8 czerwca 2026
Bracia Rysicz, ukraińscy gangsterzy, którzy w swoich agencjach towarzyskich mieli nagrywać znanych polityków i biznesmenów, byli płatnymi współpracownikami polskiego państwa. W ramach układu Polska latami pozwalała im zarabiać na prostytucji. Te ustalenia rzucają zupełnie nowe światło na "polską aferę Epsteina".
Rezultaty naszego wielomiesięcznego dziennikarskiego śledztwa nie pozostawiają złudzeń: niemal wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy na temat afery podkarpackiej, stanowiło wytworzoną i starannie podtrzymywaną przez polskie służby fikcję.
Dotychczas wydawało się, że polskie państwo latami chroniło właścicieli podkarpackich agencji towarzyskich, bo ci zdołali skorumpować lokalnych policjantów, prokuratorów i sędziów. Ale to nieprawda. W rzeczywistości ukraińscy gangsterzy pracowali na rzecz naszych służb jako lojalni, wieloletni współpracownicy. I dlatego znaleźli się pod parasolem ochronnym polskiego państwa.
W zamian za współpracę ukraińscy sutenerzy uzyskali jednak nie tylko pełną protekcję. Nasze państwo pozwalało im także na swobodne prowadzenie przestępczej działalności, w tym wykorzystywanie kobiet do prostytucji. Ponadto policja regularnie płaciła braciom Rysicz za przynoszone przez nich informacje. Czy przyzwalając na wieloletnie krzywdzenie ofiar, bezprecedensowo przekroczono granice?
Publikujemy ten tekst, bo opinia publiczna powinna w końcu poznać prawdę na temat afery podkarpackiej.
Zwłaszcza że "polska afera Epsteina" już dawno wymknęła się spod kontroli naszym służbom: ze względu na wątpliwości wokół śmierci Dawida Kosteckiego oraz informacje o taśmach z udziałem polskich polityków, które miały zostać zarejestrowane podczas ich wizyt w podkarpackich burdelach.
O taśmach też wiemy dziś nieco więcej. Ale o tym później.
Dziwny wyrok
Głównymi bohaterami afery podkarpackiej są ukraińscy gangsterzy, a zarazem bracia Aleksiej i Jewgienij Rysicz.
Obaj w latach 90. zaczęli tworzyć na Podkarpaciu sieć ekskluzywnych agencji towarzyskich, do których ściągali głównie kobiety z Ukrainy. Działali z rozmachem i szybko zdominowali rynek.
W ręce organów ścigania wpadli w 2005 r. Prokuratura zarzuciła im czerpanie korzyści z nierządu i działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. Już wtedy można było jednak domniemywać, że bracia są w jakiś sposób chronieni przez polskie państwo.
Bo choć paragrafy, na podstawie których zostali skazani, przewidywały kary do 10 lat więzienia, prokurator domagał się dla nich ledwie roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata.
Wówczas na taki układ obaj gangsterzy chętnie przystali i dobrowolnie poddali się karze. To był pierwszy z budzących wątpliwości wyroków, który zapadł w ich sprawie. Wkrótce po nim bracia, jak gdyby nigdy nic, wrócili do przestępczej działalności.
Kostecki nie wytrzymał
W półświatku konkurowali głównie z Dawidem Kosteckim, znanym pięściarzem, który też prowadził na Podkarpaciu agencje towarzyskie. Podobnie jak oni został za to skazany, tyle że znacznie surowiej: w 2011 r. usłyszał wyrok 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności.
Gdy kilka miesięcy później, w czasie przygotowań do prestiżowej walki z Royem Jonesem Juniorem, został zatrzymany przez policję i doprowadzony za kratki, publicznie oskarżył znanego oficera podkarpackiego CBŚ Daniela Ś. o współpracę z braćmi Rysicz. Przekonywał, że policjanci chronią ich agencje, bo sami korzystają z jej usług, a skupiają się wyłącznie na ściganiu konkurencji.
Dawid Kostecki po wygranej z Rumunem Istvanem Verge podczas Gali Boksu Zawodowego w Łodzi. Zdjęcie z 2009 r.
Podczas prokuratorskiego przesłuchania bokser poszedł jeszcze dalej. Zeznał, że Daniel Ś., w porozumieniu z Rysiczami, nagrywał i zbierał haki na polityków i innych VIP-ów korzystających z usług prostytutek.
W 2016 r. policjant Daniel Ś. wraz z kilkoma innymi funkcjonariuszami oraz sami bracia Rysicz zostali zatrzymani przez ABW. Według prokuratury grupa funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego rzeczywiście miała roztoczyć parasol ochronny nad agencjami towarzyskimi prowadzonymi przez ukraińskich gangsterów. Oskarżenia wysuwane przez Kosteckiego zdawały się więc znajdować potwierdzenie.
Jednak i tym razem bracia dostali zaskakująco niskie wyroki. Sąd z nieznanych powodów zdecydował się nadzwyczajnie złagodzić im kary i ostatecznie skazał ich na ledwie rok i półtora roku więzienia. Ten szokująco niski wyrok wzbudził zrozumiałe emocje opinii publicznej.
Wybuch afery
Zwłaszcza że w tamtym czasie afera podkarpacka zyskała już wymiar ogólnopolski. W maju 2019 r. były oficer CBA Wojciech J. poinformował media, że miał nagrania z wizyty ówczesnego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego w jednej z agencji towarzyskich na Podkarpaciu. Płyta z nagraniem została mu jednak — jak twierdził — wykradziona z szafy pancernej w biurze CBA.
Jeszcze głośniej o sprawie zrobiło się trzy miesiące później, gdy Dawid Kostecki został znaleziony martwy w celi.
Przebywał wtedy w więzieniu po raz drugi: prokuratura postawiła mu zarzuty kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Kostecki dobrowolnie poddał się karze i został skazany na 5 lat pozbawienia wolności.
W sierpniu 2019 r. — według śledczych — powiesił się w łóżku na pętli z prześcieradła. Adwokaci boksera przekonywali, że samobójstwo mogło być upozorowane, a w jego śmierć mogli być zamieszani dawni wrogowie Kosteckiego.
Msza święta podczas pogrzebu boksera Dawida Kosteckiego
Na początku 2026 r. doszło do kolejnego zwrotu akcji. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał w I instancji byłego oficera CBA Wojciecha J. za pomówienie Marka Kuchcińskiego. Tym samym uznał, że przedstawione przez niego w mediach informacje nie były prawdziwe.
Teraz dziennikarze Onetu i Gońca ustalili, że cała sprawa ma drugie dno. Według informacji potwierdzonej przez nas w czterech niezależnych źródłach, bracia Rysicz od początku lat 2000. byli tajnymi współpracownikami CBŚ. Dzięki ich działaniom polska policja odnosiła duże sukcesy w walce ze zorganizowaną przestępczością.
Mając na względzie interes publiczny, ujawniamy nieznane fakty dotyczące afery podkarpackiej.
Oferta nie do odrzucenia
Bracia Rysicz początkowo rzeczywiście z dużym powodzeniem prowadzili swoją przestępczą działalność. Jednak już na początku lat 2000. zostali skutecznie zinfiltrowani przez polską policję.
Na szczytach CBŚ zapadła wówczas decyzja, by zamiast wsadzać ich za kratki, zaproponować im tajny układ.
Jeden z naszych informatorów mówi: — Policja przewidywała, że współpraca z nimi może być bardzo owocna. Komunikat dla braci był prosty: albo przechodzicie na naszą stronę, albo będziecie mieć poważne problemy.
Rysicze z pewnością byli dla naszych służb łakomym kąskiem. Początek XXI w. to okres wzmożonej walki z przestępczością zorganizowaną. Kolejne mafie zarabiały fortunę na przemycie alkoholu, papierosów, narkotyków i broni. Gangsterzy z Ukrainy, doskonale zaznajomieni z przestępczością przygraniczną, stanowili dla policji najlepsze możliwe źródło informacji.
Bracia Aleksiej i Jewgienij Rysicz
Nasz informator: — Współpraca z braćmi faktycznie okazała się strzałem w dziesiątkę. Byli świetnymi współpracownikami. Dzięki nim polska policja przeprowadzała spektakularne akcje nie tylko u nas w kraju, ale też za granicą. Nie mogę powiedzieć więcej. Chodzi m.in. o operacje organizowane z pomocą służb ukraińskich i czeskich.
- Tajna notatka ABW i jedna z najgroźniejszych rosyjskich grup. Nowe doniesienia w sprawie Zondacrypto
Potwierdza to drugi z naszych rozmówców, który w przeszłości zajmował kierownicze stanowisko w strukturach policji. — Wszystkie operacje prowadzone przez podkarpacki CBŚ przebiegały nadspodziewanie łatwo i skutecznie. To naprawdę robiło na nas wszystkich wrażenie. Tamtejsi policjanci zawdzięczali to właśnie informacjom pozyskiwanym od Rysiczów — tłumaczy.
— Wszyscy myśleli, że bracia opłacali policję, a tak naprawdę było na odwrót — precyzuje nasz informator. — Wszystkie medialne informacje, jakoby bracia zdołali zaszantażować wszystkich i dlatego byli chronieni, to była po prostu przykrywka wykreowana przez służby, by zapewnić bezpieczeństwo całej operacji.
Zdumiewająco niskie wyroki, jakie dwukrotnie zapadały w sprawie Rysiczów, wynikały z faktu, że w trakcie procesu sądy były informowane o agenturalnej działalności braci. Tej informacji nie podawano jednak do publicznej wiadomości, a kluczowa część akt była utajniana.
— Bracia dobrowolnie poddawali się karze i dzięki temu nie przeprowadzano postępowania dowodowego w sądzie. Chodziło o to, żeby nie ujawnić prawdziwego charakteru ich działalności — tłumaczą nasi rozmówcy.
Najprawdopodobniej gdyby nie medialna aktywność Dawida Kosteckiego i pojawiające się w mediach plotki o nagranych w agencjach politykach, prokuratura nigdy by nie wszczynała postępowań wobec braci. Nikt nie chciał przecież wsadzać za kratki cennych współpracowników.
Ostatecznie śledczy decydowali się na to tylko dlatego, że o aferze podkarpackiej zrobiło się zbyt głośno w całej Polsce. A nie chciano narazić operacji na szwank.
Współpraca za pieniądze
Jak ustaliliśmy, ukraińscy gangsterzy regularnie otrzymywali od CBŚ pieniądze za współpracę. Nasi informatorzy nie znają jednak dokładnych kwot. W policji nie ma konkretnego cennika na takie przypadki. Niemniej jednak — jak twierdzą nasi rozmówcy — za poważne informacje umożliwiające wykrywanie przestępstw o dużej skali, współpracownicy policji otrzymują zwykle kwoty rzędu 10 tys. zł.
W ramach współpracy bracia Rysicz przekazywali CBŚ kluczowe informacje na temat rozmaitych grup przestępczych działających w całej Polsce od początku lat 2000.
Czasem, jak słyszymy od informatorów, brali nawet pośredni udział w ich rozpracowywaniu.
— Na przykład przychodzili do Daniela Ś. i mówili: "Jeden gość ma do opchnięcia kilka [karabinów] kałaszy. Zainteresowany?". No i oni dzwonili potem do tego faceta i mówili: "Mamy kolegę, który chętnie to kupi". A to był policjant pod przykryciem. I walili gościa na gorącym uczynku. To było bardzo ryzykowne działanie ze strony braci, bo nie robili tego przez agenta, który byłby wprowadzany i odcinałby pierwotne źródło, tylko podpisywali oświadczenie, że "są świadomi zagrożenia życia oraz zdrowia". No i… jechali z tematem — relacjonuje nasz rozmówca.
Wyjaśnia przy tym, że zwykle w takich sytuacjach policja organizuje skomplikowaną kombinację operacyjną. Do gry wchodzi najpierw jeden agent, który przekazuje kontakt do kolejnego, a ten do kolejnego. W ten sposób sprzedający nielegalną broń przestępca, będąc przyłapanym na gorącym uczynku, nie może być pewny, przez którego z klientów został wystawiony policji. Tym samym minimalizuje się ryzyko dekonspiracji i zemsty.
— Tymczasem bracia Rysicz robili to bezczelnie, bez żadnych pośredników. A chodziło o mocne tematy, bo oni mieli dobre rozeznanie w grupach handlujących bronią i narkotykami. Pamiętam, że kiedyś wystawili nam na przykład plantację marihuany należącą do Chińczyków — opowiada nam były oficer CBŚP.
— "Robili" tematy, że aż trzeszczało. Tu fabryka fajek, tam fabryka narkotyków, tu jakaś amunicja. Na pewno dawali też jakieś grube tematy z automatami. I wszystko to szło jako zasługi Daniela Ś. Dlatego on w pewnym momencie poczuł się jak król. W policji był gwiazdą — dodaje.
Legendowanie u braci
Jak ustaliliśmy, lokale należące do braci służyły także do kreowania fałszywych życiorysów policjantów pracujących pod przykryciem. Czyli takich, którzy w ramach policyjnej operacji podszywają się pod bandytów.
Informator z CBŚ: — Przykrywkowiec jechał do ich burdelu, bawił się tam jakiś czas i robił sobie referencje, które potem wystawiali mu bracia Rysicz. Oczywiście wszystko było wcześniej uzgodnione i zaplanowane — wyjaśnia.
Na czym polegało wystawianie referencji — nasz rozmówca opisuje bardzo obrazowo. W momencie, gdy policjant działający pod przykryciem chciał nawiązać kontakt z daną grupą przestępczą, powoływał się na znajomość z braćmi Rysicz. Wtedy członkowie tej grupy kontaktowali się z nimi i pytali, czy faktycznie znają taką osobę.
— No i bracia mieli to do siebie, że dawali policjantom bardzo dobre referencje. Na zasadzie: "Tak, róbcie z nim interes, nie pożałujecie" albo "Tak, to mój stary kumpel, pewny gość". Sporo przy tym ryzykowali, bo przecież osobiście ręczyli za udających gangsterów policjantów i istniało ryzyko, że w końcu wpadną. Ale oni nie bali się nikogo i było to bardzo pomocne w pracy operacyjnej — przekonuje nasz informator z policji.
Zyski większe niż koszty
Choć działania braci Rysicz były z punktu widzenia polskich służb bardzo skuteczne, to od początku tej współpracy nasuwało się jedno ważne pytanie — czy policja może współpracować z ludźmi, o których wiadomo, że równolegle prowadzą nielegalną działalność?
Funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego Policji
— Absolutnie nie ma takiej możliwości. Na każdym spotkaniu należy poinformować osobowe źródło informacji, czyli takiego współpracownika, o zakazie popełniania przestępstw. Potem, gdy jako policjant sporządzasz notatkę, to dodajesz taką regułkę na koniec: "poinformowano osobowe źródło informacji o zakazie popełniania przestępstw". Tyle jeśli chodzi o stronę formalną. Ale to jest oczywiście fikcja — mówi nam były oficer CBŚP proszący o zachowanie anonimowości.
— Prawda jest taka, że to śmiech na sali. Ktoś, kto myśli, że tak to działa, jest oderwany od rzeczywistości. Wiadomo, że ci wszyscy ludzie popełniają przestępstwa. W kościele bandziorów nie złapiesz. Musisz szukać wśród sk********. Nie ma innej opcji — przekonuje.
Co istotne, bracia Rysicz nie tylko czerpali zyski z sutenerstwa, ale też niektóre z werbowanych z Ukrainy kobiet ściągali do Polski pod pretekstem fikcyjnego zatrudnienia. Przekonywali je, że będą kelnerkami lub tancerkami w klubach, a nawet opiekunkami do dzieci. O prawdziwej przyczynie przyjazdu do Polski informowali je już na miejscu, przekonując, że muszą odpracować dług, prostytuując się.
Drugi z naszych rozmówców znających kulisy sprawy: — Jak ocenić to wszystko od strony moralnej? Trudne pytanie. Część policjantów, która brała w tym udział, uważa, że zyski były większe niż straty. Że lepiej było pozwolić braciom nadal czerpać kasę z sutenerstwa, a w zamian wyciągać od nich informacje umożliwiające przeciwdziałanie poważniejszym przestępstwom. Ale niech każdy sam to oceni.
Zabawa na koszt braci
Na współpracy z braćmi najwięcej korzystał wspominany kilkukrotnie Daniel Ś., utalentowany podkarpacki policjant, któremu wróżono wielką karierę.
Problem w tym, że kontrola nad jego działaniami ze strony przełożonych w Warszawie z czasem stawała się coraz słabsza. W pewnym momencie była wręcz iluzoryczna.
— Dostajesz super tematy, przełożeni cię chwalą. I podświadomie zaczynasz chronić swoje źródła, bo liczysz na kolejne informacje. A jak źródło jest kute na cztery łapy, to zaczyna to wykorzystywać. Tak się wyłożył Daniel. Ta granica jest bardzo cienka i trzeba mieć świadomość, że jest to niebezpieczna gra — twierdzi jeden z naszych rozmówców.
— On miał gdzieś nadzór i centralę. Robił, co chciał, ponieważ bronił się wynikami. Pytaliśmy na przykład, skąd wziął jakąś informację, a on na to, że pozyskał ją od OZI [osobowego źródła informacji] i "ch** was reszta interesuje" — mówi nam były oficer CBŚ, który poznał Daniela Ś.
Jednocześnie lokal prowadzony przez ukraińskich gangsterów stał się bardzo popularny wśród rzeszowskich policjantów. Mało tego, nasi informatorzy twierdzą, że pojawiali się tam również wysoko postawieni funkcjonariusze z Komendy Głównej Policji.
— Trzeba sobie jasno powiedzieć, że rzeszowski CBŚ często imprezował w lokalu braci, choć za własne pieniądze. No bo jak chcieli się napić wódeczki, to wiadomo, że jechali do swojej knajpy — opowiada nasz rozmówca.
— W pewnym momencie do Rzeszowa było najwięcej delegacji z Warszawy. Zastanówmy się, czemu. Bo wszystkim się wydawało, że tam jest burdel, w którym można się bezpiecznie pobawić. W końcu Daniel Ś. nad wszystkim panuje — dodaje.
Oprócz policjantów, w klubie ukraińskich gangsterów imprezowali też miejscowi notable. Dokładnie z tego samego powodu — mieli poczucie, że jest to bezpieczny lokal.
— Znam przypadek polityka, który zgubił się w Rzeszowie, był pijany, a wiadomo było, że chciał skorzystać z usług prostytutek. Bracia stwierdzili, że pewnie jest u nich. Kiedy to potwierdzili, powiadomili polską policję, żeby faceta uchronić przed publicznym skandalem — mówi kolejny z naszych informatorów.
Na tym jednak nie koniec. Były oficer CBŚ, który w przeszłości zajmował kierownicze stanowisko w policji, przekonuje nas, że Daniel Ś. przywoził prostytutki nawet na różne policyjne imprezy.
— Jak były np. rozgrywki w siatkówkę w Komendzie Głównej, to Daniel Ś. zawsze z 4-5 paniami przyjeżdżał. Rzecz jasna brał je od braci, bo skąd? No i one w tej Komendzie Głównej za cheerleaderki robiły, z tymi pomponami biegały, a ci wszyscy generałowie napinali się przed nimi, popisywali, flirtowali… No, kabaret to był — relacjonuje.
— Dlatego Daniela Ś. wszyscy lubili. Każdy chciał go mieć za kolegę. Ale jak go potem zatrzymali, to ci wszyscy generałowie kasowali wiadomości, telefony w wodzie topili, żeby tylko ich z tym wszystkim nie pokojarzyć — zaznacza.
Granice przekroczone
Według informatorów Onetu i Gońca układ w Rzeszowie był prosty. Daniel Ś. zarejestrował braci Rysicz w policyjnym systemie jako swoich współpracowników. W związku z tym, jeśli jakakolwiek służba interesowała się nimi, to najpierw zgłaszała się do Daniela Ś. Nasi rozmówcy są przekonani, że ten z kolei ostrzegał braci, że znaleźli się w kręgu zainteresowania służb i powinni się teraz szczególnie pilnować.
Przy okazji wycinał im też konkurencję. To była transakcja wiązana.
— No i w pewnym momencie przekroczył Rubikon. Poszła jedna lufa, druga lufa. Raz przyszła panienka, potem przyszła kolejna. W końcu, chadzając do agencji braci, uzależnił się od seksu i popłynął — mówi nam były oficer CBŚP, potwierdzając tym samym ustalenia prokuratury w tej sprawie.
— Z jednym zastrzeżeniem. Według mojej wiedzy Daniel nie brał od nich pieniędzy. Jak dostał zarzuty, to w CBŚ była nawet zrzutka na adwokata dla niego. Ale dostawał od braci darmowy seks, alkohol i świetne informacje. Czuł się królem życia. Mało tego, był planowany na naczelnika zarządu w Rzeszowie — podkreśla.
Policjanci mieli być częstymi gośćmi w przybytkach braci Rysicz
Nasz rozmówca tłumaczy, że praca z informatorami to zawsze stąpanie po cienkim lodzie. Początkowo policjantowi wydaje się, że wszystko kontroluje, ale z czasem, jeśli straci czujność, to ogon może zacząć merdać psem.
— Wyjaśnię to w prosty sposób. Przychodzi informator i daje ci jedną fabrykę fajek [czyli nielegalną produkcję papierosów], potem drugą fabrykę fajek. Ty zaczynasz mu płacić 10 tys. zł za informację. On mówi: "dobra, piątka dla ciebie". Ty mówisz: "weź sp********". Później przywozi papieroski na jedno spotkanie, na drugie spotkanie. I kontakt się rozluźnia.
— W pewnym momencie pyta: "Słuchaj, słyszałem, że tu i tu policja latała ostatnio dronem. Wiesz coś na ten temat?". I daje ci do zrozumienia, że sam też ma fabrykę fajek. A jak będzie zarabiał, to tobie też coś odpali, bo to jest wasz wspólny temat. I albo w tym momencie to ucinasz, albo zaczynasz chronić biznes swojego informatora i sam stajesz się przestępcą.
— Daniel niestety przekroczył tę granicę. Zresztą zdawał sobie z tego sprawę. Pamiętam, że jak na jednej imprezie policyjnej popił, to mówił, że dłużej tego wszystkiego nie wytrzyma. Ciążyło mu to niesamowicie — zaznacza.
Co z nagraniami?
Nasi informatorzy nie są pewni, czy w lokalach ukraińskich gangsterów rzeczywiście nagrywani byli znani politycy korzystający z usług prostytutek. Żaden z nich takich nagrań nie widział na własne oczy. Polska prokuratura również twierdzi, że takich nagrań nie ma.
Jednak jak udało nam się ustalić, w trakcie procesu dotyczącego afery podkarpackiej w jednym z zeznań padają nazwiska kilku znanych postaci życia publicznego (co istotne, nie pada tam nazwisko Marka Kuchcińskiego). To jednak nie przesądza sprawy: zeznania nie musiały być prawdziwe.
— Daniel Ś., który miał z braćmi najwięcej kontaktu, raz twierdził, że takie nagrania z politykami są, innym razem, że nigdy takich nagrań nie było. W kółko zmieniał zdanie — mówi nam osoba znająca kulisy sprawy.
Inny z naszych informatorów jest przekonany, że takie nagrania w lokalach ukraińskich gangsterów były robione, zwłaszcza że jest to powszechną praktyką w tego typu przybytkach. Rzeczywiście, w zeznaniach przewijających się w procesie braci Rysicz można odnaleźć wzmianki o montażu kamer w pokojach, w których świadczone były usługi seksualne.
— Uważam, że bracia nagrali też samego Daniela Ś. i od pewnego momentu mieli haka też na niego — kontynuuje nasz rozmówca.
— Co się z tymi nagraniami stało? Nie mam pojęcia. Ciekawy jest natomiast fakt, że informację o tym, iż takie nagrania są robione, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego otrzymała od służb ukraińskich — opowiada nasz informator. — Jak oni się o tym dowiedzieli, nie mam pojęcia. Ale prawda jest taka, że to Ukraińcy rozpoczęli aferę podkarpacką.
W tym kontekście polskie służby badały jeszcze jeden wątek. Sprawdzały, czy bracia współpracowali równolegle z ukraińskimi służbami. Tego nie udało się jednak nigdy udowodnić.
Były oficer CBŚP: — Uważam, że bez zgody ukraińskich służb bracia nie byliby w stanie przewozić tych panienek na lewo i prawo. Natomiast to są tylko moje dywagacje.
Z prokuratorskich akt, które widzieliśmy, wynika, że taka próba werbunku przez ukraińskie służby została podjęta już na przełomie XX i XXI w., kiedy bracia bywali w rodzinnym mieście Chmielnicki na zachodzie Ukrainy. Tam doszło do pierwszego kontaktu Rysiczy z ukraińską służbą bezpieczeństwa SBU, ale bracia mieli odmówić współpracy.
W kolejnych latach Rysicze mieli dostawać sygnały od znajomych, że SBU wypytuje o nich, o częstotliwość ich przyjazdów do Ukrainy, ale przede wszystkim o to, czy przewożą jakiekolwiek pendrive'y lub płyty CD. Ich znajomy Rusłan B. wprost informował, że powinni pójść na współpracę, ponieważ SBU ma na nich "poważne haki". Jedną z nagranych w tej sprawie rozmów bracia mieli nawet przekazać ABW.
Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy
W aktach wyczytaliśmy również, że w 2007 r. ukraińscy bezpieczniacy wypytywali w Kijowie bliskiego współpracownika braci Walerija H., czy bracia przerzucają przez granicę pendrive’y i płyty CD. Jak zeznali sami Rysicze, SBU miało ich zostawić w spokoju dopiero w momencie, gdy przekazali im (w latach 2007-2011) łapówki o łącznej kwocie 172 tys. dol. i 85 tys. euro.
Warto podkreślić, że w tamtym czasie SBU była służbą kontrolowaną faktycznie przez Rosjan.
Tańce erotyczne i łapówki
Jak ustaliliśmy, wszyscy kolejni dyrektorzy CBŚ — obsadzani przez różne ekipy polityczne — od początku lat 2000. zdawali sobie sprawę, że bracia Rysicz są współpracownikami policji i wszyscy z tej współpracy korzystali.
— To oznacza, że było to dla nich opłacalne. Więcej było zysków niż strat, więc przez lata nikt nie miał żadnych zastrzeżeń. A jak mleko się wylało, to trzeba było kogoś poświęcić — zaznacza jeden z naszych informatorów.
W sprawie afery podkarpackiej — oprócz Daniela Ś. — na ławie oskarżonych zasiedli: Krzysztof B. (były szef zarządu CBŚP w Rzeszowie), Damian W. (naczelnik wydziału do zwalczania przestępczości narkotykowej), Piotr J. (były naczelnik wydziału w Przemyślu), Ryszard J. (szef policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych w Rzeszowie) oraz wywodzący się z policji Robert P. (kierujący delegaturą CBA w Rzeszowie).
W sierpniu 2020 r. "Rzeczpospolita" poinformowała o szczegółach aktu oskarżenia. Wynika z niego, że Danielowi Ś. prokuratura zarzuciła korzystanie z usług prostytutek, otrzymywanie darmowych trunków i posiłków oraz przyjmowanie od braci Rysicz korzyści majątkowych. Zdaniem śledczych miał też zdradzać służbowe tajemnice i jako łapówkę przyjąć dodatkowo pięć sztuk urządzeń do wypieku naleśników.
Według prokuratury Krzysztof B. miał sześciokrotnie przyjąć od braci korzyści w postaci darmowych usług prostytutek, tańców erotycznych, alkoholu i jedzenia. Z darmowego seksu, trunków i posiłków miał korzystać też Damian W. i Piotr J.
Z kolei Robertowi P. bracia mieli trzykrotnie opłacić imprezy (w tym wstęp do klubu go-go). Miał on również przekazywać Danielowi Ś. obciążające go informacje, jakie wpływały do CBA.
Proces w tej sprawie wciąż trwa. Prowadzone przez braci Rysicz agencje towarzyskie, w których gościli m.in. Daniel Ś. i inni policjanci w okresie trwania współpracy sutenerów z CBŚP, od lat już nie funkcjonują.
Natomiast w lutym tego roku minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiedział wznowienie śledztwa w sprawie afery podkarpackiej. Decyzja ta jest następstwem ruchu adwokata i posła Romana Giertycha, który złożył do Prokuratury Generalnej wniosek o podjęcie na nowo dochodzenia w sprawie zabójstwa boksera Dawida Kosteckiego. Zrobił to w imieniu rodziny nieżyjącego.
Nasi informatorzy nie posiadają wiedzy o obecnym statusie braci Rysicz i ich bieżącej działalności.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Ukraińscy gangsterzy Aleksiej i Jewgienij Rysicz byli płatnymi współpracownikami polskiego państwa, prowadząc agencje towarzyskie, w których nagrywali znanych polityków.
- Polska policja współpracowała z Rysiczami, co miało na celu wzmacnianie działań przeciwko zorganizowanej przestępczości, choć jednocześnie tolerowane było ich przestępcze działanie.
- W wyniku śledztwa stwierdzono, że bracia Rysicz regularnie dostawali pieniądze za informacje przekazywane policji, co wzbudziło kontrowersje wśród opinii publicznej.
- Kluczowe dla operacji były tajne nagrania, które miały być realizowane w agencjach towarzyskich, jednak wciąż nie ma potwierdzenia ich istnienia.
- Sprawa afery podkarpackiej nadal jest w toku, a nowe dowody mogłyby rzucić więcej światła na działalność Rysiczów i powiązania z policją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz