Podcast
"Stan Wyjątkowy". Tusk przegrywa Kraków. Nawrocki olewa Kaczyńskiego. Sędzia Kapiński skłócił PiS
31 maja 2026
Skończyły się czasy, gdy słowa Jarosława Kaczyńskiego, jego wola i kaprys ważyły na prawicy więcej, niż prawo i niż sprawiedliwość. Po tym, jak prezesowi PiS posłuszeństwo wypowiedział Mateusz Morawiecki, następny w kolejce ustawia się Karol Nawrocki. Prezydent właśnie kompletnie zignorował sygnały ostrzegawcze wysyłane z Nowogrodzkiej w sprawie obsady stołka I prezesa Sądu Najwyższego. Twórcy słuchowiska politycznego "Stan Wyjątkowy" Andrzej Stankiewicz i Jacek Gądek dowodzą, że za decyzją Nawrockiego może stać plan cichego dogadania się z obecną władzą w sprawie unormowania sytuacji w sądownictwie.
Nie ma co kryć — w trwającej politycznej wojnie o kształt wymiaru sprawiedliwości I prezes Sądu Najwyższego to posada kluczowa. To I prezes w praktyce decyduje, kto jest pełnoprawnym sędzią, a kto nie, które izby sądu najwyższego są legalne i czy należy stosować orzeczenia europejskich trybunałów dotyczące sądownictwa.
Dlatego Kaczyński nie chciał się zgodzić na nominację dla sędziego Zbigniewa Kapińskiego, który ponad ćwierć wieku temu uczestniczył w wydaniu orzeczenia uznającego, że Lech Wałęsa nie był agentem komunistycznej bezpieki.
Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki
Prezes oczekiwał od swego prezydenckiego wybrańca, że nie zgodzi się na takiego kandydata. A Nawrocki po cichu Kapińskiego powołał — czyli olał Kaczyńskiego. Dla jasności: nie był w tej prezesowskiej olewce sam.
Zbigniew Kapiński i Karol Nawrocki
Za Kapińskim lobbowali ważni w pisowskiej kaście ludzie: nie tylko zbuntowany Morawiecki, ale także zmarginalizowany Andrzej Duda i odchodząca szefowa Sądu Najwyższego, była wiceminister w rządach PiS Małgorzata Manowska.
Małgorzata Manowska, Zbigniew Kapiński
Okazało się, że jest na prawicy grupa polityków, którzy mają wystarczającą siłę, by przeforsować swych ludzi na ważne stanowiska — mimo oporów Kaczyńskiego. Tak się zaczyna detronizacja.
W środku: Andrzej Duda i Małgorzata Manowska
Udowadnianie, że Wałęsa to agent, nadaje życiu Kaczyńskiego sens
Żeby pojąć wagę tej sprawy, trzeba zrozumieć jedno — udowadnianie, że Wałęsa to agent "Bolek" nadaje życiu Kaczyńskiego sens.
Dlatego też dla Kaczyńskiego proces lustracyjny Wałęsy był tak ważny. Dla jasności — wtedy, w 2000 r., był on ważny tylko dla Kaczyńskiego i garstki jego wyznawców, którzy żyli swymi dawnymi wojnami z Wałęsą.
Lech Wałęsa (P) i Antoni Macierewicz podczas procesu lustracyjnego byłego prezydenta Polski, sierpień 2000 r.
Wałęsa był lustrowany przy okazji wyborów prezydenckich. Wtedy, w 2000 r., po raz pierwszy kandydaci na prezydenta zostali objęci obowiązkową lustracją
Wałęsa był już wówczas politykiem marginalnym — finalnie zdobył 1 proc. poparcia, mniej niż polityczny ekscentryk Janusz Korwin-Mikke i lider chłopskiej Samoobrony Andrzej Lepper.
Wcześniej Wałęsa wygrał wybory prezydenckie w 1990 r. — wówczas karierę na jego plecach zaczął robić Kaczyński i jego ludzie. W 1995 r. Wałęsa wybory przegrał, a Kaczyński był już wówczas tak z nim skłócony, że kibicował zwycięskiemu kandydatowi postkomunistycznej lewicy Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Przyznał potem, że bał się, iż w razie ponownej wygranej Wałęsa wykorzysta swe wpływy w służbach, żeby fizycznie wyeliminować prawicową opozycję.
W pierwszej kadencji Wałęsy Jarosław Kaczyński i jego brat Lech najpierw zostali prezydenckimi ministrami, a gdy przegrali wyścig do ucha Wałęsy, zwrócili się przeciwko niemu.
Przemawia prezydent Lech Wałęsa, z tyłu Lech Kaczyński (1L) i Jarosław Kaczyński (3L)
Wtedy właśnie, na początku lat 90., zaczęli go atakować esbecką przeszłością. Szkopuł w tym, że znali ją, gdy Wałęsa po raz pierwszy kandydował na prezydenta i gdy odbierali nominacje ministerialne w jego kampanii.
"Prawdą jest, że z tego starcia nie wyszedłem zupełnie czysty. Postawili warunek: podpis! I wtedy podpisałem" — wspominał zatrzymanie przez SB w związku z masakrą Grudnia '70 w swej książce "Droga nadziei" (1990 r.). Przyznawał w ten sposób to, co było w szeregach opozycji tajemnicą poliszynela — że "coś podpisał".
Lustracja stała się narzędziem w walce politycznej Kaczyńskich z Wałęsą. Narzędziem zręcznym, bo — po pierwsze — esbecki rys niszczył wizerunek Wałęsy jako lidera "Solidarności", który obalił komunizm. A po wtóre — sam Wałęsa w tej sprawie kłamał i jako prezydent niszczył dowody współpracy, co było dla Kaczyńskich dodatkową amunicją.
Tak Wałęsa jako prezydent niszczył dokumenty "Bolka"
W czerwcu 1992 r. upada prawicowy gabinet Jana Olszewskiego. Wałęsa jest wówczas prezydentem i organizuje polityczny sojusz, by obalić rząd, który właśnie przesłał do Sejmu listę współpracowników bezpieki. Szef MSW Antoni Macierewicz umieścił na niej Wałęsę, jako tajnego współpracownika o pseudonimie "Bolek".
Po zmianie rządu Wałęsa prosi kolejnego szefa MSW Andrzeja Milczanowskiego — swego zaufanego współpracownika — by dostarczył mu dokumenty dotyczące "Bolka". Dokumenty po kilku miesiącach oddaje mocno zdekompletowane. Resztę miał dostarczyć później. I oficjalnie tak właśnie zrobił. Tyle że tę resztę dokumentów przekazał w zalakowanych kopertach. Wałęsa wiedział, że dopóki UOP jest kierowany przez jego ludzi, to nikt tych kopert nie otworzy.
Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa w 1995 r.
Rzeczywiście, otwarto je dopiero w lipcu 1996 r., ponad pół roku po wyborach prezydenckich, które Wałęsa przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim. Zrobił to kolejny szef MSW Zbigniew Siemiątkowski, człowiek nowego prezydenta. Siemiątkowski zastał akta całkowicie zdekompletowane, bo Wałęsa tuż po przegranych wyborach zabrał dokumenty "Bolka" po raz drugi.
Kwaśniewski bał się lustracji. Szykował żonę do startu w wyborach prezydenckich
Przenieśmy się do roku 2000. Kwaśniewski idzie po drugą kadencję, a Wałęsa startuje jako kompletnie marginalny kandydat. Jego lustracja nie budzi wówczas wielkich emocji, jako że emocje budzi lustracja Kwaśniewskiego. Bo Kwaśniewski deklaruje, że nie współpracował z komunistyczną bezpieką, ale obawia się, że kontrolowany przez prawicę Instytut Pamięci Narodowej zarzuci mu kłamstwo lustracyjne i zablokuje start. Po cichu szykowany jest wariant awaryjny — wystawienie w wyborach Jolanty Kwaśniewskiej. Ale zarówno Kwaśniewski, jak i Wałęsa zostają przez sąd oczyszczeni — sędziowie uznają, że złożyli prawdziwe oświadczenia o tym, że nie współpracowali z bezpieką.
Właśnie wówczas sędzia Kapiński zasiada w trzyosobowym składzie, który oczyszcza Wałęsę. W tamtej sprawie sąd lustracyjny bazował na dokumentach z umorzonego śledztwa w sprawie niszczenia akt. Dokumenty te jednak dotyczą wyłącznie tego, czy Wałęsa jako prezydent odpowiadał za niszczenie dokumentów "Bolka". One nie przesądzają, czy Wałęsa "Bolkiem" był. Dla sędziów to za mało.
Był jeszcze jeden szczegół — aby uznać kogoś za agenta, sędziowie żądali zobowiązania do współpracy, własnoręcznych pokwitowań, oryginałów teczek itd. A tego nie było. W tamtym czasie wiele dokumentów "Bolka" to były kserokopie, a nie wymagane przez sąd oryginały, bo te — jak się okazało dopiero w 2016 r. — trzymał w swej piwnicy były szef bezpieki gen. Czesław Kiszczak. Miał Kapiński do dyspozycji np. opis akt "Bolka" — tej teczki, która znalazła się potem u Kiszczaka. W "Analizie akt archiwalnych nr I 14713 dotyczących ob. WAŁĘSA LECH" napisano: "Wymieniony do współpracy z organami bezpieczeństwa pozyskany został w dniu 29 XII 1970 r. jako TW ps. »BOLEK« na zasadzie dobrowolności przez st. insp. Wydziału II KW MO w Olsztynie kpt. Edwarda Graczyka".
Tyle że to nie był oryginał. Faktem jest też, że w czasie rozprawy w 2000 r. Rzecznik Interesu Publicznego — czyli prokurator lustracyjny — nie wnosił o uznanie Wałęsy za kłamcę lustracyjnego. Wnosił o umorzenie sprawy, czyli uznanie, że Wałęsa czysty nie jest, ale brakuje dowodów do uznania go za kłamcę lustracyjnego.
Tak się broni Kapiński — że na bazie materiałów z 2000 r. nie można było Wałęsy uznać za kłamcę lustracyjnego. Że dopiero po znalezieniu 16 lat później oryginałów w domu Kiszczaka sprawa wygląda inaczej. Tyle że Kaczyńskiego to nie satysfakcjonuje — bo nie ma już żadnych prawnych możliwości ukarania Wałęsy.
W PiS wojna frakcji o to, czy dogadać się z koalicją w sprawie sądownictwa
Konflikt o Kapińskiego ma kilka płaszczyzn. Po pierwsze pokazuje, że wyrosło całe pokolenie polityków PiS, dla których dawne potyczki Kaczyńskiego z Wałęsą nie mają znaczenia, nawet jeśli były mitem założycielskim obecnej prawicy. Dla nich znaczenie ma zupełnie co innego — linia polityczno-prawna Kapińskiego.
Otóż Kapiński z definicji odrzuca podział na legalnych sędziów i tzw. neosędziów, a zatem nigdy nie dogada się z obecną władzą na dyskryminowanie sędziów wybranych w czasach rządów PiS (czyli właśnie "neosędziów"). Do tego jako sędzia i szef Izby Karnej Sądu Najwyższego wydał orzeczenie, wedle którego obecna władza dokonała nielegalnej zmiany na stanowisku prokuratora krajowego. Według prezentowanej przez niego linii szefem prokuratury jest wciąż Dariusz Barski, kumpel Zbigniewa Ziobry.
I w sprawie neosędziów, i w sprawie prokuratora krajowego, Kapiński w pełni wspiera podejście PiS. Jego promotorzy spośród polityków PiS liczą, że w razie jakichkolwiek turbulencji w wymiarze sprawiedliwości będzie się trzymał tej linii.
No tak, tyle że taką linię gwarantują PiS wszyscy neosędziowie z Sądu Najwyższego. Czemu zatem część polityków PiS namawiała Nawrockiego, by wybrał akurat Kapińskiego?
Otóż dlatego, że — to po drugie — powołanie Kapińskiego to sygnał, że w PiS jest grupa skłonna do szukania porozumienia z obecną władzą w sprawie uporządkowania chaosu w sądownictwie. Na pewno Kapiński nie jest tak polityczne jednoznaczny jak Manowska, która była wcześniej w rządzie PiS i kumpluje się z politykami PiS prywatnie.
Kapiński zarzeka się, że polityków PiS nie zna, za to poznał się z Waldemarem Żurkiem, bo obaj polują i działają w sądzie łowieckim.
Widać wyraźnie, że w PiS ścierają się dwie koncepcje. Jedna, lansowana przez dawnych ludzi Ziobry związanych z radykalną frakcją "maślarzy", to gra na twardo — żadnych kompromisów z władzą w sprawie sądownictwa. Widać to wyraźnie po próbach zablokowania prac nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Niedawno skończyła się kadencja KRS, wybranej jeszcze w czasach rządów PiS — dominowali w niej ludzie Ziobry. Obecna władza wybrała nowy skład KRS, ale ludzie Ziobry próbują nie dopuścić do zwołania pierwszego posiedzenia. Najpierw skierowali do Trybunału Konstytucyjnego — rządzonego przez ziobrystę Bogdana Święczkowskiego — wniosek o uznanie przepisów ustawy o KRS za niekonstytucyjne. Nie ma w tym żadnej logiki — bo to ustawa uchwalona za rządów PiS i to na jej podstawie sami ziobryści trafili do KRS. Ale nie o logikę to chodzi. Oczywiście, Trybunał zachował się przewidywalnie: wydał zakaz powoływania nowych członków do KRS do czasu rozstrzygnięcia konstytucyjności ustawy. Władza to — jak wszystkie orzeczenia TK — zlekceważyła i wybrała nowy skład KRS.
W tej sytuacji kluczowe jest to, czy Kapiński zwoła pierwsze posiedzenie KRS. To byłby sygnał, że jest w PiS grupa polityków, którzy chcą się dogadać z obozem władzy w sprawie sądów. Na razie sędzia nie mówi nie, podkreśla za to, że chce, aby instytucje działały — co jest wskazówką, że zwoła posiedzenie.
Jeśli Kapiński zwoła pierwsze posiedzenie, będzie to dowód na to, że Nawrocki nie będzie blokował nowej KRS — wbrew nadziejom dawnych ziobrystów. Gdyby prezydent odmówił nominowania sędziów zaopiniowanych przez KRS, to wymiar sprawiedliwości by się szybko załamał.
Do kompromisu w sądownictwie jest potrzebna koalicja rządząca, KRS, Kapiński i Nawrocki. Kaczyński zupełnie potrzebny nie jest.
Można byłoby uznać, że odwołanie prezydenta Krakowa jest naturalne. Tylko że naturalne nie jest
Zaciekły — od ponad dwóch dekad — przeciwnik Kaczyńskiego, szef Koalicji Obywatelskiej Donald Tusk także przeżywa problemy. Rok temu dostał ciężkie baty, bo jego kandydat Rafał Trzaskowski przegrał wybory prezydenckie. Teraz z kolei — raptem po dwóch latach kadencji — odwołany w referendum został prezydent Krakowa Aleksander Miszalski. To ważna postać KO — szef małopolskich struktur partii i członek zarządu KO.
Donald Tusk i Aleksander Miszalski
Miszalski sam dostarczył swoim przeciwnikom amunicji. Podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej połączone z ograniczeniem wjazdu starszych samochodów do centrum miasta zostały odebrane przez wielu mieszkańców bardzo źle — nie tylko jako sięganie ludziom do portfeli, ale także zwyczajne utrudnianie życia. Niezależnie od tego, jakie argumenty stały za decyzjami Miszalskiego, politycznie okazały się one wyjątkowo trudne do obrony.
Dodatkowo Miszalski intensywnie pracował na wizerunek polityka niepoważnego. W mieście takim jak Kraków, które pielęgnuje swój inteligencki etos i lubi postrzegać się jako stolica polskiej kultury oraz nauki, taka strategia była szczególnie ryzykowna.
Biorąc to pod uwagę, można byłoby uznać, że ekspresowe odwołanie Miszalskiego jest naturalne. Tylko że naturalne nie jest. Polska polityka zna znacznie bardziej kontrowersyjne przypadki politycznych karier — choćby sam Karol Nawrocki. To dlatego, że wyborcy nie zawsze kierują się oceną wpadek i błędów kandydatów. Nierzadko większe znaczenie mają emocje polityczne, identyfikacja partyjna oraz skuteczność sztabów wyborczych.
To właśnie tutaj tkwi sedno problemu. O sukcesie wyborczym rzadko decyduje wyłącznie jakość kandydata. Kluczowe znaczenie ma sprawność aparatu politycznego stojącego za nim. Liczą się determinacja, dyscyplina organizacyjna i jasny pomysł na prowadzenie kampanii.
Podczas kampanii referendalnej w Krakowie Koalicja Obywatelska nie pokazała żadnej z tych cech. Zamiast przygotowania planu aktywnej obrony własnego prezydenta partia liczyła na to, iż problem rozwiąże się sam — czyli że frekwencja w referendum będzie za niska, aby odwołać Miszalskiego. Brakowało wyraźnego przekazu, mobilizacji sympatyków i skutecznej odpowiedzi na zarzuty przeciwników. Referendum stało się nie tylko oceną rządów Miszalskiego. Referendum pokazało także kampanijną niemoc Koalicji Obywatelskiej.
Przez całą kampanię Miszalski sprawiał wrażenie polityka zaskoczonego, że referendum w ogóle się odbywa. Zamiast narzucić własną narrację, miesiącami pozostawał w defensywie, reagując na kolejne ataki przeciwników. Tymczasem referendum nie spadło z nieba. Było konsekwencją narastającego niezadowolenia części mieszkańców, ale również efektem świadomej i konsekwentnej pracy środowisk opozycyjnych, które postanowiły ten gniew zagospodarować politycznie.
Milioner, który pokonał Koalicję Obywatelską
Najbardziej aktywne okazały się PiS i Konfederacja. Choć obie formacje od lat są w Krakowie skłócone i słabe, tym razem znalazły wspólny interes. Zwornikiem tej nieformalnej koalicji stał się Łukasz Gibała — polityk o krętej biografii, dawny poseł Platformy Obywatelskiej, później związany z Januszem Palikotem i krótko z Ryszardem Petru, a dziś poważny gracz na krakowskiej scenie politycznej.
Janusz Palikot, Łukasz Gibała
Gibała od lat walczy o prezydenturę Krakowa. Trzykrotnie ubiegał się o urząd prezydenta i za każdym razem przegrywał, ale jednocześnie konsekwentnie budował własną rozpoznawalność oraz sieć politycznych wpływów. W przeciwieństwie do wielu polityków Gibała posiada zasób szczególnie cenny w długotrwałej walce politycznej — gigantyczne pieniądze. Rodzinny majątek liczony w setkach milionów pozwala mu prowadzić działalność polityczną bez ograniczeń.
To właśnie pieniądze okazały się jednym z kluczowych elementów operacji wymierzonej w Miszalskiego. Kampania referendalna nie przypominała spontanicznego obywatelskiego protestu. Była dobrze zorganizowana, konsekwentna i prowadzona przy użyciu nowoczesnych narzędzi komunikacyjnych. Szczególnie widoczne było to w Internecie, gdzie przeciwnicy Miszalskiego osiągnęli wyraźną przewagę. Media społecznościowe zostały zalane materiałami uderzającymi w prezydenta, często agresywnymi, prześmiewczymi i balansującymi na granicy dezinformacji. Pojawiały się produkowane masowo treści wykorzystujące sztuczną inteligencję, zmanipulowane nagrania oraz materiały, których celem nie było informowanie, lecz wywoływanie emocji i utrwalanie negatywnego wizerunku przeciwnika.
Najbardziej zaskakujące jest to, że partia rządząca państwem, dysponująca rozbudowanymi strukturami, znaczącymi zasobami finansowymi i armią zawodowych specjalistów od komunikacji politycznej, pozwoliła się zepchnąć do narożnika. Nie przegrała z potężną organizacją polityczną ani z szerokim społecznym ruchem. Przegrała z lokalnym politykiem, który lepiej rozumiał współczesne mechanizmy mobilizacji opinii publicznej. Przegrała również z cyfrową machiną propagandową — kontami anonimowymi, farmami trolli i algorytmami, które skuteczniej niż partyjni sztabowcy potrafiły dotrzeć do wyborców.
Problemem KO nie były wyłącznie błędy Miszalskiego. Problemem okazała się całkowita niezdolność partii do prowadzenia skutecznej wojny informacyjnej w Internecie.
Politycy Koalicji Obywatelskiej tłumaczą dziś, że Aleksander Miszalski nie chciał wsparcia ze strony partyjnej centrali. Jeśli rzeczywiście tak było, to nie jest to żadne usprawiedliwienie — a wręcz to kolejny dowód słabości KO. Zdumiewające jest bowiem nie to, że prezydent Krakowa odmówił pomocy, ale że w ogóle miał w tej sprawie decydujący głos.
Referendum dotyczące drugiego co do wielkości miasta zarządzanego przez KO nie było lokalnym incydentem ani personalnym problemem jednego samorządowca. Było wydarzeniem o znaczeniu ogólnopolskim. Porażka prezydenta Krakowa automatycznie staje się porażką jego politycznego zaplecza. Uderza w wizerunek partii i osłabia pozycję rządu. W takich sytuacjach poważne ugrupowania polityczne nie pytają lokalnego działacza, czy życzy sobie wsparcia. Po prostu uruchamiają wszystkie dostępne zasoby, ponieważ stawką jest reputacja całego obozu.
Była prezydent Zabrza Agnieszka Rupniewska
Nie był to pierwszy przypadek, gdy Koalicja Obywatelska zachowała się tak, jakby nie rozumiała politycznych konsekwencji własnych porażek. Wystarczy przypomnieć ubiegłoroczne referendum w Zabrzu, gdzie po zaledwie roku urzędowania odwołana została prezydent Agnieszka Rupniewska. Także wtedy partia zachowywała się biernie, jakby referendum dotyczyło wyłącznie lokalnej polityki. Tymczasem głosowanie nad odwołaniem Rupniewskiej odbywało się tuż przed ogólnopolskimi wyborami prezydenckimi i stanowiło gotowy materiał promocyjny dla prawicy. Trudno wyobrazić sobie bardziej niekorzystny moment na demonstrację własnej bezradności.
Jeżeli spojrzeć na ostatnie lata, to bilans wyborczy Koalicji Obywatelskiej nie wygląda imponująco
Zresztą jeszcze wyraźniej było to widać podczas samych wyborów prezydenckich. Kampania Rafała Trzaskowskiego pozostanie podręcznikowym przykładem fatalnego projektu politycznego. Kandydat KO rozpoczynał wyścig jako faworyt. Dysponował doświadczeniem, rozpoznawalnością i zapleczem największej partii obozu rządzącego. Mimo to sztab przez wiele miesięcy sprawiał wrażenie, jakby działał bez planu, bez koordynacji i bez zrozumienia dynamiki współczesnej komunikacji politycznej.
Donald Tusk i Rafał Trzaskowski
Oczywiście Trzaskowski sam popełniał błędy. Jednak równie wyraźnie było widać, że stał się celem skoordynowanej kampanii wymierzonej w jego wizerunek. Internet zalewały kolejne fale treści mających go ośmieszyć, zdyskredytować lub przedstawić jako polityka oderwanego od rzeczywistości. Gdy po pierwszej turze stało się jasne, że sytuacja wymyka się spod kontroli, grupa specjalistów od kampanii wyborczych, sympatyzujących z KO, zaoferowała swoją pomoc. Oferta została odrzucona.
Mechanizm był zresztą uderzająco podobny do tego, który obserwowaliśmy teraz w Krakowie. Trzaskowski uznał, że poradzi sobie sam. Donald Tusk zaakceptował taki stan rzeczy. Efekt: polityczna katastrofa, której kosztów politycznych nie da się zmierzyć.
Jeżeli spojrzeć na ostatnie lata bez emocji, to bilans wyborczy Koalicji Obywatelskiej nie wygląda imponująco. W 2023 r. partia nie wygrała wyborów parlamentarnych, a władzę objęła przede wszystkim dzięki zdolności do zbudowania większości z innymi ugrupowaniami opozycyjnymi. W wyborach samorządowych w 2024 r. więcej głosów w skali kraju na poziomie sejmików wojewódzkich — a to głosowanie przypominające wybory do Sejmu — zdobył PiS. W wyborach do Parlamentu Europejskiego różnica na korzyść KO była minimalna.
Kolejne kampanie pokazują, że Koalicja Obywatelska wciąż nie potrafi prowadzić kampanii w nowych realiach, gdy trzeba konkurować z botami. A przecież to co się działo w Krakowie to zaledwie poligon. Prawdziwa polityczna wojna czeka nas za rok.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Jarosław Kaczyński traci kontrolę nad PiS, a Mateusz Morawiecki i Karol Nawrocki zaczynają stawiać opór.
- Prezydent Nawrocki zignorował Kaczyńskiego, powołując Zbigniewa Kapińskiego na kluczowe stanowisko w Sądzie Najwyższym.
- Wałęsa, którego lustracja ma kluczowe znaczenie dla Kaczyńskiego, pozostaje niewinny w oczach sądów, co nie satysfakcjonuje lidera PiS.
- W Krakowie Koalicja Obywatelska doświadczyła porażki, gdy prezydent Aleksander Miszalski został odwołany w referendum.
- Łukasz Gibała, bogaty polityk, zorganizował skuteczną kampanię przeciwko Miszalskiemu, wykorzystując nowoczesne narzędzia komunikacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz