Tu żyją smoki. Co wojna w Iranie mówi nam o nowym wspaniałym świecie
1 marca 2026
Tak dużej szansy na realną zmianę na całym Bliskim Wschodzie nie było prawdopodobnie nigdy. Inna sprawa, czy Donald Trump i jego sojusznicy będą umieli tę szansę wykorzystać.
Tego, co wydarzyło się w Teheranie w sobotę o godz. 9.40, nie da się przecenić. To nowy etap w historii całego regionu, a praktycznie i całego świata.
1.
Donald Trump obiecywał w kampanii wyborczej, że nie będzie zaczynał żadnych wojen, a te, które już trwają, błyskawicznie zakończy. Był tak pewny tego, że będzie zaprowadzać pokój na świecie, że uważał, że należy mu się Pokojowa Nagroda Nobla. Powołał nawet Radę Pokoju, która miała być "najważniejszym międzynarodowym ciałem w historii", ale jakoś na razie nie zakończyła ona żadnej wojny, a jej przewodniczący zaczyna nowe.
W 2025 r. Trump zbombardował siedem krajów. Porwał przywódcę jednego państwa i zabił przywódcę innego państwa. To Izraelczycy zrzucili bomby, które zabiły Najwyższego Przywódcę Iranu i jego najbliższych współpracowników, ale cała operacja była prowadzona wspólnie przez Waszyngton i Jerozolimę. Odpowiedzialność Trumpa za to, co wydarzy się teraz w Iranie i na całym Bliskim Wschodzie, jest bezsprzeczna.
Nie będę tęsknić za Chameneim. Był przywódcą reżimu, który od prawie półwiecza morduje, torturuje i więzi swoich obywateli, niszczy wspaniałą irańską kulturę, nie przestrzega praw mniejszości, ma gdzieś wolność słowa, a przede wszystkim — stoi za setkami i tysiącami aktów przemocy i terroru od Bliskiego Wschodu, przez Europę, po Amerykę Południową. Iran na własne życzenie stał się głównym promotorem terroryzmu na świecie i w sobotę Chamenei dał za to głowę.
2.
Dziś widać już, jak katastrofalną w skutkach dla Iranu i jego sojuszników była zgoda Teheranu, by podporządkowany mu Hamas zaatakował Izrael dwa i pół roku temu. Tak złej decyzji nie podjął na Bliskim Wschodzie nikt od czasu, gdy wielki mufti Jerozolimy uznał, że jego najlepszym sojusznikiem dla budowy imperium arabskiego będzie Adolf Hitler.
Izrael bezwzględnie wykorzystał błąd Teheranu i kierownictwa Hamasu. Najpierw odebrał tej organizacji władzę nad Strefą Gazy, następnie odwrócił się na północ i gwałtownie osłabił Hezbollah, kierowaną przez Iran organizację terrorystyczną działającą od dekad w Libanie.
Świat arabski był zaskoczony bezwględnością i precyzją, z jaką Izrael rozprawiał się ze swoimi wrogami. Okazało się, że sceny z popularnego szpiegowskiego serialu "Teheran" opowiadającego o siatce Mosadu w Iranie są niemal jak sprawozdanie agencji prasowej z realnych wydarzeń. Izraelski wywiad jakby wiedział wszystko — izraelskie bomby i rakiety, a nawet pagery, eksplodowały, zabijając precyzyjnie kolejnych wrogów Izraela, czy to w Gazie, czy w Bejrucie, czy w Damaszku, czy w samym Teheranie.
Z miesiąca na miesiąc władza Iranu nad sporą częścią Bliskiego Wschodu zaczęła się kurczyć. Po Hamasie i Hezbollahu przyszła pora na reżim Asada w Damaszku. Jeden z najbliższych sojuszników ajatollahów w regionie uciekł do Moskwy, gdzie dziś podobno dorabia jako okulista.
Upadek Asada i przejęcie władzy w Syrii przez antyrządowych rebeliantów, którzy w momencie ataku Hamasu na Izrael byli w defensywie, oznaczały, że Iran jest coraz bardziej osamotniony. Gdy w czerwcu 2025 r. Amerykanie uderzyli na Iran, kraj ten nie był w stanie proporcjonalnie odpowiedzieć na to uderzenie. Amerykanie, Izraelczycy, Saudyjczycy i kilka innych krajów regionu solidarnie zestrzeliło większość rakiet wystrzelonych przez Iran. Zemsta ajatollahów była żadna — i to zapewne przypieczętowało los Chameneiego.
Przy okazji — jedynym realnym sukcesem irańskiej akcji odwetowej w ciągu dnia w sobotę było trafienie przez irański dron terminalu lotniska w Kuwejcie. Ten dron to Szahid. Irańczycy testują i ulepszają go rękami Rosjan na froncie w Ukrainie. Wspieranie sprzętem wojskowym rosyjskiej agresji ma więc konsekwencje dla bezpieczeństwa również innych państw.
3.
Amerykanie i Izraelczycy dokonali wczoraj niespotykanego w historii, jeśli chodzi o skalę sukcesu, ataku na przywództwo innego kraju. Pokazali siłę swoich armii i profesjonalizm swoich służb wywiadowczych. CIA i Mosad wiedziały dokładnie gdzie i jak uderzyć. Irański kontrwywiad się ośmieszył, a irańska armia pokazała, że najlepiej wychodzi jej krok defiladowy.
Los Chameiniego i Maduro jest jasnym przesłaniem dla każdego despoty — jeśli Ameryka zechce, to znajdzie was zawsze i wszędzie, a decyzja o tym, czy furię Waszyngtonu przeżyjecie i traficie do paki, czy sprawiedliwość zostanie wam wymierzona na miejscu, nie należy do was.
Podobna prędkość i sprawność, z jaką Amerykanie pokonali armię Saddama Husajna w Iraku w 2003 r., zostały tam jednak wkrótce zastąpione desperacją decydentów. Okazało się, że Amerykanie nie mają żadnego planu, co zrobić z Irakiem, gdy już umilkną armaty. Obawiam się, że podobnie może być teraz w Iranie. Niewiele w tej chwili wskazuje bowiem na to, że USA mają precyzyjny plan, co dalej.
W rozmowie z dziennikarzem w sobotę wieczorem Donald Trump powiedział, że ma kilka opcji zakończenia ataku na Iran. Może uznać, że już wystarczy i wydać rozkaz zakończenia nalotów z możliwością przeprowadzenia kolejnych w przyszłości, jeśli Irańczycy nie będą się odpowiednio zachowywać. Trump powiedział też, że może nadal bombardować, licząc na to, że Irańczycy sami doprowadzą do upadku reżimu.
Jak miałaby jednak wyglądać ta irańska rewolucja oddolna — nie wiadomo. W sytuacji, w której służby specjalne i wojsko pozostają wierne władzy, bezbronni ludzie na ulicach nie mają szans. Przekonali się o tym ostatnio sami Irańczycy, a przed nimi m.in. Białorusini.
Waszyngton może także dogadać się z częścią irańskiego reżimu, tak jak to zrobił w Wenezueli. W kraju tym od momentu porwania Maduro niewiele się zmieniło z perspektywy zwykłego człowieka — rządzi najbliższa współpracowniczka Maduro, wenezuelska tajna policja nie rozeszła się do domów, opozycjonistom nie pozwolono wrócić zza granicy i jakoś mało mówi się o przeprowadzeniu wolnych wyborów. Za to amerykańskie firmy zwiedzają wenezuelskie pola naftowe i zastanawiają się, ile można by w nie zainwestować — pod warunkiem oczywiście wcześniejszego przejęcia nad nimi kontroli.
Być może taki sam scenariusz Amerykanie szykują w Teheranie. Być może reżim ajatollahów pęknie i część decydentów pójdzie na układ z Wielkim Szatanem, jak nazywana jest Ameryka na propagandowych wiecach ajatollahów. Takie rozwiązanie Trump najwyraźniej preferuje, bo wiemy, że prowadzi już podobne rozmowy z reżimem kubańskim. Być może i Teheran i Hawana wynegocjują cenę, za jaką Trump pozwoli im pozostać u władzy.
4.
Amerykańskie wojsko od lat kształciło generalicję zgodnie z doktryną, zgodnie z którą każda zagraniczna interwencja zbrojna musi mieć jasne cele i wyraźnie zakreślony kalendarz z wyznaczoną datą zakończenia operacji, a także musi mieć poparcie amerykańskiej opinii publicznej, sojuszników USA oraz ONZ. Tzw. doktryna Powella została zastosowana m.in. w Iraku i w Afganistanie po atakach 11 września, a także m.in. w Jugosławii podczas nalotów NATO w 1999 r.
Trump wywrócił tę doktrynę do góry nogami. Nie wiemy dokładnie, jaki jest cel obecnej operacji w Iranie (dla każdego analityka wojskowego jest bowiem jasne, że reżimu nie da się zmienić tylko zrzucając bomby, ale Trump na razie milczy o wejściu sił lądowych do Iranu i Pentagon ewidentnie nie jest gotowy na taki scenariusz). Nie wiemy, jakie są ramy czasowe tej operacji, co przyznaje sam prezydent.
Amerykańska opinia publiczna nie była przygotowywana na tę wojnę i nawet najwięksi fani Trumpa z ruchu społecznego MAGA są zaskoczeni rozwojem wypadków. Jedynym sojusznikiem USA w tej operacji jest Izrael. Polska i zapewne inni sojusznicy z NATO wiedzieli o ataku, ale z pewnością nikt z tradycyjnie bliskich Amerykanom krajów w Europie nie został proszony o wsparcie wojskowe lub choćby wyrażenie poparcia dla operacji.
Wreszcie ta wojna nie ma poparcia ONZ, co nadałoby jej wymiar legalności. Trump nie wierzy w prawo międzynarodowe, co pokazywał wielokrotnie. Sobotnie wydarzenia w Iranie są kolejnym gwoździem do trumny międzynarodowego porządku prawnego stworzonego po II wojnie światowej.
5.
Nie wiemy, dokąd to wszystko zmierza i jak daleko prezydent Trump jest gotów się posunąć. Jeśli uwierzy w niezniszczalność amerykańskiej siły zbrojnej, może się posunąć o wiele dalej niż nawet dziś nam się wydaje.
Na starych mapach ich twórcy nieznane i nieopisane obszary podpisywali hasłem "Tu żyją smoki". Jesteśmy jako ludzkość w krainie smoków.
Poniżej streszczenie artykułu:
- Wyjątkowe wydarzenia w Teheranie otwierają nowy rozdział w historii Bliskiego Wschodu i możliwie wpływają na sytuację światową.
- Donald Trump, mimo obietnic zakończenia wojen, zaangażował się w działania militarne przeciwko Iranowi, prowadząc do śmierci przywódcy kraju.
- Decyzja Iranu o wsparciu Hamasu w ataku na Izrael doprowadziła do osłabienia jego władzy w regionie oraz zaskoczenia świata arabskiego.
- Atak USA i Izraela na irańskie przywództwo pokazał ich zdolności militarne i wywiadowcze, a reakcja Iranu była minimalna.
- Niepewność co do przyszłości Iranu i strategii USA stawia pod znakiem zapytania stabilność regionu oraz strategię Waszyngtonu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz