"Stan Wyjątkowy". Kaczyński topi Morawieckiego. Żurek chce okiwać Nawrockiego. Hołownia traci pół partii
Mówiąc szczerze, twórcy słuchowiska politycznego "Stan Wyjątkowy" nie wierzą, że Jarosław Kaczyński ma już w głowie jedno nazwisko kandydata PiS na premiera. Bawi nas, gdy prezes mówi, że już wie, ale jeszcze nie powie. No to my powiemy — Kaczyński rozważa Tobiasza Bocheńskiego lub Przemysława Czarnka. I, mówiąc szczerze, niezbyt to nas porusza. Z jednego powodu — prezes zachowuje się, jakby nie rozumiał, że skończyły się czasy, gdy to on jednoosobowo wskazywał kandydata na premiera. Dziś scena polityczna wygląda inaczej — Kaczyński traci wpływy na prawicy kosztem Konfederacji i Korony Brauna. Najpierw więc PiS musi dobrze wypaść w wyborach, potem znaleźć koalicjantów, a dopiero w finale ustalić z nimi nazwisko premiera — a do tego droga daleka. Komunikatu Kaczyńskiego nie można jednak lekceważyć. I nie chodzi tu o namaszczenie Bocheńskiego czy Czarnka, tylko topienie Mateusza Morawieckiego. Prezes otóż jednoznacznie dał do zrozumienia, że dla Morawieckiego nie widzi miejsca na czele rządu PiS w razie powrotu do władzy. Ten komunikat to polityczny sygnał dla Morawieckiego i jego frakcji "harcerzy", że w PiS nic dobrego już ich nie czeka. I właśnie to może mieć kolosalne konsekwencje dla sceny politycznej — łącznie z ich wyjściem z PiS.
To był prawdziwy cyrk. Przez ostatnie dni politycy PiS z rozmaitych frakcji rozpuszczali wici, że Jarosław Kaczyński wygłosi ważne oświadczenie w Radiu Maryja. Napięcie było tak duże, jakby prezes miał ogłosić swoją abdykację. Okazało się, że sprawa jest bardziej banalna.
Prezes orzekł: "Kanwą sporów Prawie i Sprawiedliwości jest kwestia kandydata na premiera. To musi być kandydat, który pozwoli wygrać wybory, który będzie nawet lokomotywą wyborczą. Nie ukrywam, że już we własnej głowie czy — jak to się też mówi — w sercu, in pectore, wyboru dokonałem. Nie będę teraz mówił, o kogo chodzi, ale ten wybór już został wykonany. Po prostu jest ktoś, kto wydaje się odpowiadać tym wymogom, które dzisiaj są, a które dotyczą odpowiedniego zwrócenia się do prawicowego, patriotycznego elektoratu. Tutaj w wielkiej mierze chodzi o to, żeby nie mieć obciążeń wobec tego typu elektoratu, bo o taki elektorat po prostu walczymy, o jego możliwie najdalej idące zjednoczenie poprzez Prawo i Sprawiedliwość."
Swoją drogą to, że Kaczyński wystąpił w Radiu Maryja — i to przez telefon — w takiej ważnej dla partii sprawie, miało być także ostrzeżeniem dla prawicowych telewizji: Republiki i wPolsce. Prezes jest naprawdę urażony tym, że informują o wojenkach w PiS — a przecież powinny na ten temat milczeć, za to wychwalać geniusz strategiczny prezesa w trybie 24/7. Kaczyński naprawdę nie rozumie, że przestał być epicentrum prawicowego wszechświata.
W całym wystąpieniu Kaczyńskiego ten jeden fragment ma polityczną wagę
Wróćmy do wywiadu. "Każdy, kto dobrze życzy Polsce, zdaje sobie sprawę z tego, co się dzisiaj dzieje w kraju, w jakim kierunku idą różne wydarzenia w Unii Europejskiej. Kandydat musi to brać pod uwagę. Jeżeli nie bierze, to znaczy, że stawia własne interesy, własne ambicje ponad to, co jest interesem wspólnym. Partia nie jest po to, żeby działać dla interesów swoich członków, tylko jest po to, żeby działać w interesie naszego kraju. Mam takie wrażenie, że nie wszyscy w partii to rozumieją, że dzisiaj różnego rodzaju zasługi, których ja nie kwestionuję, zdolności rzeczywiście wybitne, nie mogą być tym, co jest jedyną przesłanką wyboru".
W całym wystąpieniu Kaczyńskiego ten jeden fragment ma polityczną wagę — reszta to na razie opowieści z mchu i paproci. To jest przesłanie skierowane wprost do Mateusza Morawieckiego. Mówiąc wprost: tymi słowami Kaczyński dał Morawieckiemu czarną polewkę. Nie pierwszy zresztą raz. Wcześniej prezes krytykował Morawieckiego za to, że wprowadził swych ludzi do Parlamentu Europejskiego kosztem jego kandydatów. I nie dał mu nominacji w wyborach prezydenckich. Pytanie, czy ta najnowsza brunatna polewka nie jest ostatnia.
Spójrzmy na sytuację Morawieckiego. Nawet jeśli wygląda jeszcze relatywnie młodo, to zbliża się do 60-tki. Jako były premier jest rozpoznawalny i wciąż ma niezłe sondaże. Jednocześnie dostał sygnał, że w PiS już nic dobrego go nie czeka, zaś prezesowskimi kandydatami na premiera będą Bocheński lub Czarnek z wrogiej mu frakcji "maślarzy". To ci sami "maślarze", którzy chcą Morawieckiego wykończyć. Nawet jeśli prezesowi nie uda się ostatecznie obsadzić "maślarza" w fotelu premiera, to samo planowanie takiego rozwiązania pokazuje, że Kaczyński jest gotów zgodzić się na unicestwienie Morawieckiego i jego ludzi. A to ma konkretne polityczne znaczenie. Do twórców "Stanu Wyjątkowego" od kilku tygodni docierają informacje, że Morawiecki "coś planuje".
To może być blef, element nacisku na Kaczyńskiego. Ale równie dobrze Morawiecki może przygotowywać wariant awaryjny na wypadek, gdy w PiS zrobi się dla niego za mało miejsca.
Widowiskowy jest przykład Beaty Szydło. W latach 2015-17 była uwielbianą przez elektorat i sporą część partii premierką. Ale Kaczyńskiego irytowała. Przyłożył do tego rękę Morawiecki, który jako wicepremier snuł przed Kaczyńskim dalekosiężne, ambitne wizje rozwoju kraju — których początkiem musiało być rzecz jasna jego premierostwo. W efekcie Kaczyński odstrzelił Szydło. Była premierka przyjęła to potulnie — i dziś jest politycznie skończona, bo przegapiła moment, gdy mogła postawić się Kaczyńskiemu.
Morawiecki jest dziś w analogicznej sytuacji. Donoszą na niego "maślarze", a Kaczyński chce go zdegradować. Jeśli nie zareaguje, to zepchnięty na partyjny margines będzie coraz mniej znaczył. Jeśli z kolei chce zdyskontować swą rozpoznawalność i popularność w części elektoratu, musi to zrobić jak najszybciej.
Rozpad PiS? Za wcześnie o tym mówić, ale jednocześnie — po raz pierwszy od ponad dekady — nie można tego wykluczyć. Morawiecki jeździ po Polsce, liczy swą frakcję i sonduje nastroje wśród wyborców PiS
Rozpada się Polska 2050 Szymona Hołowni. Gnicie zaczęło się w kampanii prezydenckiej, w której Hołownia stał się narzędziem PiS
W partii konflikt tlił się od kampanii prezydenckiej, w której Hołownia atakował Rafała Trzaskowskiego, przyczyniając się do jego klęski. Dziś już wiadomo, że w kampanii Hołownia był pod wpływem Michała Kamińskiego — oficjalnie senatora z ramienia PSL, w praktyce dawnego pisowca, który po cichu wznowił współpracę ze swym wieloletnim kumplem, spin doktorem PiS Adamem Bielanem.
W kampanii Hołownia stał się marionetką Kamińskiego i Bielana, którzy pracowali dla Karola Nawrockiego. Odpowiednio łechcąc przerośnięte ego Hołowni, stworzyli z niego w kampanii narzędzie do ataków na Trzaskowskiego. A po wyborach zwabili na kolację z Kaczyńskim, by zobowiązał się, że jako marszałek Sejmu zaprzysięgnie Nawrockiego na prezydenta. Potajemne biesiady z Kaczyńskim, którego latami Hołownia odsądzał od czci i wiary, wstrząsnęły większością posłów Polski 2050.
Ale sprawy przyspieszyły po tym, gdy Hołownia zrezygnował z szefostwa partii, a na nową liderkę wybrana została minimalną większością jego faworytka — ministra funduszy Katarzyna Pełczyńskiej-Nałęcz. Otwarty konflikt ujawnił się w minionym tygodniu, gdy przeciwnicy nowej liderki podjęli próbę odwołania szefa klubu parlamentarnego Polski 2050 Pawła Śliza, uznawanego za jej sojusznika.
Śliz, obawiając się utraty stanowiska, zdecydował się przerwać posiedzenie klubu. Wsparcia udzieliła mu Pełczyńska-Nałęcz, która zwołała Radę Krajową partii. Podczas obrad — minimalną przewagą jednego głosu — przeforsowała uchwałę wprowadzającą zakaz zmian personalnych w klubie.
Uchwała doprowadziła do jeszcze większej eskalacji. Posłowie krytyczni wobec Pełczyńskiej-Nałęcz uznali, że to kneblowanie im ust i koniec demokracji w klubie. A tak naprawdę zrozumieli, że nie są już w stanie odbić partii z twardych rąk Pełczyńskiej.
Jako jeden z pierwszych rzucił partyjną legitymacją Michał Kobosko — przez lata najbliższy człowiek Szymona Hołowni. Stał za Hołownią, gdy po raz pierwszy kandydował on na prezydenta w 2020 r., potem razem budowali partię (Kobosko był jej pierwszym przewodniczącym, a potem zastępcą przewodniczącego, którym został Hołownia).
Akt oskarżenia Koboski wobec Hołowni i Pełczyńskiej-Nałęcz: prywatyzacja partii, nieprzejrzyste finanse, próby wysadzenia koalicji
Oświadczenie, które Kobosko wydał wraz z rezygnacją, to najlepsze podsumowanie konfliktu — i dowód na totalny upadek Polski 2050.
"Ten kryzys nie zaczął się rzecz jasna ani wczoraj ani tydzień temu. W czerwcu 2024 r. po wyborze na jedynego posła PL2050 w Parlamencie Europejskim i na wyraźną prośbę Szymona Hołowni zrzekłem się roli członka Zarządu Krajowego partii. Moją rolę jako I wiceprzewodniczącego przejęła promowana przez Szymona Hołownię Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Jak się szybko okazało, pan marszałek oddał pani minister całkowicie stery w ugrupowaniu. Od tego momentu nastąpiła faktyczna prywatyzacja partii przez panią minister i krąg jej współpracowników, najczęściej osób po prostu zawdzięczających jej stanowiska w administracji centralnej i regionalnej. Finanse partii stały się mocno nieprzejrzyste, docierały do nas informacje o dziesiątkach tysięcy złotych wypłacanych co miesiąc na nieznane, nieweryfikowalne cele. Próby zrobienia audytu finansowego okazywały się nieskuteczne, a kolejne podnoszone wątpliwości w tym zakresie były ignorowane i bagatelizowane. Komunikacja partii zaczęła być wyłącznym narzędziem promocji działań Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz".
Zaatakował też Hołownię, który po tym jak pochopnie zrezygnował z szefostwa partii, próbował zablokować wybory nowych władz i szantażował wyprowadzeniem z koalicji grupy swych najwierniejszych posłów, zwanych "szymonitami".
"Ostatnie akordy w tym cyklu to ośmieszające nas wszystkich i wysoce podejrzane zdarzenia na drodze do wyboru Przewodniczącej partii, skandaliczne i nielegalne próby wysadzenia w powietrze procesu wyborczego w partii (...), niedopuszczalny szantaż w trakcie procesu wyborczego i straszenie wyprowadzeniem kilkunastu posłów z Klubu przez byłego przewodniczącego partii. Za bardzo poważny fakt uznaję zmasowany wylew hejtu i gróźb skierowany przeciw sygnalistce, posłance Klubu, która odważyła się ujawnić ten szykowany na początku stycznia wewnętrzny zamach stanu [chodzi o Aleksandrę Leo — przyp. SW]. Za mniej poważny fakt, choć też zauważony publicznie, uznaję personalny atak byłego Przewodniczącego na mnie, oskarżanie mnie o zdradę, porównania do Brutusa. Za co? Za to, że ośmieliłem się spotkać z premierem, liderem koalicji rządowej, której Polska 2050 jest jeszcze członkiem. Nie z liderem wrogiego obozu, nie po nocy, nie po kryjomu — tylko oficjalnie, w godzinach urzędowania, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Uważam te zarzuty za głęboko niesprawiedliwe, niczym nie poparte. Ich postawienie świadczyło o postępującym kryzysie przywódcy i przywództwa w partii.(…) Wielkim skandalem są wydarzenia z ostatniego tygodnia wokół Klubu Parlamentarnego Polski 2050. Przewodniczący Klubu w strachu przed swoim zasłużonym odwołaniem przez kilka dni posiedzenia Sejmu łamał regulamin Klubu odmawiając niezwłocznego zwoływania Klubu na pisemny wniosek grupy naszych parlamentarzystów — byle tylko wydłużyć okres swojej już czysto iluzorycznej władzy. Ponieważ tak się nie da długo w Sejmie RP funkcjonować, naprędce, w środku nocy zwołano z 2,5-dniowym wyprzedzeniem (niezgodnym ze Statutem partii) posiedzenie Rady Krajowej partii na sobotę 14 lutego 2026 r. Ta rada dostała jedno zadanie: zabetonowania status-quo, czyli usunięcia mechanizmów demokratycznych w organizacji. (...). Takie działania, zaproponowanie i przegłosowanie, takiej uchwały, określam wprost jako próbę wprowadzenia w partii dyktatury. Czymże to się różni od standardów Orbana czy nawet Łukaszenki? Nie znajduję wielu różnic. (…) Niektórzy powiedzą, że nad historią PL2050 można by już z ulgą zamknąć wieko. Ale sprawa jest jednak dalece bardziej poważna. Tu nie chodzi o losy jednej "małej partyjki". Tu chodzi o stabilność i dalsze funkcjonowanie koalicji rządowej, która bez PL2050 utraciłaby większość w Sejmie, co musiałoby się skończyć groźnymi dla Polski wyborami przedterminowymi. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz chce uczynić z premiera Donalda Tuska zakładnika swoich działań. Chce go straszyć i szantażować. Mam nadzieję, że premier takim szantażom nie ulegnie".
Na pozór klub Polski 2050 się podzielił na pół, ale w rzeczywistości to bardziej skomplikowane złamanie
Tuż po tym, gdy Kobosko opisał schyłek Polski 2050 w partii doszło do pęknięcia. Na pozór klub się podzielił na pół, ale w rzeczywistości to bardziej skomplikowane złamanie. Z jednej strony liczący 31 osób klub opuściło 16 posłów. Z tego grona 14 osób — w tym Paulina Hennig-Kloska, Aleksandra Leo, Ryszard Petru i Mirosław Suchoń — stworzyło własny klub o nazwie Centrum, do którego dołączyła posłanka Izabela Bodnar, która z Polski 2050 odeszła latem minionego roku po konflikcie z Hołownią. W klubie Centrum jest ponadto trzech z pięciu senatorów z Polski 2050.
Dwójka znanych posłów — Joanna Mucha, była wiceministra edukacji oraz Paweł Zalewski, wiceminister obrony — odeszła z Polski 2050, ale pozostała niezrzeszona. Podobnie postąpił senator Mirosław Różański, emerytowany generał, były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych.
W Polsce 2050 zostało 15 posłów i jeden senator, w tym Hołownia. Ale przede wszystkim został szyld i kasa — rocznie prawie 8 mln zł państwowej subwencji. To wiano, które można wnieść do koalicji przed wyborami w 2027 r. Z kim ta koalicja? A może znów z PSL, które rozgląda się za kolejnym partnerem, który pomoże w przekroczeniu progu wyborczego? A może z Mateuszem Morawieckim, coraz mocniej wypychanym z PiS?
Wojna między byłymi i obecnymi politykami Polski 2050 może się stać jednym z głównych problemów premiera
Kluczowe jest to, że rozłam i agonia Polski 2050 nie zagraża koalicyjnej większości. Tak się składa, że jedną z osi podziału w partii jest stosunek do Donalda Tuska i wspólnych rządów z KO. Przy czym to Pełczyńska-Nałęcz i jej stronnicy są bardziej sceptyczni wobec koalicji. Z kolei posłowie, którzy odeszli z Polski 2050, są bardziej lojalni wobec Tuska i KO. A zatem rozłam w partii nie oznacza rozłamu w koalicji.
Podział w Polsce 2050 może jednak doprowadzić do zasadniczych przetasowań w rządzie. Skoro buntownicy utworzyli klub, to spada znaczenie Polski 2050 w koalicji i maleją niemal do zera szanse Pełczyńskiej-Nałęcz na fotel wicepremierki, o który od miesięcy zabiega u premiera.
Co więcej — przedstawiciele nowego klubu mogą oczekiwać nowego rozdania stanowisk w koalicji, tak aby wprowadzić do rządu swoich ludzi na część miejsc należnych dotąd Polsce 2050. Jeszcze jedno. Oba kluby — Polska 2050 i Centrum — liczą po piętnaścioro posłów. To minimalna wymagana liczba posłów, żeby mieć własny klub. Twórcy "Stanu Wyjątkowego" już słyszą, że między Centrum a Polską 2050 pojawią się próby wrogich przejęć pojedynczych posłów, tak aby wzajemnie rozbijać sobie kluby.
Wojna między byłymi i obecnymi politykami Polski 2050 może się stać jednym z głównych problemów premiera. Tym bardziej, że koalicja ma niewielką przewagę w Sejmie i premier nie może sobie pozwolić na usunięcie z koalicji ani partii Pełczyńskiej-Nałęcz ani tych, którzy odeszli z Polski 2050.
Nawrocki chce wsadzać do więzienia za kwestionowanie tego, że jest prezydentem
To było pewne — prezydent zawetował ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa. KRS to kluczowa instytucja w sądownictwie — wybiera kandydatów na sędziów i opiniuje sędziowskie awanse. Przed dojściem PiS do władzy większość składu KRS wskazywana była przez środowiska sędziowskie. W 2018 r. PiS zmienił te zasady — sędziowie do KRS zaczęli być wybierani przez Sejm. W ten sposób w KRS znaleźli się wyłącznie sędziowie kojarzeni z PiS. Obecna władza takiej KRS nie uznaje, zwąc ją neoKRS, zaś sędziów przez nią wskazanych — neosędziami.
W zawetowanej ustawie minister sprawiedliwości Waldemar Żurek proponował, aby sędziowie wybrali swoich reprezentantów do KRS w powszechnych i tajnych wyborach, kontrolowanych przez Państwową Komisję Wyborczą. Kandydować mogliby sędziowie z co najmniej 10-letnim stażem orzeczniczym i 5-letnim stażem w danym sądzie, co otwierało drogę także części neosędziów.
Zdaniem koalicji rządzącej takie wybory odpolityczniłoby KRS. Zdaniem pana prezydenta — wręcz przeciwnie, czyli pan prezydent zakłada, że w głosowaniu całego środowiska sędziowskiego sędziowie związani z PiS nie mają szans na wybór.
Pan prezydent był łaskaw przedstawić w zamian swój projekt, zwany dumnie "ustawą o przywróceniu prawa do sądu oraz rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki". Projekt dla Nawrockiego napisał nadworny adwokat polityków PiS, działacz Ordo Iuris Bartosz Lewandowski. Mecenas nie chwali się tym publicznie, zapewne z wrodzonej skromności.
Kluczowe zapisy idą w duchu wojowniczego charakteru pana prezydenta — za kwestionowanie statusu neosędziów pan prezydent chciałby wsadzać do paki nawet na 10 lat. Za nieuznawanie prezydenta za prezydenta — 10 lat. Ba, za kwestionowanie wszelkich urzędów i instytucji zajmowanych przez PiS — Trybunału Konstytucyjnego, KRS oraz Trybunału Stanu — także do 10 lat. No i za podważanie "wydawanych przez te organy aktów lub orzeczeń lub dokonywanych przez te organy innych konstytucyjnych lub ustawowych czynności" — też do 10 lat. Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty wysłał ten projekt do Komisji Weneckiej, zajmującej się analizą systemów konstytucyjnych — czym w praktyce wyrzucił go do kosza.
Nawrocki może masowo odmówić nominacji sędziowskich
Po wecie Nawrockiego obóz władzy musi wybrać KRS bazując na przepisach z czasów PiS, które uważa za niekonstytucyjne. Kadencja obecnej, kontrolowanej przez prawicę KRS kończy się w połowie maja. Do tego czasu minister Żurek chce obejść weto. Zamierza i tak zorganizować wybory wśród sędziów. Gwarantuje jednocześnie, że koalicja poprze w głosowaniu sejmowym kandydatów do KRS, wyłonionych przez środowisko sędziowskie. W takim wariancie posłowie jedynie zatwierdziliby wynik głosowania przeprowadzonego przez samych sędziów.
Mogłoby się wydawać, że to sprytnych ruch. Ale w praktyce takie rozwiązanie może się Żurkowi nie udać. Nie wiadomo, czy prezesi wszystkich sądów w Polsce zorganizują takie "wybory", skoro nie ma przepisów, które określają taką procedurę. Szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki już zapowiada: "Nie ma podstawy prawnej do przeprowadzania swoistego plebiscytu wśród sędziów, który miałby być organizowany przez prezesów sądów. Tego rodzaju działanie w sposób oczywisty będzie bezprawne."
To otwarta groźba, że Nawrocki może nie uznać tak wybranej Krajowej Rady Sądownictwa. Prezydent nie może co prawda zablokować samego wyboru członków do KRS. Ale może nie dawać nominacji i awansów sędziowskich prawnikom rekomendowanym przez nową KRS, wybraną pośrednio przez środowisko sędziowskie. Gdyby tak się stało, to w Polsce przestaną być powoływani nowi sędziowie, przez co kryzys w wymiarze sprawiedliwości osiągnie wymiar dotąd niespotykany.
Swoją drogą — wedle logiki Nawrockiego kwestionowanie KRS narażać go powinno na 10 lat odsiadki.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Jarosław Kaczyński zapowiedział, że już wybrał podejrzewanego kandydata PiS na premiera, nie precyzując jednak nazwy. Rozważane są takie osoby jak Tobiasz Bocheński i Przemysław Czarnek.
- Kaczyński wysłał jasny sygnał do Mateusza Morawieckiego, sugerując, że nie ma dla niego miejsca na czołowej pozycji w przyszłym rządzie PiS.
- Polska 2050 Szymona Hołowni przeżywa kryzys, związany z wewnętrznymi konfliktami i oskarżeniami o brak przejrzystości finansowej.
- Konflikt w partii prowadzi do podziałów, a część posłów utworzyła nowy klub parlamentarny o nazwie Centrum.
- Prezydent Nawrocki weto odnośnie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, co prowadzi do eskalacji napięć w polityce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz