USA mają nową strategię bezpieczeństwa. Pięć kluczowych wniosków
6 grudnia 2025
Biały Dom opublikował najważniejszy dokument w tym roku, a być może w ciągu całej czteroletniej kadencji Donalda Trumpa. Nowa narodowa strategia bezpieczeństwa to zapis priorytetów amerykańskiej administracji, a przede wszystkim sygnał dla reszty świata, w jaki sposób Amerykanie myślą dziś o świecie i o swojej pozycji w globalnym układzie sił. To ważne również dla Europy i Polski, bo z amerykańskiej strategii płyną zasadnicze wnioski dla naszego regionu i dla naszego kraju.
Niemal rok po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na drugą kadencję Biały Dom opublikował długo wyczekiwaną strategię bezpieczeństwa narodowego. Jest to dokument niezwykle istotny, ponieważ daje wgląd w to, jak myślą najważniejsi członkowie administracji Trumpa: sekretarz stanu Marco Rubio, sekretarz obrony Pete Hegseth, wiceprezydent J.D. Vance i ich współpracownicy.
Amerykanie sygnalizowali swoje priorytety już od dawna i od początku drugiej kadencji Trumpa wcielają je w życie, toteż kolejne punkty strategii nie mogą stanowić większego zaskoczenia. A jest to strategia, w której do rangi największego wyzwania urastają problemy w samej Ameryce i na półkuli zachodniej, Europa znajduje się zaś na bardzo odległym planie. Oto najważniejsze punkty i wnioski z nowej amerykańskiej strategii.
Nowa doktryna Trumpa
W nowej strategii bezpieczeństwa Amerykanie wyliczają swoje najważniejsze, żywotne interesy.
Po pierwsze, jest to utrzymanie Stanów Zjednoczonych jako najpotężniejszego państwa na świecie, z najsilniejszą armią, gospodarką i tzw. soft power, państwa, które jest najbardziej innowacyjne na świecie, a przede wszystkim, które chroni swoich obywateli przed wszelkimi możliwymi atakami i posiada "pełną kontrolę na granicami i systemem imigracyjnym". Kwestia imigracji stanowi obsesję Trumpa i najważniejszych członków jego administracji: uważają oni, że to niekontrolowany napływ osób spoza Ameryki przyczynia się do wzrostu przestępstw i osłabiania spoistości społecznej, a w konsekwencji do pogorszenia wydolności państwa, które traci zdolność konkurowania z innymi państwami.
Po drugie, jest to dominacja na półkuli zachodniej. Nowa strategia mówi o "trumpowskim uzupełnieniu" XIX-wiecznej doktryny Monroe, która stanowiła, że żadne mocarstwo zewnętrzne nie może ingerować w sprawy zachodniej półkuli bez zgody i wiedzy Amerykanów. "Uzupełnienie" to ma polegać na zapobieganiu masowej migracji przez rządy latynoamerykańskie, współpracę tychże rządów z USA w sprawach przestępstw narkotykowych, a przede wszystkim zapewnienie, że żadna "wroga zewnętrzna siła" nie będzie miała dostępu do kluczowych łańcuchów dostaw i strategicznych lokalizacji na półkuli zachodniej. Chodzi m.in. o Kanał Panamski i chińskie wpływy w tym regionie.
Ustanawiając własne uzupełnienie doktryny Monroe, Trump wprost odwołuje się do prezydenta Theodore'a Roosevelta, który w 1904 r. zrobił to samo, wyraźnie zastrzegając sobie prawo do interwencji w krajach półkuli zachodniej, które prowadziły politykę sprzeczną z interesami Waszyngtonu.
Dlatego też w nowej strategii czytamy, że "Stany Zjednoczone muszą zajmować pozycję dominującą na półkuli zachodniej", bo jest to dla nich "warunek bezpieczeństwa i dobrobytu", a wpływy zagranicznych mocarstw muszą zostać cofnięte (roll back), przede wszystkim za pomocą środków ekonomicznych. Określenia "roll back" Amerykanie używali już w przeszłości, w latach 50. XX w., by nazwać swoją strategię wobec Związku Radzieckiego.
Po trzecie, jest to zapewnienie sobie bezpieczeństwa ekonomicznego. Chodzi przede wszystkim o reindustrializację, zapewnienie sobie dostępu do kluczowych minerałów, w tym metali ziem rzadkich i bezpieczeństwo najbardziej potrzebnych łańcuchów dostaw. Nowa strategia wprost stwierdza, że siła gospodarcza przekłada się na inne dziedziny życia politycznego i pozwala nie tylko utrzymywać potężną armię, ale też wywierać określony wpływ na inne państwa.
Na czwartym miejscu znalazły się Chiny i region Indo-Pacyfiku. To zasadnicza zmiana, nawet w stosunku do strategii pierwszej administracji Trumpa, która w Chinach widziała ogromne zagrożenie i najważniejsze wyzwanie. Dziś Amerykanie, jak słusznie zauważa w swojej analizie francuski analityk Arnaud Bertrand, odchodzą od określania Pekinu jako najpoważniejszego zagrożenia, co jednak nie zmienia faktu, że wymieniają szereg środków ekonomicznych i dyplomatycznych, jakie będą stosować w celu dalszego powstrzymywania Chin. Z punktu widzenia Waszyngtonu kluczowe dla tego celu ma być zaangażowanie sojuszników, ponieważ Amerykanie jasno mówią, że chcą skończyć z niekontrolowaną globalną ekspansją swoich interesów czy też — by użyć określenia brytyjskiego historyka Paula Kennedy'ego z lat 80. XX w. — "imperialnym przeciążeniem".
W końcu na piątym miejscu znajduje się Europa. Żywotnym interesem Ameryki — czytamy w strategii — jest "wspieranie naszych sojuszników w zachowaniu wolności i bezpieczeństwa Europy, przywracając jednocześnie europejską pewność siebie i zachodnią tożsamość cywilizacyjną". Amerykanie stawiają sprawę jasno: będą wspierać Europejczyków, ale oni sami muszą robić dużo więcej na rzecz własnego bezpieczeństwa. I to nie tylko w wymiarze wojskowym, ale przede wszystkim, jeśli chodzi o "przywrócenie stabilności w Europie i stabilności strategicznej z Rosją". A to oznacza koniec prób rozszerzenia NATO i presję na państwa europejskie, by wypracowały jakąś formę porozumienia politycznego z Moskwą.
Zarazem Amerykanie wracają do krytyki Europy (i Unii Europejskiej) jako niewydolnego organizmu, który zapomniał o swoich korzeniach religijno-kulturowych i który zmierza do cywilizacyjnej samozagłady. Administracja Trumpa widzi swoją rolę jako "starszego brata", który może pomóc Europie wydobyć się z tego stanu, ale — rzecz jasna — nie za darmo. Biały Dom postuluje bowiem, żeby Europejczycy szerzej otworzyli swój rynek na produkty amerykańskie i kilkakrotnie, nie wprost, sugeruje, że powinni mocno ograniczyć kontakty gospodarczo-technologiczne z Chinami.
Co oznacza nowa amerykańska strategia?
Z tej nowej hierarchii amerykańskich interesów płyną zasadnicze wnioski dla Polski i Europy.
Po pierwsze, Ameryka przechodzi gruntowne zmiany i odrzuca politykę zagraniczną prowadzoną przez kolejne administracje po zimnej wojnie. Trump i jego ludzie uważają, że polityka interwencji na Bliskim Wschodzie, globalizacji, otwartych granic i wolnego handlu była zasadniczym błędem, który doprowadził do osłabienia pozycji Ameryki na świecie, zubożenia jej obywateli i wzmocnienia jej rywali. Dlatego postulują skupienie na problemach wewnętrznych, swoisty "reset", który ma prowadzić do rozpoznania, że "czynienie Ameryki ponownie wielką" zaczyna się od polityki krajowej i swojego najbliższego regionu. Europa w tej perspektywie zajmuje bardzo odległe miejsce.
- Dowiedz się więcej: Na prawicy w USA wrze. MAGA nie jest już monolitem, a Trump traci wpływy. Partia Republikańska szuka wyjścia z kryzysu
Po drugie, administracja Trumpa wprost przyznaje, że nie może już traktować całego świata jak jednej wielkiej strefy swoich wpływów. "Minęły już czasy, kiedy Stany Zjednoczone podtrzymywały na swoich barkach cały porządek świata niczym Atlas" — czytamy w dokumencie. Mają na to zbyt mało zasobów, ich dług rośnie z każdym rokiem i jest już dużo większy niż wartość ich PKB, a w wyścigu o kluczowe technologie przegrywają z Chinami. Dlatego administracja Trumpa uważa, że musi wybierać: "sprawy innych krajów są dla nas ważne tylko wtedy, gdy ich działania bezpośrednio zagrażają naszym interesom". To jest dziś wykładnia amerykańskiego interesu narodowego.
Strategia ta nie jest izolacjonistyczna. Ma inną nazwę, której administracja Trumpa akurat nie używa: "offshore balancing". Termin ten nie ma dobrego tłumaczenia na język polski, chodzi w nim jednak o to, że dominujące mocarstwo odpowiada na działania swoich rywali "z oddali". To znaczy, że utrzymuje niezbędne minimum sił wojskowych w kluczowych regionach, ale w powstrzymywaniu rywali polega głównie na swojej potędze ekonomicznej oraz swoich regionalnych sojusznikach.
Innymi słowy, jest to strategia przerzucania dużej części odpowiedzialności na sojuszników i partnerów. To Europejczycy mają zadbać o to, by ułożyć sobie relacje z Rosją tak, by nie doszło do kolejnej wojny. I to Japonia oraz Korea Południowa — a nie amerykańskie wojska — mają stanowić pierwsze i najważniejsze ogniwo powstrzymywania Chin. W obu tych przypadkach Amerykanie mogą pomóc, ale ich celem, jasno wyrażonym w nowej strategii, pozostaje to, by jedno mocarstwo, np. Rosja albo Chiny, nie zdominowało całego swojego regionu. Amerykanie byliby skłonni mocniej zaangażować się militarnie dopiero wtedy, gdyby pojawiłoby się takie zagrożenie.
Oznacza to więc, że Biały Dom uważa, że Rosja albo Chiny nie są w stanie zdominować odpowiednio Europy albo Azji Wschodniej. Co więcej, Rosję Amerykanie uważają za mniejsze zagrożenie dla swoich interesów i potencjalnie cennego partnera, którego można pozyskać przeciwko Chinom. Stąd w nowej strategii mowa o m.in. o zakończeniu rozszerzenia NATO i konieczności wypracowania "stabilności strategicznej" w Europie z udziałem Moskwy.
Po trzecie, amerykański "offshore balancing" jest istotną wiadomością dla Europy, w tym dla Polski. Amerykanie strategię tę stosują od początku drugiej kadencji Trumpa: mówią o ograniczeniu liczebności żołnierzy w Europie, o zakończeniu rozszerzania NATO i o konieczności porozumienia pokojowego w Ukrainie. Jednocześnie chcą dyktować warunki współpracy gospodarczej i przekonują, że Europejczycy powinni wydawać 5 proc. PKB na obronność. Wszystko to, w ocenie Białego Domu, ma przyczynić się do poprawy stabilności strategicznej na kontynencie.
Co najistotniejsze z punktu widzenia Polski, strategia "offshore balancingu" — wbrew artykułom NATO — nie zakłada, że USA przyszłyby z pomocą swoim sojusznikom w każdej sytuacji, w przypadku każdego, najmniejszego nawet naruszenia granicy. Strategia ta polega głównie na pomocy militarnej "z oddali", czyli np. przysyłaniu broni i udostępnianiu danych wywiadowczych, ale niekoniecznie na pełnoskalowym zaangażowaniu wojsk lądowych.
Dlatego też — i to po czwarte — z punktu widzenia państw europejskich, w tym Polski, amerykańska strategia powinna stanowić punkt wyjścia do bardziej kompleksowego, nieszablonowego myślenia o własnym bezpieczeństwie.
Wydatki na zbrojenia, inwestycje w innowacyjne rozwiązania wojskowe, w tym drony i satelity, czyli, krótko mówiąc, wzmacnianie własnych armii, jest niezwykle potrzebne. Ale na tym nie może wyczerpywać się europejskie myślenie o bezpieczeństwie kontynentu. Dziś może się to w Polsce wydawać abstrakcją, ale trudna prawda jest taka, że Europa ostatecznie nie ucieknie od konieczności ułożenia sobie mniej lub bardziej stabilnych relacji politycznych z Rosją, zwłaszcza kiedy zakończy się wojna w Ukrainie.
Biorąc pod uwagę, że Amerykanie chcą ograniczać zaangażowanie militarne w sprawy europejskie, to właśnie na Europejczyków — w tym Polaków — będzie spadać coraz większa odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu. Będzie to oznaczało nie tylko dalsze zbrojenia i zapewnienie bezpieczeństwa naszych granic, ale też najprawdopodobniej stopniowe, powojenne odmrażanie relacji z Rosją, na co Polska ani Europa nie są dziś gotowe. Należy mieć jednak świadomość, że coraz mniejsze zaangażowanie Amerykanów nie pozostanie bez wpływu na relacje Europy z Moskwą i ostatecznie wymusi między nimi niemożliwe dziś formy kontaktu. W takiej sytuacji kontakt ten, co oczywiste, powinien odbywać się z udziałem Warszawy i stać się środkiem służącym zapobieganiu kolejnym konfliktom.
Po piąte, jednocześnie Amerykanie stwierdzają, że będą ingerować w wewnętrzną politykę państw europejskich. "Amerykańska dyplomacja powinna nadal opowiadać się za prawdziwą demokracją, wolnością słowa i bezkompromisowym celebrowaniem indywidualnego charakteru i historii narodów europejskich. Ameryka zachęca swoich sojuszników politycznych w Europie do promowania tego odrodzenia ducha, a rosnące wpływy patriotycznych partii europejskich rzeczywiście dają powody do wielkiego optymizmu". Co jest celem Amerykanów? Odpowiedź znajdujemy w następnym zdaniu: "naszym celem powinno być pomaganie Europie w skorygowaniu jej obecnego kierunku".
Krótko mówiąc, administracja Trumpa nadal zamierza zwalczać "przeregulowaną" Unię Europejską, której narzuciła już w tym roku porozumienie handlowe, wspierać prawicowe partie w różnych krajach europejskich i zakończyć wojnę w Ukrainie, by "ustabilizować europejskie gospodarki". Amerykanie sądzą, że Europa jako sojusznik jest dziś źródłem słabości, ponieważ nie jest tak innowacyjna jako mogłaby być bez unijnych regulacji, i nie jest tak silna, jak mogłaby być, gdyby zaczęła odbudowywać stabilność strategiczną w relacjach z Rosją i skupiła się na budowaniu własnych przewag gospodarczo-technologicznych.
Onet
Nowa strategia bezpieczeństwa USA zawiera kilka kluczowych punktów:
Utrzymanie dominacji USA: Strategia podkreśla znaczenie utrzymania pozycji Stanów Zjednoczonych jako najpotężniejszego państwa z najsilniejszą armią i gospodarką, a także kontrolę nad granicami i systemem imigracyjnym.
Dominacja na półkuli zachodniej: Strategia zakłada "trumpowskie uzupełnienie" doktryny Monroe, koncentrujące się na zapobieganiu wpływom zewnętrznym i masowej migracji na półkuli zachodniej, zwłaszcza z Chin.
Bezpieczeństwo ekonomiczne: Istotna jest reindustrializacja i zapewnienie dostępu do kluczowych surowców, co ma wspierać potęgę gospodarczą USA.
Indo-Pacyfik i Chiny: Chociaż Chiny nie są już wymieniane jako najważniejsze zagrożenie, USA planują stosować środki ekonomiczne i dyplomatyczne w celu powstrzymywania ich wpływów, angażując sojuszników.
Europa: USA wspierają europejskich sojuszników w kwestiach bezpieczeństwa, ale oczekują, że będą oni bardziej samodzielni w zarządzaniu relacjami z Rosją i wprowadzaniu stabilności strategicznej.
Strategia kładzie nacisk na koncentrację na sprawach wewnętrznych i bliskim regionie, zmniejszając globalne zaangażowanie USA i polegając na regionalnych sojusznikach w powstrzymywaniu rywali. Europejscy sojusznicy są zachęcani do większego wkładu w swoje bezpieczeństwo, a USA oferują wsparcie ekonomiczne i dyplomatyczne z oddali.
USA. O rosyjskiej agresji nic, Europa musi się zmienić
Wcałej części dokumentu ("National Security Strategy of the United States of America") dotyczącej globalnej rywalizacji Rosja praktycznie nie występuje. Pada zaledwie wzmianka o potrzebie "szybkiego zakończenia działań wojennych w Ukrainie" i "przywrócenia stabilności strategicznej w Eurazji". To wszystko. Zero narracji o rosyjskiej agresji, ekspansji, wyścigu zbrojeń, elementach, które przez trzy dekady stanowiły fundament amerykańskiego myślenia o bezpieczeństwie.
Kiedy jednak autorzy strategii przechodzą do tematu Europy, ton gwałtownie się zmienia. Stawiają alarmującą diagnozę: spadek gospodarczy jest niczym w porównaniu z "poważniejszą i bardziej brutalną perspektywą wymazania cywilizacyjnego". Dalej wyliczają to, co w ich ocenie ma niszczyć kontynent: polityki migracyjne, które "przekształcają Europę w tempie wywołującym kryzys społeczny", cenzurę i tłumienie opozycji, dramatycznie niskie wskaźniki urodzeń, a także "utratę tożsamości narodowej i zbiorowej pewności siebie".
Pojawia się też zobowiązanie, które brzmi bardziej jak manifest niż analiza — USA "chcą, by Europa pozostała europejska", a więc — w interpretacji dokumentu — aby odeszła od "regulacyjnego dławienia" i obudziła "cywilizacyjną energię", którą rzekomo utraciła.
Dla USA Europa to "ryzyko cywilizacyjne"
To nowy język — twardy, ideologiczny, dalece wychodzący poza zwykłą krytykę. Autorzy dokumentu przedstawiają wizję kontynentu jako miejsca pogrążonego w kryzysie tożsamościowym. I to w kryzysie tak głębokim, że staje się zagrożeniem dla zachodniego ładu. To zasadnicza różnica względem poprzednich amerykańskich strategii, w których głównym wyzwaniem zawsze była Rosja, a Europa pozostawała sojusznikiem wymagającym wsparcia, czasem korekty.
W strategii z listopada tego roku role zostały odwrócone. Rosja znika z pola widzenia, Europa trafia na pierwszy plan jako "ryzyko cywilizacyjne", a USA skupiają się na obronie własnych granic, demografii i wewnętrznej odporności.
Jeżeli ta linia zostanie utrzymana, zmieni to cały porządek bezpieczeństwa Zachodu. Stany Zjednoczone przestaną być gwarantem stabilności Europy, która zostaje ustawiona nie jako partner, lecz jako problem do rozwiązania. Z kolei Rosja — choć nie pada to wprost — zyskuje strategiczny oddech. To rewolucja w myśleniu Waszyngtonu. Może cicha, ale o konsekwencjach sięgających daleko poza ten rok.
Trump, Putin i podejrzane kontakty
W świetle NSS 2025 kontakty między ludźmi Donalda Trumpa a otoczeniem Władimira Putina zaczynają wyglądać wyjątkowo podejrzanie. Strategia pomija Rosję niemal całkowicie, za to ostro uderza w Europę, co samo w sobie jest sygnałem zmiany kierunku. A jeśli równolegle toczą się "rozmowy pokojowe", trudno nie zadawać sobie pytania, co naprawdę dzieje się po obu stronach. W tym kręgu pojawia się np. Steve Witkoff, którego jeden z najlepszych polskich znawców Rosji prof. Hieronim Grala określił wprost mianem "cymbała". Jeśli tacy ludzie mają mieć wpływ na kształt negocjacji, to wymowa całego NSS 2025 staje się jeszcze bardziej niepokojąca.
Do tego dochodzi coś, o czym coraz częściej Europa mówi szeptem. Możliwe, że ani Rosji, ani tym bardziej Stanom Zjednoczonym nie spieszy się do zakończenia tej wojny. W takim układzie Ukraina przestaje być podmiotem, a staje się polem gry, na którym liczą się cudze interesy, a nie jej własne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz