"Stan Wyjątkowy". Morawiecki stawia się Kaczyńskiemu. Nawrocki pod presją Tuska. Macierewicz wraca do łask
1 marca 2026
Ależ my znamy prezesa, chyba nawet lepiej niż on sam siebie. Od początku czuliśmy, że to pic, gdy Jarosław Kaczyński opowiadał, jak to w swym sercu ma już wybranego kandydata na premiera, z którym ruszy na podbój Polski przed przyszłorocznymi wyborami. Nawet jeśli przez chwilę myślał o liderach frakcji "maślarzy" Tobiaszu Bocheńskim czy też Przemysławie Czarnku, to już tak nie myśli. Wystarczyło, że odwiedził go lider konkurencyjnej frakcji "harcerzy" Mateusz Morawiecki i ostrzegł, że postawienie na "maślarzy" to prosta droga do rozłamu w PiS — i prezes pospiesznie się wycofał. Nie ma się co dziwić, że Morawiecki grozi opuszczeniem PiS. "Maślarze" go nienawidzą, intensywnie zwalczają "harcerzy" i chcą ich wyeliminować z polityki.
Twórcy słuchowiska politycznego "Stan Wyjątkowy" Andrzej Stankiewicz i Jacek Gądek zauważają, że "maślarz" na czele rządu to byłby wyrok na Morawieckiego i pozbawienie go wszelkich szans w walce o sukcesję po Kaczyńskim — a Morawiecki chce być następnym prezesem PiS. Szkopuł w tym, że Kaczyński nigdzie się nie wybiera. Dlatego jest rozżalony na byłego premiera. Coraz częściej mówi swym najbliższym ludziom, że czuje się jak ojciec, któremu syn chce zabrać cały majątek. A cały majątek prezesa to PiS.
Jeden z naszych rozmówców — wpływowy polityk PiS — prognozuje, że gdyby Kaczyński zdecydował się namaścić kogoś z frakcji "maślarzy" ryzyko poważnego pęknięcia w PiS byłoby bardzo realne. W jego ocenie w takiej sytuacji prawdopodobieństwo odejścia Mateusza Morawieckiego i jego ludzi można szacować nawet na 50 proc.
W tym świetle ekspresowa zmiana koncepcji przez Jarosława Kaczyńskiego przestaje dziwić. Z ustaleń twórców "Stanu Wyjątkowego" wynika, że po rozmowie z Morawieckim, Kaczyński zmienił swój scenariusz personalny. Zamiast polityków pierwszego szeregu, silnie osadzonych we wrogich frakcjach, prezes rozważa wysunięcie na premiera jednego z samorządowców PiS, którzy pozostawali dotąd na peryferiach wielkiej polityki. Chodzi o polityków młodych i rozpoznawalnych tylko lokalnie.
Kaczyński szuka kandydata na "zająca", czyli fikcyjny wybór premiera
W partyjnych przymiarkach pada kilka nazwisk: 40-letni Lucjusz Nadbereżny, prezydent Stalowej Woli, 38-latek Jarosław Margielski, prezydent Otwocka, oraz 34-letni Jakub Banaszek, prezydent Chełma. Każdy z nich przeszedł już testy lojalności.
Nadbereżny był jednym z nielicznych samorządowców, który za rządów PiS przekazał Poczcie Polskiej spis wyborców, gdy rząd Morawieckiego próbował zorganizować wybory prezydenckie w pandemii. Nie było do tego podstawy prawnej.
Margielski z kolei był dla PiS symbolem samorządowca, który dzielnie współpracował z rządem w dystrybucji awaryjnych dostaw węgla, gdy po wybuchu wojny wstrzymane zostały zakupy w Rosji. A Banaszek już dziś jest jednym z doradców prezydenta.
Nasi rozmówcy zastrzegają jednak, że nie należy traktować tej listy jako zamkniętej. To raczej próbka kierunku myślenia prezesa PiS niż ostateczny katalog kandydatów. Inna rzecz, że PiS nie ma zbyt wielu prezydentów miast, więc Kaczyński nie ma w czym przebierać.
Logika tych poszukiwań jest dość przejrzysta. Idealny kandydat — jak słyszymy — powinien należeć do młodszego pokolenia, mieć wizerunek sprawnego menedżera i jednocześnie pozostawać na tyle neutralny, by nie prowokować oporu żadnej z frakcji. Krótko mówiąc: ktoś, kto byłby do przełknięcia zarówno dla "harcerzy", jak i dla "maślarzy".
- Czytaj też: "Stan Wyjątkowy". Kaczyński topi Morawieckiego. Żurek chce okiwać Nawrockiego. Hołownia traci pół partii
Część naszych informatorów podkreśla jednak, że poszukiwania nie ograniczają się wyłącznie do samorządowców. W grze jest również Tomasz Szatkowski — były wiceminister obrony narodowej w rządach PiS, a późniejszego ambasador Polski przy NATO. Jego profil jest odmienny od wspomnianych prezydentów miast: byłby prezentowany jako technokrata z doświadczeniem w strukturach bezpieczeństwa i dyplomacji.
Ale Szatkowski ma też obciążenia. Ciągnie się za nim incydent z wariografem, który do dziś jest przedmiotem spekulacji. Otóż w 2018 r. zanim został ambasadorem przy NATO, na własne życzenie miał przejść badanie wykrywaczem kłamstw. Powodów było kilka, m.in. oskarżenia o powiązania z Kremlem. Według nieoficjalnych informacji wariograf złapał go na trzech kłamstwach. Chodziło o pytania dotyczące współpracy ze służbami innego kraju (chodziło o jedno z państw NATO), wynoszenia tajnych dokumentów oraz o oświadczenie majątkowe. Wyniki badania poznał Kaczyński — i uznał za niewiarygodne. To typowe dla prezesa. Wszak to on jest ostateczną instancją prawdy, osobiście weryfikuje nawet wariografy.
Po zmianie władzy rząd Tuska ekspresowo odwołał Szatkowskiego. Premier mówił w Sejmie w lipcu 2024 r.: "Na początku maja służby przekazały panu prezydentowi Dudzie i mnie notatkę zawierającą wątpliwości dotyczące byłego już, z naszej perspektywy, ambasadora przy NATO, pana Szatkowskiego. Tę informację przygotowała Służba Kontrwywiadu Wojskowego pod rządami PiS. Według jej ustaleń, panu Szatkowskiemu zarzucono: nieprawidłowe obchodzenie się z dokumentami niejawnymi, kontakty z zagranicznymi służbami specjalnymi, uzyskiwanie nieuprawnionych korzyści majątkowych".
Szatkowski zaprzeczył i zapowiedział pozew przeciwko Tuskowi. Nie zmienia to faktu, że taka kandydatura na szefa rządu byłaby dla PiS ryzykowna.
Kaczyński będzie się starał dogadać z prezydentem aby oddał mu Zbigniewa Boguckiego
Kaczyński jest pod ścianą. To konsekwencja błędu, który popełnił, zapowiadając wszem i wobec, że ma w sercu nazwisko kandydata i że przedstawi je w marcu. Wiemy, że — ze względu na szantaż Morawieckiego — musiał się wycofać z pomysłu wybrania jakiegoś "maślarza". Ale słowo się rzekło i kogoś w marcu musi ogłosić, choćby jako zająca.
Właśnie — samo wystawienie kandydata przez PiS już teraz wcale nie przesądza, że dotrwa on do wyborów. W partii coraz wyraźniej słychać, że bardziej realny jest wariant zakładający zmianę kandydata w trakcie kampanii.
Teraz na scenę miałby wejść tzw. zderzak — kandydat przejściowy, który będzie twarzą PiS do czasu prawdziwej kampanii. Dopiero później pojawić miałby się polityk kategorii ciężkiej, kandydat docelowy.
Stawiamy na to, że Kaczyński będzie się starał dogadać z prezydentem aby oddał mu z politycznego leasingu Zbigniewa Boguckiego, byłego posła PiS, który został szefem Kancelarii Prezydenta. Gdy Bogucki — były adwokat i prokurator — był posłem PiS, Kaczyński go ledwie zauważał. Choć kandydatura Boguckiego badana była przed wyborami prezydenckimi, to w sondażach wypadał blado.
Prezes zwrócił na niego uwagę dopiero, gdy został bulterierem prezydenta i zaczął atakować Donalda Tuska. Momentem przełomowym miało być posiedzenie Sejmu 17 grudnia. Bogucki zabrał wówczas głos w debacie nad zawetowaną ustawą dotyczącą zakazu trzymania psów na łańcuchach. "Gdybym chciał być złośliwy, to bym zapytał: "na czyim łańcuchu był pan kilkanaście czy kilka lat temu?" — mówił do premiera z sejmowej mównicy. "Na czyim łańcuchu był pan wtedy, kiedy nazywano pana ich człowiekiem w Warszawie? Kiedy pan mówił, że będzie pan pilnował, żeby razem z premierem Putinem nie sypać piachu w tryby — to po czyjej stronie pan był i na czyim pan był łańcuchu?" Kaczyński był wniebowzięty.
Prezes nie ma w tej chwili wielkich oczekiwań wobec kandydata na premiera. Nade wszystko musi być dość młody i wielce radykalny, by uwodził elektora Konfederacji i Brauna. No i musi wyzywać Tuska, bo prezes odczuwa wówczas szczególne uniesienia.
45-letni Bogucki dzielnie walczy na obu odcinkach. Wie, że startuje w castingu na rolę życia — i przez najbliższy rok będzie tylko radykalniejszy i bardziej napastliwy wobec premiera.
Mówiąc szczerze, wszystkie plany Kaczyńskiego na obsadzanie i strącanie kandydatów na premiera są patykiem na wodzie pisane. Kaczyński nie ma już takiej politycznej siły, jak w roku 2015, gdy jako kandydatkę na premiera wystawił Beatę Szydło ani jak w roku 2019, gdy jego kandydatem był Morawiecki. W obu tamtych wyborach Zjednoczona Prawica zdobyła samodzielną większość, więc Kaczyński mógł dyktować rozdania personalne. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jeśli PiS będzie rządzić po kolejnych wyborach, to tylko w koalicji. Wówczas nazwisko premiera będzie kluczowym elementem negocjacji, a koalicjanci nie zgodzą się w ciemno na prezesowskiego królika, wyciągniętego z kapelusza na półtora roku przed wyborami.
Kaczyński zakładał, że Morawiecki położy uszy po sobie. A Morawiecki fika
Spójrzmy na to chłodno. W tej chwili prezes musi gasić pożar, który sam wywołał. Decyzja o tak wczesnym ogłoszeniu kandydata — na ponad półtora roku przed wyborami parlamentarnymi — miała przede wszystkim uspokoić sytuację wewnątrz partii i skonsolidować skłóconych polityków wokół prezesowskiego wybrańca.
Zdumiewające jest to, że Kaczyński zakładał, iż skonsoliduje "harcerzy" wokół kandydata "maślarzy". Można to wytłumaczyć tylko w jeden sposób — Kaczyński zakładał, że Morawiecki położy uszy po sobie. A Morawiecki prezesowi fika.
Z jednej strony jeździ po Polsce — stara się budować pozycję w strukturach terenowych PiS oraz docierać bezpośrednio do bardziej umiarkowanych wyborców prawicy, którym dryfowanie w kierunku Konfederacji i Brauna się nie uśmiecha. Ale jednocześnie w relacjach wewnętrznych nie odstawia nogi.
Ostatnio poczuł się dotknięty wpisami "maślarza" Patryka Jakiego w mediach społecznościowych. Jaki, który wraz z Bocheńskim, spotyka się w całej Polsce ze studentami, wrzucił na swe media społecznościowe kilka filmów, na których młodzi ludzie krytykowali rządy PiS.
Morawiecki potraktował to jako prowokację. I odpowiedział brutalnie.
"Skoro obecnie jesteś ekspertem i znasz remedium na każdy problem, to powiedz: jak poszła sztandarowa reforma sądownictwa? No i jak przysłużyła się Polsce Twoja ustawa o IPN?"
Zarzutów o fiasko reformy sądów tłumaczyć nie trzeba. "Harcerze" uważają, że "reformy" Ziobry — którego Jaki był prawą ręką — zdewastowały wymiar sprawiedliwości i przyczyniły się do utraty władzy przez PiS. To dlatego, że popsuły relacje z Unią i doprowadziły do wstrzymania przez Brukselę KPO.
A co do ustawy o IPN — to historia z początków rządów Morawieckiego, jego pierwszy poważny kryzys. Chodzi o przygotowane przez Jakiego w 2018 r. zmiany w ustawie o IPN, wedle których ścigani na całym świecie mieli być ci, którzy przypisują Polakom współodpowiedzialność za niemieckie zbrodnie w czasie II wojny światowej. Amerykanie i Izraelczycy uznali, że to próba zakneblowania ocalałych z Holokaustu oraz badaczy Zagłady, którzy oskarżają Polaków o denuncjowanie Żydów. Biały Dom — co ujawniliśmy — wprowadził wówczas embargo dla polityków PiS na spotkania z Donaldem Trumpem i jego ówczesnym zastępcą Mike Pencem. Proszę nam wierzyć, znamy dokumenty — Amerykanie byli wobec rządu PiS bezwzględni. Żeby zmniejszyć napięcie Morawiecki przekonał Kaczyńskiego, by ekspresowo wyrzucić ustawę do kosza.
Znów Morawiecki: "W naszej polityce wobec UE wszystkie istotne decyzje były akceptowane przez kierownictwo polityczne PiS". To zakamuflowany atak na Kaczyńskiego, który dziś krytykuje unijne regulacje — takie jak Zielony Ład czy Mercosur — na które za rządów PiS kazał się Morawieckiemu godzić.
Morawiecki dalej: "Od dłuższego czasu zajmujecie się głównie krytykowaniem — i to nie Donalda Tuska, a dorobku rządu PiS z lat 2015-2023. Rządu w którym sami byliście. To właśnie dlatego od wygranych wyborów prezydenckich tak bardzo spada nam poparcie".
Jaki nie jest prawdziwym adresatem tego zdania — znów to adres do Kaczyńskiego. Bo to prezes po wyborach prezydenckich postawił na radykalny przekaz, którego "maślarze" są twarzami. Morawiecki mówi w zakamuflowany sposób: "prezesie, zmarginalizowałeś nas, prawicowych normalsów i postawiłeś na maślanych oszołomów, więc nie dziw się, że niedługo w sondażach spadniesz poniżej 20 proc.".
Kaczyński donosi na Morawieckiego do komisji etyki. Sprawdzamy etyków PiS
Kaczyński najwyraźniej zrozumiał przekaz, bo skierował przeciwko Morawieckiemu doniesienie do partyjnej komisji etyki. Były premier ma teoretycznie odpowiedzieć za to, że publicznie zaatakował Jakiego.
W owej komisji są etyczne autorytety, w tym Elżbieta Witek, która za rządów PiS jako marszałek Sejmu manipulowała głosowaniami, a swego chorego męża trzymała latami na OIOM-ie, choć to oddział do ekspresowej pomocy chorym.
Jest były minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, który ma problem z udowodnieniem, że jest magistrem, za którego się podaje. Jest też Stanisław Karczewski, który mówił protestującym za rządów PiS lekarzom, że powinni pracować dla idei, a w tym samym czasie zarobił ponad 400 tys. zł dyżurując w szpitalu, w którym jako senator przebywał na bezpłatnym urlopie.
Swoją drogą, prezesie, bardzośmy ciekawi, czy wasza nowogrodzka komisja od etyki zajmuje się gośćmi, co mają zarzuty i zioną jadem na co dzień, takimi jak Matecki z Mejzą.
Kaczyński do komisji etyki skierował też dwoje "harcerzy", którzy wsparli Morawieckiego w jego ataku na Jakiego — Ireneusza Zyskę oraz Mirosławę Stachowiak-Różecką. To uderzenie w czuły punkt byłego premiera. Morawiecki chroni swych ludzi i jeśli cokolwiek kiedykolwiek skłoni go do wyjścia z PiS, to obstawialibyśmy właśnie represje wobec jego ludzi.
A to już się dzieje. Z niedawnej konwencji PiS w sprawach obronności i unijnego funduszu SAFE usunięty został "harcerz" Michał Dworczyk, zaś "maślarze" reaktywowali wstydliwie w PiS skrywanego Antoniego Macierewicza. Pan Antoni nie zawiódł — kłamał jak najęty. Oświadczył, że rząd Tusk odrzuca ofertę Donalda Trumpa, który chce przysłać do Polski 10 tys. żołnierzy — czyli drugie tyle, co dziś.
Trump nie złożył Polsce takiej oferty, bo gdyby złożył, to rząd przyjąłby ją z pocałowaniem ręki — wciąż wśród polskich polityków dominuje przekonanie, że im więcej amerykańskich wojsk w Polsce, tym jesteśmy bezpieczniejsi.
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz zaczął nawet używać ukutej za rządów PiS nazwy "Fort Trump" na określenie bazy, którą Amerykanie budują w Bolesławcu na Dolnym Śląsku.
Prezes PiS reaktywuje nałogowego kłamcę Macierewicza
Prezes PiS woli nałogowego kłamcę Macierewicza krytykującego SAFE od "harcerza" Dworczyka, który SAFE nie krytykuje. Ale, mówiąc szczerze, łgarz Antoni ani harcmistrz Michał nie są postaciami w sprawie SAFE kluczowymi. Bo kluczowi są Donald Tusk, Jarosław Kaczyński i Karol Nawrocki.
Ów SAFE to 150 mld euro kredytu na uzbrojenie krajów UE, z którego do Polski trafią 44 mld euro, czyli niemal 200 mld zł. Kaczyński jest kluczowy, bo wywołał na prawicy histerię. Początkowo politycy PiS zajmujący się wojskiem — na czele z byłym szefem MON Mariuszem Błaszczakiem — popierali SAFE. Ale Kaczyński kilka tygodni temu nakazał partii drastyczny zwrot. Dziś wersja jest taka, że to drogi kredyt, że musimy za niego kupować niemieckie, że Bruksela może nam go w każdej chwili zablokować ze względu na LGBT, pakiet klimatyczny czy pakt imigracyjny.
Na biurko prezydenta właśnie trafiła ustawa wdrażająca SAFE w Polsce. Popiera ją generalicja, w tym szef Sztabu Generalnego gen. Wiesław Kukuła. Popiera ją zbrojeniówka — kilkanaście największych firm wydało wspólne oświadczenie w tej sprawie. A, przede wszystkim, popiera ją większość Polaków — sondaże pokazują, że popieramy kupowanie i budowanie broni za unijny kredyt.
Kaczyński chce spacyfikować prezydenta i zmusić go do podporządkowania
Ostre naciski Kaczyńskiego na weto nie są przypadkiem. Prezes PiS chce spacyfikować prezydenta i zmusić go do podporządkowania — to jest prawdziwa polityczna stawka wojny o SAFE.
Kaczyński uruchomił brutalną operację polityczną: konferencje programowe PiS, seryjne wystąpienia polityków tej partii w parlamencie i mediach, intensywna kampania w internecie oraz ostra propaganda w sprzyjających PiS stacjach — Republice i wPolsce. Cały ten rozbudowany aparat nacisku ma jeden zasadniczy cel — rzucić Nawrockiego na kolana i wymusić na nim weto wobec SAFE. W tej rozgrywce sam program schodzi na dalszy plan. Kaczyński urządza pokaz siły, bo chce politycznie podporządkować Nawrockiego i jasno pokazać, kto w tej relacji rozdaje karty.
Nawrocki znalazł się w pułapce. Albo złoży hołd lenny prezesowi i zawetuje SAFE, ale jednocześnie narazi się wyborcom, armii i związkowcom ze zbrojeniówki. Albo też podpisze SAFE, co ustawi go na kursie kolizyjnym z Kaczyńskim i psycho fanami radykalnej prawicy — czyli pójdzie na wojnę z tymi, którzy dali mu prezydenturę i mogą mu zapewnić drugą kadencję.
Szefernaker i Przydacz namawiają Nawrockiego na poparcie SAFE. Kaczyński interweniuje
Premier podgrzewa ten konflikt, żeby zwiększyć presję na Nawrockiego i zaognić jego relacje z Kaczyńskim. Politycznie dla Tuska weto byłoby idealne, bo mógłby oskarżać prezydenta o szkodzenie armii. Sondaże są po stronie rządu — to dodatkowe ryzyko Nawrockiego, który nie mierzył się jeszcze z ustawą, która jest tak wrażliwa i ma za sobą poparcie większości Polaków. Jednocześnie rząd poradzi sobie w razie weta — i tak weźmie pieniądze z SAFE, ale będzie musiał inaczej zorganizować obrót nimi w Polsce, bo tego właśnie dotyczy ustawa.
Z pułapki zastawionej przez prezesa prezydent nie ma jak uciec — decyzję musi podjąć w ciągu niespełna trzech tygodni, a każda z opcji będzie miała swoją polityczną cenę. Nawrocki jest jak Andrzej Duda w 2017 r., gdy Kaczyński oczekiwał od niego bezwarunkowego podpisu pod ustawami sądowymi, które miały otworzyć PiS drogę do gruntownej czystki w wymiarze sprawiedliwości. Duda wtedy się postawił i ustawy zawetował. Problem w tym, że rachunek za ten gest niezależności dostał bardzo szybko — aż do końca prezydentury Kaczyński traktował go podle.
Jak słyszymy, Nawrocki pod wpływem szefa swego gabinetu Pawła Szefernakera oraz swego ministra do spraw zagranicznych Marcina Przydacza, wspieranych przez związanego z Morawieckim byłego wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego skłaniał się do podpisania ustawy. Ale przyszedł brutalny sygnał z Nowogrodzkiej i prezydent zaczął się wycofywać. Przez najbliższe dni jeszcze niejedno brutalne ostrzeżenie z Nowogrodzkiej dostanie.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Jarosław Kaczyński rozważa zmianę kandydata na premiera, unikając frakcji "maślarzy" z obawy przed rozłamem w PiS.
- Mateusz Morawiecki, pomimo presji, buduje swoją pozycję i krytykuje działania partii, co prowadzi do konfliktów wewnętrznych.
- W grze na nowego kandydata na premiera pojawiają się młodzi samorządowcy, tacy jak Lucjusz Nadbereżny czy Jakub Banaszek.
- Decyzje Kaczyńskiego są wynikiem napięć z prezydentem Nawrockim, który staje przed trudnym wyborem ws. ustawy SAFE.
- Kaczyński używa komisji etyki w partii jako narzędzia przeciwko Morawieckiemu i jego zwolennikom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz