Tajemnice Nowogrodzkiej. Tak Kaczyński zbudował potęgę PiS, 13.06.2026


Tajemnice Nowogrodzkiej. Tak Kaczyński zbudował potęgę PiS

 13 czerwca 2026

Gdy Jarosław Kaczyński tworzył PiS, papieżem był Jan Paweł II, prezydentem USA właśnie został George W. Bush, zaś Polska dopiero negocjowała przystąpienie do Unii. Tak naprawdę Kaczyński nie jest jedynym rodzicem PiS. Bo PiS ma zapomnianą matkę.

Dziś mija dokładnie ćwierć wieku, odkąd sąd wpisał do rejestru partii politycznych Prawo i Sprawiedliwość. Obecny PiS ma niewiele wspólnego z partią założoną w 2001 r. Większość jej założycieli — którzy wyłożyli własne pieniądze na pierwszą kampanię wyborczą — Kaczyński zmusił do odejścia. Usuwając ludzi centrum, z formacji centroprawicowej zmienił PiS w prawicę ekstremalną. To nie jest przypadek. Tak jak Kaczyński wraz z wiekiem się radykalizuje, tak też kształtuje partię — na swój wzór i podobieństwo.
Kiedy PiS było rejestrowane, Kaczyński miał 52 lata. Dziś ma lat 77. Od ponad dekady w partii toczą się potajemne rozgrywki o sukcesję. Ale jeszcze nigdy nie były one tak uzasadnione. I tak brutalne.

MATKA CHRZESTNA PiS

czyli Kaczyński jest nikim, broni się przed podejrzeniami o konszachty z bezpieką, a z niebytu wydostaje się dzięki serii przypadków
Pamiętam, gdy Kaczyński był nikim. W latach 1997-2001 Polską rządziła wywodząca się z "Solidarności" formacja AWS Mariana Krzaklewskiego, która wzięła na pokład wielu polityków z rozdrobnionych wówczas partii prawicowych. Jej koalicjantem była wielkomiejska Unia Wolności, którą kierował technokrata Leszek Balcerowicz, ojciec wolnorynkowych zmian gospodarczych po upadku komuny. Wspólnym premierem został Jerzy Buzek, zasłużony działacz opozycji antykomunistycznej, profesor ze Śląska, całkiem wyzuty z ambicji politycznych — co było użyteczne dla Krzaklewskiego i Balcerowicza.
Lech Kaczyński i Jerzy Buzek w Pałacu Prezydenckim, 17 lipca 2009 r.
Jacek Turczyk / PAP
Lech Kaczyński i Jerzy Buzek w Pałacu Prezydenckim, 17 lipca 2009 r.
Kaczyński uchodził wówczas za polityka przegranego, symbol wojen i podziałów, które zniszczyły prawicę w latach 90. Wielu jego druhów z pierwszej partii — Porozumienia Centrum — związało się z AWS, choćby Ludwik Dorn, Adam Lipiński, Marek Kuchciński i Krzysztof Tchórzewski. Ale on do AWS nie został przyjęty ze względu na konfliktowy charakter, choć lubi bajdurzyć, że mógł zostać wiceprzewodniczącym AWS, ale zrezygnował.
Do Sejmu dostał się przypadkiem — na listy przygarnął go Ruch Odbudowy Polski byłego premiera Jana Olszewskiego. Kaczyński kandydował tylko dlatego, żeby przy tej okazji złożyć obowiązkowe oświadczenie lustracyjne i przeciąć pojawiające się na prawicy plotki, że komunistyczna bezpieka ma na niego haki.
Szybko odszedł z ROP. Snuł się po Sejmie z wiernym druhem Dornem, który z kolei szybko rozstał się z AWS. Nikt się nimi nie interesował — byli jak emerytowani generałowie nieaktualnych wojen.
To właśnie wówczas, odtrącony i przegrany, Kaczyński rzucił hasło "Teraz, k**wa, my" — opisywał w ten sposób żądzę działaczy AWS, którzy po wyborach rzucili się na lukratywne posady. Kika lat później sam to hasło najdoskonalej wprowadzi w życie.
Lech i Jarosław Kaczyńscy w czasie konferencji prasowej w Warszawie po zakończeniu I Kongresu Prawa i Sprawiedliwości, 2 grudnia 2001 r.
Tomasz Gzell / PAP
Lech i Jarosław Kaczyńscy w czasie konferencji prasowej w Warszawie po zakończeniu I Kongresu Prawa i Sprawiedliwości, 2 grudnia 2001 r.
Koalicja związkowców z AWS z liberałami Balcerowicza nie mogła się skończyć dobrze. Rząd Buzka wprowadził cztery reformy — samorządową (skonsolidował 49 województw w 16), zdrowotną (wprowadził kasy chorych finansujące świadczenia z naszych składek), edukacji (stworzył gimnazja) i emerytalną (powołał do życia Otwarte Fundusze Emerytalne, w których każdy miał oszczędzać na swą emeryturę).
To był pierwszy i ostatni rząd, który wprowadzał reformy na taką skalę.
Nie ma się co dziwić — te liberalne i wolnorynkowe zmiany nie zostały dobrze przyjęte przez społeczeństwo. Rząd systematycznie tracił poparcie, co zaostrzało wojny między koalicjantami.
W efekcie koalicja rozpadła się — w maju 2000 r. ministrowie Unii Wolności wyszli z rządu. Czarę goryczy przeważył konflikt w stołecznym samorządzie, gdzie AWS próbował zablokować wybór kontrowersyjnego unity Pawła Piskorskiego — wówczas kumpla Donalda Tuska — na prezydenta Warszawy.
Wszechwładna doradczyni Buzka, Teresa Kamińska, wpadła na pomysł, by ściągnąć do rządu Lecha Kaczyńskiego, gdańskiego profesora prawa, który tak jak brat wypadł z polityki kilka lat wcześniej po konflikcie z prezydentem Lechem Wałęsą.
Jerzy Buzek, Teresa Kamińska oraz Wojciech Maksymowicz na spotkaniu członków rządu z organizatorami Regionalnych Kas Chorych, 23 września 1998 r.
Radek Pietruszka / PAP
Jerzy Buzek, Teresa Kamińska oraz Wojciech Maksymowicz na spotkaniu członków rządu z organizatorami Regionalnych Kas Chorych, 23 września 1998 r.
To było symboliczne — Kaczyński zajął posadę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego zwolnioną przez Hannę Suchocką z UW. Suchocka była dla narodowej prawicy symbolem zła. Gdy była premierką w latach 1992-93, specsłużby inwigilowały prawicę z okolic Kaczyńskich, dopatrując się w niej zagrożenia dla państwa. To jeden z mitów założycielskich PiS — prześladowanie przez bezpiekę III RP.
Hanna Suchocka i Leszek Balcerowicz w przerwie pierwszego posiedzenia Sejmu III kadencji
Jacek Turczyk / PAP
Hanna Suchocka i Leszek Balcerowicz w przerwie pierwszego posiedzenia Sejmu III kadencji
Kamińska nie zdawała sobie sprawy, że wyciągając Lecha z niebytu stanie się matką chrzestną PiS.
Nowy minister-prokurator lubił szermować retoryką zaostrzenia prawa karnego, rzucał przy tym oskarżeniami na prawo i lewo. Szybko skonfliktował się z Buzkiem i jego zaufanym koordynatorem specsłużb Januszem Pałubickim. Sprowokował wyrzucenie z rządu, sugerując, że padł ofiarą szemranych układów na szczytach władzy.
Wtedy zahibernowany latami Jarosław poczuł wiatr w żagle. Zrozumiał, że AWS się rozpada i prawica będzie się jednoczyć na nowo. Tak powstało Prawo i Sprawiedliwość — tę nazwę, nawiązującą do wizerunku Lecha, wymyślił Ludwik Dorn.
Jarosław Kaczyński i Ludwik Dorn na konferencji prasowej, 22 czerwca 2007 r.
PAP/Radosław Pietruszka / PAP
Jarosław Kaczyński i Ludwik Dorn na konferencji prasowej, 22 czerwca 2007 r.
Jarosław zaprosił do PiS część polityków AWS — w składzie założycielskim partii znaleźli się m.in. Kazimierz Michał Ujazdowski, Kazimierz Marcinkiewicz, Marek Jurek, Paweł Zalewski, Wiesław Walendziak i Artur Zawisza. Żadnego z nich nie ma już dziś w PiS, bo dziś w PiS nie ma już większości założycieli partii — Jarosław Kaczyński systematycznie się ich pozbywał.
Swoją drogą podobnego nosa, co Jarosław, miał wówczas Donald Tusk, który wegetował na stanowisku wicemarszałka Senatu. Tusk — mimo poparcia Balcerowicza — pod koniec 2000 r. przegrał wybory na szefa Unii Wolności. Ale gdy koalicja chyliła się ku upadkowi, wbił nóż w serce UW, tworząc na początku 2001 r. Platformę Obywatelską. Liderów PO na początku było trzech — poza Tuskiem także były kandydat na prezydenta Andrzej Olechowski i ówczesny marszałek Sejmu z AWS Maciej Płażyński. Obu Tusk w ciągu kilku lat się pozbył.
Maciej Płażyński, Donald Tusk i Andrzej Olechowski podczas uroczystego zakończenia kampanii wyborczej w gdańskiej hali "Olivia", 20 września 2001 r.
Stefan Kraszewski / PAP
Maciej Płażyński, Donald Tusk i Andrzej Olechowski podczas uroczystego zakończenia kampanii wyborczej w gdańskiej hali "Olivia", 20 września 2001 r.

RYWIN I DZIADEK Z WEHRMACHTU

czyli Kaczyński wykorzystuje korupcyjny spadek po Millerze i sensacyjnie wygrywa z Tuskiem, co na zawsze podzieli ich i nas
Powstanie PO i PiS to moment kluczowy w polskiej polityce, którego konsekwencje odczuwamy do dziś. Obie partie pierwszy sukces odniosły w wyborach w 2001 r., wprowadzając do Sejmu swych posłów. Platforma zdobyła drugi wynik (13 proc.), zaś PiS — czwarty (10 proc.).
Do władzy wrócili postkomuniści, dowodzeni przez Leszka Millera, pozującego na twardego kanclerza — zdobyli rekordowe 41 proc. poparcia. Jako premier Miller prowadził pragmatyczną politykę zagraniczną — wysyłał wojska na amerykańskie ekspedycje w Afganistanie i Iraku, a także wyraźnie przyspieszył negocjacje członkowskie z Unią. Ale jego rząd upadł pod ciężarem afer na czele z aferą Rywina. To był symboliczny do dziś skandal korupcyjny. Związany z postkomunistami znany producent filmowy Lew Rywin — kooperujący z hollywoodzkimi reżyserami podczas ich pracy w Polsce — latem 2002 r. złożył naczelnemu "Wyborczej" Adamowi Michnikowi korupcyjną propozycję w imieniu "grupy trzymającej władzę". W zamian za łapówkę w nowej ustawie medialnej miałyby się znaleźć zapisy umożliwiające ekspansję rynkową koncernowi Agora, który wydaje "Wyborczą".
Michnik nagrał Rywina i poinformował o sprawie Millera. Po opisaniu sprawy przez "Wyborczą", wybuchł skandal. SLD Millera się podzieliło, a buntowników wsparł ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski.
W Sejmie powstała pierwsza w historii komisja śledcza, a jej obrady stały się prawdziwym telewizyjnym spektaklem, odsłaniającym kulisy władzy.
Do dziś nie wiadomo, kto był w "grupie trzymającej władzę", bo Rywin odmówił jakichkolwiek zeznań — zarówno przed komisją, jak i przed prokuraturą. Został skazany na więzienie.
Lew Rywin podczas przesłuchania przed sejmową komisją śledczą, 22 lutego 2003 r.
Jacek Turczyk / PAP
Lew Rywin podczas przesłuchania przed sejmową komisją śledczą, 22 lutego 2003 r.
Na aferze Rywina zbudowali się politycy PiS i Platformy, zwłaszcza Jan Rokita i Zbigniew Ziobro, którzy weszli do komisji śledczej. Na upadku Millera najbardziej skorzystali jednak Kaczyński i Tusk, bo Platforma i PiS wystrzeliły w sondażach.
Ponieważ zarówno PiS, jak i PO składały się z polityków dawnej koalicji AWS-UW naturalne wydawało się, że po kolejnych wyborach będą rządzić razem.
"Popisowa" koalicja stała się już oficjalnym publicystycznym sloganem.
W praktyce koalicja PO-PiS powstała tylko raz, na wybory samorządowe w 2002 r. Właśnie wówczas Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy, co w planach jego brata stanowiło ważny przystanek w walce o władzę nad Polską.
Jarosław Kaczyński i Donald Tusk na posiedzeniu Sejmu I kadencji, 3 września 1992 r.
Longin Wawrynkiewicz / PAP
Jarosław Kaczyński i Donald Tusk na posiedzeniu Sejmu I kadencji, 3 września 1992 r.
Podwójna kampania wyborcza w 2005 r. — parlamentarna i prezydencka — to początek wojny na śmierć i życie między PO i PiS. Obie partie zaczynały ją jako potencjalni koalicjanci, a skończyły ją już jako wrogowie — co trwa do dziś.
Przyczyn takiej sytuacji było kilka. Przede wszystkim obie formacje przewodziły w sondażach, więc zaczęły ze sobą walczyć. A walka była brutalna.
W lipcu 2005 r. w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku dochodzi do wydarzenia, które odmieni losy kampanii i na wywoła trwającą do dziś polityczną wojnę. W gabinecie wiceprzewodniczącego sejmiku pomorskiego Jacka Kurskiego spotykają się jego zaufani ludzie. Przygotowują notatkę o słabych punktach Tuska, które można będzie wykorzystać w kampanii. Notatka ma kilkanaście punktów, a wśród nich jest m.in. brak ślubu kościelnego oraz niemieckie korzenie rodziny Tuska. Po zakończeniu narady jeden z jej uczestników odbija notatkę na ksero, ale zapomina zabrać oryginału z wnętrza maszyny kopiującej.
Ten zapomniany oryginał notatki trafia kilka dni później do sztabu Platformy. Tusk ją bagatelizuje — ślub kościelny właśnie zawarł, a w korzeniach rodziny nie widział nic kompromitującego.
Jacek Kurski na posiedzeniu Sejmu, 30 marca 2007 r.
Andrzej Wiktor / PAP
Jacek Kurski na posiedzeniu Sejmu, 30 marca 2007 r.
— Notatka dotarła do mnie w trakcie kampanii wyborczej 2005. Dałem ją potem Lechowi Kaczyńskiemu podczas naszej rozmowy na temat haków, których szuka na mnie Kurski. Tam nie było mowy o "dziadku z Wehrmachtu". Kurski zanotował jakieś sformułowanie w stylu "hitlerowską przeszłość przodka zbadać". Ponieważ moja wiedza o losach wojennych dziadka wiązała się zawsze z jego niewolniczą pracą w obozach koncentracyjnych w Stutthofie i Neuengamme, więc uznałem to za zupełnie bezpieczny temat — opowiadał mi Tusk po latach.

"Angora" z wywiadem z Kurskim ukazuje się już po pierwszej turze wyborów prezydenckich, którą Tusk z Kaczyńskim wygrywa (36 proc. do 33 proc.). Relacje między partiami już są napięte, bo PiS kilka tygodni wcześniej niespodziewanie pokonało Platformę w wyborach parlamentarnych
Szef sztabu Tuska Jacek Protasiewicz zwołuje konferencję prasową, na której oświadcza, że Józef Tusk nigdy w Wehrmachcie nie był. Lech Kaczyński reaguje natychmiast — przeprasza Tuska "za elementy czarnej kampanii". 13 października 2005 r. sąd koleżeński wyklucza Kurskiego z PiS.
Jednak tydzień później równocześnie "Wiadomości" TVP i "Fakty" TVN podają, że w niemieckich archiwach znalazły się dowody służby Józefa Tuska w Wehrmachcie.
— Nie wiedziałem o tym — odpowiada rozbrajająco Tusk dziennikarzom.
Nie ma żadnego znaczenia, że dziadek Tuska został wcielony do niemieckiej armii przymusowo — wynik wyborów prezydenckich został przesądzony.
Dlatego właśnie nie powstała koalicja PO-PiS — bo Platforma przegrała wybory parlamentarne z PiS, zaś Kurski zaatakował Tuska "dziadkiem z Wehrmachtu".

MOHEROWE BERETY

czyli Kaczyński przymyka oko na wschodnie interesy Rydzyka, tworzy CBA i likwiduje WSI, ale układu nie może znaleźć
Tusk postawił na wojnę totalną z PiS i na przyspieszone wybory. W pierwszym kroku chciał wepchnąć Kaczyńskiego w ramiona Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. Wiedział, że to skończy się katastrofą dla PiS. Lepper był liderem populistycznej i prorosyjskiej Samoobrony, zaś Giertych zjednoczył prawicową ekstremę w formacji Liga Polskich Rodzin i dzięki poparciu Radia Maryja wszedł do Sejmu. Tylko w koalicji z nimi Kaczyński był w stanie rządzić — wobec konfliktu z PO nie miał żadnej innej możliwości ruchu. Tak powstała tzw. moherowa koalicja — to nazwa ukuta przez Tuska, od moherowych beretów, popularnego nakrycia głowy sędziwych słuchaczek Radia Maryja, którego dyrektor o. Tadeusz Rydzyk był akuszerem koalicji PiS, Samoobrony i LPR.
Jarosław Kaczyński i o. Tadeusz Rydzyk w Sejmie, 3 marca 2015 r.
Andrzej Hulimka/REPORTER / PAP
Jarosław Kaczyński i o. Tadeusz Rydzyk w Sejmie, 3 marca 2015 r.
Kaczyński właśnie wtedy zawarł pragmatyczny sojusz — pieniądze za głosy. Kilka lat wcześniej opowiadał w "Gazecie Polskiej": "Nie mam wątpliwości co do tego, że po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL. Ma nadajnik na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy tam jednak pilnują dość dobrze".
Roman Giertych i Andrzej Lepper podczas wspólnej konferencji prasowej, 26 stycznia 2006 r.
Tomasz Gzell / PAP
Roman Giertych i Andrzej Lepper podczas wspólnej konferencji prasowej, 26 stycznia 2006 r.
Początkowo premierem był Kazimierz Marcinkiewicz, ale w 2006 r. Kaczyński zaostrzył kurs i sam stanął na czele rządu. Prezes PiS dzięki moherowej koalicji osiągnął kilka celów — m.in. stworzył CBA, do którego wysłał swego zaufanego Mariusza Kamińskiego i zlikwidował Wojskowe Służby Informacyjne, do czego z kolei ściągnął z marginesu politycznego Antoniego Macierewicza. CBA miało być nową, nieskażoną komunizmem specsłużbą, bezwzględną w ściganiu korupcji. Zaś likwidacja WSI miała pokazać wszechwładzę wojskowych specsłużb w państwie i biznesie. Obie opowieści były bajeczkami dla elektoratu — CBA się szybko zdegenerowało, zaś Macierewicz nie był w stanie znaleźć w WSI układu rządzącego Polską.
Najpoważniejszych planów przeprowadzenia wielkich rozliczeń swych wrogów Kaczyński nie był jednak w stanie zrealizować. Miał co prawda swego prezydenta, ale ręce krępował mu Trybunał Konstytucyjny, który wysadzał w powietrze jego rewolucyjne plany — choćby komisję śledczą do spraw banków, którą chciał dopaść Leszka Balcerowicza. Z tej lekcji Kaczyński wyciągnął wnioski i kolejne rządy PiS rozpoczął od prewencyjnego ataku na Trybunał, by go obsadzić swymi totumfackimi i w praktyce wyłączyć jego działanie.
Jarosław Kaczyński i  Kazimierz Marcinkiewicz podczas konferencji prasowej "365 dni realizacji programu - Solidarne państwo", 31 października 2006 r.
Tomasz Gzell / PAP
Jarosław Kaczyński i Kazimierz Marcinkiewicz podczas konferencji prasowej "365 dni realizacji programu - Solidarne państwo", 31 października 2006 r.
Koalicja szybko zaczęła trzeszczeć, bo Kamiński tropił — poza opozycją — Leppera i Giertycha. Metody CBA były kontrowersyjne — ich twarzą stał się "agent Tomek", czyli Tomasz Kaczmarek, wyspecjalizowany w udawaniu majętnego biznesmena i zdobywaniu zaufania podejrzewanych o korupcję. Wszystko było w nim markowe i kupione za państwowe pieniądze — od majtek po porsche.
Gdy CBA zajęło się Lepperem, los koalicji był przesądzony. Kamiński przygotowywał operację aresztowania wicepremiera, w ramach tzw. afery gruntowej — zdaniem CBA Lepper miał wziąć łapówkę za odrolnienie gruntów na Mazurach. Doszło do przecieku i Lepper został ostrzeżony, co wywołało dodatkowy skandal polityczny. O przeciek prokuratura Ziobry posądziła szefa MSWiA Janusza Kaczmarka oraz miliardera Ryszarda Krauze.
Gdy afera wybuchła, Kaczmarek był akurat na wakacjach we Włoszech. Jako dziennikarz "Newsweeka" pojechałem wtedy do niego. Mówił mi tak: — Od kilku tygodni, a może nawet miesięcy dochodziły do mnie informacje, że jestem inwigilowany. Inwigilowano nie tylko mnie, ale i moją rodzinę. Nie wiem, czy nie zostanę zatrzymany, kiedy będę próbował wrócić z urlopu do kraju.
Po wylądowaniu w Polsce zatrzymało go ABW.
Zbigniew Ziobro oraz Janusz Kaczmarek podczas konferencji prasowej, 4 czerwca 2007 r.
Jacek Turczyk / PAP
Zbigniew Ziobro oraz Janusz Kaczmarek podczas konferencji prasowej, 4 czerwca 2007 r.
W 2015 r. Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik zostali skazani na 3 lata więzienia za przekroczenie uprawnień podczas "afery gruntowej". Według sądu, w 2007 r. CBA stworzyło fikcyjną sprawę odrolnienia za łapówkę gruntu na Mazurach — wszystko po to, by dopaść Leppera. To właśnie za tę sprawę Kamiński z Wąsikiem trafili do więzienia na początku 2024 r. Wyszli ułaskawieni przez Andrzeja Dudę.
Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik podczas sesji Rady Warszawy, 25 sierpnia 2011 r.
TOMASZ RADZIK/AGENCJA SE/East News / East News
Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik podczas sesji Rady Warszawy, 25 sierpnia 2011 r.
Pierwsze rządy PiS upadały w atmosferze tego właśnie skandalu — Kaczyński ścigał własnego wicepremiera i własnego szefa MSWiA, którego podsunął mu zresztą brat.
W podobnym czasie wybuchły inne skandale z udziałem CBA. Wciąganie w korupcyjną grę posłanki PO Beaty Sawickiej, którą znacznie młodszy "agent Tomek" zwyczajnie uwodził; operacja przeciwko Kwaśniewskim, by udowodnić, że mają lewe dochody, za które kupili na słupa dom w Kazimierzu nad Wisłą; zatrzymanie Weroniki Pazury, byłej żony Cezarego Pazury, pod zarzutem przyjęcia 100 tys. zł łapówki.
Maciej Wąsik, Mariusz Kamiński i "agent Tomek"
Archiwum / materiały prasowe/archiwum
Maciej Wąsik, Mariusz Kamiński i "agent Tomek"

PIERWSZA PORAŻKA I PIERWSZE ROZŁAMY

czyli Kaczyński wyrzuca twórców PiS i wykorzystuje brata do walki z Tuskiem
W wyborach parlamentarnych jesienią 2007 r. Kaczyński zapłacił cenę za awanturniczą koalicję — Polacy postawili na zmianę. Władzę przejęła koalicja PO-PSL, a premierem został Donald Tusk. W tym czasie PiS doszło do pierwszych poważniejszych rozłamów — z partii po konfliktach z Kaczyńskim odeszli m.in. wiceprezesi partii Ludwik Dorn, Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski, a także były premier Kazimierz Marcinkiewicz.
Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski na konferencji prasowej w Sejmie, 8 stycznia 2008 r.
Radek Pietruszka / PAP
Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski na konferencji prasowej w Sejmie, 8 stycznia 2008 r.
Wciąż jeszcze prezydentem był Lech Kaczyński, co dawało prezesowi PiS możliwość rzucania kłód pod nogi pierwszemu rządowi Donalda Tuska, za którym stała koalicja PO-PSL. To właśnie wtedy zaczęły się pierwsze wojny między prezydentem i rządem o to, kto prowadzi politykę zagraniczną i kto odpowiada za bezpieczeństwo.
Najbardziej jaskrawą sytuacją była tzw. wojna o krzesło, gdy pod koniec 2008 r. Lech Kaczyński chciał lecieć na szczyt UE, a rząd odmówił mu samolotu, przekonując, że polityka zagraniczna to kompetencja premiera. Kancelaria Prezydenta wyczarterowała samolot i Tusk z Kaczyński spotkali się przy jednym stole w Brukseli. Po tym incydencie sprawa trafiła do TK, który uznał, że to rząd prowadzi politykę zagraniczną.

SMOLEŃSK

czyli Kaczyński traci brata, a Tusk się z nim ściga na miejsce katastrofy
10 kwietnia 2010 r. zmienił wszystko. W katastrofie na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem zginęli Lech Kaczyński i Maria Kaczyńska oraz 94 inne osoby — całe dowództwo armii, przedstawiciele wszystkich klubów parlamentarnych, naukowcy, artyści, duchowni.
Prezydent miał jechać do Katynia pociągiem, ale w ostatnich chwili zdecydował się odwiedzić Litwę, gdzie miejscowe władze decydowały o przepisach dotyczących zapisywania polskich nazwisk. Nic nie wskórał — polskie nazwiska miały być zlitewszczane.
Ale w efekcie czasu na pociąg było już za mało, dlatego poleciał samolotem.
Pamiętam to dokładnie. Kiedy pojawiła się informacja, że samolot uległ katastrofie i prawdopodobnie wszyscy nie żyją, szybko zdobyłem tzw. książeczkę — czyli oficjalny skład delegacji z programem wizyty. Czytałem nazwiska i przy każdym byłem wstrząśnięty.
Przygotowaniom do wizyty towarzyszył chaos. Dlatego też na liście ofiar początkowo znalazł się np. Jacek Sasin, który był w oficjalnym składzie delegacji, ale finalnie ustąpił miejsca w samolocie Katarzynie Doraczyńskiej, urzędniczce Kancelarii Prezydenta.
Właśnie wtedy między Kaczyńskim a Tuskiem, którzy jadą do Smoleńska w odrębnych konwojach, wybuchają emocje, które już nigdy nie znikną.
Tak mi o tym opowiadał ówczesny poseł PiS Paweł Kowal, który jechał do Smoleńska z Kaczyńskim. — Na granicy białorusko-rosyjskiej zatrzymują nas po raz pierwszy. Rosyjski urzędnik mówi, że mamy czekać. Nie potrafię z nim dojść do porozumienia. Kiedy w końcu pozwalają nam ruszyć, ktoś zauważa, że jedziemy bardzo wolno. Zaczynam dzwonić do przedstawicieli rządu. Nikt nie jest w stanie wyjaśnić, co się dzieje. Tyle że w pewnej chwili wyprzedza nas kolumna premiera. Zrozumiałem wtedy, że to jest bardzo niedobry moment, który zaważy na polskiej polityce. Miałem poczucie, że ta sytuacja może wykopać rów nie do zasypania. Kiedy wreszcie docieramy do Smoleńska, kręcimy się po mieście. A gdy dojeżdżamy przed bramę lotniska, znów czekamy. Akurat trwa spotkanie Tusk—Putin.
Kaczyński odmawia przyjęcia kondolencji od nich obu.
Kwiaty i znicze w miejscu katastrofy Tu 154 M, 12 kwietnia 2010 r.
Stefan Maszewski/REPORTER / East News
Kwiaty i znicze w miejscu katastrofy Tu 154 M, 12 kwietnia 2010 r.
W przyspieszonych wyborach prezydentem został marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO). Ze strony PiS wystartował Jarosław Kaczyński. W kampanii był miłym, starszym panem. Nosił beżowe sweterki i nagrał orędzie do braci Rosjan, dziękując za ich współczucie po Smoleńsku. Ale gdy przegrał, dokonał drastycznego zwrotu.
Latem 2010 r. w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" posępnie, z drastycznymi szczegółami opowiadał o Smoleńsku. Mówił o zbrodniczej polityce rządu, który ponosi odpowiedzialność za katastrofę. Dowodził też, że rola Donalda Tuska i Władimira Putina "była w tym wypadku niejasna".
Zapytałem go wtedy, skąd ten drastyczny zwrot. — Rezygnacja z mówienia o Smoleńsku w kampanii wyborczej to był błąd. Nigdy nie uchylałem się od odpowiedzialności za kampanie. Ale tym razem się uchylam. Byłem w takim stanie, że to za mnie wymyślano tę kampanię — mówił mi. — Kampanię wymyślił sztab. Ja byłem w potwornym szoku po śmierci brata, nic gorszego w życiu nie mogło mnie spotkać. Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki. Już 10 kwietnia, dosłownie w godzinę po katastrofie, dostałem w szpitalu takie środki. Ja nigdy w życiu przedtem żadnych takich leków nie brałem, w związku z tym zadziałały na mnie niezwykle silnie.
Kampania na lekach — to do niego przylgnęło. Po porażce i zaostrzeniu retoryki z PiS odeszła grupa twórców kampanii prezydenckiej, w tym Joanna Kluzik-Rostkowska i Paweł Kowal, którzy finalnie znaleźli się w Platformie. Szczuł na nich zwłaszcza Ziobro, który chciał się pozbyć konkurencji w partii.
Ale granie zamachem nie pomogło — w 2011 r. Kaczyński znów przegrał wybory parlamentarne z Tuskiem. Korzystając z tego, Ziobro zażądał zwiększenia swych wpływów w PiS. W praktyce domagał się namaszczenia na następcę. Za Ziobrą stanęła jednak niewielka grupa działaczy m.in. Jacek Kurski. Kaczyński był jeszcze na tyle silny, że wyrzucił ich z PiS.
Nastał najtrudniejszy dla Kaczyńskiego czas — PiS był pozbawiony władzy, bez prezydenta, personalnie zdewastowany w Smoleńsku, a w dodatku podzielony przez Ziobrę.
To moment, gdy w PiS na nr 2 wyrasta Antoni Macierewicz, który — wykorzystując potrzebę Kaczyńskiego, by ze śmierci brata uczynić mit — tworzy swój smoleński zespół i przedstawia coraz to bardziej fantastyczne wersje zamachu, jaki miał na Lecha zorganizować Putin nie bez udziału Tuska.
Eksperci Macierewicza byli mistrzami kłamstw i manipulacji — w ciągu kilku lat od katastrofy ogłosili masę teorii zamachowych, często wzajemnie ze sobą sprzecznych. Głosili teorie o sztucznej mgle, rozpyleniu helu nad lotniskiem, czy "obezwładnieniu" samolotu na wysokości 15 metrów. Eksperymentowali na parówkach i puszkach, wywodząc z tego swe teorie przeczące oficjalnej, rządowej wersji katastrofy. Podczas serii konferencji smoleńskich pojawiały się tezy, że szczątki samolotu zostały wbite w słynną brzozę — która wedle oficjalnej wersji złamała skrzydło samolotu — już po katastrofie, zaś skrzydło mogło zostać odcięte piłą albo oderwane detonacją.
Macierewicz zaprowadził PiS na manowce szaleństwa. Wydawało się, że Kaczyński już nigdy stamtąd nie wróci i że nigdy nie odzyska władzy.
Ale w głowie prezesa już tlił się plan. Pomógł mu skandal w szeregach Platformy, o którym dowiedział się wcześniej, dzięki ludziom PiS zakamuflowanym w służbach specjalnych.
W drugiej części tekstu o kulisach PiS publicysta Onetu Andrzej Stankiewicz opisze, jaki plan opracował Kaczyński, by zdobyć władzę, pokaże kulisy dwóch kadencji władzy PiS, a także ujawni nieznane fakty dotyczące Kaczyńskiego. "Prezes tolerował afery PiS" — twierdzi Stankiewicz. "Od początku PiS ćwierć wieku temu aż do dziś Kaczyński przywdziewa szaty jedynego sprawiedliwego. Ale dwie kadencje rządów PiS dowodzą, że przymykał oczy na złodziejstwa swych ludzi w imię realizacji swego najważniejszego celu: utrzymania władzy. Nie ma co do tego wątpliwości, że dla Kaczyńskiego władza jest ważniejsza od czystości własnych szeregów".
Druga część tekstu Andrzeja Stankiewicza jeszcze w ten weekend w Onecie.

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Artykuł opisuje, jak Jarosław Kaczyński zbudował potęgę Prawa i Sprawiedliwości (PiS) od momentu jej założenia w 2001 roku.
  • Kaczyński zreformował PiS, usuwając centrowych współzałożycieli i przekształcając partię w skrajną prawicę.
  • Powstanie PiS i Platformy Obywatelskiej (PO) w 2001 roku miało kluczowe znaczenie dla rozwoju polskiej polityki, prowadząc do dalszych konfrontacji między tymi dwoma formacjami.
  • Kaczyński wykorzystał skandale, takie jak afera Rywina, do umocnienia swojej pozycji, a z czasem między PiS a PO wybuchła brutalna rywalizacja.
  • Katastrofa smoleńska w 2010 roku miała ogromny wpływ na Kaczyńskiego oraz na polityczną konfrontację z Donaldem Tuskiem.

Wróć do artykułu

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Jarosław Kaczyński, prezes PiS, stoi przed dużymi wyzwaniami przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi.
  • W partii trwa brutalna rywalizacja o jego schedę, a Kaczyński zmienia strategię, aby odzyskać wpływy.
  • Kluczowe były zmiany w Zjednoczonej Prawicy oraz wprowadzenie programów socjalnych, co pomogło w 2015 roku zdobyć władzę.
  • Kaczyński musiał zmierzyć się z wewnętrznymi konfliktami oraz krytyką po zaostrzeniu przepisów aborcyjnych i aferach w rządzie.
  • Po wyborach 2023, Kaczyński nie znalazł koalicjantów i jego partia straciła dominację, co kończy erę PiS.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz