Rzadko prezydenci bywają traktowani jak persona non grata. Tym bardziej rzadko funduje im się z premedytacją publiczny despekt. Bywają jednak sytuacje gdy jedno i drugie jest uzasadnione, a nawet naturalne.
Właśnie trwa debata na temat tego czy przedstawiciele klubów parlamentarnych powinni przyjąć zaproszenie prezydenta i pójść na konsultacje z nim. Nie potrafię znaleźć słów potępienia dla tych, którzy z zaproszenia nie chcą skorzystać, ale także dla tych, którzy je przyjęli. Prezydent zaprasza, w imię szacunku dla gospodarza, państwa i urzędu można iść. I tyle.
Co innego jednak, gdy na uroczystościach z okazji dnia pamięci Holocaustu Międzynarodowa Rada Oświęcimska, która uroczystości organizuje i jest ich gospodarzem, nie daje prezydentowi wygłosić przy tej okazji wystąpienia. To rozumiem, a nawet popieram.
Polska to największy cmentarz na świecie i w dziejach ludzkości. W kilka lat wymordowano tu kilka milionów Żydów. Tej potwornej zbrodni Niemcy dokonali tutaj nie dlatego, że Polacy to potworni antysemici, choć przaśny, buraczany, obleśny, ludowy antysemityzm jest u nas powszechny, wystarczy mieć by to stwierdzić oczy, uszy i internet, ale dlatego, że nawet wybitnie sprawni logistycznie Niemcy nie chcieli komplikować sobie życia i monstrualną fabrykę śmierci zbudowali tam gdzie żyła spora cześć tych, których chcieli zamordować.
Na tym koszmarnym cmentarzu, nawet ponad 80 lat po Holocauście, słowa i gesty, działania i zaniechania, mają specjalne znaczenie i specjalną wymowę. Słowa lepiej słychać, ale i milczenie bardziej dudni. Gesty rzucają się w oczy, a działania, ale i zaniechania, są wybitnie wymowne.
Gdy K. Nawrocki, inaczej niż 4 jego poprzedników, nie godzi się na zapalenie w pałacu prezydenckim świec chanukowych, to przez Żydów odczytane to jest jako gest znaczący i wrogi. Wrogi wobec judaizmu, ale i uwłaczający pamięci wyznawców tej religii, tych kilku milionów zamordowanych w Holocauście, ale i tych kilkudziesięciu pokoleń Żydów, którzy żyli tu obok Polaków prawie tysiąc lat. A gdy czyni tak człowiek, który jest prezydentem, a był szefem muzeum II wojny światowej i Instytutu Pamięci Narodowej, to obojętność nabiera cech wrogości, a ignorancja ma charakter premedytacji i symbolu.
Prezydent takiego kraju jak Polska pewnych rzeczy nie może nie rozumieć i nie czuć. Jeśli nie rozumie i nie czuje, to daje świadectwo ślepoty oraz głupoty i sam siebie wyrzuca na margines cywilizowanego świata.
Gdy zaś kilka tygodni po nacelowanej na zdobycie poklasku wśród miejscowych faszystów, nacjonalistów i antysemitów perfidnej demonstracji chanukowej, prezydent obściskuje się z neonazistami kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz, to znaczy, że głowa tego państwa ma cos nie tak z głową, albo tej głowy czyli rozumu po prostu nie ma.
To co zdarzyło się kilka dni temu w Auschwitz, to już tyko skutek. Bo gesty mają swój ciężar, a słowa swoją moc.
Żydzi nic takiemu Nawrockiemu zrobić nie mogą. Mogą co najwyżej wykonać własny gest. Narzędziem żydowskiej zemsty przez tysiąclecia był atrament, czyli słowo. Czasem zamiast słów lepsze jest, w duchu szekspirowskim, milczenie.
Trochę milczenia, gest, tyle mogą dziś Żydzi w miejscu największej zbrodni w historii. Ofiary nic już nie powiedzą. Większość z nich nie ma i nigdy nie będzie miała nawet grobu. Grobem jest ta ziemia. W kraju, w którym groby traktuje się ze szczególnym szacunkiem, ta zbiorowa mogiła milionów zasługuje na szacunek nie tylko rytualny, ale faktyczny, a nawet demonstracyjny. Dla przeszłości i dla przyszłości. Dla zasady. Także ze strony zdeklarowanego katolika. Katolik, nawet jeśli jest prezydentem, pewne rzeczy musi rozumieć. Rozumie to kardynał metropolita krakowski, który kilka dni temu mówił o korzeniach jakie chrześcijaństwo ma w judaizmie. Rozumieli to jego wielcy poprzednicy, w tym ten, któremu gdy jeszcze był młodym księdzem, przyniesiono do ochrzczenia małe dziecko Shachne Hillela. Młody ksiądz Karol odmówił mówiąc, że rodzice chłopca by sobie tego nie życzyli. Karol wiedział, rozumiał, czuł. Wymiar świadomości historycznej, humanizmu, delikatności i zwykłej ludzkiej wrażliwości.
Kardynał Grzegorz rozumie, ksiądz Karol rozumiał, ale prezydent Karol nie rozumie. Tamten Karol był człowiekiem, który został papieżem. Ten Karol jest prezydentem, który jeszcze nie zaczął być człowiekiem, nie na tyle w każdym razie, by rozumieć wielką tragedię jaką dla tego kraju i te ziemi było obsypanie jej prochami milionów zagazowanych, a potem spalonych w krematoriach. Nie rozumie, że ta ziemia ma wręcz obowiązek być niezmiennie zraszana łzami żyjących po tych którzy tu przez setki lat żyli, a potem odeszli, bo taki był wyrok nazizmu, nienawiści, antysemityzmu i bestialstwa.
Gdy Steven Spielberg miał już prawie zmontowaną Listę Schindlera zaprosił na pokaz Johna Williamsa, by ten poczuł klimat filmu i łatwiej mógł do niego skomponować muzykę. Williams, potomek Żydów z Polski, wcześniej skomponował między innymi muzykę do Szczęk, Gwiezdnych wojen, ET, Jurrasic Park, a potem także Szeregowca Ryana. Spielberg wziął więc najlepszego z najlepszych. Po projekcji Williams był zdruzgotany i tak poruszony, że szlochając na kilka minut zniknął. A gdy wrócił podszedł do reżysera i powiedział mu: przykro mi Steven, ale do skomponowania muzyki do tego filmu potrzebujesz dużo lepszego kompozytora niż ja. Na co Spielberg powiedział mu: rozumiem John, ale oni już nie żyją.
Karol Nawrocki z lubością cytuje słowa Romana Dmowskiego: „jestem Polakiem i mam obowiązki polskie”. Nie rozumie niestety tego co rozumie kardynał Ryś, a co wcześniej rozumieli Karol Wojtyła i Lech Kaczyński, że wśród obowiązków, a nawet umiejętności polskich musi też być zdolność i gotowość płakania nad zamordowanym tu naszymi siostrami i braćmi Żydami. Może nawet Karol, jeśli musi, dać przy okazji upust swojej antyniemieckości tłumacząc sobie, że potrzebna jest pamięć o zbrodni Niemców , którzy wymordowali naszych Żydów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz