"Stan Wyjątkowy". Kibole wypowiadają wojnę Nawrockiemu. Bogucki wpakował prezydenta na minę. Tusk bada aferę w Kłodzku
Wydawało nam się, że nie ma trwalszych przyjaźni, niż te zadzierzgnięte podczas kibolskich ustawek. Wszak danie komuś po twarzy w lesie można uznać za rodzaj specyficznego dotyku. A dotyk zbliża ludzi. Dlatego też odkąd w kampanii dowiedzieliśmy się, że Karol Nawrocki tłukł się na leśnych duktach z wszelkiej maści kibolami, dresiarzami i koksiarzami, to zakładaliśmy, że ten pisany braterską krwią sojusz przetrwa do końca — naszego lub ich. Przetrwał raptem pół roku prezydentury. Powiedzieć, że na naszych oczach kibolska arystokracja obraziła się na Nawrockiego, to nic nie powiedzieć. Prezydent jest obrażany i lżony na stadionach w całej Polsce.
Właśnie oglądamy na żywo serial zatytułowany "O jedno weto za daleko" — kibole są wściekli, że prezydent zawetował kodeks postępowania karnego, który jest dla nich ważniejszy od Biblii.
Z biblijnych grzechów idzie się wyspowiadać — choćby u prezydenckiego kapelana ks. Jarosława Wąsowicza, któren też kibol. A za przewinienia karne idzie się do paki. I o ile Nawrocki mógł napinać swe bicepsy tudzież tricepsy, wetując beztrosko i hurtowo kolejne ustawy rządu Tuska, to akurat weto antykibolskie będzie go kosztować bardzo dużo.
Karol Nawrocki i ks. Wąsowicz, 4.09.2023
Jak ustalili twórcy słuchowiska politycznego "Stan Wyjątkowy" Andrzej Stankiewicz i Jacek Gądek, w tarapaty wpakował prezydenta szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki. Właśnie on zalecił weto, nie zdając sobie sprawy, że to cios w towarzyszy leśnych wojaży Nawrockiego.
eraz złotousty minister rozpaczliwie próbuje wybrnąć z sytuacji, miotając wszem wobec ciężkie oskarżenia. W minionym tygodniu oskarżał o aborcję i pedofilię, ale mamy wrażenie, że dopiero się rozkręca.
Zbigniew Bogucki
Trybuny, które jeszcze chwilę wcześniej żyły pronawrockimi emocjami, zaczęły pulsować gniewem
Gdy opinia publiczna z zapartym tchem śledziła decyzję Karol Nawrocki o zawetowaniu ustawy wdrażającej w Polsce unijny program finansowania zakupów broni SAFE, w środowiskach kibicowskich narastały zupełnie inne emocje. Nie dotyczyły bezpieczeństwa państwa, polityki obronnej i relacji z Unią Europejską. Dotyczyły aresztów, świadków koronnych i owoców zatrutego drzewa.
Bo tak się złożyło, że niemal równolegle do decyzji dotyczącej SAFE, Nawrocki zdecydował się na jeszcze jedno weto — mniej medialne, ale dla liderów środowiska kibolskiego znacznie istotniejsze.
Chodziło o nowelizację kodeksu postępowania karnego (KPK), która miała ograniczyć dominującą pozycję prokuratury i wprowadzić większą równowagę między stronami śledztwa. W praktyce zmiany oznaczały utrudnienie pracy prokuratorów, a jednocześnie — otwierały większe pole manewru dla podejrzanych i oskarżonych. Ponieważ liderzy kiboli często mają problemy z prawem — a część z nich to po prostu kryminaliści i recydywiści — to zmiany w KPK są dla nich kwestią egzystencjalną. Mogą zdecydować o tym, czy dostaną zarzuty, czy może się wywiną, czy trafią do aresztu, czy też nie.
Dlatego w środowisku kibicowskim decyzja Nawrockiego o wecie do KPK została odebrana jako zamknięcie furtki, która mogła ułatwić wyjście z poważnych kłopotów prawnych.
Reakcja była natychmiastowa i gwałtowna. Trybuny, które jeszcze chwilę wcześniej żyły pronawrockimi emocjami, zaczęły pulsować gniewem. W mediach społecznościowych i na forach kibicowskich zawrzało. Dla wielu kibiców ich dawny kolega uderzył we własny matecznik.
Pierwsze było Zabrze. 15 marca — zaledwie kilkadziesiąt godzin po ogłoszeniu weta — Nawrocki pojawił się na meczu Górnika z Rakowem Częstochowa. Po raz pierwszy w swej kadencji zamiast przyjaznego przyjęcia usłyszał gwizdy.
Wtedy jeszcze pisowska propaganda próbowała tuszować sprawę. Dziennikarzom, którzy informowali o gwizdach — w tym reporterom redakcji Przeglądu Sportowego Onet — zarzucano kłamstwa. Byli hejtowani i wyzywani. Wtłaczana w głowy użytkowników mediów społecznościowych wersja była taka, że kibice w rzeczywistości nie gwizdali na Nawrockiego, lecz na prezydenta Zabrza — Kamila Żbikowskiego. Dziś wiemy, że to były kłamstwa. I wiemy, że Kancelaria Prezydenta po Zabrzu zrozumiała swój błąd.
Po tych pierwszych sygnałach niezadowolenia kibiców w otoczeniu Nawrockiego zapanowało wyraźne napięcie. Ministrowie z Kancelarii Prezydenta w popłochu zaczęli wstecznie szukać argumentów na uzasadnienie weta, którym Pierwszy Kibic ułatwił drogę za kraty wielu stadionowym ziomalom.
Areszt, świadkowie koronni i zatrute drzewo
Sprawdźmy więc, co podobało się kibolom w rządowej nowelizacji KPK. Najpierw kluczowa uwaga — nowelizacja miała być odejściem od zmian wprowadzonych za rządów PiS przez Zbigniewa Ziobrę. Już samo to powinno było zapalić lampki ostrzegawcze w głowach Nawrockiego i jego ludzi. Tak się składa, że kibole — choć prawicowi — to nie cierpią Ziobry i solennie go wyzywali, gdy zwiał na Węgry.
Zbigniew Ziobro i Viktor Orban
Skoro zatem rząd wycofywał i łagodził twórczość Ziobry, to prezydent i jego ministrowie powinni zdawać sobie sprawę, że kibolom się to spodoba. Rzeczywiście — liderzy grup kibicowskich z dużą uwagą i nadzieją śledzili prace nad nowelizacją.
Projekt zawierał rozwiązania, które mogły realnie zmienić reguły gry podczas śledztwa. Jedna z najważniejszych zmian dotyczyła zmiany zasad przyznawania statusu tzw. małych świadków koronnych, w żargonie określanych jako "sześćdziesiątki" — od art. 60 kodeksu karnego. Przepis ten od lat stanowi jedno z kluczowych narzędzi rozbijania zorganizowanych grup przestępczych: skruszony przestępca, który zdecyduje się współpracować ze śledczymi i obciążyć kumpli, może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary, a czasem nawet jej zawieszenie.
To właśnie dzięki takim zeznaniom służby rozbijały kibolskie gangi. Na współpracę zdecydowali się m.in. Paweł M. ps. "Misiek", były lider bojówki Wisły Kraków, Piotr G., Łukasz B. ps. "Baluś" związany ze środowiskiem Ruchu Chorzów czy Robert P. ps. "Kris", kibic Górnika Zabrze. Ich zeznania miały ogromną wagę — i jednocześnie budziły wściekłość wśród dawnych towarzyszy.
"Misiek", lider krakowskich pseudokibiców
Nowelizacja zakładała istotną zmianę: ograniczenie roli prokuratora w tym procesie. W tej chwili to od niego zależy, kto i czy dostanie status "sześćdziesiątki", bo to on dogaduje się z delikwentem, wyciąga od niego zeznania i w zamian za to składa wniosek do sądu o przyznanie "małej korony". Po zmianach to nie prokurator miałby decydujący wpływ na przyznanie statusu świadka koronnego — sąd mógłby podjąć taką decyzję samodzielnie, nie oglądając się na to, co prokurator chce wycisnąć ze skruszonego gangstera. W praktyce oznaczałoby to odebranie prokuraturze jednego z najważniejszych narzędzi nacisku — możliwości negocjowania zeznań w zamian za łagodniejsze traktowanie.
Kolejnym przełomowym elementem był planowany zakaz wykorzystywania tzw. "owoców zatrutego drzewa", czyli dowodów zdobytych z naruszeniem prawa. Chodziło o materiały pozyskane np. w wyniku nielegalnych przeszukań czy inwigilacji prowadzonej bez zgody sądu. Obecnie takie dowody mogą być wykorzystywane w procesie karnym, co od lat budzi kontrowersje. Nowelizacja miała to zmienić — wszystko, co zdobyto nielegalnie, miałoby być automatycznie eliminowane z materiału dowodowego.
Projekt przewidywał także wyraźne ograniczenie stosowania tymczasowego aresztu. W przypadku najpoważniejszych przestępstw jego maksymalny czas miał wynosić 12 miesięcy, co w praktyce zmuszałoby prokuraturę do sprawniejszego prowadzenia postępowań i szybszego doprowadzania spraw do wyroku w pierwszej instancji.
Mówiąc wprost — to miał być koniec tzw. aresztów wydobywczych, czyli długotrwałego przetrzymywania za kratami podejrzanych, by skłonić ich do sypania kumpli.
Jeszcze dalej idące zmiany dotyczyły samej podstawy stosowania aresztu. Z przepisów miał zniknąć jeden z najbardziej kontrowersyjnych mechanizmów — możliwość wydania sądowego orzeczenia o areszcie w oparciu o zeznania świadków, które nie są ujawniane ani oskarżonemu, ani jego obrońcy. Innymi słowy, już nikt nie mógłby trafić za kratki na podstawie dowodów, do których nie ma dostępu i których nie może zakwestionować.
Nowelizacja uderzała również w inne uprawnienia prokuratury. Zakładała zakaz obecności prokuratora podczas rozmów zatrzymanego z obrońcą — dziś, przez pierwsze 14 dni, prokurator może nie tylko uczestniczyć w takich spotkaniach, ale także kontrolować korespondencję między nimi. W planowanych przepisach miało to zostać całkowicie wyeliminowane, wzmacniając tajemnicę obrończą.
Na tym jednak nie koniec. Projekt przewidywał także odebranie prokuraturze możliwości blokowania decyzji sądu o zamianie tymczasowego aresztu na kaucję. W obecnym stanie prawnym taka ingerencja jest możliwa, co w praktyce daje śledczym dodatkową kontrolę nad losem podejrzanego.
Wszystkie te zmiany razem tworzyły spójną wizję: ograniczenia dominującej roli prokuratury i przywrócenia większej równowagi w procesie karnym. Dla jednych była to konieczna korekta systemu, dla innych — ryzykowne osłabienie narzędzi walki z przestępczością. Dla środowiska kibicowskiego natomiast była to szansa — konkretna, namacalna i długo wyczekiwana. I właśnie dlatego decyzja o wecie wywołała tak silne emocje.
W otoczeniu Nawrockiego nikt nie przewidział skutków weta
W otoczeniu Karola Nawrockiego nikt nie przewidział skutków weta. Nowelizacja kodeksu postępowania karnego nie została potraktowana jako temat istotny — raczej jako niewiele znaczący element legislacyjnej układanki. Skoro rząd chciał zmienić zamordystyczne przepisy z czasów PiS, to w Kancelarii Prezydenta w naturalny sposób zapadła decyzja o wecie. Wszak Nawrockiego otaczają właśnie politycy PiS, którzy w poprzedniej kadencji popierali nowelizacje Ziobry.
To nie jest tak, że ministrowie prezydenta nie docenili skali kibolskich reakcji. Oni po prostu nie zakładali żadnych reakcji — dlatego to weto było wyjątkowo ciche.
Najlepiej widać to było po sposobie komunikacji. Nawrocki, który w przypadku ważnych decyzji regularnie publikuje nagrania w mediach społecznościowych, tym razem milczał. A przecież zwykle obowiązuje niepisana zasada: im istotniejsza ustawa, tym dłuższe i bardziej szczegółowe uzasadnienie weta. Tutaj nie było ani nagrania, ani szerszego komentarza.
Weto zostało ogłoszone w mediach społecznościowych krótkim komunikatem prezydenckiego rzecznika, Rafała Leśkiewicza. Przekonywał on, że "nowe przepisy mogłyby utrudniać prowadzenie postępowań karnych", co — jego zdaniem — stałoby w sprzeczności z interesem obywateli i obowiązkiem państwa do zapewnienia bezpieczeństwa. Twierdził również, że poważne zastrzeżenia wobec ustawy zgłaszały środowiska prokuratorskie. Nie wiadomo jakie, bo nie podał żadnych szczegółów.
Karol Nawrocki i Rafał Leśkiewicz
Problem Nawrockiego polega na tym, że w tym samym czasie emocje wśród kiboli zaczęły gwałtownie narastać. Kolejne dni przyniosły serię wydarzeń, które nie pozostawiały już miejsca na interpretacyjne uniki. Na stadionach w całej Polsce zaczęły pojawiać się ostre transparenty wymierzone bezpośrednio w Nawrockiego. Koordynacja działań i podobieństwo haseł pokazuje, że liderzy środowisk kibicowskich wysłali Nawrockiemu dobrze zaplanowane przesłanie.
Podczas meczu Piasta Gliwice z Radomiakiem Radom kibice wywiesili transparent: "K. Nawrocki — niekończące się areszty, nielegalne dowody, 60-tkom [chodzi o świadków koronnych — przyp. SW] podajesz rękę, a krzywdzącym ludzi organom przyznajesz swobody. Nie jesteś jednym z nas!".
Kilka godzin później Nawrocki został zaatakowany przez kibiców Motoru Lublin podczas meczu ich klubu z Zagłębiem Lubin. "K. Nawrocki — po cichu ustawę wetujesz, wieloletnie areszty bez dowodów akceptujesz".
Na trybunach Cracovii pojawił się transparent "Prezydencie zapomniałeś, dzięki kogo głosom wygrałeś. Jak Judasz nasze ideały dla prezesa zaprzedałeś."
Lechici z Poznania: "Lech Poznań pamięta prokuratorskie zapędy Prezydenta. Nie jesteś jednym z nas".
Najbardziej brutalni byli kibice pierwszoligowego ŁKS Łódź: "Je*** cię ku***".
Zawiódł ks. Jarosław Wąsowicz, który miał pełnić rolę łącznika między Pałacem a trybunami
To nie był tylko spór o przepisy. To było wypowiedzenie wojny — część trybun uznała, że Nawrocki znalazł się po drugiej stronie. Liderzy środowisk kibicowskich mieli prawo tak sądzić z jednego jeszcze powodu — bezskutecznie próbowali bowiem skontaktować się z prezydentem jeszcze przed podjęciem przez niego decyzji. Otoczenie Nawrockiego nie odpowiedziało na te próby. Zawiódł ks. Jarosław Wąsowicz, który miał pełnić rolę łącznika między Pałacem a trybunami. To duchowny od lat związany ze środowiskiem kibicowskim, zagorzały fan Lechii Gdańsk i organizator pielgrzymek kibiców na Jasną Górę.
- Z kim jeszcze Karol Nawrocki witał się na Jasnej Górze? Kancelaria Prezydenta nie chce pokazać zdjęć
To właśnie na tych pielgrzymkach przez lata pojawiał się także Nawrocki. A gdy w tym roku przyjechał tam już jako prezydent, doszło do spotkania, które dziś nabiera nowego znaczenia. W murach jasnogórskiego klasztoru, podczas prywatnej audiencji, rozmawiał z liderami środowiska kibicowskiego — wśród nich był m.in. "Dragon", wielokrotnie karany przywódca ultrasów Jagiellonia Białystok.
Tomasz P., pseud. "Dragon" w towarzystwie kolegów ze środowiska białostockich neonazistów
Kanały komunikacji istniały, relacje również. A jednak w kluczowym momencie zabrakło rozmowy. I właśnie ta cisza poprzedzająca weto mogła dodatkowo rozpalić konflikt na stadionach w całym kraju.
Oto winny. On rekomendował Nawrockiemu weto do KPK
W PiS pada jedno nazwisko. Według naszych rozmówców to szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki ponosi odpowiedzialność za wybuch konfliktu z kibicami. Jako były prokurator i adwokat miał on kluczowy wpływ na decyzje prezydenta.
Zbigniew Bogucki i Karol Nawrocki
Tym bardziej zaskakujące jest dla polityków PiS to, że mimo doświadczenia z kodeksem postępowania karnego, nie ostrzegł prezydenta przed konsekwencjami weta.
W Kancelarii Prezydenta jest dziś autentyczny szok. Zaplecze kibolskie, które pomogło Nawrockiemu wygrać wybory, właśnie wypowiedziało mu wojnę. A Bogucki znalazł się na cenzurowanym. Musiał chłop ekspresowo — i wstecznie — wymyślić uzasadnienie weta, bardziej przekonujące niż bełkotliwy wpis rzecznika w mediach społecznościowych.
Siedział, siedział — i wymyślił. Aborcje i pedofilię.
Już po wybuchu kibicowskich protestów zwołał konferencję prasową i opowiadał: — Jeden z przepisów zakwestionowanej przez prezydenta ustawy wskazywał, że nie można by było stosować tymczasowego aresztowania wobec podejrzanych o uszczerbek prenatalny, czyli uszkodzenie ciała dziecka poczętego, ponieważ to przestępstwo podlega karze pozbawienia wolności do lat dwóch. Na mocy tej nowelizacji nie można byłoby stosować w istocie w ogóle tymczasowego aresztowania w przypadku przestępstwa nawiązywania w Internecie kontaktu z osobą poniżej 15. roku życia w celu jej wykorzystania seksualnego.
Bogucki szukał czegokolwiek, na czym mógłby się zaczepić — i znalazł paragraf przywracający przepis z 2015 r. dotyczący aresztów. W nowelizacji chodziło o to, aby co do zasady nie stosować tymczasowego aresztu w sprawach o czyny zagrożone karą do 2 lat więzienia. Więc Bogucki zaczął szukać w kodeksie karnym — czyli w katalogu przestępstw — groźnie brzmiących czynów zagrożonych maksymalnie dwuletnią odsiadką. I znalazł art. 157a. ("Kto powoduje uszkodzenie ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."). To przekonujące dla prawicy, bo brzmi jak aborcja.
Dobrze brzmi także drugi artykuł, który wybrał — 200a. ("Kto za pośrednictwem systemu teleinformatycznego lub sieci telekomunikacyjnej małoletniemu poniżej lat 15 składa propozycję obcowania płciowego, poddania się lub wykonania innej czynności seksualnej lub udziału w produkowaniu lub utrwalaniu treści pornograficznych, i zmierza do jej realizacji, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2."). Bogucki świadomie mówi o pedofilii, żeby to przekonująco brzmiało. W istocie chodzi o kuszenie nieletnich przez Internet — ale kuszenie na szczęście nieskuteczne, czyli bez czynu pedofilskiego. To zamiar, a nie czyn.
Skoro nowelizacja zawierała tak niebezpieczne przepisy, to zdumiewające jest, że Nawrocki nie ogłosił tego w momencie, gdy ją wetował. I że nie spuścił rządowi lania za to, że chce iść na rękę pedofilom — wszak to byłaby wymarzona amunicja polityczna.
A nie ogłosił tego, bo dopiero teraz Bogucki wymyślił tę wersję, żeby chronić siebie przed gniewem patrona, który stracił kumpli z lasu.
Inna rzecz, że rząd zaprzecza, iż w czynach zagrożonych maksymalnie dwuletnią odsiadką nie będzie aresztów. "Nieprawdziwe są twierdzenia, że nowe przepisy uniemożliwiają stosowanie tymczasowego aresztowania wobec sprawców przestępstw zagrożonych karą do 2 lat pozbawienia wolności. Już obecnie przepisy stanowią, że w każdym przypadku, nawet gdy kara pozbawienia wolności nie przekracza 1 roku, można zastosować areszt tymczasowy" — napisał rząd w reakcji na tyradę Boguckiego.
Czynna uczestniczka rodzinnych potworności. Dwie twarze Kamili W.
Ale politycznie dementi nie ma znaczenia, bo widać wyraźnie, że obóz prezydenta wspierany przez PiS w sprawie KPK będzie się bronił pedofilią. Poza oskarżeniami Boguckiego, prawica wzięła na tapet skandal pedofilski w Kłodzku, w który zamieszana jest dawna lokalna działaczka PO Kamila W. w latach 2017-2021 — wiceprzewodnicząca koła Platformy w Kłodzku.
Kilka dni temu Kamila W. została skazana na 6,5 roku więzienia za to, że w okresie od 2011 r. do 2022 r. przymykała oko na to, że jej mąż gwałcił jej córkę z poprzedniego związku. Kiedy dziewczynka, wskutek znęcania się ze szczególnym okrucieństwem, usiłowała popełnić samobójstwo, Kamila W. nie udzieliła jej pomocy.
Przemysław i Kamila L. podczas wypadu do Warszawy w sierpniu 2022 r.
Zdaniem sądu Kamila W. była czynną uczestniczką rodzinnych potworności. Została także skazana za to, że dopuszczała się zoofilii, a jej mąż to filmował. Mąż Kamili W. siedzi w areszcie. Usłyszał — na razie nieprawomocnie — wyrok 25 lat więzienia. Nigdy nie działał w żadnej partii. Ona sama pierwsze zarzuty usłyszała latem 2023 r. — za zoofilię. Mimo to działała w lokalnej Platformie i pomagała w kampanii parlamentarnej w 2023 r. oraz samorządowej w 2024 r. Z partią rozstała się 2 lata temu, gdy spodziewała się zarzutów za to, że pozwalała gwałcić swą córkę.
Jak doszło do tego, że mając zarzuty, wciąż działała w partii i w finale odeszła sama, a nie została wyrzucona? Szef powiatowych struktur KO Maciej Awiżeń twierdzi, że nikt w partii nie wiedział o zarzutach wobec Kamili W., bo prokuratura o nich nie informowała.
Plakat wyborczy Kamili W. z wyborów samorządowych w 2018 r., kiedy startowała ona z listy Platformy Obywatelskiej w wyborach do Rady Powiatu Kłodzkiego
Sprawą zajęły się najwyższe władze partii, a wyjaśnień od lokalnych struktur zażądał sam premier. Będzie musiała je złożyć zaufana Tuska, wicemarszałkini Sejmu Monika Wielichowska, która pochodzi z Kłodzka i traktowała tamtejszą Platformę jak swoje księstwo. Wielichowska, która znała Kamilę W. i współpracowała z nią w kampaniach, do tej pory nie zabrała głosu w tej sprawie. Nie znaczy to, że Kamila W. mogła liczyć na polityczny parasol ochronny — gdyby tak było, to nie zostałaby oskarżona i skazana.
Donald Tusk i Monika Wielichowska w Sejmie
Poniżej streszczenie artykułu:
- Prezydent Karol Nawrocki stracił poparcie kibiców po tym, jak zawetował nowelizację kodeksu postępowania karnego, uznawaną za kluczową przez środowiska kibicowskie.
- Weto to wywołało falę krytyki i protestów na stadionach w Polsce, z oskarżeniami o zdradę idei i brak wsparcia dla kiboli.
- Zbigniew Bogucki, szef Kancelarii Prezydenta, wskazany jako osoba odpowiedzialna za decyzję o wecie, starał się obronić ją argumentami dotyczącymi aborcji i pedofilii.
- Nowelizacja miała wprowadzić zmiany, które umożliwiałyby większą obronę dla oskarżonych, co bezpośrednio zagrażało interesom liderów kibicowskich.
- Komunikacja między Pałacem Prezydenckim a środowiskami kibicowskimi zawiodła, co intensyfikuje konflikt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz