Witold Jurasz: Tektoniczny wstrząs dla polskiej polityki zagranicznej. Trzy skrajnie nieodpowiedzialne pomysły i jeden rozsądny, 11.02.2026


Witold Jurasz: Tektoniczny wstrząs dla polskiej polityki zagranicznej. Trzy skrajnie nieodpowiedzialne pomysły i jeden rozsądny

 9 lutego 2026

Witold JuraszDziennikarz i publicysta Onetu

Polityka Donalda Trumpa, której istotą jest chęć zbliżenia z Rosją i nieoczekiwanie jedynie deklaratywna wrogość wobec Chin, skupienie na zachodniej hemisferze i równocześnie rosnąca jawna wrogość wobec dotychczasowych sojuszników, to tektoniczny wstrząs dla polskiej polityki zagranicznej.

Jej istotą przez cały okres po 1989 r. było bowiem oparcie naszego bezpieczeństwa na relacjach euroatlantyckich, czyli o założenie trwałości sojuszu Europy ze Stanami Zjednoczonymi. Zakładaliśmy przy tym, że o ile głównym partnerem gospodarczym miała być Unia Europejska, to w zakresie bezpieczeństwa stawialiśmy na Stany Zjednoczone. Tego rodzaju konstrukcja powodowała, że Polska w znacznie mniejszym stopniu niż to ma zazwyczaj miejsce zmuszona była prowadzić przynajmniej na kierunku zachodnim grę dyplomatyczną.

Gdy system, na którym opieramy nasze bezpieczeństwo, zaczyna się chwiać, pojawia się potrzeba powrotu do aktywnej dyplomacji, ale przede wszystkim do zdefiniowania założeń strategicznych i operacyjnych dla niej.

Trzy skrajnie nieodpowiedzialne pomysły

Podstawowy problem polega na tym, że aby to zrobić, nasza elita polityczna nie może dłużej mentalnie tkwić w epoce Ronalda Reagana. W przypadku liberałów oznaczało to wieloletnie ślepe przywiązanie do reaganomiki. Prawica z kolei nie była i nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że USA — i to jeszcze pod rządami prezydenta z Partii Republikańskiej — mogą dążyć do porozumienia z Rosją.

To skądinąd o tyle zabawne, że pomijając już nawet fakt, iż w historii Reagan był wyjątkiem, a znacznie twardsi wobec Moskwy byli zawsze Demokraci, to przede wszystkim nawet on miał w swoim otoczeniu, obok antysowieckich jastrzębi takich jak Caspar Weinberger czy Jeane Kirkpatrick, również ludzi takich jak George Shultz, którzy co prawda z pozycji siły, ale niemniej jednak prowadzili z Kremlem dialog.

Ronald Reagan, 1982 r.Universal History Archive/Universal Images Group / East News
Ronald Reagan, 1982 r.

Zakładając, co skądinąd pewne nie jest, że nasza elita mimo wszystko zdołałaby uwolnić się od dawno nieaktualnych stereotypów, należałoby znaleźć rozsądną odpowiedź na nowe wyzwania. W przestrzeni publicznej skutkują one tymczasem pojawieniem się aż trzech skrajnych i nieodpowiedzialnych odpowiedzi oraz jedynie jednej rozsądnej.

Pierwsza, skrajnie nieodpowiedzialna odpowiedź, której udzielają liczni, mający mgliste pojęcie o polityce zagranicznej tzw. geopolitycy i osoby podające się za przedstawicieli tzw. realizmu politycznego, głosi, iż skoro Waszyngton idzie na reset z Moskwą, to i my powinniśmy porozumieć się z Rosją.

Pomysł ten dowodzi elementarnego nierozumienia istoty realizmu politycznego, który, pomijając w tym miejscu wszystkie inne założenia tej szkoły stosunków międzynarodowych, w centrum stawia zawsze własny interes danego państwa.

Realizm w pewnym uproszczeniu oznacza tyle, iż po zdefiniowaniu wspomnianego interesu dobiera się najbardziej adekwatne do istniejącej sytuacji narzędzia jego realizacji.

Pseudorealizm polega, dla odmiany, na tym, że, obserwując otaczającą rzeczywistość, wybiera się najprostsze możliwe wyjście z zaistniałej sytuacji i podąża się w tym kierunku, nie zważając na fakt, iż może on być sprzeczny z podstawowymi interesami państwa.

Sugestia, iż mielibyśmy porozumieć się z Rosją, biorąc pod uwagę jawną wrogość Kremla wobec Polski oraz fakt, iż Moskwa chciałaby ograniczenia suwerenności państwa polskiego, jest wyrazem pseudorealizmu, a nie realizmu.

Prezydent Rosji Władimir Putin na Kremlu, 18 listopada 2025 r.Contributor / Contributor / Getty Images
Prezydent Rosji Władimir Putin na Kremlu, 18 listopada 2025 r.

Ruletkowa szkoła stosunków międzynarodowych

Wyrazem pseudorealizmu są też jednak dwie kolejne odpowiedzi, które głoszą, że w sytuacji rozchodzenia się Europy i Stanów Zjednoczonych Polska powinna w jednoznaczny sposób wybrać albo Stany Zjednoczone, albo Europę. Z jednej bowiem strony Europa pozostaje naszym głównym partnerem gospodarczym i to ona, a nie USA, finansuje dziś ukraińską obronę przed Rosją.

Tyle że z drugiej strony, Stany Zjednoczone, niezależnie od tego, że ich wiarygodność jest regularnie podważana przez politykę Donalda Trumpa, pozostają tym państwem, którego wojska stacjonują na terenie naszego kraju. Na razie nic też nie wskazuje na to, by USA miały sprzedać Polskę.

Brutalnie rzecz ujmując, Waszyngton, jeśli już kogoś sprzedaje, to Ukrainę. Przy czym, co istotne, i tego nie jest w stanie zrobić, biorąc pod uwagę sprzeciw Europy. Teza, iż należałoby stanąć jednoznacznie po stronie Stanów Zjednoczonych, tak samo jak i ta, że należałoby jednoznacznie wybrać Europę, są fenomenem, który zasługuje na miano nowej szkoły teorii stosunków międzynarodowych.

Szkołę tę można by nazwać szkołą ruletkową, bowiem jak w ruletce zakłada ona, że można grać va banque — tyle że w tym wypadku nie własnymi pieniędzmi, a losem państwa.

Co należy zrobić?

Jedyną prawdziwie realistyczną i rozsądną odpowiedzią na nowe wyzwania jest próba gry równocześnie na Stany Zjednoczone i sojuszników europejskich oraz większe niż do tej pory zbliżenie do tych drugich, ale przy równoczesnym utrzymywaniu bliskiej relacji z USA.

Tego rodzaju podejście jest nieco w duchu słynnych, przypisywanych marszałkowi Piłsudskiemu, słów: "Balansujcie, ile się da, a jak się nie da, podpalcie świat". Piłsudski słów tych co prawda najprawdopodobniej nie wypowiedział, ale dobrze oddają one istotę jego testamentu politycznego.

Realizm tak ujętego testamentu polegał na świadomości, że wspomniane balansowanie mogło okazać się w pewnym momencie niemożliwe. Dokładnie tak samo może być i współcześnie. Tym, co zasadniczo różni naszą współczesną sytuację od tej sprzed 90 lat, jest to, że wówczas chodziło o balansowanie między dwoma wrogami, a dziś pomiędzy sojusznikami.

Kłopot polega na tym, że balansowanie w polityce zagranicznej, poza sprawną dyplomacją, wymaga jeszcze konsensusu elit politycznych. Kompromis pomiędzy europejskim i amerykańskim wektorem naszej polityki zagranicznej udało się wypracować jak do tej pory jedynie raz, przy okazji Rady Pokoju Donalda Trumpa, do której Polska nie wstąpiła. Starannie skrywane przez obydwie strony porozumienie zawarli wówczas rząd i prezydent.

Karol Nawrocki oraz Donald TuskPaweł Supernak / PAP
Karol Nawrocki oraz Donald Tusk

Powyższa sytuacja była niestety jednak wyjątkiem od reguły i trudno wyobrazić sobie, by analogiczny kompromis mógł być zawarty między szerzej rozumianym obozem liberalnym a obozem prawicy, w szczególności Prawem i Sprawiedliwością.

Podejście PiS-u do Trumpa jest w większym stopniu funkcją stosunku do Niemiec niż obawy przed Rosją

O ile bowiem rząd, a szczególnie Radosław Sikorski, wydają się grać tak na USA, jak i na Europę, to już trudno to samo powiedzieć o tzw. liberalnym salonie, który ewidentnie cierpi na nadmierny przechył w kierunku Europy.

Jeszcze większy, nieporównywalny wręcz, przechył ma miejsce jednak po stronie prawej. Stosunek związanej z PiS-em prawicy do USA pod rządami Trumpa nie wynika bowiem z analizy rosyjskiego zagrożenia. Gdyby tak było, PiS powinno, z jednej strony pamiętając o amerykańskiej obecności w Polsce, równocześnie dostrzegać awanse Trumpa wobec Putina i to, że amerykański prezydent konsekwentnie osłabia NATO.

Jarosław KaczyńskiPrzemysław Piątkowski / PAP
Jarosław Kaczyński

Tak się nie dzieje, gdyż podejście Prawa i Sprawiedliwości do Trumpa jest w większym stopniu funkcją stosunku do Niemiec niż obawy przed Rosją. W imaginarium polskiej prawicy Polska AD 2026 znajduje się w istocie w roku 1939.

Znaczna część owej grupy nie przyjęła do wiadomości, że Polska, inaczej niż wtedy, nie leży między Niemcami a Rosją, gdyż od Rosji, nie licząc oczywiście obwodu królewieckiego, oddziela nas Ukraina (Białorusi, niestety, biorąc pod uwagę iluzoryczność jej niepodległości, brać pod uwagę nie można). Niemcy natomiast, niezależnie od zastrzeżeń, które można i należy mieć do ich polityki, są z nami w sojuszu zarówno militarnym, jak i gospodarczym.

W wyobraźni polskiej prawicy USA pozostają przeciwwagą dla Niemiec na naszym kontynencie. Jest to niestety całkowita aberracja intelektualna i dowód niezrozumienia istoty nie tylko amerykańskiej, ale również trumpowskiej polityki. Amerykanie, wycofując się bowiem z Europy, tak naprawdę stawiają na Niemcy jako na swojego prokurenta w naszej części kontynentu. O tym, że USA pod rządami Trumpa nie są żadną zaporą przed siłą Niemiec, pisaliśmy już w Onecie.

Antyniemiecka obsesja polskiej prawicy

Problem polega na tym, że znajdujący się na zapleczu polskiej prawicy intelektualiści, tacy jak chociażby prof. Andrzej Nowak, który jest już w stanie wręcz manipulować treścią wystąpień niemieckich polityków po to, by udowodnić, że Berlin wprost marzy o sojuszu z Rosją, tworzą w głowach polityków PiS konstrukcję, w ramach której Trump, nawet jeśli jest prorosyjski, to, jako że jest antyniemiecki, to tym samym jest antyrosyjski.

Donald TrumpALEX WONG / Getty Images
Donald Trump

Zagrożeniem dla Polski ma być bowiem nie tyle Berlin i nawet nie Moskwa, ile, niczym w 1939 r., sojusz rosyjsko-niemiecki.

Taka konstrukcja intelektualna całkowicie uniemożliwia PiS zgodną z rzeczywistością percepcję polityki Trumpa. Antyniemiecka obsesja polskiej prawicy, która skutkuje nieumiejętnością dostrzeżenia zagrożenia ze strony polityki prezydenta USA, nie wzięła się jednak znikąd i jest pochodną kilku czynników.

Pierwszym jest niewątpliwy, wieloletni, skrajnie nielojalny wobec sojuszników, w tym Polski, romans Republiki Federalnej z Rosją. Berlin zrobił bardzo dużo, by przekonać Polaków, że nie można mu ufać. Obecnie Republika Federalna oczywiście politykę zmieniła i obiektywnie wspiera Ukrainę.

Tyle że poprzedzone było to kilkudziesięcioma latami ignorowania absolutnie fundamentalnych interesów bezpieczeństwa naszego regionu i konkretnie Polski. Niemcy niewiele lub też zgoła nic nie zrobiły, aby przekonać, że można im obecnie zaufać.

Drugim powodem, dla którego polska prawica darzy Niemcy obsesyjną wprost niechęcią, jest wieloletnia polityka ignorowania polskiej prawicy przez Berlin.

Liczne obecne w naszym kraju niemieckie fundacje przez lata pielęgnowały relacje tylko z tymi, którzy byli Niemcom życzliwi. To zaniechanie, które było pochodną podszeptów Polaków będących beneficjentami niemieckich programów stypendialnych i grantowych, dzisiaj mści się na Berlinie, ale też, zaznaczmy wyraźnie, przede wszystkim na nas samych.

Sytuacja, w której nie jesteśmy w stanie w rozsądny, wolny od obsesji sposób wymiarować naszą politykę, nie opłaca się bowiem przede wszystkim nam samym.

Trzecim powodem, z którego racji polska prawica organicznie wręcz nie znosi Niemiec, jest arogancka niemiecka polityka historyczna, w ramach której w Republice Federalnej skrajnie mało miejsca poświęca się zamordowanym przez hitlerowskie Niemcy Polakom. Nasi sąsiedzi chętnie też wspominają, gdy tylko mowa o Holokauście, iż sprawcami byli "naziści" oraz — tu już wymieniani z nazwy — Litwini, Rumuni i Polacy.

Czwarty powód to oczywiście cynizm i podporządkowanie polityki propagandzie partyjnej. W PiS więcej dziś do powiedzenia mają prymitywni propagandyści niż realnie znający się na problematyce niemieckiej eksperci.

Powód piąty i złoty środek. Jaką rolę odegra Karol Nawrocki?

Jest też jednak i powód piąty. Przez lata na wszystko, co zostało opisane w pierwszych trzech punktach, tzw. liberalny salon nie reagował w ogóle, albo reagował niezwykle słabo. Po napaści Rosji na Ukrainę doszło co prawda do korekty kursu, sceptyczny lub w każdym razie ostrożniejszy niż wcześniej wobec niemieckiej polityki stał się liberalny rząd, ale już niekoniecznie wspomniany salon.

Sam rząd swój sceptycyzm wobec Republiki Federalnej starannie skrywał, co było spowodowane tym, żeby nie dać punktów prawicy, która — do pewnego oczywiście momentu — trafniej niż liberałowie oceniała niemiecką politykę wobec Moskwy.

Problem polega na tym, że strona liberalna nie przyznając się do błędów z przeszłości, ale też pozwalając sobie na takie nominacje, jak odwołanego następnie w atmosferze skandalu, a znanego z jawnie proniemieckich poglądów, byłego już dyrektora Instytutu Pileckiego prof. Krzysztofa Ruchniewicza, wysłała do prawicy sygnał, że nadal nie dostrzega kłopotów w relacjach z Niemcami.

Wszystkie błędy i zaniechania strony liberalnej blakną rzecz jasna na tle paranoi polskiej prawicy, która uległa całkowitej już antyniemieckiej obsesji i która np. w odniesieniu do Donalda Tuska posuwała się do haniebnych agenturalnych sugestii.

Skala owej obsesji jest taka, że — tak jak opisałem to kilka akapitów wcześniej — PiS staje się irracjonalny w swojej polityce nie tylko wobec Niemiec, ale w efekcie również w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Skutek jest taki, że dysfunkcjonalnym graczem na arenie międzynarodowej staje się nie PiS, a Polska.

Nawet jeśli bowiem rząd odrzuca wspomniane skrajne opcje (reset z Rosją albo postawienie wszystkiego na jedną kartę i wybór albo USA, albo Europy), to nasi partnerzy, widząc brak zgody wewnętrznej, będą mogli nasz kraj ignorować.

Donald Tusk i Radosław SikorskiWojtek Radwanski / East News
Donald Tusk i Radosław Sikorski

To paradoksalnie stwarza być może historyczną wręcz szansę dla prezydenta Karola Nawrockiego, który mógłby, nieco tonując przynajmniej w warstwie retorycznej swoje antyniemieckie wypowiedzi i równocześnie o pół tonu zaostrzając je w relacji z USA, znaleźć to, czego w polskiej polityce brakuje, czyli złoty środek.

Porozumienie prezydenta z rządem w sprawie Rady Pokoju wskazywałoby na to, że jest to możliwe. Interes polityczny Karola Nawrockiego z kolei podpowiada, że lepiej tkwić w ramach wyznaczonych przez Jarosława Kaczyńskiego. Chyba że prezydent uzna, iż sprawy bezpieczeństwa mogą być dla niego okazją do sięgnięcia po władzę na prawicy. Tyle tylko, że musiałoby to oznaczać przesunięcie się prezydenta z twardej prawicy ku chadecji.

CZYTAJ WIĘCEJ: Jurasz: Nawrocki po słowach Trumpa zachował się w sposób właściwy

Karol NawrockiJarek Praszkiewicz / PAP
Karol Nawrocki

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Polityka zagraniczna Polski po 1989 roku opierała się na relacjach euroatlantyckich, szczególnie z USA.
  • Akt obecnego prezydenta USA, Donalda Trumpa, w dążeniu do zbliżenia z Rosją, zagraża tym zasadom.
  • W odpowiedzi na nowe wyzwania polska elita polityczna proponuje nieodpowiedzialne rozwiązania, m.in. nawiązanie relacji z Rosją.
  • Realistyczna strategia powinna polegać na równoczesnym budowaniu sojuszy z USA i Europą.
  • Polskie podejście rządu Kaczyńskiego jest często zdominowane przez lęk przed Niemcami, a nie realne zagrożenie ze strony Rosji.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz