"Stan Wyjątkowy". Czarnek pomazańcem Kaczyńskiego. Nawrocki chce zawetować unijny SAFE. Glapiński dostanie cios od Tuska
8 marca 2026
A więc jednak Przemysław Czarnek. W partyjnej wojnie frakcji Jarosław Kaczyński wyraźnie stawia na radykalnych "maślarzy" — właśnie poprzez wskazanie Czarnka jako kandydata PiS na premiera. To, czy kiedykolwiek Czarnek zostanie premierem, wcale nie jest przesądzone. Pewne jest za to, że Kaczyński dał czarną polewkę Mateuszowi Morawieckiemu i jego umiarkowanej frakcji "harcerzy". A to otwiera drogę do ich wyjścia z PiS.
Czemu Kaczyński ryzykuje rozłam? Bo ważniejsze od niego jest to, żeby kandydat PiS z miejsca zajął się walką o elektorat twardej prawicy, który ucieka z PiS do Korony Grzegorza Brauna oraz do Konfederacji. Prezes jest gotowy stracić Morawieckiego, bo ważniejsze jest dla niego odbicie najbardziej radykalnych wyborców prawicy. Dlatego właśnie Czarnek — ultrakonserwatywny i nacjonalistyczny jastrząb ma od dziś bić się z Braunem, Mentzenem i Bosakiem.
Morawiecki się do tego nie nadaje, więc albo ma się podporządkować albo droga wolna.
Walka z Konfederacją i Braunem jest dla Kaczyńskiego ważniejsza od uspokojenia sytuacji wewnątrz PiS
W ostatnich dniach Kaczyński stanął przed wyborem. Albo postawić na kandydata, który uspokoi sytuację wewnątrz PiS — gdzie "maślarze" (Czarnek, Bocheński, Jaki, Sasin) zwalczają "harcerzy" Morawieckiego na śmierć i życie — albo też wybrać polityka, który zatrzyma drastyczne sondażowe spadki PiS.
Długo na stole był ten pierwszy wariant, zgodnie z logiką Kaczyńskiego, w której partia i kontrola nad nią jest najważniejsza. Dlatego — jak informowaliśmy w "Stanie Wyjątkowym" — wysoko stały akcje 40-letniego Lucjusza Nadbereżnego, prezydenta Stalowej Woli. To miał być kandydat, który pogodzi zwaśnione frakcje, bo wszyscy w partii traktują go jak maskotkę i nikomu nie zagraża.
Ale już wówczas dostawaliśmy sygnały, że Czarnek jest w grze i intensywnie lobbuje, mimo że wszem i wobec głosił, że to nie on będzie kandydatem.
Dziś widać, że to była zasłona dymna. Głównie zasłona przed Morawieckim, który wysyłał do Kaczyńskiego sygnały, że jeżeli kandydatem zostanie "maślarz" to prawdopodobieństwo rozłamu sięga 50 proc. Mimo to Kaczyński postawił na drugą opcję — w której walka z Konfederacją i Braunem jest ważniejsza od uspokojenia sytuacji wewnątrz PiS. A walka to Czarnek.
To pokazuje prawdziwe lęki prezesa. Sondaże są bezwzględne — od wyborów prezydenckich PiS systematycznie traci. Regularnie dochodzi do "mijanki", czyli sytuacji, w której PiS ma w badaniach mniej od liczonych łącznie swych prawicowych konkurentów z Konfederacji i Korony Brauna.
Ba, w niektórych sondażach PiS zbliża się do psychologicznej granicy 20 proc. — a to wywołuje trwogę na Nowogrodzkiej. Marne notowania PiS potwierdzają także wewnętrzne badania partii, którym Kaczyński całkowicie ufa.
Według informacji "Stanu Wyjątkowego" prezes PiS sondował najbliższych współpracowników, jaki poziom poparcia spowoduje panikę w partii i może podważyć jego przywództwo. Dla jasności — prezes nie zrezygnuje ze stanowiska prezesa, bo prezesem jest dożywotnio. Ale przecież partia służy Kaczyńskiemu do walki o władzę. A partia, której sondaże oscylują wokół 20 proc., może co prawda rządzić, ale w koalicji — i to najpewniej składającej się z kilku ugrupowań. Nie o tym marzy Kaczyński, który chce być tak silny, by nie zależeć od małych koalicjantów.
Tylko wtedy zrealizuje swe marzenia — przebuduje Polskę wedle własnych pragnień i tym razem już bez żadnych hamulców, tak aby przetrwała jego samego. No i wsadzi Donalda Tuska do więzienia, bo tego celu prezesa nie można lekceważyć.
W decyzję Kaczyńskiego wpisany jest konflikt z Morawieckim
Jest w tym logika, że Kaczyński ryzykuje turbulencje w PiS, a stawia na walkę z Konfederacją i Braunem. Wszak spora część emocji w partii wywołana jest tym, że przy obecnych sondażach wielu obecnych posłów PiS nie dostanie się do kolejnego Sejmu. W tym sensie — jeśli Czarnek odbije część elektoratu — to uspokoi nastroje w partii. Przynajmniej częściowo — wśród tych posłów PiS, których bardziej od wojny maślanych i harcerskich frakcji interesuje własny mandat za półtora roku.
Ale decyzja Kaczyńskiego nie będzie bezkosztowa, właśnie dlatego, że wpisany jest w nią konflikt z Morawieckim. Popularny wciąż i silny w partii Morawiecki właśnie się dowiedział, że jego czas minął i że nie ma dla niego eksponowanego stanowiska. To kolejne upokorzenie po tym, jak Kaczyński odmówił mu nominacji na kandydata PiS w wyborach prezydenckich w minionym roku.
Za każdym razem powód jest ten sam. Kaczyński uważa, że sześć lat na fotelu premiera pozbawia Morawieckiego szans na walkę o elektorat radykalny. Chodzi o spore dossier kontrowersyjnych z punktu widzenia twardej prawicy decyzji premiera — konszachty z UE w sprawie sądów, Zielony Ład, pakt klimatyczny, lockdowny w pandemii i pomoc dla Ukraińców. Cóż z tego, że Morawiecki robił wszystko za zgodą lub z inspiracji Kaczyńskiego. Wszak prezes odpowiada tylko za zwycięstwa, klęski są winą innych.
Kaczyński chciałby wymienić Morawieckiego jak obity zderzak, tyle że Morawiecki się nie daje. To nie jest pierwszy lepszy polityk wyniesiony przez Kaczyńskiego na piedestał, a potem strącany. To jest polityk, który jest życiowo i finansowo niezależny, a zatem nie jest zdany na łaskę i niełaskę prezesa.
Dlatego fika. W piątek — dzień przed prezentacją kandydata PiS na premiera — Morawiecki zaprezentował na konferencji swój program gospodarczy. Swój — nie PiS. Mimo nacisków Nowogrodzkiej nie odwołał swej konferencji, którą Kaczyński uznał za próbę zaszkodzenia prezentacji Czarnka. Do Krakowa na Czarnek-show Morawiecki przyjechał, bo musiał — bojkot byłby uznany przez Kaczyńskiego za przekroczenie granicy. Ale uśmiechał się chłodno i ściskał Czarnka niezbyt wylewnie. Próżno było szukać na sali silnej reprezentacji jego "harcerzy".
Ewidentnie uznali, że to stypa. W PiS słyszymy, że takiej nienawiści jak między "maślarzami" a "harcerzami" nie było w partii jeszcze nigdy w jej niemal ćwierćwiekowej historii. Stąd spekulacje, że Morawiecki prędzej czy później wyjdzie z PiS i stworzy własną partię.
Morawiecki nie zamierza karnie podporządkować się decyzjom prezesa
Co prawda Kaczyński oświadczył ze sceny w Krakowie, że wydaje zakaz krytyki przeszłych rządów PiS, co było ukłonem w stronę Morawieckiego i wysłaniem publicznego ostrzeżenia wobec "maślarzy", którzy wieszają psy na jego rządzie, w którym zresztą wszyscy z nich byli. Jednocześnie Kaczyński postawił na Czarnka, który spośród wszystkich "maślarzy" ma najmniej napięte relacje z Morawieckim. Ale niczego to nie zmieni — "maślarze" wyjeżdżają z Krakowa z tarczą, zaś Morawiecki jest pobity.
Mówiąc wprost: po raz kolejny w ostatnich latach Morawiecki dostał jasny sygnał, że nie ma już dla niego przyszłości w PiS. No chyba, że się podporządkuje. Tyle że on podporządkować się decyzjom prezesa nie zamierza. Nie po to zakończył lukratywną karierę bankowca, aby teraz się godzić na rolę statysty w serialu, w którym Kaczyński obsadza w głównych rolach jego wrogów. Prezes woli zdegradować, a nawet stracić Morawieckiego, jeśli pozwoli to odbić nacjonalistycznych wyborców.
Nie kryjemy — zacieramy ręce. Polityczny buldożer Czarnek jako kandydat na premiera, który ma walczyć z Mentzenem, Bosakiem i Braunem oraz chorobliwie ambitny Morawiecki pozbawiony politycznych perspektyw — to gwarancja, że do wyborów będziemy mieli co robić w "Stanie Wyjątkowym".
Prezes NBP pomaga prezydentowi walczyć z rządem. Wymyślili "sejf Nawrockiego"
Donald Tusk skonstatował wybór Czarnka krótkim wpisem w Internecie: "A więc trzy Konfederacje przeciwko nam."
Tusk wydaje się zadowolony, że Kaczyński ma problemy na prawicy i musi się radykalizować. Ale przypominamy, że z nominacji dla Nawrockiego premier też był zadowolony, znając z Gdańska defekty jego biografii. Finał znamy.
Dziś dla Tuska to Nawrocki jest głównym przeciwnikiem, nie zaś Kaczyński. Widać to wyraźnie podczas rozgrywki o unijny program SAFE, w ramach którego Polska pożyczy niemal 44 mld euro, oprocentowane na 3 proc., zaś spłaty zostaną rozłożone na 45 lat. Żeby SAFE w pełni weszło w życie, potrzebny jest podpis Nawrockiego pod ustawą, która wdraża ten program w Polsce. A Nawrocki się nie spieszy. Straszy tym, że Bruksela może przykręcić kurek z miliardami i krytykuje to, że pieniądze pójdą głównie na zakup europejskiego uzbrojenia.
Żeby mieć alibi do weta, zastosował wybieg. Wspierany przez związanego z PiS prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego przedstawił zaskakującą propozycję, którą nazwali "polskim SAFE 0 proc." Chodzi o finansowanie zakupu broni dla polskiej armii przy wykorzystaniu rezerw banku centralnego. Prezydencko-prezesowski plan ma być konkurencją dla unijnego SAFE.
"Mamy dla SAFE konkretną, polską, bezpieczną i suwerenną alternatywę, która nie będzie wiązała się z żadnymi odsetkami finansowymi, więc jest to SAFE 0 proc." — oznajmił Nawrocki. Glapiński mówił mniej, może dlatego, że lepiej rozumie ograniczenia NBP.
Prezydent zna się na procentach. Miał z panem Jerzym od kawalerki lichwiarską umowę
To jest właśnie kluczowe — nie jest jasne, jak Nawrocki z Glapińskim chcą zgodnie z prawem wykorzystać zasoby NBP, żeby wygenerować miliardy na zbrojenie.
"Z żadnej części rezerw nie możemy skorzystać, w tym sensie, że część rezerw zostanie przekazana [rządowi], bo to jest wbrew prawu" — mówił Glapiński, jednocześnie pokazując, co może zrobić. "Na przykład zysk NBP w 95 proc. przekazujemy rządowi. On jest używany w określonym celu. W tym wypadku spodziewamy się, że w celu właśnie wzmacniania polskiej obronności".
Doradca prezydenta Leszek Skiba, były prezes banku PEKAO SA w rządach PiS, twierdzi, że w grę wchodzą dwie opcje. Po pierwsze, NBP sprzedaje część złota ze swych rezerw i natychmiast je odkupuje. To byłaby sprzedaż na chwilę, aby móc wykazać zysk, który podlega wpłacie do budżetu państwa. Po drugie — taka zmiana prawa, aby uwzględnić wzrost wartości złota, znajdującego się w skarbcach NBP. Wówczas bank centralny także wykazałby zysk, który miałby trafić do budżetu państwa.
Narodowy Bank Polski ma w swych rezerwach 550 ton złota. To jeden z wyższych poziomów na świecie, większy od rezerw w Europejskim Banku Centralnym. Wartość sztabek, szacowana w tej chwili na ok. 314 mld zł, ciągle rośnie. Najwięcej polskiego złota przechowywane jest w Banku Anglii w Londynie (250 ton) i w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (195 ton). Pozostałe 105 ton znajduje się w skarbcach NBP.
W programie "złotych operacji" Nawrockiego i Glapińskiego jest kilka niewiadomych. Po pierwsze, od zmiany władzy NBP wykazuje wyłącznie straty, w sumie już jakieś 100 mld zł w latach 2022-2025. Dla jasności — rząd jest przekonany, że Glapiński celowo zaniża wyniki finansowe, żeby nie przelewać miliardów do budżetu. Za rządów PiS Glapiński wpłacił do rządowej kasy kilkadziesiąt miliardów zł — wtedy NBP przynosił zyski.
Po drugie Glapiński nie zaproponował operacji wygenerowania kasy na zbrojenia po wybuchu wojny w Ukrainie, gdy rząd PiS kupował broń w Korei, biorąc na to kredyt oprocentowany na ok. 6 proc. Po trzecie, nie ma kredytów na 0 proc. — nawet jeśli Glapiński wykona szacher-macher ze złotem, to i tak wygenerowany w ten sposób pieniądz będzie kosztował.
Może Nawrocki nie jest rekinem finansjery, ale powinien to rozumieć. Wszak zna się na procentach — miał z panem Jerzym od kawalerki lichwiarską umowę, wedle której pożyczył mu pieniądze na 20 proc. rocznie.
Premier stosuje dwa triki wobec "sejfu Nawrockiego"
Rząd doskonale rozumie, że prezydent szuka sobie alibi do weta. Ale wie też, że nie może wprost wykluczyć rozmów na temat "sejfu Nawrockiego", bo większość wyborców nie rozumie procesów ekonomicznych, więc może wierzyć, że da się "sprzedać złoto" ze skarbców NBP i kupić za to broń.
Dlatego premier i wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz stosują dwa triki. Deklarują, że chętnie wprowadzą w życie cudowne finansowe perpetuum mobile tandemu Nawrocki-Glapiński, tylko czekają na szczegóły. I dodają, że sumie byłoby fajnie, żeby prezes z prezydentem dorzucili drugie SAFE, bo jest lista rezerwowa projektów zbrojeniowych warta prawie 80 mld zł, które nie załapały się na unijny SAFE. I chcą słać tę listę Nawrockiemu, żeby je sfinansować z jego "sejfu", którego nie ma.
We wtorek mają się odbyć konsultacje prezydenta i prezesa NBP z premierem i wicepremierem. Ale nikt w rządzie nie wierzy, że "sejf Nawrockiego" wypali, że będzie oprocentowany na 0 proc., i że kasa na zakupy pojawi się szybko. Pewne jest tylko weto.
Rząd nie daruje Glapińskiemu, że dał alibi do weta Nawrockiemu. Oto plan zemsty
Publicznie okazując ostrożne zainteresowanie złotą żonglerką Glapińskiego, rząd nie zamierza mu podarować tego, że dał alibi Nawrockiemu. Upokorzenie przyjdzie już w najbliższym czasie. Otóż dokładnie dziś kończy się kadencja jego zaufanej współpracowniczki, pierwszej wiceprezes NBP Marty Kightley.
Teoretycznie mogłaby pozostać w zarządzie NBP na kolejne sześć lat, lecz w praktyce nie jest to proste. Owszem, Glapiński skierował do prezydenta wniosek o powołanie jej na drugą kadencję, ale konieczna jest do tego także zgoda premiera — tzw. kontrasygnata.
Marta Kightley odgrywa w NBP wyjątkową rolę. Jest nie tylko prawą ręką "Glapy". Jako pierwsza wiceprezes zatwierdza wszystkie jego wydatki, czyli rozlicza prezesowi bizancjum, które prezes kocha. Brak Kightley oznaczałby dla "Glapy" wstrząs.
Dlatego też kilka miesięcy temu Glapiński rozpoczął zabiegi o poparcie u ministra finansów Andrzeja Domańskiego, który ma bezpośredni dostęp do premiera. Jednocześnie Glapiński udowadniał, że potrafi się odwdzięczyć. Choć kondycja finansów publicznych budzi poważne obawy, Glapiński złagodził stanowisko NBP w sprawie projektu budżetu państwa.
Wysyłał do premiera sygnały, że jeśli dostanie kontrasygnatę, to ograniczy krytykę rządu na rynkach finansowych, a politykę monetarną będzie starał się kształtować w Radzie Polityki Pieniężnej w sposób jak najmniej dotkliwy dla rządu. Skonfliktował się nawet z tego powodu z pozostałymi członkami zarządu NBP, którzy są związani z PiS.
Rząd był się gotowy dogadać z "Glapą". Premier przestał nawet mówić o postawieniu go przed Trybunałem Stanu za to, że za rządów PiS nie pilnował stabilności złotego, tylko pomagał swym politycznym kumplom, wykorzystując pozycję NBP.
Porozumienie w sprawie Kightley było naprawdę blisko. Dlatego konferencja Glapińskiego z Nawrockim, na którym prezes NBP dał prezydentowi amunicję do antyrządowego weta, była dla ministrów szokiem. Uznali, że to zerwanie nieformalnej umowy. W rewanżu premier nie będzie się spieszył z kontrasygnatą. Niech pan Adam spróbuje życia bez pani Marty.
Co więcej — premier nie będzie dawał kontrasygnaty dla nominacji innych członków zarządu. W tym roku kadencje kończy dwóch z nich — 1 marca odszedł były szef ABW Piotr Pogonowski, zaś jesienią kończy się kadencja Adama Lipińskiego, byłego wiceprezesa PiS. Właśnie wtedy zarząd NBP znajdzie się w sytuacji sprzecznej z ustawą o banku centralnym, która zdecyduje, że zarząd składa się z 6-8 członków, z czego dwójka jest wiceprezesami. Wówczas się okaże, czy sejf Nawrockiego wygra z potrzebami życiowymi Glapińskiego.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Przemysław Czarnek został wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego jako kandydat PiS na premiera, co wzmocni frakcję radykalnych "maślarzy".
- Kaczyński stawia na walkę z Konfederacją i Grzegorzem Braunem, nawet kosztem rozłamu w PiS, do czego nie przyczyni się Mateusz Morawiecki.
- Morawiecki, mimo odrzucenia swojej nominacji na premiera, nie zamierza podporządkować się Kaczyńskiemu, co może prowadzić do jego odejścia z PiS.
- Prezydent Nawrocki przygotowuje plan "sejfu Nawrockiego" jako alternatywę dla unijnego programu SAFE, co podważa plany rządu.
- Konflikt między rządem a NBP, kierowanym przez Adama Glapińskiego, prowadzi do napięć i możliwych represji w odniesieniu do jego współpracowników.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz