Trump marzy o rozbiciu Unii Europejskiej. "Traktuje ją jak zagrożenie dla własnej rewolucji"
31 stycznia 2026
Na naszych oczach dokonuje się postępująca putinizacja Trumpa. Stopniowo zmienia się w sobowtóra prezydenta Rosji. Europejska radykalna prawica traktuje go mniej więcej tak, jak Łukaszenka podchodzi do Putina.
Liderzy europejskiej radykalnej prawicy doskonale rozumieją, że Trump jest ich najpotężniejszym sojusznikiem — bez niego ich pozycja byłaby znacznie gorsza, podobnie jak sytuacja Łukaszenki bez Putina.
Ale podobnie jak Łukaszenka wiedzą też, że mają następujący wybór: mogą poddać się imperialnym ambicjom swego protektora, ale wtedy utracą nawet pozory niezależności (Trump jest równie bezwzględny i jeszcze bardziej kapryśny niż Putin). Mogą też zachować pewien dystans, którego elementem jest krytyka swego protektora.
"Wariant wenezuelski" w Europie
Powody, dla których europejska radykalna prawica była wdzięczna niebiosom za Trumpa, są oczywiste. Od początku tej kadencji Trump i jego ludzie mówią głośno, jaki jest ich pomysł na Europę — zastąpić dotychczasowe rządy ich ludźmi, czyli politykami z radykalnej prawicy. Amerykańskie deklaracje zostały początkowo przyjęte z niedowierzaniem przez tzw. europejski mainstream. Na początku zeszłego roku uważano to — niezwykle naiwnie — za wyraz prywatnych ekstrawagancji Vance’a czy Muska. Dziś nikt nie może mieć wątpliwości, że takie są właśnie plany Waszyngtonu: w końcu zapisano to w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego opublikowanej w grudniu.
Doprowadziło to do podobnej polaryzacji w europejskiej polityce jak za czasów wojny w Iraku, gdy "stara Europa" była przeciw, a "nowa" za Ameryką. "W sondażu z czerwca przeprowadzonym przez Radę Europejską ds. Stosunków Zagranicznych zwolennicy skrajnie prawicowych partii, takich jak niemiecka AfD, włoska Bracia Włosi, węgierska Fidesz, polski PiS oraz hiszpańska Vox, mieli w większości pozytywny stosunek do amerykańskiej polityki, podczas gdy wyborcy głównego nurtu w większości negatywny. Nigdy wcześniej sondaże Rady nie wykazały tego typu polaryzacji"— pisał jeden z autorów raportu ECFR (Europejska Rada Spraw Zagranicznych). Od tej pory niechęć do Trumpa w Europie jedynie wzrosła. Tylko 20 proc. ogółu Europejczyków uważa USA za sojusznika. W Niemczech ponad 70 proc. pytanych widzi w USA wręcz wroga.
Radykalnej prawicy zapewne bardzo podobałby się "wariant wenezuelski", gdzie dotychczasowe rządy zostałyby zastąpione przez osoby wyznaczone przez Trumpa. Problem polega jednak na tym, że Trump jest dziś w Europie tak bardzo niepopularny, że związki z nim są raczej obciążeniem niż atutem. Tymczasem przejęcie Europy w przeciwieństwie do Wenezueli musi się dokonać za pomocą wyborów, a nie zbrojnej inwazji. A ostentacyjny sojusz z Trumpem może doprowadzić jedynie do utraty głosów. Po lutym 2022 r. większość europejskich przywódców radykalnej prawicy miała ten sam kłopot: ich bliskie stosunki z Kremlem budziły podejrzliwość. "Głosowanie na Le Pen, oznacza głos oddany na Putina"— mówił mi francuski geopolityk Dominique Moisi. Przedstawiciele radykalnej prawicy musieli pokazać swoim wyborcom, że nie działają jako agenci Moskwy. I to samo czeka ich dziś z Trumpem — będą musieli nieustannie dowodzić, że nie są agentami Trumpa. Ich dylemat to: wiarygodność lub Trump.
Druga linia konfliktu europejskiej prawicy z Trumpem miała przez długi czas charakter czysto teoretyczny. Było jasne, że Trump jest zupełnie innym nacjonalistą niż nacjonaliści europejscy. W przeciwieństwie do nich w najmniejszym stopniu nie interesowała go historia własnego kraju. Jest tak narcystyczną jednostką, że nie interesuje go nic, co go poprzedza. Przeszłość dla niego nie istnieje. I ma też zupełnie inny stosunek do ziemi. Europejski nacjonalista uważa ją za świętość. Jak często podkreślano, Trump traktuje ją jak deweloper, którym niegdyś był — ziemia jest dla niego towarem, można się nią w dowolny sposób wymieniać, sprzedawać i kupować. Tak zachował się w sprawie Gazy. Ale dla europejskiej radykalnej prawicy moment krytyczny nastąpił poźniej: w trakcie sporu o Grenlandię.
Prawica daje odpór Trumpowi
Na kilka dni przed ponownym objęciem władzy przez Trumpa, Morten Messerschmidt, szef duńskiej Partii Ludowej, udał się z wizytą do Mar-a-Lago. Mówił wtedy mediom, że razem mogą sprawić, że Zachód "znów stanie się wielki". Jednak dziś, po tym jak prezydent USA podjął agresywne działania mające na celu aneksję Grenlandii i podważa granice Danii, które istnieją od 300 lat, Messerschmidt odcina się od Trumpa. "Przedstawianie mnie jako kogoś, kto służy sprawie innej niż Dania i kto sympatyzuje z zagrożeniami dla naszego królestwa, jest chore. To oszczerstwo" — napisał.
Atak na suwerenność oznacza atak na największą świętość radykalnej prawicy. Farage, lider prowadzącej w sondażach partii Reform, powiedział: "To, że prezydent Stanów Zjednoczonych grozi nałożeniem ceł, jeśli nie zgodzimy się, aby przejął Grenlandię, bez uzyskania zgody mieszkańców Grenlandii... to bardzo wrogi akt. Nie potrafię tego inaczej ująć".
W debacie w PE, skrajnie prawicowi europosłowie, z reguły oklaskujący Trumpa, zdecydowanie poparli zamrożenie ratyfikacji umowy handlowej między UE a Stanami Zjednoczonymi, ponieważ byli bardzo zaniepokojeni jego podejściem do Grenlandii. Nazwali je "wymuszeniem" i "zagrożeniem dla suwerenności". Jordan Bardella, prawdopodobny kandydat RN na prezydenta Francji w 2027 r., stwierdził, że wybór jest dziś następujący: między wasalizacją przez USA, a daniem odporu Trumpowi.
Stosunek zwolenników radykalnej prawicy w Europie Zachodniej do Trumpa zmienił się zasadniczo od początku jego drugiej kadencji. Coraz bardziej przypomina podejście wyborców mainstreamowych — są mu niemal równie niechętni. Sondaż z ostatnich dni stycznia pokazuje, że między 20 a 25 proc. wyborców skrajnej prawicy we Francji, Niemczech, Włoszech i Hiszpanii uważa dziś Trumpa za "wroga Europy". A między 30 proc. a 40 proc. zwolenników tych partii za główny cel polityki zagranicznej USA uważa "rekolonizację i grabież zasobów globalnych". A nikt nie chce być rekolonizowany. Nie uda się "rekolonizacji" usprawiedliwić nawet w imię obrony konserwatywnych wartości.
Ale to nie wszystko: marzeniem Trumpa jest rozbicie UE, ponieważ nienawidzi Europy i traktuje ją jako zagrożenie dla własnej rewolucji. Europę postrzega jako sojusznika swych wrogów politycznych w Ameryce. Nie rozumie jednak, że radykalna prawica w Europie wcale nie chce tego samego, co on. Czas jej marzeń o rozbiciu UE dawno minął. Wkroczyliśmy w "czas drapieżców"— Trumpa, Putina. Xi. Nawet krytycy Brukseli wiedzą, że ich państwa nie przetrwają w pojedynkę. Meloni zaciekle walczy o swą pozycję w Brukseli. Orban nie ma szans bez europejskich dotacji i potężnych inwestycji z Chin, które napływają tylko dlatego, że Węgry są ich przyczółkiem w UE. Bo Węgry same w sobie Chińczyków nie obchodzą. Robert Fico był przerażony, gdy Trump zagroził wysokimi cłami Niemcom — Słowacja jest zależna od niemieckiego przemysłu samochodowego. Trump i radykalna europejska prawica widzą przyszłość Europy zupełnie inaczej. Trump chce ja z zniszczyć, radykalna prawica zmienić.
Trump był wielką nadzieją dla europejskiej prawicy. Dziś staje się jej obciążeniem. Czy to oznacza, że może jej trwale zaszkodzić? Nie liczmy na zbyt wiele. Wielki reakcyjny myśliciel Joseph de Maistre powiedział kiedyś, że jego środowisko pomyliło się co do Rewolucji Francuskiej: myślano, że to "wydarzenie", choć w rzeczywistości to "epoka". Nie popełnijmy tego samego błędu w odniesieniu do radykalnej prawicy: z pewnością nie jest to "wydarzenie".
Poniżej streszczenie artykułu:
- Trump staje się coraz bardziej podobny do Putina, co wpływa na jego postrzeganie w Europie.
- Radykalna prawica w Europie widzi w Trumpie sojusznika, mimo że jego popularność wśród obywateli europejskich spada.
- Trump marzy o osłabieniu Unii Europejskiej, co jednak nie pokrywa się z celami europejskiej prawicy.
- Relacje Trumpa z Europą komplikują jego imperialne ambicje, gdyż Europejczycy nie chcą być postrzegani jako jego "agenci".
- Radykalna prawica musi teraz balansować między utrzymywaniem relacji z Trumpem a niezależnością.
Trump dostał szału. Uderzył w Minnesotę z konkretnych powodów [ANALIZA]
31 stycznia 2026
Minnesota to ciche miejsce, o którym zrobiło się głośno wskutek obsesji Donalda Trumpa na punkcie migrantów z — jak mówi — "zasr...ych krajów". I jego niechęci do rządzących tym stanem demokratów.
Kiedyś mawiano, że w USA liczy się tylko polityka lokalna. Każdy znaczący kandydat na prezydenta musiał zjeździć kluczowe stany wzdłuż i wszerz, skosztować regionalnych specjałów, poklepać prostych ludzi, wypytać, jak kukurydza latoś obrodziła, naskładać obietnic, że uratuje miejscową hutę, kopalnię, fabrykę kredek. Po czym wprowadzał się do Białego Domu, obietnic nie spełniał, a wraz z końcem wyborczego karnawału prowincjonalne problemy znów spadały na barki prowincjonalnych legislatur, gubernatorów, burmistrzów.
Niech wracają do szałasów
Teraz amerykańska polityka zrobiła się personalna. Stanowi odbicie antypatii, urazów, żądzy zemsty Trumpa, który nie pojedzie na finał ligi futbolowej, bo odbywa się w Kalifornii rządzonej przez znienawidzonego Gavina Newsoma. Prezydent nasłał mu wojsko zaraz po objęciu władzy.
Teraz mści się na gubernatorze Timie Walzu. Wyborczy partner Kamali Harris bezlitośnie ośmieszał w czasie kampanii jego ignorancję, pychę, mitomanię. Ponadto Minnesota ma największą w USA, ponadstutysięczną populację imigrantów z Somalii. Prezydent zaś chciałby przywrócić Ameryce wielkość, naturalizując przybyszy z krajów nordyckich, a nie "zasr...ych". Ci ostatni "niech wracają do szałasów".
Wprawdzie nie gwałcą ani nie mordują na prawo i lewo jak Meksykanie, nie zjadają mieszkańcom Ohio psów niczym zarażeni co do jednego HIV Haitańczycy, lecz ukradli białym Amerykanom 19 mld dol. I posłali na Kapitol — co niewątpliwie bardziej drażni lokatora Białego Domu niż rzekome wyłudzenia świadczeń socjalnych — kongresmenkę Ilhan Omar w hidżabie.
Właściwie to ona jest praprzyczyną niechęci prezydenta do graniczącego z Kanadą, liczącego 5,8 mln mieszkańców i 225 tys. km kw. Stanu Gwiazdy Polarnej, który wcześniej słynął głównie ze swych "10 tys. jezior", świetnego piwa, kotletów w bułce zwanych Juicy Lucy, gigantycznej galerii handlowej Mall of America i zwanego biegunem zimna Duluth, gdzie urodził się Bob Dylan. Niewykluczone, że Trump chce wyłudzić od niego Nobla. Napisał przecież tyle pięknych tweetów, a premier Szwecji złośliwie odmawia przyznania nagrody.
Biuro Ścigania Przestępstw Imigracyjnych i Celnych (ICE) rozpoczęło pokazowe łapanki w Minneapolis — tworzącym ze stołecznym Saint Paul trzymilionową aglomerację Twin Cities — na początku grudnia. Celem byli przede wszystkim Somalijczycy. Wobec nagminnego łamania prawa, m.in. legitymowania obywateli, naruszania miru domowego bez zgody sądu, zastraszania społecznych obserwatorów, burmistrz większego spośród "Bliźniaków", Jacob Frey, zakazał intruzom korzystać z municypalnych gmachów i parceli, np. parkingów. Jakich konkretnie naruszeń się dopuszczali? Oto garść przykładów.
6 grudnia wyważyli drzwi prywatnego domu w Burnsville (przedmieście Minneapolis) na podstawie nakazu administracyjnego — wydanego przez rząd, a nie sąd. Zgarnęli całą rodzinę, również małe dzieci, i wywieźli do ośrodków internowania poza stanem. 9 grudnia monitorująca poczynania agentów obywatelka USA Susan Tincher spytała jednego: "Czy jesteście z ICE?". To wystarczyło dzielnym chłopcom Trumpa, by przewrócić mierzącą 1,62 m wzrostu 55-latkę na jezdnię, poturbować, skuć, wsadzić do federalnego aresztu, trzymać pod kluczem przez pięć godzin, a następnie wypuścić bez stawiania zarzutów tudzież bez części odzieży i ślubnej obrączki. Zawieruszyła się podczas "neutralizowania zagrożenia" pięściami, kolanami oraz butami.
Nazajutrz podobny los spotkał 20-letniego Amerykanina, który wyglądał funkcjonariuszom na Somalijczyka. Zignorowali zapewnienia, że może pokazać paszport, nastraszyli gazem pieprzowym, obezwładnili sławetnym, zakazanym organom ścigania we wszystkich cywilizowanych krajach poza USA chwytem, który polega na uciskaniu zgiętą ręką tętnic szyjnych, by odciąć dopływ krwii do mózgu. Zamknęli, wypuścili wieczorem i wyśmiali, gdy spytał, czy mogliby go odwieźć tam, gdzie został zatrzymany. Musiał wracać piechotą parę kilometrów przez zaspy śniegu przy temperaturze minus kilkunastu stopni.
Krwawe rozróby
Demonstracje przeciw łamaniu prawa i brutalności ICE gromadziły coraz więcej tubylców. Na świece dymne, gaz łzawiący, gumowe kule odpowiadali, rzucając kpiąco śnieżkami, co jeszcze bardziej rozwścieczało zgrywających twardzieli zamaskowanych buców w wojskowych drelichach i kevlarowych kamizelkach. Wkurzył się również Trump. Nazwał somalijskie dzielnice "śmietnikiem, którego nie chcemy w naszym kraju" i 6 stycznia zarządził operację Miejski Przybój (Metro Surge). Znaczy posłał do Minneapolis dodatkowe 2 tys. zbrojnych. Na skutki pokazu siły nie trzeba było długo czekać.
Następnego dnia bandyta w mundurze zabił Renee Good, która próbowała odjechać, gdy drugi szarpał klamkę samochodu. Prezydent ogłosił, że agent musiał bronić życia przed dokonanym "z premedytacją, wielkim okrucieństwem i bezlitośnie" zamachem. Szefowa departamentu bezpieczeństwa wewnętrznego (DHS) Kristi Noem uznała 37-letnią matkę trojga dzieci za groźną terrorystkę używającą pojazdu jako broni. Ośmielone kłamstwami przełożonych osiłki zaatakowały granatami hukowymi oraz gazem rodziców wiozących sześcioro maluchów ze szkolnego meczu koszykówki do domu. I znów dostały rozgrzeszenie, a DHS nazwał poszkodowanych "radykalnymi agitatorami zabierającymi dzieci na krwawe rozróby".
Wobec gwarantowanej przez wierchuszkę bezkarności narastała przemoc. Agenci pobili pastora przed jego zborem. Bez sądowego nakazu weszli na teren szpitala i przykuli pacjenta do łóżka. Rozpędzili demonstrację na licealnym boisku, a używają gazu bojowego CS (2-chlorobenzylidenomalononitryl), który nie tylko podrażnia skórę, wywołując bąble i wysypkę, lecz bywa zabójczy. Pozostaje zaś aktywny przez 14 dni, więc władze musiały szkołę zamknąć. ICE wykorzystuje także inną substancję klasyfikowaną jako broń chemiczna, zakazaną w większości krajów Zachodu — HC (heksachloroetan). Powoduje zespół ostrej niewydolności oddechowej, trwale uszkadza wątrobę i układ nerwowy, w większym stężeniu zabija, a ponadto jest rakotwórczy.
Kolejne, skrupulatnie rejestrowane przez miejscowych wybryki funkcjonariuszy polegały na zdemolowaniu McDonalda, poturbowaniu dwojga mających obywatelstwo USA pracowników sklepu Target oraz ciężarnej adwokatki imigracyjnej, która zażądała, by opuścili parking przy jej kancelarii. O surrealizm zahaczyło aresztowanie czterech Siuksów Oglala, odmowa zwolnienia, póki wódz Frank Star Comes Out nie podpisze z ICE umowy o współpracy przy forsowaniu przepisów imigracyjnych, i umieszczenie zatrzymanych w Forcie Snelling, gdzie armia trzymała ich współplemieńców podczas powstania Dakotów 164 lata temu. Rutyną stało się wybijanie szyb samochodowych, by zagazować bądź unieruchomić niesfornych kierowców (najczęściej chwytem za szyję), nim zdążą odjechać. 14 stycznia federalni postrzelili nielegalnego imigranta Julio Cesara Sosę-Celisa. Kolejne morderstwo było tylko kwestią czasu.
Doszło do niego 10 dni później. Zginął 37-letni pielęgniarz Alex Pretti. Filmował atak ICE na demonstrantów, zasłonił kobietę, którą agent grzmotnął o ziemię, dostał gazem po oczach, próbował się wyrwać, opadło go sześciu mundurowych. Jeden wyciągnął pistolet, drugi krzyknął: broń, broń! Trzeci zaczął strzelać, no to pozostali również. W ciągu pięciu sekund Pretti dostał 10 kul. Dziwne, że funkcjonariusze nie pozabijali się wzajemnie, bo ich ofiara leżała już przygwożdżona do asfaltu przez trzech najbardziej agresywnych. Komentarz Noem? "Podejrzany przyniósł pistolet kalibru 9 mm i dwa magazynki z intencją zadania agentom jak największych strat". Wideo dowodzi, że trzymał jedynie telefon. Do miejsca zbrodni — tak jak w przypadku zabójstwa Good — FBI nie dopuściło miejskiej ani stanowej policji.
Sól w oku dyktatorka
Wspomniana Ilhan Omar zdobyła fotel w Kongresie na fali "różowego tsunami", kiedy po dwóch latach pierwszej kadencji Trumpa lewica przejęła Izbę Reprezentantów, a prym wiodły kobiety. Otwarcie antymuzułmański przywódca USA dostał szału, rozpoczął kampanię oszczerstw. Do dziś powtarza, jakoby Omar "wyszła za swojego brata". Wielokrotnie tweetował, że "Brygada" ("The Squad"), czyli reprezentantka Minnesoty plus trzy inne progresywne przedstawicielki mniejszości etnicznych, powinna "wracać tam, skąd przyjechała". Podczas wiecu w Karolinie Północnej stwierdził, że Somalijka świętowała rocznicę zamachów na World Trade Center i Pentagon, "nienawidzi naszej ojczyzny" oraz amerykańskich żołnierzy, kocha Al-Kaidę, a tłum zaczął skandować: Wyrzuć ją!
Nim do Minnesoty zaczęli przybywać Somalijczycy, stanowiła cel imigrantów ze Skandynawii, Niemiec i Europy Środkowej. Szczególnie wielu osiedliło się tu po Wiośnie Ludów, gdy uczestnicy rewolucyjnych zrywów musieli uciekać przez represjami. Postępowe tradycje przetrwały. Mieszkańcy wyróżniają się zaangażowaniem w społeczne i obywatelskie inicjatywy, wykształceniem (pierwsze miejsce wśród 50 stanów), oczytaniem, zdrowiem (najniższa liczba przedwczesnych zgonów; 91 proc. populacji ma ubezpieczenie lekarskie), frekwencją wyborczą, dbałością o środowisko, wspieraniem kultury. Innymi słowy: stanowią pod każdym względem antytezę MAGA.
Od 1932 r. tylko trzykrotnie głosowali na republikańskiego kandydata do Białego Domu. Dwa razy wskazali Dwighta Eisenhowera, raz — Richarda Nixona. Poległ tam nawet Ronald Reagan, zarówno w 1980, jak i 1984 r. Trump nigdy nie miał szans. Dwa lata temu stawiał czoła bardziej Walzowi niż Harris starającej się zachować umiar oraz dobre maniery. Gubernator ukuł określenie "zdziwaczały Donald", niejako wytyczając strategię demokratów. Na wiecach walił w przeciwnika jak w bęben, ironizując na przykład, że owszem, wskaźniki przestępczości podniosły się za Bidena, ale wyłącznie wskutek łamania prawa przez Trumpa.
Kiedy biały policjant Derek Chauvin zamordował w Minneapolis czarnego George’a Floyda, Walz przeforsował reformę policji, zmieniając zasady szkolenia funkcjonariuszy. Wprowadził płatne urlopy macierzyńskie i opiekuńcze. Uniemożliwił stosowanie klauzuli o zakazie konkurencji w umowach pracowniczych. Zalegalizował marihuanę. Kobiety zyskały gwarantowane ustawowo prawo do aborcji, uczniowie — darmowe obiady. Każdy nabywca broni palnej musi przejść procedurę weryfikacyjną niezależnie od tego, gdzie ją kupuje. Prawica za to wszystko nie cierpi gubernatora, zwłaszcza że stan mimo rozwiniętego socjalu kwitnie gospodarczo.
Należy dodać, że Minnesota przoduje, jeśli chodzi o liczbę uchodźców politycznych. Przygarnęła 13 proc. wszystkich azylantów mieszkających na terenie USA. Poza Somalijczykami także Hmongów, Etiopczyków, Birmańczyków, Liberyjczyków, Kongijczyków, Wietnamczyków, Ukraińców. Krótko mówiąc, "niespełnionemu dyktatorkowi" — jak nazywał przywódcę USA Walz — Stan Gwiazdy Polarnej wydał się idealnym miejscem do urządzenia poligonu walki z własnymi obywatelami.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Donald Trump manifestuje niechęć do Minnesoty z powodu silnej populacji imigrantów z Somalii i demokratycznego gubernatora, Tima Walza.
- Trump zaangażował agencję ICE do przeprowadzania akcji przeciwko imigrantom w Minneapolis, co wywołało falę protestów.
- W wyniku brutalnych interwencji agentów ICE doszło do licznych incydentów, w tym nieuzasadnionych aresztowań i użycia przemocy.
- Gubernator Walz wprowadził reformy, które przeciwdziałają dyskryminacji i promują prawa obywatelskie, co jest sprzeczne z polityką Trumpa.
- Minnesota, znana z postępowych tradycji oraz wysokiego poziomu życia, jest przeciwieństwem ideologii MAGA Trumpa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz