Tajemnice Nowogrodzkiej. Kaczyński pisze swój polityczny testament, 15.06.2026



 

Tajemnice Nowogrodzkiej. Kaczyński pisze swój polityczny testament

15 czerwca 2026

Przyszłoroczne wybory parlamentarne to dla 77-letniego Jarosława Kaczyńskiego ostatni moment, żeby zdobyć władzę. Tyle że prezes PiS nigdy nie był w tak trudnej sytuacji, jak dziś. Polityczni wychowankowie Kaczyńskiego brutalnie rywalizują o schedę po nim. Do tego Mentzen go wyśmiewa, Braun zabiera mu elektorat, a czwarty wykreowany przez niego prezydent prowadzi własną politykę, nie oglądając się na PiS.

Dokładnie 25 lat temu powstało Prawo i Sprawiedliwość. W pierwszej części swej autorskiej opowieści o kulisach PiS dziennikarz Onetu Andrzej Stankiewicz pokazał, w jaki sposób Kaczyński zbudował potęgę swej partii i opisał kulisy politycznych egzekucji, które prezes przeprowadził wśród tych, którzy zakładali z nim PiS. Symbolicznym końcem tego pierwszego etapu był Smoleńsk, który zdewastował życie Kaczyńskiego i drastycznie osłabił PiS.
W drugiej części Stankiewicz opowiada o tym, jak Kaczyński powstał ze smoleńskiego upadku i jak zbudował Zjednoczoną Prawicę, która zapewniła mu niemal pełną władzę nad Polską. Zagląda także za kulisy problemów, które Kaczyński ma dziś w partii.

KACZYŃSKI ZMIENIA PiS

czyli prezes wystawia w wyborach Dudę, Szydło i "500 Plus"
W 2012 r. obchody Smoleńska były marne — PiS zaczął być postrzegany jako partia, która mówi głównie o zamachowych teoriach Antoniego Macierewicza.
Kaczyński opowiadał mi kiedyś, że wówczas zrozumiał, że aby odzyskać władzę musi zmienić partię.
I dokonał tego. Od 2013 r. przez ponad 2 lata intensywnie przygotowywał nowy projekt wyborczy. Opierał się on na trzech filarach: zbudowaniu jednej prawicowej listy, ukryciu się za nowymi twarzami i przedstawieniu programu, który swą atrakcyjnością przykryje smoleńskie dziedzictwo Macierewicza.
Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz
Albert Zawada / PAP
Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz
Tak powstała Zjednoczona Prawica — sojusz PiS z partią Ziobry, który wrócił, by ucałować prezesowski sygnet i formacją Jarosława Gowina, uciekiniera z Platformy, który nawet będąc ministrem w rządzie Tuska dbał o poprawne relacje z PiS.
Nowymi twarzami Zjednoczonej Prawicy stali się europoseł, dawny minister w Kancelarii Prezydenta Andrzej Duda i posłanka Beata Szydło, wyselekcjonowani z drugiego szeregu PiS. Ponieważ nie byli szerzej znani, można było ich wizerunki zbudować od zera.
Andrzej Duda i Beata Szydło w 2015 r.
Darek Delmanowicz / PAP
Andrzej Duda i Beata Szydło w 2015 r.
Do tego Kaczyński dołożył nowy program, stawiając mocno na transfery finansowe — to nie tylko słynne 500 plus, ale także obniżenie wieku emerytalnego, czy darmowe leki dla seniorów.
Szedł w kierunku dokładnie odwrotnym od rządu, który w 2012 r. podniósł wiek emerytalny do 67 lat. Jednocześnie premier odganiał się od doradców sugerujących wprowadzenie dodatków na dzieci — ufał swemu ministrowi finansów Jackowi Rostowskiemu, że nie da się tego zrobić.
Donald Tusk i Jacek Rostowski w 2014 r.
Rafał Guz / PAP
Donald Tusk i Jacek Rostowski w 2014 r.
To były fundamentalne błędy polityczne koalicji PO-PSL.
Ale rząd Tuska dobiła afera taśmowa. Kelnerzy z dwóch ekskluzywnych warszawskich restauracji — "Sowa i Przyjaciele" oraz "Amber Room" — na przełomie 2013 i 2014 r. nagrywali zamknięte biesiady ministrów PO, prezesów państwowych spółek i prywatnych biznesmenów bliskich władzy. Nagrało się wszystko — polityczne brudy, biznesowe deale, a nawet seks. Publiczność wpuszczona za kulisy polityki była zszokowana knajackim językiem i wystawnością dań, spożywanych zazwyczaj za państwowe pieniądze — do dziś symbolem tej afery są ośmiorniczki, zamówione przez prezesa NBP Marka Belkę i szefa MSWiA Bartłomieja Sienkiewicza.
Restauracja "Sowa & Przyjaciele"
Jakub Kamiński / PAP
Restauracja "Sowa & Przyjaciele"
Za aferą stał biznesmen Marek Falenta, który płacił kelnerom za nagrania. Falenta miał porachunki z władzą — która prowadziła śledztwo w sprawie jego interesów węglowych — a jednocześnie utrzymywał kontakty z ludźmi specsłużb związanymi z PiS. Dlatego też Kaczyński wcześniej wiedział, że są takie nagrania. I dlatego materiały zostały zdetonowane za pośrednictwem związanego z PiS reportera Piotra Nisztora, który opublikował je w tygodniku "Wprost".
Marek Falenta
Tomasz Gzell / PAP
Marek Falenta
To był nokaut — nie miało znaczenia nawet to, że Tusk osobiście nie uczestniczył w tych biesiadach. Premier w swym stylu sugerował, że za sprawą stoją Rosjanie, ale to nic nie dało.
Platforma zaczęła nabierać wody.
Wszystko to razem — przemiana PiS, utrata słuchu społecznego przez Tuska i afery wokół rządu — zadecydowało o wyniku wyborów w 2015 r. To znów były wybory podwójne, prezydenckie i parlamentarne.
Duda sensacyjnie pokonał Komorowskiego, którego uśpiły dobre sondaże, a zatopiła koszmarna, pełna wpadek kampania. Dudzie pomógł trzeci w stawce Paweł Kukiz, który przed drugą turą — w cichym sojuszu z PiS — dyskredytował Komorowskiego.
Ale kluczowe było co innego. W tamtej kampanii po raz pierwszy na taką skalę PiS wykorzystało Internet, z jednej strony do promocji Dudy, a z drugiej do nadmuchiwania do niespotykanych rozmiarów większych i mniejszych wpadek Komorowskiego. Właśnie wtedy Kaczyński pokazał, że choć jest politykiem anachronicznym, to potrafi postawić na nieoczywistych ludzi i nowatorskie narzędzia, jeśli dają szansę na sukces. Tak jest zresztą do dziś — PiS prowadzi kampanie z największym rozmachem, przy wykorzystaniu najnowocześniejszych narzędzi internetowych, słono przy tym płacąc zagranicznym doradcom.
Andrzej Duda i Bronisław Komorowski po przedwyborczej debacie
Jacek Turczyk / PAP
Andrzej Duda i Bronisław Komorowski po przedwyborczej debacie
Jesienią 2015 r. na fali wiktorii Dudy Zjednoczona Prawica wygrała wybory parlamentarne i to z rezultatem umożliwiającym samodzielne rządzenie. Tusk, spodziewając się klęski, zawczasu ewakuował się do Brukseli na posadę szefa Rady Europejskiej — zostawił partię swej faworytce Ewie Kopacz. Pozbawiona jakichkolwiek talentów politycznych Kopacz przegrała wybory z PiS, a po porażce Platforma zjechała do kilkunastu procent poparcia.
Donald Tusk i Ewa Kopacz
Grzegorz Jakubowski / PAP
Donald Tusk i Ewa Kopacz
Kaczyńskiemu wydawało się, że ścieżka do budowy IV RP — państwa z jego marzeń, które chciał narzucić wszystkim Polakom — stoi otworem.

CZAS ZEMSTY

czyli Kaczyński przejmuje jednoosobową władzę w państwie, ale bryka mu prezydent, przez co upada wielki projekt budowy państwa z prezesowskich marzeń
Jako się rzekło, Kaczyński zaczął od ataku na Trybunał Konstytucyjny. Planował rewolucję, więc musiał wyłączyć główny bezpiecznik. To wtedy wprowadził do TK swych "dublerów", żeby szybko zdobyć większość.
Sytuacja wyglądała tak. Prezydent Andrzej Duda wygrał wybory w maju 2015 r., a został zaprzysiężony na początku sierpnia. Wtedy jeszcze rząd tworzyła koalicja PO-PSL, zaś premierem była Ewa Kopacz. Wybór Dudy był jednak sygnałem, że PO przegra wybory do Sejmu jesienią 2015 r. Dlatego kończąca swe rządy Platforma chciała zawczasu obsadzić pięć miejsc w Trybunale Konstytucyjnym, licząc, że uzyska w nim większość, która będzie w stanie blokować działania PiS.
Kłopot polega na tym, że ówczesne przepisy nie dawały prawa wybrania tak wielu sędziów naraz — można było wybrać jedynie trzech. Dlatego Platforma dogadała się w tej sprawie z PSL oraz z SLD, by prawo doraźnie zmienić. Już po wygranej Dudy — w czerwcu 2015 r. — wszystkie te partie znowelizowały ustawę o TK, wprowadzając zapis umożliwiający wybór dodatkowych dwóch sędziów z wyprzedzeniem.
Trybunał w grudniu 2015 r. — jeszcze za prezesury Andrzeja Rzeplińskiego, ale już za rządów PiS — stwierdził, że PO, PSL i SLD działały niezgodnie z Konstytucją, a zatem trzech sędziów jest legalnych, a dwóch nie.
Dla Kaczyńskiego to było jednak zbyt mało, bo miał takie same cele jak Platforma — zagwarantować sobie w TK większość, by sędziowie orzekali po jego myśli.
Zaraz po wygranych wyborach PiS przyjęło uchwały unieważniające wybór wszystkich pięciu sędziów wybranych przez PO, PSL i SLD. I na ich miejsce wybrało własnych.
Dlatego trzech z pięciu sędziów z nadania PiS nazwanych zostało dublerami — zostali przez Dudę zaprzysiężeni na legalnie obsadzone miejsca. Żeby być pewnym efektu, Kaczyński wprowadzał dublerów do TK w asyście policji.
W podobnie łapczywy sposób przejmował Kaczyński kolejne instytucje. Sądownictwo, służby specjalne, prokuratura i TVP, do której wysłał Mefistofelesa propagandy Jacka Kurskiego.
Prezes mógł robić właściwie wszystko. Miał swego prezydenta — wystraszonego, czołobitnego Dudę — oraz swój TK z Julią Przyłębską, marną sędzią z Poznania, którą wyniósł na czoło pisowskiej elity, bo wiedział, że w zamian za prestiż zrobi dla niego wszystko. Korzystał z tego jak mógł — nakazał choćby prokuraturze ścigać Tuska za rzekomą zdradę dyplomatyczną, czyli spiskowanie z Putinem przeciwko Lechowi.
Julia Przyłębska i Jarosław Kaczyński
Paweł Supernak / PAP
Julia Przyłębska i Jarosław Kaczyński
I zbudowałby pewnie to swoje państwo marzeń, gdyby nie przebudzenie Dudy.
Przez pierwsze dwa lata kadencji prezydent podpisywał wszystko jak leci, upokarzany nie tylko przez Kaczyńskiego, ale także przez jego pomagierów takich jak Joachim Brudziński. Ale w kluczowym momencie się zbuntował — latem 2017 r. zawetował ustawy sądowe Ziobry, które umożliwiały przeprowadzenie czystki w wymiarze sprawiedliwości, łącznie z usunięciem sędziów Sądu Najwyższego. Ziobro był tak bezczelny, że chciał tymi ustawami zabrać Dudzie kompetencje w kwestiach sądownictwa i przekazać je sobie. Główny doradca prezydenta Marcin Mastalerek oraz prezydencka małżonka Agata Kornhauser wyperswadowali Dudzie zgodę, przekonując, że jeśli się nie postawi, to zrujnuje swój wizerunek i nigdy już nie zatrzyma upokorzeń ze strony Kaczyńskiego.
Protest w obronie wolnych sądów w 2017 r.
Marcin Obara / PAP
Protest w obronie wolnych sądów w 2017 r.
Duda dał się przekonać także dlatego, że wtedy jeszcze aktywna była opozycja uliczna i w całym kraju odbywały się masowe protesty przeciwko ustawom Ziobry.
Andrzej Duda i Marcin Mastalerek
Adam Warżawa / PAP
Andrzej Duda i Marcin Mastalerek
Po tych wetach już nigdy nic nie było takie samo — Kaczyński stracił gwarancję, że jego ekstremalne pomysły zyskają podpis prezydenta. I tak się rzeczywiście stało.
W 2021 r. prezydent zawetował "lex TVN", ustawę, która była próbą przejęcia przez PiS kontroli nad krytyczną wobec władzy stacją telewizyjną. Do tego Duda dwa razy w 2022 r. zawetował "lex Czarnek", prawo, które dawało ministrowi edukacji prawo do pełnej kontroli nad tym, jak uczone są dzieci w każdej polskiej szkole. To także Duda zatrzymał pomysły Kaczyńskiego na całkowite wyeliminowanie lidera Platformy — tuż przed wyborami prezydent wycofał swe poparcie dla pisowskiej komisji ds. rosyjskich wpływów, która miała ukarać Tuska zakazem zajmowania stanowisk publicznych na 10 lat, czyli na zawsze.
Po przegranych wyborach jesienią 2023 r. Kaczyński sugerował wręcz, że to przez Dudę PiS straciło władzę. Do dziś ma o to do niego pretensje.

UPADEK

czyli Kaczyński traci władzę, bo jego ludzie kradli, bo aborcja, bo pandemia, bo Ukraina i bo nikt nie chce z nim rządzić
Ale tak oczywiście nie jest. Kaczyński stracił władzę z kilku powodów — poza naturalnym zmęczeniem rządzącą przez osiem lat władzą. Kluczowe było zaostrzenie przepisów aborcyjnych, które Kaczyński przeprowadził pod koniec 2020 r. rękami TK Przyłębskiej. Wtedy po raz ostatni doszło do masowych protestów w całym kraju — tzw. czarnych protestów. Prezes wpadł w panikę do tego stopnia, że rozważał użycie wojska do rozpędzenia protestów. Skończyło się na wysłaniu przeciwko tłumom uzbrojonych po zęby zastępów policji, włącznie z ubranymi po cywilnemu antyterrorystami, którzy w razie potrzeby tłukli kobiety i młodzież pałkami.
Czarny protest po zaostrzeniu prawa aborcyjnego
Łukasz Piecyk / East News
Czarny protest po zaostrzeniu prawa aborcyjnego
Protesty szybko obumarły, po tym, gdy kontrolę nad nimi przejęły ekstremistki, zachęcające do ataków na kościoły. Ale efektu sondażowego już nigdy Kaczyńskiemu nie udało się zmienić — po zaostrzeniu prawa aborcyjnego PiS na trwałe zaliczyło sondażowe spadki.
Faktem jest też, że Kaczyński zapłacił w wyborach cenę za to, że tolerował afery PiS. Mamy dowody, że o niektórych — jak okradanie przez ludzi Ziobry Funduszu Sprawiedliwości — doskonale wiedział. Musiał też znać skalę złodziejstwa ludzi Morawieckiego w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, bo CBA nadzorowane przez Mariusza Kamińskiego zebrało kluczowe materiały jeszcze przed wyborami. Skandal ze złodziejstwem w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju też był znany w kierownictwie PiS, bo doprowadził do wewnętrznych konfliktów w partii. Kaczyński wiedział o aferze wizowej — ale zwlekał z dymisją podejrzanego o korupcję wiceszefa MSZ Piotra Wawrzyka, bo chciał sprawę ukryć przed wyborami.
Od początku PiS ćwierć wieku temu aż do dziś Kaczyński przywdziewa szaty jedynego sprawiedliwego. Ale dwie kadencje rządów PiS dowodzą, że przymykał oczy na złodziejstwa swych ludzi w imię realizacji swego najważniejszego celu: utrzymania władzy. Nie ma co do tego wątpliwości, że dla Kaczyńskiego władza jest ważniejsza od czystości własnych szeregów.
Na porażkę wreszcie miały wpływ kataklizmy, z którymi mierzył się rząd Mateusza Morawieckiego — najpierw pandemia, a potem wojna w Ukrainie.
Mateusz Morawiecki i Wołodymyr Zełenski w Kijowie na początku pełnoskalowej inwazji Rosji
Biuro Prasowe Prezydenta Ukrainy / Biuro Prezydenta Ukrainy
Mateusz Morawiecki i Wołodymyr Zełenski w Kijowie na początku pełnoskalowej inwazji Rosji
Pandemiczne ograniczenia napędziły wyborców Konfederacji, która powstała w 2019 r. jako sojusz ultraprawicowych partyjek. Z kolei początkowy entuzjazm, z jakim Polacy wspierali Ukrainę po ataku Rosji zimą 2022 r., stopniowo zmienił się w niechęć do Ukraińców, którzy uciekli do Polski — a to stało się głównym paliwem Grzegorza Brauna, który najpierw był w Konfederacji, a potem stworzył własną partię. Kaczyński przestał być monopolistą na prawicy — część jego wyborców powędrowała jeszcze bardziej na prawo.
Nade wszystko jednak Kaczyński stracił władzę, bo nie miał koalicjantów. Co prawda wybory w 2023 r. formalnie wygrał, ale nikt z nim nie chciał rządzić — wszystkim za rządów PiS groził, wszystkich obrażał i wszystkim okazywał pogardę.
Na jedyną publiczną analizę wyników Kaczyński wybrał zlot klubów "Gazety Polskiej" w Spale. Kilkudziesięciominutowy wykład dla pisowskich twardzieli pokazywał, że prezes nie wyciągnął z porażki ani jednego wniosku. Znów naród głosował przez pomyłkę — jak zawsze, gdy Kaczyński przegrywa z Tuskiem. Znów suweren nie docenił, że Kaczyński dał mu kasę — jakby pieniądze miały być jedynym czynnikiem wpływającym na decyzje wyborcze. Znów w tle były Niemcy i Rosja — okazało się bowiem, że to właśnie ciemne siły wrogich mocarstw stały na tamtym etapie za partią Szymona Hołowni, która wraz z PSL stworzyła Trzecią Drogę, odbierając wyborców Kaczyńskiemu i wchodząc w koalicję z Tuskiem.

OSTATNI ROZDZIAŁ PIERWSZEGO PREZESA

czyli Kaczyński cudem wygrywa wybory prezydenckie, czym ratuje PiS przed upadkiem — ale jednocześnie w tym sukcesie jest zalążek jego klęski
Wydawało się, że po objęciu władzy Tusk rozbije PiS — komisjami śledczymi i prokuraturą. Nic takiego się nie stało. Tusk okazał się bezradny wobec systemu Kaczyńskiego — nominatów PiS, których prezes zostawił po rządach PiS w kluczowych miejscach państwa i zabezpieczył ich ustawami oraz prezydentem Dudą.
Prezeska Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska, szefowa Krajowej Rady Sądownictwa Dagmara Pawełczyk-Woicka, prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński, prezesi Trybunału Konstytucyjnego najpierw Julia Przyłębska, a teraz Bogdan Święczkowski oraz szefostwo Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, początkowo Maciej Świrski, a po jego odwołaniu Agnieszka Glapiak. To był ruch oporu Kaczyńskiego — prezes stworzył system instytucji nastawionych na walkę i blokowanie rządu.
Jarosław Kaczyński i Adam Glapiński w 1991 r.
Kuba Atys / Agencja Gazeta
Jarosław Kaczyński i Adam Glapiński w 1991 r.
Korzystając z prawnego wybiegu, premier pozbył się prokuratora krajowego Dariusza Barskiego, świadka na ślubie Ziobry — wysłał go na dobrze płatną prokuratorską emeryturę. Ale wszystkie kontrolowane przez PiS instytucje — a kluczowy był Sąd Najwyższy — nie uznały tego odwołania i uważają Barskiego za jedynego legalnego prokuratora krajowego. W dodatku inni ludzie PiS są w kierownictwie prokuratury do dziś. Dzięki temu żadne rozliczenia nie były możliwe — i dlatego Tusk nie rozbił PiS.
Dariusz Barski i Zbigniew Ziobro w 2011 r.
Grzegorz Michałowski / PAP
Dariusz Barski i Zbigniew Ziobro w 2011 r.
Jednocześnie — na czym Kaczyński skorzystał w sposób bezprecedensowy — premier całkowicie położył kampanię prezydencką. Selekcja kandydata KO i jego kampania wyborcza były kompletną katastrofą, zaprzeczeniem podstawowych zasad marketingu politycznego i zdrowego rozsądku.
W odróżnieniu od Tuska Kaczyński poświęcił wiele czasu na przygotowanie kampanii, zdając sobie sprawę, że od wyniku wyborów zależy przyszłość PiS — i to, czy uda się ocalić zręby państwa PiS, które zbudował w latach 2015-23. Zlecił szerokie badania, badając nastroje społeczne. Wiedział, że kluczowa jest druga tura, w której zdecydują głosy wyborców radykalnej prawicy, czyli Mentzena, Bosaka i Brauna. Jednocześnie każdemu kandydatowi PiS ciążyłyby decyzje i afery ośmiu lat rządów PiS. Stąd pomysł na "kandydata obywatelskiego" — Kaczyński uznał, że łatwiej wypromować człowieka znikąd i ulepić jego wizerunek od zera, niż wystawić kogoś z czołówki PiS. Za tym poszło zatrudnienie speców od kampanii, w tym rumuńskiej firmy Follow Digital Solutions wyspecjalizowanej w robieniu polityki na Facebooku.
To — po raz kolejny — pokazało, że Kaczyński potrafi się zmieniać i sięgać po najnowocześniejsze narzędzia polityczne, a Tusk jest anachroniczny. — Jest takie poczucie, że jestem ślepy na jedno oko i nie widzę, że komunikacja i informacja są kluczowe i nie widzę, że jest tabun ekspertów, którzy robią to genialnie — odpowiadał Tusk na żale swych wyborców na powyborczym spotkaniu w Pabianicach. — Uwierzcie mi, że eksperci jeszcze nigdzie nigdy nie wygrali żadnych wyborów. Jeśli zabraknie odwagi, determinacji i przebojowości, to żadna ekspertyza i geniusz cyfrowy nie pomoże. Wiem, dlaczego wygraliśmy 15 października, i to nie dlatego, że mieliśmy świetnie opanowane algorytmy w sieci.
To pokazuje, że albo nic nie rozumie, albo udaje, że nie rozumie. Wyborów nie wygrał Nawrocki — wybory wygrały algorytmy.
Sensacyjna wiktoria Nawrockiego uratowała PiS. Gdyby kandydat Kaczyńskiego przegrał, to już dziś PiS nie istniałoby w obecnym kształcie. Morawiecki prowadził wówczas własną, równoległą kampanię. Tylko czekał na porażkę prezydencką, by rzucić Kaczyńskiemu wyzwanie.
Jednego Kaczyński nie przewidział. Sądził, że wystawiając kandydata radykalnego, przyciągnie elektorat Konfederacji i Brauna. I przyciągnął — dzięki wyborcom Mentzena i Brauna z pierwszej tury, w ostatecznym starciu Nawrocki pokonał Trzaskowskiego. Ale wyborcy radykalni po kampanii nie zostali przy PiS. Co więcej — pod wpływem radykalnych haseł kampanijnych Nawrockiego część elektoratu PiS zaczęła po wyborach eksodus na prawo — do Konfederacji, a przede wszystkim do Brauna. Notowania PiS zaczęły spadać. W niektórych badaniach partia zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do poziomu 20 proc.
Kaczyński postanowił interweniować — stąd ogłoszenie innego radykała, Przemysława Czarnka, kandydatem PiS na premiera aż półtora roku przed wyborami. Czy Czarnek będzie premierem, to nie zależy już wyłącznie od Kaczyńskiego, tylko w dużej mierze od potencjalnych koalicjantów PiS — a zatem odłóżmy wywody na ten temat do dnia wyborów.
To, co liczy się tu i teraz, to zadanie, które Kaczyński postawił przed Czarnkiem — ma zatrzymać odpływ elektoratu radykalnego.
Lata temu Kaczyński zawarł ze środowiskami liberalnymi niepisany pakt: razem zwalczają ekstremalną prawicę, bo dopóki PiS dominuje po tej stronie sceny politycznej, dopóty nie ma mowy o powrocie dawnych prawicowych skaz: antysemityzmu i antyunijności, podlanej sentymentem do Kremla.
Problem polega na tym, że to sam Kaczyński ten pakt zerwał. Najpierw, podczas rządów PiS, rozpętał regularną wojnę z Unią Europejską. On i jego współpracownicy przedstawiali Brukselę jako głównego przeciwnika Polski, a partyjni harcownicy coraz śmielej podnosili hasła wyjścia z UE.
Drugim przełomowym momentem był rok 2019 i narodziny Konfederacji. Gdy sojusz małych, radykalnych ugrupowań prawicowych zaczął zyskiwać znaczenie, w PiS uznano, że ogień należy zwalczać ogniem. Tuż przed wyborami parlamentarnymi telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego wyemitowała serię materiałów sugerujących, że Żydzi chcą przejąć pozostawione po wojnie mienie, a jedynie PiS jest w stanie temu zapobiec. Celem było odebranie Konfederacji jednego z głównych tematów mobilizujących jej elektorat.
Tak, to właśnie Kaczyński wprowadził do głównego nurtu debaty publicznej część haseł, na których dziś rośnie Konfederacja czy Korona Brauna. Nic dziwnego, że wielu najbardziej radykalnych wyborców PiS odpłynęło od Kaczyńskiego.
Nielogiczne było przekonywanie, że Unia Europejska jest lewacka, antychrześcijańska i antypolska, a jednocześnie utrzymywanie, że Polska powinna w niej pozostać — a tak robił Kaczyński. Braun jest pod tym względem bardziej konsekwentny — domaga się opuszczenia UE. Nielogiczne było także podsycanie sporów wokół kwestii mienia żydowskiego przy równoczesnym utrzymywaniu dobrych relacji z Izraelem. Braun i tutaj jest bardziej jednoznaczny — dla Żydów ma gaśnicę.
Grzegorz Braun po zgaszeniu chanukiji w Sejmie
Tomasz Jastrzębowski / East News
Grzegorz Braun po zgaszeniu chanukiji w Sejmie
Powiedzmy więc wprost: jeśli dziś radykalna prawica przeżywa polityczny renesans, to zawdzięcza to Jarosławowi Kaczyńskiemu. Bo prezes PiS jest jej ojcem chrzestnym.
Wyścig z Konfederacją i Braunem doprowadził PiS na skraj wojny domowej.
W decyzję Kaczyńskiego o postawieniu na Czarnka i zaostrzenie kursu wpisany był konflikt z Morawieckim. Były premier, wciąż popularny w elektoracie i w partii, otrzymał w ten sposób sygnał, że zostanie skierowany na boczny tor, a partia zacznie się odcinać od decyzji jego rządu. To kolejne upokorzenie po ubiegłorocznej decyzji Kaczyńskiego, który nie zgodził się, by Morawiecki został kandydatem PiS w wyborach prezydenckich. W obu przypadkach powód był ten sam. Kaczyński uważa, że sześć lat spędzonych przez Morawieckiego w fotelu premiera pozbawiło go wiarygodności w oczach najbardziej radykalnych wyborców prawicy. Chodzi o spore dossier kontrowersyjnych z punktu widzenia twardej prawicy decyzji premiera — konszachty z UE w sprawie sądów, Zielony Ład, pakt klimatyczny, lockdowny w pandemii i pomoc dla Ukraińców. Cóż z tego, że Morawiecki robił wszystko za zgodą lub z inspiracji Kaczyńskiego. Wszak prezes odpowiada tylko za zwycięstwa, klęski są winą innych.
Kaczyński chciałby wymienić Morawieckiego jak obity zderzak, tyle że Morawiecki się nie daje. To nie jest pierwszy lepszy polityk wyniesiony przez Kaczyńskiego na piedestał, a potem strącany. To jest polityk, który jest życiowo i finansowo niezależny, a zatem nie jest zdany na łaskę i niełaskę prezesa. Dlatego walczy z Kaczyńskim jak nikt dotąd.
Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki
Przemysław Czarnek / X
Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki
Kaczyński chciałby zbudować nam Polskę, która przetrwa jego samego — to testament polityczny prezesa PiS. Jego realizacja jest dziś jednak mało realna. Po ćwierćwieczu PiS, na które złożyło się wiele bezprecedensowych politycznych sukcesów, przeplatanych dotkliwymi porażkami, jedno można powiedzieć na pewno — Kaczyński już nigdy nie będzie tak silny, jak w latach 2015-2023, gdy miał samodzielną większość w Sejmie, swego prezydenta i szefów niemal wszystkich instytucji państwa.
Dlatego właśnie prezes swego hasła rzuconego na samym początku PiS 25 lat temu — o budowie nowej, prawej i sprawiedliwej IV RP w miejsce zbutwiałej III RP stworzonej przez jego przeciwników — już nigdy w pełni nie zrealizuje.
Tak, Polski z marzeń Kaczyńskiego nie będzie. Tyle że jego ultraprawicowi następcy mogą zbudować Polskę znacznie gorszą od jego marzeń.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Jarosław Kaczyński, prezes PiS, stoi przed dużymi wyzwaniami przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi.
  • W partii trwa brutalna rywalizacja o jego schedę, a Kaczyński zmienia strategię, aby odzyskać wpływy.
  • Kluczowe były zmiany w Zjednoczonej Prawicy oraz wprowadzenie programów socjalnych, co pomogło w 2015 roku zdobyć władzę.
  • Kaczyński musiał zmierzyć się z wewnętrznymi konfliktami oraz krytyką po zaostrzeniu przepisów aborcyjnych i aferach w rządzie.
  • Po wyborach 2023, Kaczyński nie znalazł koalicjantów i jego partia straciła dominację, co kończy erę PiS.

Wróć do artykułu

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Artykuł opisuje, jak Jarosław Kaczyński zbudował potęgę Prawa i Sprawiedliwości (PiS) od momentu jej założenia w 2001 roku.
  • Kaczyński zreformował PiS, usuwając centrowych współzałożycieli i przekształcając partię w skrajną prawicę.
  • Powstanie PiS i Platformy Obywatelskiej (PO) w 2001 roku miało kluczowe znaczenie dla rozwoju polskiej polityki, prowadząc do dalszych konfrontacji między tymi dwoma formacjami.
  • Kaczyński wykorzystał skandale, takie jak afera Rywina, do umocnienia swojej pozycji, a z czasem między PiS a PO wybuchła brutalna rywalizacja.
  • Katastrofa smoleńska w 2010 roku miała ogromny wpływ na Kaczyńskiego oraz na polityczną konfrontację z Donaldem Tuskiem.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz