Tomasz Lis – CZAS ŚWIRA, 26.01.2026

 

Za pół roku, 19 lipca, cały świat będzie patrzył na Nowy Jork, gdzie rozgrywany będzie finał piłkarskich mistrzostw świata. Nikt nie wie, czy zagra w nim Argentyńczyk Messi, Portugalczyk Ronaldo, Brazylijczyk Vinicius, Francuz Mbappe, Hiszpan Yamal czy Anglik Kane lub Niemiec Wirtz. Kamera dość często będzie w czasie transmisji pokazywać urodzonego w Nowym Jorku, 47. prezydenta USA, Donalda J. Trumpa, który de facto będzie gospodarzem finału. Ale nie on będzie tego dnia najważniejszy i nie jego przede wszystkim będzie oglądał świat.

W tych dniach jest inaczej. Cały świat patrzy właśnie na niego, na jego szaleństwa, brewerie i ekscesy, zastanawiając się, kim jest gość, który dla podbicia kawału skutej lodem, zamieszkanej przez 50 tysięcy ludzi i pingwiny ziemi, gotów jest zatrząść całym światem. Odbywa się więc globalne konsylium, w którym uczestniczą ludzie od Sydney po Anchorage i od Kopenhagi po Nowy Jork. Wątpliwe, czy ten, kto postawi właściwą diagnozę, dostanie Nobla z medycyny, bo po pierwsze dają go nie za diagnozy, ale za odkrycia, po drugie diagnoza jest szalenie powszechna, a do jej postawienia nie trzeba współczesnego Freuda. Nr 47 jest zdrowo stuknięty, jest, jeśli nie psychopatą, to socjopatą i ma zaburzenia osobowości, co sprawia, że na globalnej scenie politycznej zachowuje się jak skrzyżowanie gangstera z małpą z brzytwą, stanowi więc dla świata, jak mówią Amerykanie, clear and present danger, czyli oczywiste i aktualne zagrożenie.

Nr 47 jest gotów podeptać prawo międzynarodowe, rozwalić dobrze funkcjonującą od 80 lat wspólnotę polityczną Zachodu i najbardziej solidny militarny sojusz w historii, z zemsty za to, że nie dostał pokojowej Nagrody Nobla, którą według niego oczywiście dostać powinien. Zachowuje się więc jak trzylatek, gotowy rozwalić dom, bo nie dali mu grzechotki. Trzylatkowi, większość z nas to wie, bo to za swoimi dziećmi ćwiczyła, można i należy wybaczyć, w końcu od tego jesteśmy dorośli. Problem polega na tym, że akurat ten dość zdemenciały już bachor ma do swego dzieła destrukcji nie tylko gołe piąstki, ale paluch na guziku atomowym. Zagrożenie stwarza więc potencjalnie o niebo większe niż małpa z brzytwą.

Od czasów rzymskich cesarzy Nerona i Kaliguli losy świata nigdy nie zależały w takim stopniu od stanu psychicznego jednego człowieka. A Hitler, a Stalin, zapytacie roztropnie? Hitler był bliski zniszczenia świata, ale okazał się jednak do tego niezdolny. Stalin był władcą połowy świata, ale podbój całości też mu się nie udał. Zupełnie inna jest jednak moc imperatora zarządzającego kiedyś pax romana, a teraz pax Americana. Najpotężniejszy człowiek na świecie dla jego dobra powinien być najbardziej odpowiedzialnym człowiekiem na świecie. Z Trumpem, jak z Kaligulą, jest niestety tak, że jest akurat najmniej odpowiedzialny, a psychiczna dyspozycja plus nadmiar skumulowanej władzy sprawiły, że odbiło mu już kompletnie.

Mój przyjaciel, nie psychiatra, ale nasz wybitny dyplomata, dokonał w rozmowie ze mną opisu osobowości Trumpa, który to opis, czyli diagnoza, wybitnie trafia mi do przekonania. Według niego Trump to narcyz i megaloman, arogant i ignorant, człowiek absolutnie nieprzewidywalny i silnie emocjonalnie labilny. Razem z władzą przywódcy supermocarstwa już to daje potężny potencjał niszczycielski. A to nie wszystko. W drugiej kadencji Trumpa z wielką siłą ujawniły się jeszcze dwie inne cechy jego charakteru, do tego pojawiła się nowa okoliczność, która jego skłonnościom autodestrukcyjnym daje zupełnie inną moc. Te cechy to zupełnie nieposkromiona pazerność, która skłania go do podjęcia próby sprywatyzowania nie tylko Ameryki, ale całego świata, plus chorobliwa mściwość. Cała druga kadencja to w zasadzie próba wyrównania przez Trumpa wszystkich rachunków i odpłacania wrogom za wszelkie doznane przez niego, wydumane najczęściej, krzywdy. Z tym Noblem na przykład odbiło mu, bo musi dorównać Obamie, którego nienawidzi i którym gardzi. A wspomniana wcześniej nowa okoliczność? To nieudany zamach na Trumpa, który dał mu poczucie, że jest nietykalnym pomazańcem bożym. Stwórca sam zapala mu zielone światło, co więcej wszystkie jego działania ryczałtowo błogosławiąc. Nawet jeśli więc Trump podejmuje dzieło zniszczenia, to jest to poniekąd dzieło samego Stwórcy, któremu na pewno ono się podoba. Szaleństwo, wszechwładza i poczucie, że opatrzność nad wami czuwa i wam kibicuje. Wrzućcie to wszystko do jednego kotła, a dostaniecie mieszankę wybuchową o potencjale bomby termojądrowej.

Efekt jest taki, że przywódca wolnego świata, jak przez dziesięciolecia nazywano prezydenta USA, może być za chwilę bin Ladenem demokratycznego świata, przy czym pod jego ciosami mogą runąć nie tylko dwie wieże. Może ich ofiarą być, już poniekąd jest, cały tworzony przez 80 lat porządek międzynarodowy, może nie idealny, ale zapewniający światu niezłą stabilność i chroniący go przed chaosem.

Akademia Sztuk Pięknych w Wiedniu, dając dowód dość subtelnego poczucia humoru jej szefów, zasugerowała gotowość przyjęcia Trumpa w poczet studentów, uzasadniając to tym, że kiedyś jednego odrzucili i marnie się to dla świata skończyło. Trump nie ma chyba nawet takich zdolności plastycznych jak Hitler, malować nie potrafi, ale wiele potrafi zmalować. Biorąc pod uwagę jego stan intelektualny i mentalny, zamiast miejsca w akademii powinno mu się może dać farbki plakatowe lub kredki. Upaprane będą dywan i ściany, a nie rozwalone pół świata.

Przedstawienie, które teraz oglądamy, domagałoby się może jakiejś wersji artystycznej. Szkoda, że nie żyje Chaplin. Zagrał już z sukcesem Hitlera, możnaby więc zrobić sequel filmu „Dyktator”, tym razem o Trumpie. Problem w tym, że gdyby dostał Oscara, Trump kazałby mu go oddać pod groźbą, że spali wszystkie kina, w których film jest grany.

W komentarzach do Trumpa wielu rzuca hasło, że to, co on wyczynia, to „lot nad kukułczym gniazdem”. Obejrzałem ostatnio ten film. Nie jest to jednak film przede wszystkim o chorych psychicznie, ale o nieobcym także im pragnieniu wolności. Oczywiście grany przez Nicholsona McMurphy i jego kumpel Wódz są solidnie szurnięci, ale najbardziej zbzikowana w całym szpitalu jest najważniejsza w nim sadystyczna i spontanicznie biernie lub aktywnie agresywna siostra Ratched. I akurat w tym sensie metafora z kukułczym gniazdem i lotem nad nim jest trafiona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz