdy czuje się za każdego odpowiedzialny. To jest wielka wartość. Z czasem dochodzę do wniosku, że może największa. Bliskość człowieka bez słów, bez deklaracji, bez ciągłego zapewniania. Po prostu" — mówiła w 2017 r.w rozmowie z "Wysokimi Obcasami".
Pięć lat później, w pierwszych miesiącach wojny w Ukrainie, udziela wywiadu Dorocie Wodeckiej z "Wysokich Obcasów", w którym mówi o swojej pomocy Ukraińcom uciekającym przed zbrodniczymi działaniami Putina ("Rozlokowałyśmy 14 tysięcy osób. Są albo w zaprzyjaźnionych domach, albo pojechali dalej") i o pomocy migrantom przekraczającym polsko-białoruską granicę ("Jeśli chcesz pomagać, musisz być nie tylko empatyczna, ale też twarda i asertywna, by podejmować decyzje").
W tym samym wywiadzie wypowiada się na temat putinowskiego reżimu i analizuje międzynarodową politykę: "Dzisiejsza wojna jest kompromitacją wieloletniej polityki Zachodu wobec Putina". Wraca też wspomnieniami do swoich działań w 2020 r., po protestach na Białorusi: "Przez nasz dom przeszło mnóstwo Białorusinów".
42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, Joanna Kos-Krauze odbiera nagrodę Srebrne Lwy za film "Ptaki śpiewają w Kigali", 23.09.2017 r.Wojciech Stróżyk / East News
Słowem nie wspomina, że we wrześniu 2018 r. pojechała do Korei Północnej na The Pyongyang International Film Festival, o którym Johannes Schönherr, autor książki "North Korean Cinema", pisze: "Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Pjongjangu jest wielką imprezą propagandową, a obcokrajowcy, którzy w nim uczestniczą, stają się statystami w tym wielkim propagandowym widowisku".
Joanna Kos-Krauze była tam jedyną jurorką z Unii Europejskiej. Legitymizowała zbrodniczy reżim w Korei Północnej.
7.
Grudzień 2013 r., Rwanda. Gilbert Sezirahiga ma 33 lata i od ponad miesiąca pomaga przy dokumentacji filmu "Ptaki śpiewają w Kigali".
Ale wciąż nie ma podpisanej umowy. Kos-Krauze mu nie płaci. 16 grudnia Gilbert wchodzi do domu wynajmowanego przez reżyserkę.
— Zaczęła krzyczeć, że czegoś wcześniej nie załatwiłem, oskarżyła mnie o kradzież. Powiedziała, że do niczego się nie nadaję i że mam wypier*****. Prosiłem, żeby się uspokoiła, ale ona tylko coraz bardziej krzyczała. Uklęknąłem przed nią, rozpłakałem się. W końcu się położyłem. A ona krzyczała i kopała. I kazała mi się wynosić — relacjonuje Gilbert, który dziś mieszka w USA z żoną i czwórką dzieci. Pracuje w firmie motoryzacyjnej.
Świadkiem tego zdarzenia była Małgorzata Wosińska, wówczas od trzech lat pracująca naukowo w Rwandzie, teraz naukowczyni ze stopniem doktorskim, specjalizująca się w badaniu traumy ludobójstwa. Kilka miesięcy wcześniej Krzysztof Krauze zadzwonił do niej i powiedział, że razem z żoną będą kręcić "Ptaki śpiewają w Kigali" o tym, co wydarzyło się między plemionami Tutsi i Hutu w 1994 r. Potrzebowali wsparcia: kontaktów do urzędników, zgód na realizację zdjęć, ludzi do współpracy.
— Widok Joanny kopiącej Gilberta totalnie mnie zamroził. Nie mogę sobie wybaczyć, że pozwoliłam na to, że wtedy nie zareagowałam. Potem przez wiele lat go wspierałam i pomagałam mu — mówi Wosińska.
Poznała Gilberta w Rwandzie. Wcześniej był kierownikiem Miejsca Pamięci w Murambi, zrobił licencjat z psychologii. Wszystkich znał i mógł być merytorycznym wsparciem.
— A został kierowcą, przewodnikiem, załatwiaczem — opowiada Małgorzata Wosińska. — Ale i tak bardzo się cieszył. To był czas, kiedy nie radził sobie ze swoją przeszłością, nie miał pracy, cierpiał z powodu PTSD. To dotyka wielu ludzi w Rwandzie, a zwłaszcza pracowników miejsc pamięci, które są w większości zlokalizowane na masowych grobach. Ale pomyślał, że drugi raz szansy pracy przy filmie może nie otrzymać. To było dla niego jak nowe życie. A stało się kolejną traumą.
Gilbert ma dziś 46 lat. Gdy piszę do niego, jest zdziwiony, że po tylu latach "przychodzi sprawiedliwość".
— Myślałem, że już wszystko zostawiłem za sobą, przepracowałem. Ale po twojej wiadomości wspomnienia wróciły. Pomyślałem, że muszę o tym opowiedzieć. To nie może zostać przemilczane. Ona nie tylko mnie traktowała źle. Jeśli będzie trzeba, przylecę do Polski i wszystko potwierdzę przed sądem — deklaruje.
Zanim ruszyła praca w Rwandzie, trzeba było wynająć dom dla Joanny, Magdaleny Napieracz, producentki wykonawczej na tamtym etapie filmu i Jowity Budnik, odtwórczyni głównej roli. Dom miał być w bardzo dobrej dzielnicy. Zdjęcia domu Wosińska musiała wysłać Joannie do akceptacji.
— Napisała, że mam kupić materiał i uszyć zasłony na jej przyjazd. I ja, głupia, kupiłam i szyłam. Do tego trzeba było umówić panie do sprzątania, do gotowania, wynająć samochód — opowiada.
Magdalena Napieracz przyleciała do Kigali 16 grudnia. Pierwszego dnia była świadkiem sceny z Gilbertem, która, jak mówi, wprawiła ją w osłupienie. Najpierw usłyszała krzyki. Zeszła na dół, a na podłodze salonu leżał człowiek, który płakał, o coś błagając. Nad nim stała Joanna i niemiłosiernie na niego wrzeszczała. Pytam, czy go kopała. — Kiedy weszłam, to nie, nie kopała, tylko się darła. Nie umiałam zrozumieć, o co jej do końca chodziło, więc zapytałam. Usłyszałam, że to jest kierowca, ale żadnych pieniędzy nie dostanie — wspomina.
Pamięta, że próbowała zaingerować. Okazało się, że Joanna właśnie go zwolniła. Później znalazła rachunek — być może wcześniejszy — za jego pracę. Opiewał na około 400 zł. — Ale nie jestem pewna, czy on te pieniądze dostał, czy Joanna mu je dała, bo mnie jeszcze wtedy w Rwandzie nie było — dodaje.
I Magdalena i Małgorzata pamiętają, że reżyserka raz była przymilna, delikatna, raz wpadała w furię z byle powodu.
— Wiedziałyśmy dobrze, że Krzysztof jest chory i te nastroje zrzucałyśmy na karb jej stresu — mówi Napieracz.
— Tłumaczyłam sobie, że ona bardzo przeżywa to, co dzieje się z jej mężem i może dlatego tak się zachowuje — mówi Wosińska i zaczyna opowiadać o wyjeździe w głąb Rwandy, do Nyungwe Forest Lodge, gdzie reżyserka chciała słuchać odgłosu ptaków, który być może przyda się do filmu. — Powiedziała, że czuje, że jestem dla niej jak córeczka i że dobrze by było, żebym z nią spała w jednym łóżku…
Małgorzata miała wówczas 28 lat, ale wyglądała na o wiele mniej, trochę jak delikatna nastolatka. Kiedy pytam, czy spała z Joanną, przytakuje. Gdy dopytuję o aspekt seksualny, tłumaczy, że to nie miało żadnego związku z seksem, tylko z niestabilnością reżyserki. — Przyznam, że już wtedy bałam się jej odmówić, bałam się, że wpadnie w szał. Ciekawe, że wyparłam tę historię i przypominam ją sobie dopiero teraz, kiedy rozmawiamy. Ona wszystko i wszystkich chciała kontrolować i nie znosiła słowa sprzeciwu.
Małgorzata Wosińska na tym etapie zbierania przeze mnie informacji o Joannie Krauze de Lendorff nie wie, że rozmawiam też z innymi osobami, że proszę o potwierdzenie tego, co mówi, Magdalenę Napieracz.
— Byłam tam najkrócej z nich wszystkich, ale wystarczająco się napatrzyłam. Wie pani, ja jestem od konkretów, od produkcji, od tego, żeby było załatwione — mówi Magdalena. Spędziła w Rwandzie dwa tygodnie. I w tym czasie zrobiona została pełna dokumentacja obiektów zdjęciowych i casting na główną rwandyjską rolę.
Uważa, że jest twarda, ale napięcie wpływało też na nią. To, że Joanna raz zwracała się do Małgorzaty bardzo opryskliwie, wymagająco, jak do służącej, z pretensją o wszystko, innym razem milutko i z atencją. Małgorzata była z jednej strony na jej posyłki, z drugiej jakby pełniła funkcję damy do towarzystwa, przy tym też bardzo ciężko pracowała. Potem, już na planie filmowym w Polsce, zrozumiała, że Joanna zawsze musi mieć kogoś takiego, kim się wysługuje i kim pomiata.
Moja rozmówczyni przywołuje historię o tym, jak to Joanna oskarżyła Małgorzatę Wosińską, że ta pracuje dla obcego wywiadu, jest na usługach rwandyjskiego rządu i groziła jej, że zgłosi sprawę do polskiego MSZ. Albo jak na początku w Rwandzie Małgorzata opowiadała, że ma w Polsce, w Poznaniu, ciekawe zlecenie, będzie współkuratorką wystawy. Po jej wyjściu Joanna wpadła w szał i mówiła, że Małgorzata kłamie, że nikt by jej nie zatrudnił, że nie ma kwalifikacji.
— Postanowiłam to sprawdzić. Zadzwoniłam do muzeum i zapytałam. Usłyszałam laurkę o Małgosi, potwierdzenie jej kompetencji i zatrudnienia. Od tej pory miałam bardzo duży dystans do słów Joanny — podkreśla Magdalena Napieracz.
Według producentki Joanna robiła dużo dziwnych ruchów w stosunku do Małgorzaty, szukała wyimaginowanych uchybień. — To było paranoiczne i niezgodne z normalnymi praktykami przy produkcji filmowej — mówi.
Pytam o ten wątek Wosińską. — Kiedy Joanna wyjeżdżała, powiedziała, że mam jej przekazać moje wszystkie rwandyjskie kontakty, notatki, e-maile, materiały, zdjęcia. Wszystko wydrukować, napisać chronologiczny raport dotyczący mojej pracy. I jeszcze zrobiła mi listę rzeczy, które miałam załatwić, kupić: jakieś książki i jeszcze coś, ale teraz nie pamiętam, co.
Joanna nie zostawiła jej na to pieniędzy. Nie zostawiła też na opłacenie domu w Kigali. Mówiła, że nie ma już kasy. I że pożyczy od ojca Małgorzaty, a potem mu odda.
— I mój tata, który w tym czasie w Polsce uczył Krzysztofa Krauzego medytacji, pożyczył. A kiedy zapytałam ją przez telefon, czy z tych pieniędzy mogę kupić sobie jedzenie, bo przecież cały czas pracuję na rzecz filmu, czy mogę zapłacić za swoje mieszkanie, wpadła we wściekłość. Zaznaczam, że nie mieszkałam w tym drogim domu, tylko przeniosłam się do polskich misjonarzy, którym płaciłam jakieś grosze — relacjonuje Wosińska.
W tym czasie Joanna zaczyna pisać do niej e-maile, że ta ma zakaz mówienia komukolwiek, czego była świadkiem w Rwandzie. Naciskała, żeby jak najszybciej pojawiła się w Warszawie i podpisała umowę wsteczną dotyczącą poufności.
— Myślałam, że tak się robi, pracując przy filmach. A tak naprawdę chodziło o to, że widziałam ją, jak krzywdzi Gilberta, jak jest pijana prawie codziennie, jak się zachowuje — ocenia.
Umowę dotyczącą poufności Wosińska podpisuje w Warszawie, w domu Magdaleny Napieracz, która dostała to polecenie od prawnika Joanny. Potem spotyka się z Joanną w jej biurze, wynajętym tuż obok domu, w którym mieszkało małżeństwo Krauzów. Reżyserka zapowiada, że jeśli Małgorzata komukolwiek powie, co widziała, to ona poinformuje odpowiednie władze w Rwandzie, doniesie na tych Rwandyjczyków, którzy dzięki Małgorzacie zaczęli pracę przy tej produkcji filmowej. I że źle to się dla nich skończy, bo o wszystkim dowie się rząd w Kigali.
— Musi pani wiedzieć, że ci ludzie żyli wtedy w strachu, bali się policji, służb. Przeraziłam się, że ona gra życiem innych. Potem zorientowałam się, że nie jestem sama, że jest więcej osób, które krzywdziła Joanna.
8.
30 marca 2026 r. Joanna Kos-Krauze zostaje zaproszona do warszawskiego kina Kultura, by opowiadać o terapeutycznej roli filmu. Najpierw publiczność ogląda "Ptaki śpiewają w Kigali". Potem organizatorka spotkania, Justyna Rutkowska, rozmawia z reżyserką o traumie, ludobójstwie i o tym, jak film może działać terapeutycznie.
Joanna Kos-Krauze, Warszawa, 15.10.2018 r.Marcin Obara / PAP
Zofia Rottenberg: — Ten film był dla mnie traumą.
Hanna Samson: — Ludzie zaczynają w końcu mówić głośno, czego doświadczyli od Joanny.
Aleksandra Bielska: — Ona próbowała zniszczyć mi życie.
"Ptaki śpiewają w Kigali" miały premierę dopiero w 2017 r. Joanna Kos-Krauze została bohaterką książki — wywiadu rzeki przeprowadzonego przez Aleksandrę Pawlicką; brała udział w festiwalach, konferencjach, udzielała wywiadów, również bardzo osobistych.
W jednym z nich przeprowadzonym w 2021 r. przez Justynę Dąbrowską, terapeutkę z Laboratorium Psychoedukacji, zatytułowanym "W poszukiwaniu nadziei", który jest dostępny na YouTube, Joanna przyznaje: "Wiem, że nie jestem nikogo w stanie skrzywdzić, ale wiem, że skrzywdziłam wiele razy i mogę jeszcze skrzywdzić. Nie mam bardzo dobrego wyobrażenia o sobie. Jedyne, co mogłam zrobić, to że już tych rzeczy się nie wstydzę, wiem, że one się musiały zdarzyć, żebym może zrozumiała siebie, żebym może nie powtarzała różnych rzeczy. Jedyne, co mogę zrobić, to bazować na pełnej empatii, zrozumieć, że ten drugi człowiek, to jestem ja".
Kiedy podczas rozmowy w październiku 2025 r. pytam Joannę, czy wie o oskarżeniach swoich współpracowników, o listach do "Wysokich Obcasów", o sądzie koleżeńskim, którego efektem było wykluczenie ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich, podważa wiarygodność sądu i ludzi tam zeznających.
Kilka dni przed publikacją tego reportażu wysyłam Joannie Krauze de Lendorff 16 szczegółowych pytań dotyczących zdarzeń opisywanych przez moich rozmówców. W ponadstronicowej odpowiedzi reżyserka podkreśla, że moje pytania "zawierają uprzednio przyjętą tezę oraz zarzucają zachowania obejmujące kwestie prywatne i intymne, co w świetle przepisów kodeksu karnego oraz regulacji art. 213 KK jest niedopuszczalne."
Na żadne z pytań Joanna Krauze de Lendorff nie odpowiada. Pod koniec pisze jedynie: "Niezależnie od powyższego jednoznacznie zaprzeczam, aby zawarte w opisywanych pytaniach sytuacje miały miejsce i były oparte na prawdzie".
Poniżej streszczenie artykułu:
Joanna Kos-Krauze, reżyserka filmu "Ptaki śpiewają w Kigali", jest oskarżana o mobbing i przemoc psychiczną przez byłych współpracowników.
Gilbert Sezirahiga, były pracownik, relacjonuje, że doświadczył od niej przemocy, co skłoniło go do oskarżenia jej publicznie.
Joanna Kos-Krauze była zwolniona ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich za nieetyczne zachowania.
Pomimo oskarżeń, Kos-Krauze nadal zasiada w ważnych instytucjach filmowych i uczestniczy w festiwalach.
Liczne oskarżenia dotyczące jej zachowań są potwierdzane przez świadków oraz współpracowników.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz