Tomasz Lis – Polska słusznie zwana ludową, 16.03.2026

 

Niektórych, a nawet bardzo wielu, może większość, niezmiennie dziwią u nas rzeczy, które dawno dziwić już nikogo nie powinny. Ludzie patrzą na prostackie zachowania Karola Nawrockiego przy szwedzkiej parze królewskiej, na prostackie wypowiedzi kandydata na premiera Czarnka, na antymaniery czołówki polityków PiS i zastanawiają się jak tacy ludzie mogli się znaleźć w orbicie władzy a nawet na jej szczytach. Mnie nie dziwi to wcale. Dziwi mnie tylko to, iż kogoś to dziwi tak jak zdziwiłoby mnie gdyby oni w orbicie władzy albo na jej szczytach się nie znaleźli.

Nie może otóż być inaczej w Polsce, która może już nie z nazwy, ale wciąż jest Polską ludową. Zresztą niemal zawsze nią była. Przy czym słowa „ludowa” nie używam tu w sensie pejoratywnym jako epitet, ale w sensie socjologiczno- demograficznym jako fragment opisu.

Ludowa, choć nie lud w niej rządził, a raczej był w niej zniewolonym przedmiotem, była Polska szlachecka. Ludowa, choć nie lud w niej rządził, była przedwojenna Polska „pańska”. Ludowa, już także formalnie była Polska powojenna. Ludowa jest także Polska post czy pokomunistyczna. Polska nie mogła przestać być ludowa po upadku PRL, bo była Polska Ludowa tylko tej ludowości usankcjonowaniem, sformalizowaniem i swoistą koronacją. PRL była tylko formą, a treścią była owa ludowość właśnie.

Nie jest zresztą i nigdy nie była prawdziwa bajka, to mit raczej, o narodzie, który in gremio komunizmu nienawidził i na wszelkie sposoby zwalczał. Oczywiście, narzucono nam ten cały komunizm na sowieckich bagnetach i z pomocą NKWD. Oczywiście referendum z 1946 roku i wybory z 1947 roku były sfałszowane, ale gdy już ten PRL tu nastał to spora cześć narodu doskonale się w nim umościła, ustrój uznała za całkiem swój, wielu żegnało go zaś z żalem, a wspomina z sentymentem.
PRL nie lubiło się za Ruskich (też nie wszyscy), za jej walkę z Kościołem i za jednak generalnie niedostatek nie wolności przede wszystkim, ale raczej towarów i dóbr. Ceniło się zaś bardzo za względne bezpieczeństwo socjalne, łagodzący różne zawody, frustracje i animozje egalitaryzm, a także to, że był na swój sposób miękki. Poza stalinizmem, za głośno nawet wyrażaną nienawiść do Ruskich i systemu nikt nikogo do więzienia nie wsadzał, państwo niby było antykościelne, a Kościołowi było w nim tak dobrze i wygodnie jak zawsze, może nawet jak nigdy. System był niewątpliwie opresyjny, ale i taki KOR przez lata mógł działać i Solidarność się narodzić i nawet w wersji podziemnej całkiem sprawnie działać. Finalnie ustrój zawalił się zresztą nie pod ciosami zbuntowanego i zrewoltowanego ludu, ale pod ciężarem własnej nieudolności sprawiającej, że nie wolnościowe, ale bytowe aspiracje ludu nie mogły być zaspokojone.

Nie dziwota więc, że gdy 4 czerwca 1989 roku lud dostał do ręki długopis, i mógł jednym jego ruchem (Ok, dwoma) ustrój skreślić, to połowa narodu została w domach, a jedna trzecia tych, którzy poszli głosować zagłosowała za ludźmi systemu, funkcjonariusze zaś ze szczytów władzy umieszczeni na tzw. liście krajowej, w większości uzyskali blisko 50 procent poparcia. Ustrój poległ więc ostatecznie w lokalu wyborczym, ale nie była to wcale druzgocąca klęska.

PRL przeszedł w III RP bez rozlewu krwi, gwałtów i jednej stłuczonej szyby, a nawet dokonało się to przejście z zachowaniem pewnej ciągłości. Akuszerem zmiany był ludowy Kościół, władzę przejął ruch społeczny u swego zarania robotniczo-ludowy, a pierwszym prezydentem nowego państwa wybranym w wyborach powszechnych był przedstawiciel ludu bardziej ludowy niż wszyscy przywódcy PRL-owskiej Polski ludowej razem wzięci, ostatni zaś wywodzący się z rodziny ziemiańskiej w szczególności. Prezydent katolik z matką boską w klapie zastąpił w 1990 roku prezydenta wychowanego w katolickiej rodzinie i w katolickiej szkole, z którym, jak mówią wtajemniczeni, zaskakująco wspólny język znalazł polski papież, który nawet po abdykacji generała-prezydenta prowadził z nim w Watykanie regularne wielogodzinne dysputy.

Oczywiście różne były PRL-e i różne były odsłony III RP, ale w obu ustrojach ścierały się ze sobą nie różne porządki aksjologiczne i ustrojowe paradygmaty, ale raczej różne predylekcje mentalne. Polska Gierka była równie ludowa jak Polska Gomułki, ale inne było oblicze tej ludowości. Zamiast gomułkowskiej Poldki wsobnej, zgrzebnej, konserwatywnej, małostabilizacyjnej i pełnej resentymentów, nastała Polska aspiracyjna, bardziej ambitna, otwarta, liberalna i tolerancyjna. Choć oczywiście był to liberalizm skrojony na ciasną PRL-owską miarę. Była jeszcze Polska Jaruzelskiego, ale naród nieomylnie wyczuwał już w niej immanentną słabość i ze względnym spokojem obserwował dogasanie ustroju i władzy zajęty staraniami o przetrwanie trudnego czasu.

W III RP też mieliśmy różne odsłony kontrastujące ze sobą jak Polski Gomułki i Gierka, choć obie Polski były już na rynkową modlę ale dalej ludowe.
Polska rządów Kaczyńskiego, jak Polska Gomułki była raczej wsobna, zapatrzona w mityczną i niby-wspaniałą przeszłość, konserwatywna, pełna resentymentów fobii i kompleksów, Polska Tuska jak ta Gierka pozostając ludowa też jest bardziej ambitna, śmiała, otwarta, tolerancyjna, liberalna (w sensie ideowym i obyczajowym, bo gospodarczym już nie) i optymistyczna niż Polska Kaczyńskiego. To raczej kwestia akcentów niż istoty.

Zgaduję zresztą, że wyobrażenia Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska na temat Polski i Polaków są całkiem podobne. Żaden z nich żadnych złudzeń nie ma. Obaj ten lud znają i czują doskonale. Różnica między nimi polega więc nie na różnych wizjach społeczeństwa, ale na odwoływaniu się do różnych grup społecznych. Różni ich też chęć gry na różnych klawiszach polskiego fortepianu. Kaczyński woli te czarne i mroczne, Tusk zaś białe i bardziej optymistyczne. Obaj wiedzą wszelako jako pianiści władzy doświadczeni i sprawni, że grać trzeba różnym może zamiłowaniem, ale na obu.

Co więc charakteryzowało i charakteryzuje tę naszą ludowość?
Zamiłowanie do swoiście pojmowanej zwykłości i wyłączającej obcych swojskości, która dała premię najpierw Dudzie, a teraz Nawrockiemu, a potężną premię sympatii w pewnej części społeczeństwa pani Szydło oraz antypatii, nawet w elektoracie PiS obcemu kulturowo i korporacyjno-garniturkowemu panu Morawieckiemu. Dalej familializm. Polak ceni sobie przynależność do wspólnoty narodowej i religijnej, ale bezwzględny prymat w jego myśleniu miała i zawsze mieć będzie rodzina. Co jeszcze? Oczywiście bardziej lub mniej ostentacyjna religijność, niechęć do wszelkich obcych i mniejszy lub większy, ale łatwo wyczuwalny antysemityzm. Do tego niechęć do elit, niezmienna w każdej fazie ustrojowej. Większość nas jest dziećmi i wnukami robotników i chłopów, niechęć do panów i pańskości mamy więc w sumie we krwi. O skłonnościach do cwaniactwa, chodzenia na skróty, omijania prawa i pazerności nie ma tu co nawet wspominać. Napiszę tylko, że rozliczenia PiS-u i PiS-owskich złodziejstw idą tak ślamazarnie, bo ich ekscesy wcale nie spotkają się z powszechnym potępieniem i moralną sankcją, a często przyjmowane są nawet ze swoistym zrozumieniem. Mógł skręcić kasę to skręcił, mógł ustawić swoich to ustawił, mógł ukraść to ukradł. Cały ten PIS, inaczej niż byśmy chcieli, nie był tu żadnym obcym ciałem. To raczej krew z krwi. Dlatego PiS taki czy owaki, ten lub inny zawsze tu będzie, bo Polska, a przynajmniej jej cześć taka właśnie jest i być może za naszego życia inna nie będzie, nawet jeśli będzie się bogacić nawet w szybszym niż obecnie tempie. Polska jest trochę jak ten PiS, a PiS nawet bardzo jak Polska.
Teraz ludowość jest bardziej niż kiedyś prywaciarsko-dorobkiewiczowska, i all-inklusuvie, ale wcale nie bardziej niż kiedyś inkluzywna. Solidarna zaś tak naprawdę nie była nigdy. Raczej samolubna lub, dzisiaj, indywidualistyczna.

Tak jak prymas Wyszyński rozumiał, że polski katolicyzm jeśli nie ma być marginalny to musi być maryjny i ludowy, tak Jarosław Kaczyński rozumie, że PiS nie może być jak polskie CDU, o czym marzył kiedyś, bo tu chrześcijańskich demokratów i konserwatystów jest niewielu, ale musi być ludowy, dość przaśny i nawet ostentacyjnie antyliberalny, antyelitarny i antyinteligencki. Tak jak Donald Tusk rozumie, że społeczeństwo jest jakie jest i jak chce się tu utrzymać władzę, to żadne fikołki ideologiczne i ustrojowe nie wchodzą tu w grę. Tę ludowość Polski doskonale rozumiał też Kwaśniewski. Nie dlatego, że karierę zaczął w ludowym PRL-u, ale dlatego, że jest inteligentny.

Dobrze, zaczęliśmy od działu kadr, to i na nim skończmy. Co to za Polska ludowa, powie ktoś, skoro nawet najbardziej eksponowane postaci ludowego PiS-u mają z ludem nieskończenie mniej wspólnego niż taki ludowy król Lech Wałęsa. Czołowe postaci PiS-u niemal w komplecie pochodzą z wielkich lub bardzo dużych polskich miast, Kaczyński z Warszawy, Duda z Krakowa, Morawiecki z Wrocławia, Nawrocki z Gdańska, a Czarnek z Lublina. O czym to świadczy? Po pierwsze o tym, że ludowość wcale nie jest u nas ograniczona do prowincji. Po drugie o tym, że ludowi przywódcy (nie tylko przywódcy ludowców) doskonale rozumieją, że partia prawicowa jeśli chce mieć sens i władzę to, niezależnie od tego skąd pochodzą jej przywódcy, musi być partią miasteczek, wsi, parafii i ludu. Innej Polski niż ta ludowa po prostu nie ma. Nie więc wyborcze zwycięstwa Dudy, Nawrockiego (załóżmy, że wygrał) oraz PiS-u są tu anomalią, ale zwycięstwa Tuska i partii wielkomiejsko-europejsko-liberalnych. Wiedzą to i Kaczyński i Tusk. Z czego oczywiście wcale nie wynika nieuniknioność kolejnego wyborczego zwycięstwa Kaczyńskiego. Siły różnych Polsk ludowych są w sumie wyrównane i na końcu o wszystkim zdecydują zapewnia wola zwycięstwa dwóch ludowych armii, pasja a finalnie po zaciętym meczu tiebreak.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz