Wybitny analityk przewiduje przyszłość: Skupiamy się na Trumpie i przegapiamy wielką zmianę, 17.06.2026



 

Wybitny analityk przewiduje przyszłość: Skupiamy się na Trumpie i przegapiamy wielką zmianę

16 czerwca 2026

Gdy inni wstają i coś robią, Europa może i już nie śpi, ale nie może się dobudzić. Niemal do wczoraj broniła status quo, które przestało istnieć — mówi słynny politolog Iwan Krastew.

"Newsweek": Donald Trump obiecał uczynić Amerykę znowu wielką. Bogatą, szanowaną, budzącą strach. Jak mu idzie osiąganie tego celu w przeddzień 250. urodzin USA?

Iwan Krastew: Tuż po reelekcji European Council on Foreign Relations przeprowadziła światowy sondaż opinii publicznej. Respondenci spoza Europy i Korei Południowej byli dość optymistyczni. W Indiach, Brazylii i RPA spora część społeczeństwa uważała, że Trump będzie dobry dla Ameryki, dla pokoju i dla ich stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. A potem prezydent wprowadził cła i wywołał wojnę w Iranie. I w kolejnym sondażu widać, że Ameryka dramatycznie straciła popularność.

Dziś większość pytanych uważa, że w ciągu dekady Chiny staną się znacznie bardziej wpływowe, a relacje ich krajów z Pekinem będą lepsze niż obecnie. Półtora roku rządów Trumpa nie doprowadziło do tego, że Chiny stały się znów wielkie — ale sprawiło, że reszta świata przestała się ich bać. To najważniejsza zmiana globalnego porządku, którą przegapiamy, skupiając się na Trumpie.

Niektórzy mówią, że dla Chin Trump to niekończący się prezent.

— Na tle nieprzewidywalności prezydenta USA, tego, jak traktuje sojuszników i jego licznych porażek w polityce wewnętrznej, Chiny nagle zaczynają wyglądać normalnie. A że przy okazji są konkurencją dla USA w takich dziedzinach jak AI czy czysta energia, to dziś mamy taką sytuację, że gdy Ameryka traci przyjaciół i sojuszników, Chiny tracą wrogów.

Na początku wojny w Iranie prezydent USA tweetnął, że "dziś w nocy zginie cała cywilizacja". Powinnam być przerażona, ale nie byłam, bo Trump nas na takie groźby uodpornił. Zapowiedź wojny nuklearnej? W tej administracji to niemal dzień jak co dzień. Jakie są konsekwencje tego, że słowa w czasach Trumpa tracą znaczenie?

— To ogromny problem. Granica między tweetem prowokatora a polityką głowy państwa została bowiem wymazana. I albo nie będziemy żadnej jego zapowiedzi traktować poważnie, albo regularnie spodziewajmy się apokalipsy.

Kiedy USA i Izrael rozpoczęły atak na Iran, irańska diaspora była podzielona. Bo reżim ajatollahów jest okropny i wyjątkowo okrutny wobec swoich obywateli. Więc choć nikt nie chce, żeby jego kraj był bombardowany, wielu amerykańskich Irańczyków wierzyło, że to jedyny sposób, żeby reżim obalić. A potem Trump wysłał ten tweet i nastroje zmieniły się natychmiast. Ale Trump tego nie rozumie i przez to nie jest w stanie pojąć, jak jego słowa są na świecie odbierane.

Nietrudno chyba przewidzieć, że ludzie będą pamiętliwi, gdy grozisz im nuklearną zagładą.

— Trumpa bardzo łatwo wyprowadzić z równowagi, ale następnego dnia znów jest twoim najlepszym przyjacielem. Jego relacje z ludźmi, te prywatne i te polityczne, przypominają transakcje na rynku nieruchomości: każda jest traktowana osobno, nie ma ciągłości. Trump może kogoś traktować wrogo, a potem zaprosić i nazwać wielkim przywódcą, i odwrotnie, długo wspierać, jak Netanjahu, a potem zmienić front i wyzwać od szaleńców. Dlatego ani jego pochwała, ani krytyka nie mają wielkiego znaczenia.

Trump został prezydentem po części dlatego, że ludziom podobało się, jak walił prosto z mostu, nie cenzurował się, wykraczał poza język instytucji. Wyborca miał poczucie, że wie, na czym stoi. Ale też Amerykanie go wybrali w 2024 r., bo był postrzegany jak polityk, który będzie unikał wojny. A dziś jest uważany za jedno z największych zagrożeń dla światowego pokoju. I ludzie zaczynają naprawdę zwracać uwagę na to, co mówi. Kilka miesięcy temu, po zbombardowaniu Iranu, Trump przecież ogłosił, że w zasadzie irański arsenał nuklearny jest zniszczony. A teraz mówi, że rozpoczął nową wojnę, aby go zniszczyć. I niekonsekwencje, o których wcześniej byliśmy gotowi zapomnieć, nagle zaczynają go prześladować.

Ta retoryka skończy się wraz z drugą kadencją Trumpa czy raczej trwale wpłynie na to, jak patrzymy na Amerykę?

— To nie tylko Ameryka. Trump wyzwolił język z ograniczeń związanych z byciem u władzy. Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że ludzie, którzy są w stanie zniszczyć świat, nie mogą zachowywać się tak jak ci, którzy takich możliwości nie mają. Jeśli powiem, że oto teraz zamierzam zniszczyć cywilizację, zamkniecie mnie w miejscu bez klamek i tyle. Jeśli jednak taką deklarację rzuca osoba z dostępem do nuklearnych kodów, mamy problem. Powstaje precedens. Ten język zostaje znormalizowany. I kiedy jutro Władimir Putin zacznie mówić o nuklearnej eskalacji, nie można mu powiedzieć: nie ma pan prawa rzucać takich gróźb.

Trump tego nie przyjmuje do wiadomości. Uważa, że jest tak wyjątkowy, że nikt nie ośmieli się pójść za jego przykładem. Nie rozumie, że jeśli porywasz przywódcę innego państwa albo zabijasz religijnego lidera, tworzysz precedens, który jutro może zostać wykorzystany przeciwko tobie albo twoim sojusznikom. Że zmieniasz zasady gry. A paradoks polega na tym, że Trump tak łatwo je zmienia, bo nie wierzy, że ta gra ma jakiekolwiek zasady.

Mark Leonard uważa, że brak zasad to cecha nowego globalnego nieporządku, który zastąpił postzimnowojenny ład.

— Mark ma rację: Europejczycy i Amerykanie nie wiedzą, jak żyć w stanie przedłużającego się chaosu. Gdy widzimy, że globalny ład przechodzi kryzys lub wręcz się rozpada, zaczynamy zadawać sobie pytanie, jak będzie wyglądał następny. Myślimy więc o świecie jak architekci. Mam jednak wątpliwości, czy tzw. średnie mocarstwa są zdolne do wspólnego działania, by utrzymać jakikolwiek ład w świecie, w którym USA i inni wielcy gracze przyczyniają się do wzrostu nieprzewidywalności.

Inną rzeczą, która dziś się zmienia, jest sama idea władzy. Dawniej władza polegała na tym, że mocniejszy zmuszał słabszego do posłuszeństwa pod groźbą użycia siły. Na kalkulacji, na co słabszy się zgodzi, żeby silniejszego nie sprowokować.

A dziś nieprzewidywalność działa na niekorzyść silniejszych — państwo, które wydaje się znacznie silniejsze, nie potrafi tej siły wyegzekwować. Rosyjska "operacja specjalna" w Ukrainie miała się zakończyć w pięć tygodni, ale okazało się, że Rosjanie nie są tak silni jak oni i my uważaliśmy. Podobnie jest z USA i Iranem. Wojna, owszem, zaczęła się od demonstracji przewagi amerykańskiego wywiadu i uzbrojenia. Ale kiedy w pierwszych tygodniach nie udało się obalić reżimu, a Iran odpowiedział zablokowaniem cieśniny Ormuz, to USA nie posłały żołnierzy do jej odblokowania. Zamiast tego Trump zablokował blokadę, wysyłając światu komunikat: "Stworzyłem problem, ale to wasz problem. Mam ropę, mam gaz, tak, ceny benzyny w USA pójdą w górę, ale nie tak bardzo jak w Europie i Azji". W tej optyce władza staje się zdolnością do stworzenia problemu i zmuszenia innych do jego rozwiązania. I ten nowy wymiar władzy jest niezwykle ważny w czasach chaosu.

Iwan KrastewFranciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl
Iwan Krastew

Jak Europa może wykorzystać tę nową koncepcję władzy?

— Europa była zdecydowanie największym beneficjentem porządku, w którym dominowały Stany Zjednoczone. A kiedy doświadczasz zmiany z pozycji zwycięzcy, widzisz ryzyka, nie możliwości. Skupiasz się głównie na tym, co tracisz.

Europa nie jest też państwem narodowym i podejmowanie decyzji zajmuje jej znacznie więcej czasu. Tymczasem Trump robi to błyskawicznie i gdy UE jeszcze uzgadnia, jak zareagować na, dajmy na to, cła, on już podjął dwie lub trzy równie dramatyczne decyzje w innych obszarach.

Europa nie jest więc dziś w najlepszej sytuacji, ale też musi zrozumieć coś bardzo ważnego: że można zamienić swoje największe słabości w atuty. Jak Ukraina. Główne militarne sukcesy Ukrainy w starciu z Rosją to przecież efekt kreatywnego wykorzystania własnych słabości.

To znaczy?

— Na początku pełnoskalowej inwazji Ukraina, w przeciwieństwie do Rosji, była zdecentralizowana, granica między sektorem publicznym a prywatnym niejasna. Konieczność zmusiła ich więc do rozproszenia produkcji militarnej na 200 firm produkujących różne typy dronów i dostarczających je do różnych jednostek. I dzięki temu są nie tylko szybsze i bardziej innowacyjne, ale też nie ma jednej dużej fabryki, którą Rosjanie mogliby zniszczyć.

Europejczycy powinni więc przyjrzeć się temu, co już mamy, i zadać sobie pytanie, które z naszych słabości mogą stać się zaletami w szybko zmieniającym się świecie. Zamiast próbować nadążyć za Trumpem, wykorzystać naszą powolność. Amerykanie i Chińczycy ścigają się ze sobą w obszarze sztucznej inteligencji i tego, kto stworzy potężniejszy nowy model językowy. Europa ma tu bardzo ograniczone możliwości. Dlatego powinniśmy budować konkurencyjność w innych obszarach. Na przykład we wdrażaniu rozwiązań AI, zabezpieczeniach, które można wprowadzić, o czym USA i Chiny w ogóle nie mówią.

Czyli konkurować na własnych zasadach?

— Tak. Ale to jest intelektualnie bardzo trudne. Potrzeba odwagi politycznej, żeby powiedzieć: "postawimy na coś innego, co za 5 do 10 lat sprawi, że będziemy w lepszej sytuacji". Zwłaszcza że można się pomylić.

Ale jeśli będziemy konkurować z USA i Chinami na ich warunkach, w grze, w której mają znacznie większą przewagę, będziemy tylko nieustannie nadrabiać zaległości. Europa nie zbuduje tańszego i lepszego samochodu elektrycznego niż Chiny. Dlatego politycy muszą zacząć szczery dialog ze społeczeństwem o tym, na co stawiamy i jakie są nasze atuty. Czy możemy sobie wyobrazić inny świat, w którym działamy inaczej.

Tak właśnie zrobiła Szwecja podczas covidu: nie wprowadziła lockdownu. Bardzo to szanuję. Nie dlatego, że odniosła większy sukces w walce z pandemią, bo tak nie było, ale dlatego, że odważyła się zrobić coś innego. A zrobienie czegoś innego niż wszyscy w momencie dużej niepewności świadczy o niesamowitym poziomie pewności siebie i zrozumienia ze strony społeczeństwa. W świecie, w którym wszystko się zmienia i większość krajów zmierza w tym samym kierunku, Europa powinna zastanowić się, czy jest coś, co my moglibyśmy zrobić, a inni nie zrobią.

Widzisz europejskich przywódców, którzy wychodzą poza schemat?

Jeszcze nie. Ale nie zapominaj o tym, że niemal do wczoraj Europa wierzyła, że światowy porządek się trzyma, a zakłócenia spowodowane przez Trumpa są tylko anomalią. A on był tylko symptomem kryzysu, który zaczął się wcześniej. Europejczycy bronili status quo, które przestało istnieć. I przez ostatnie trzy, cztery lata skupiliśmy się na budzeniu się do nowej rzeczywistości. Można wręcz odnieść wrażenie, że gdy inni wstają i coś robią, Europa może i już nie śpi, ale nie może się dobudzić.

To było wygodne łóżko…

— To prawda. I trudno nam z niego wstać. Ale widać po sondażach, że Europejczycy już wiedzą, że stoimy w obliczu radykalnej zmiany — ale jeszcze nie wiedzą, jak o tym myśleć. Osobiście uważam, że Europa jest dziś w momencie zawrotu głowy.

To znaczy?

— Milan Kundera ma piękną definicję: "Zawrót głowy to coś innego niż strach przed upadkiem. To pragnienie upadku, przed którym, przerażeni, się bronimy". I właśnie to się dzieje w Europie. Nagle straciliśmy pewność siebie, zaczynamy dostrzegać tylko to, co nam nie wychodzi. I stoimy w miejscu. Straciliśmy wiarę, że możemy kształtować wydarzenia, nawet w takich sprawach jak Bliski Wschód. Z wyjątkiem kryzysu rosyjsko-ukraińskiego działamy raczej jak komentatorzy światowych wydarzeń.

Świat jutra nie będzie podobny do świata, który znamy. I powinniśmy ponownie ocenić wszystko, co mamy, aby zdecydować, jaką tożsamość chcemy mieć w tym nowym świecie. I nie będzie to tylko ćwiczenie intelektualne. Te decyzje znajdą odzwierciedlenie w procesach wyborczych. I tu już można zaobserwować interesujące zmiany.

Jakie?

— Partie głównego nurtu na nowo odkryły modernizacyjną siłę patriotyzmu. Ich liderzy wykorzystują termin "narodowa suwerenność" — którego do niedawna specjalnie nie lubili — aby zmobilizować społeczeństwo przeciwko atakom Trumpa na Europę.

Z kolei na skrajnej prawicy, przynajmniej w niektórych krajach, partie, które doszły do władzy po to, by wyjść z UE, dla których Europa była brzydkim słowem, nagle zaczynają mówić, że potrzebujemy Unii Europejskiej, ale nie takiej, jaką znamy.

Jesteśmy więc w sytuacji, w której najważniejsze kwestie — jaki jest cel UE, co nam daje, czego chcemy, czego nie — będą renegocjowane. Co będzie trudne, bo to jak wystawianie tej samej sztuki na 27 scenach z reżyserami, którzy bardzo różnie interpretują jej tekst. Ale to już się dzieje.

Trzeba też pamiętać, że historia nie zmierza w jednym kierunku. Patrząc na zygzaki wojny rosyjsko-ukraińskiej, widzimy, że nic nie jest z góry ustalone. Ci, którym nie szło wczoraj, dziś mogą sobie świetnie radzić. Nie ma powodu uważać, że jesteśmy skazani na porażkę, bo wiele rzeczy, które uważamy za wady, może być zaletami. Nawet starzejąca się populacja czy to, że nie jesteśmy w szczególnie heroicznym nastroju i wolelibyśmy się nie bić.

Ale najważniejsze jest to, czy spróbujemy wyobrazić sobie ten inny świat i odpowiedzieć na pytanie, kim chcemy w nim być. I poprowadzi nas do niego raczej następne pokolenie liderów, które wyrośnie na tym kryzysie, bo większość rządzących dziś Europą pochodzi z wczorajszego świata.

Przywódcy Rosji, USA i Chin rozumieją tę nową definicję siły?

— Lider poznaje swoją siłę dopiero wtedy, gdy osiągnie jej granice. Rosja ma większy potencjał produkcyjny, większą populację, a ukraińskie drony i tak niszczą fabryki tysiące kilometrów od frontu. A używanie pocisków hipersonicznych do niszczenia osiedli mieszkaniowych w Kijowie to nie jest demonstracja siły, tylko desperacji. Po drugiej stronie mamy to samo. Owszem, irański reżim bardzo ucierpiał od amerykańskich nalotów: w wielu miejscach nie było prądu, jest problem z żywnością. Ale nie upadł.

Asymetria siły zostaje zastąpiona asymetrią zwycięstwa. Nagle to silni, aby zwyciężyć, muszą dokonywać cudów, zmieniać reżimy, przejmować kontrolę. Dla słabszych samo przetrwanie jest wygraną. Asymetria zasobów zmienia się w asymetrię definicji zwycięstwa. I ta zmiana jest kluczowa.

To prawie tak, jakby to silny stał się underdogiem.

— Tak. Tradycyjnie wielkie mocarstwo musiało spełniać kilka warunków. Po pierwsze, mieć zasoby gospodarcze, militarne, no i odpowiedni rozmiar. Po drugie, reputację: to, czy własna ludność oraz reszta świata uważa cię za mocarstwo. Po trzecie, zdolność do odgrywania globalnej roli. I wreszcie po czwarte, gotowość do poniesienia kosztów bycia globalną potęgą.

A społeczeństwo amerykańskie jest coraz mniej chętne do płacenia za mocarstwową rolę Ameryki w świecie. W Chinach z kolei mamy nacjonalistyczną mobilizację: w serwisach społecznościowych widać optymizm i dumę. Ale wciąż nie widzieliśmy, ani jak działa chińskie wojsko, ani — co ważniejsze — jak radzi sobie z niepowodzeniami. Nieudana polityka covidowa pokazała, że Chiny, owszem, mają siłę, ale brakuje im elastyczności.

W świecie, który nadchodzi, potrzebna jest nowa tożsamość. I nie wiemy, jak dzisiejsi silni sobie z tym poradzą. Dotyczy to również UE. Jak to ujął członek irańskiej opozycji, gdy dziś Europejczycy mówią, że stoją u twojego boku, jedyne, co chcesz im powiedzieć, to żeby usiedli. Moralne apele to za mało, chodzi o to, gdzie można coś zmienić.

Na razie jednak żyjemy w świecie, w którym trzy najsilniejsze państwa rządzone są przez trzech starszych mężczyzn. Ciekawe czasy przed nami.

— Żyjemy w świecie, w którym im mniej przywódcy wiedzą, co dokładnie powinni zrobić, tym aktywniej próbują robić cokolwiek.

Nie wiem, czy to bardziej optymistyczne.

— W czasach systemowej niepewności trzeba wyjść poza optymizm i pesymizm. Trzeba mieć nadzieję. Jeśli zaczynając inwestować na giełdzie, spodziewasz się przegranej, nigdy nie wygrasz.

onet

Poniżej streszczenie artykułu:

  • Iwan Krastew podkreśla, że świat stoi w obliczu istotnych zmian, które ignorujemy, koncentrując się na Donaldzie Trumpie.
  • Po pewnym czasie prezydentura Trumpa, jego działania na arenie międzynarodowej doprowadziły do spadku popularności USA, a Chiny przestały być postrzegane jako zagrożenie.
  • Nowa koncepcja władzy opiera się na tworzeniu problemów przez potężne państwa, które nie są w stanie ich rozwiązać, co prowadzi do nowej asymetrii zwycięstwa.
  • Europa musi przemyśleć swoje słabości i wykorzystać je jako atuty w zmieniającym się świecie.
  • Kriszew zauważa, że obecni przywódcy nie są przygotowani na nadchodzące zmiany i Europejczycy muszą zdefiniować swoją tożsamość w nowym globalnym porządku.

Wróć do artykułu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz