niedziela, 9 czerwca 2013

Wojciech Łazarowicz: Ks. Lemański rozbija Kościół Katolicki!

Tytuł nie jest prowokacją - jestem naprawdę przekonany o destrukcyjnym dla kościoła charakterze działań proboszcza z Jasienicy. Choć moja sympatia jest po stronie ks. Lemańskiego, to racja jest po stronie arcybiskupa Hosera.


Zacznę od pewnej anegdoty. Rozmawiałem otóż kiedyś ze starym, przedwojennym jeszcze komunistą, którego życiorys przebiegał zgodnie ze standardem popularnym wśród lewicy laickiej: najpierw fascynacja komunizmem, wstąpienie do PZPR, włączenie się w nurt reformatorski w PZPR, wydalenie lub odejście z PZPR, aktywny udział w opozycji solidarnościowej. Mój rozmówca - stary i mądry komuch (profesor, 5 języków obcych, wykłady na zagranicznych uniwersytetach, itp.) opowiadał mi o 1956 roku. Jakie były nurty w PZPR, jakie w opozycji, kto czego chciał, na co liczył, czego się bał. On sam zaliczał się wtedy do reformatorów partyjnych, i toczył zajadłe spory z konserwatystami nie dopuszczającymi żadnych zmian, żadnych reform, żadnych publicznych debat. Wspominał jednego ze swych ówczesnych przeciwników - wyjątkowo tępego dogmatyka - który każde wystąpienie krytyczne wobec partii uważał za kontrrewolucję i wykrzykiwał: „lepiej się mylić razem z partią, niż mieć rację przeciw partii!” 

Wspominając spory sprzed półwiecza, mój rozmówca, stwierdził nieoczekiwanie: „...A przecież ostatecznie okazało się, że to ten tępak miał rację, a myśmy się mylili. Byliśmy przekonani, że beton to matoły, my zaś – reformatorzy – jesteśmy od nich mądrzejsi, bystrzejsi, lepiej rozumiemy ludzi. Ale stało się dokładnie tak, jak przestrzegali pogardzani przez nas dogmatycy: myśmy tymi swoimi reformami w końcu ten komunizm rozpieprzyli!”

Nie chcę wdawać się w spory o zasługi w walce o wolność, ale to właśnie ludzie wyrośli z komunizmu, a potem chcący go reformować, najbardziej przyczynili się do jego upadku. Zaczęli majstrować przy monolicie, podważać dogmaty i reformować dyktaturę. To oni, zabiegając o socjalizm z ludzką twarzą, rozsadzili system totalitarny od środka. Nie twierdzę, że wśród opozycjonistów nie było zagorzałych antykomunistów, ale więcej przeciw PZPR zdziałał jednak marksista Kuroń, niż prawicowy Niesiołowski. Nie jest to zresztą wyłącznie polski paradoks, że komunizm rozwalili byli członkowie partii. Czy taki Gorbaczow inicjując pieriestrojke zmierzał do likwidacji ZSRR i upadku komunizmu, czy tylko je uzdrowić? Nie chodzi zresztą o konkretne nazwiska, ale pewną prawidłowość: Komunizm - jako system totalitarny - zreformować się nie dał, a próby zmierzające w tym kierunku, skutkowały rozkręcaniem systemu. 

Wracam do przesympatycznego, inteligentnego i wrażliwego ks. Lemańskiego, który tak wiele dobrego chce uczynić dla Kościoła Katolickiego. Otóż jestem zdania, że to on, a nie biskup Hoser, temu kościołowi szkodzi. Ks. Lemański domaga się dialogu, tolerancji, otwartości światopoglądowej, czym zjednuje nie tylko mój głęboki szacunek, o czym świadczy popularna fejsbukowa akcja sprzeciwu wobec kneblowania Lemańskiego. Tylko, czy ta szlachetna i mądra postawa Lemańskiego służy zbudowanemu na tradycjonalizmie, hierarchii i posłuszeństwie kościołowi katolickiemu? Czy potęgę i siła kościoła zbudowano na dialogu, tolerancji i otwartości światopoglądowej? Czy to krytykowani przez Lemańskiego biskupi sprzeniewierzają się tradycji kościoła, czy tylko Lemański chce tę tradycję odmienić. Czytujący z upodobaniem Tygodnik Powszechny Jan Paweł II - pomimo swej wybitnie humanistycznej orientacji intelektualnej i filozoficznym inklinacjom - zawsze zdecydowanie stawiał na polski ludowy, maryjny katolicyzm. Doceniał urok pogwarek intelektualistów, ale wiedział, że dalece skuteczniej Polaków przy kościele trzymają procesje, odpusty, śpiewy, komunie, chrzciny i... autorytet kościoła. Wiedział zapewne o pewnych nieprawidłowościach w kościele, ale jakoś nie pamiętam, by się nimi ekscytował tak silnie, jak zagrożeniem płynącym z używania prezerwatyw. Czy Jan Paweł II, który dla pojednania z Żydami zrobił więcej, niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci, nie wiedział o antysemickich wypowiedziach Wyszyńskiego sprzed II Wojny Światowej? Czy nie wiedział o hańbiącym milczeniu polskiego episkopatu po pogromie kieleckim? Wiedział, i zakładam, że nie był z tych faktów szczególnie dumny. Rozumiał chyba jednak, że dla kościoła będzie dalece lepiej, jeśli lud polski, maryjny - zamiast krytykować, podważać i reformować - czcić będzie świętą pamięć Prymasa Tysiąclecia! Jan Paweł II miał szerokie horyzonty i z pewnością znał reformatorskie nurty we francuskim kościele lat 60. Skromność, otwartość, tolerancja, zejście z piedestału. Gdzież się podziali ci francuscy księża robotnicy, którzy by być bliżej ludzi podejmowali pracę w fabryce? Polscy księża jakoś nie zrezygnowali z zadbanej przez gospodynię proboszczówki, ale to u nas tłumy walą do kościołów, a we Francji wiernych jest może 3%, a może mniej...

Czy Jan Paweł II nie wiedział o antysemickim i ksenofobicznym charakterze Radia Maryja? Przecież mógł jednym miękkim ruchem posłać ojca Rydzyka do pełnienia ważnej funkcji misyjnej w Botswanie. Ale przed takim krokiem powstrzymywała go być może świadomość, że to Rydzyk przyprowadza setki tysięcy wiernych, by klęcząc przed obrazem jasnogórskim śpiewali „Boże coś Polskę”. ...Ilu spośród fejsbukowych znajomych zaciągnie Lemański na pielgrzymkę do Częstochowy? Z pewnością są wśród jego zwolenników także ludzie wierzący, którzy duszą się w polskim ludowym, obrzędowym katolicyzmie. Ale czy to dzięki nim zapełnią się kościoły? Czy budując nową jakość nie zburzy się starej? Śmieszy, czy gorszy nawet postulat ślepego posłuszeństwa dla takiego Głódzia, ale jak daleko zaprowadzi nas poddawanie w wątpliwość autorytetów? Zaczniemy od pijanego biskupa, a skończymy na samym papieżu! Czy naprawdę chcemy przedyskutować z dzisiejszą młodzieżą, dlaczego Jan Paweł II uważał prezerwatywy za emanację cywilizacji śmierci? Przy okazji wyboru nowego papieża podniosły się pytania o postawę kościoła wobec krwawych reżimów prawicowych. A jeśli ktoś zacznie pytać, jaką postawę przyjął wtedy Jan Paweł II – tak silnie zaangażowany w walkę z komunizmem? Jeśli mówi się o haniebnym udziale hierarchów katolickich w terrorze prawicy – to czy na miejscu są pytania o postawę zwierzchnika tych hierarchów? Czy wdawać się w podobne dysputy, czy może lepiej uciąć je już na poziomie krytyki pijanego, czy chciwego biskupa. Janowi Pawłowi zaś postawić pomnik, uznać za świętego i basta!

Darzę ks. Lemańskiego głębokim szacunkiem, tak jak szanowałem Jacka Kuronia. Myślę, że ten ksiądz katolicki i marksista, mieli ze sobą wiele wspólnego: idealizm, wrażliwość na ludzkie sprawy, przyzwoitość. W moim przekonaniu łączy ich coś jeszcze: destrukcyjny wpływ na reformowane ideologie i instytucje. ...I sam nie wiem, czy poczytywać im to za złe.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?


Źródło: naTemat.pl

Wojciech Lemański - Dwa tłumy

„ Szli za Jezusem jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta.” / Łk 7,12 / 

Ludzie gromadzą się z różnych powodów. Zgromadzić się - to być razem w jakimś większym gronie. Trudno nazwać zgromadzeniem wieczorne spotkanie przy stole małżonków, a nawet małżonków razem z dziećmi. W ten sposób zasiadamy zazwyczaj. Zdarza się niestety, że w tych zwariowanych czasach wspólny posiłek bywa taką rzadkością, że traktowany jest przez co poniektórych jako szczególne zgromadzenie. Ale wyjąwszy te przypadki, zgromadzenia licznej nawet rodziny, spotkania na boisku kilkudziesięciu zawodników, trenerów i nawet setki kibiców, nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie tłumem. Tłum, to takie zgromadzenie, które trudno policzyć. Tłum niesie ze sobą pewną nieokreśloność, trudność w jednoznacznym zinterpretowaniu, niezorganizowanie, a nawet nieprzewidywalność zachowań. Tłum nie jest zwykłym zgromadzeniem, jest czymś więcej. Tłum może nieść zarówno stanowiącym go, jak i spoglądającym z boku, poczucie siły i znaczenia. Tłum się nie lęka. Tłum budzi lęk.

Tłum może się pojawić na pogrzebie i pojawia się czasami, ale zawsze stanowi to zjawisko niezwykłe. Tłum mogą zgromadzić dramatyczne i ważne dla innych okoliczności śmierci, tak było z Jankiem Wiśniewskim albo Grzegorzem Przemykiem. Zaczynem zgromadzenia się tłumu na pogrzebie może być znacząca pozycja zmarłego, jaką zajmował w społeczności. Tak było z pogrzebami wielkich przywódców, artystów, bohaterów. Na pogrzeb młodego człowieka, który umarł czy zginął, może przyjść wielu, nawet bardzo wielu ludzi, ale nie tłum. W tym przypadku wdowie odprowadzającej na cmentarz jedynego syna towarzyszył spory tłum. I obecność takiego tłumu przy tej wdowie stanowi dla nas wszystkich tajemnicę. 

W odróżnieniu od przypominanej przez kardynała Ratzingera tajemnicy nieprawości, którą późniejszy papież dostrzegał w Kościele, tę tajemnicę tłumu pod Nain ja nazwałbym tajemnicą dobra, które jest w każdym człowieku. My, w naszym kraju, przyzwyczailiśmy się tę tajemnicę określać mianem solidarności. Nie stanowi ona niestety, nawet wypisana wielkimi literami, opisu tego, jacy jesteśmy. Jest jednak przypomnieniem, że każdego człowieka stać na bezinteresowne dobro i to dobro potrafi objawić swoje oblicze naprawdę nieprzeliczonym tłumem. 

Dobro może czynić każdy, bez względu na jego religijną przynależność - czy też jej brak. Bez względu na poglądy polityczne, społeczne i przynależność rasową. Bez względu na orientację seksualną i utrwaloną, niespecjalnie dobrą opinię w otoczeniu. Stanąć przy człowieku złamanym bólem - to jeden z przejawów dobrej w swych fundamentach natury ludzkiej. Pozostawili swoje sprawy, odłożyli codzienne zaangażowania, zapomnieli na moment o sobie, i przyłączyli się do tego żałobnego orszaku i wyszli z nim poza bramy miasta.

Tam spotkali inny tłum, tłum uczniów Jezusa. Nazwałbym to spotkaniem potencjalnego dobra, jakie niosą w sobie z wyboru uczniowie Jezusa, z faktycznym dobrem, wyświadczanym przez uczestników tamtego pogrzebu. Jedno nie wyklucza drugiego. Jedno drugiemu nie przeczy. Ci, czyniący dobro, mogą, ani wtedy, ani nigdy w przyszłości, nie przyłączyć się do tłumu uczniów Jezusa. Uczniom Jezusa zdarza się niejednokrotnie omijać szerokim łukiem innych ludzi czyniących dobro. Spotkania tłumów zazwyczaj nie wróżą niczego dobrego. Takie spotkanie rodzi napięcia, wątpliwości i pytania. My - czy oni? Kto z kim? Kto większy? Kto do kogo powinien się przyłączyć?, Kto komu winien drogi ustąpić? Kto przed kim ma głowę skłonić? Tłum może wchłonąć pojedyncze osoby albo przejść dalej, nie zwracając uwagi na jednostki. Tłum jednak nie może nie zareagować na inny tłum. 

Zastanawiam się, czy to czasem nie po tym spotkaniu przed bramami Nain, Jezus wypowiedział znamienne słowa, które ostatnio mocno przypomniał papież Franciszek - „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. Światu dramatycznie potrzebne jest dobro. Na każdym zakręcie, o każdej porze dnia i nocy, przy każdym spotkaniu, dostrzegamy, jak nam wszystkim tego dobra brakuje. Chrześcijanie nie są jedynymi czyniącymi dobro w tym świecie. Nie są nimi również jedynie wyznawcy islamu, judaizmu, buddyści czy ateiści. Dobro potrzebne jest wszystkim i każdy może być jego źródłem. W jakimś sensie liczy się tylko dobro. Może tamto spotkanie tłumów pod Nain było lekcją tego, co liczy się naprawdę. 

/ źródło-www.parafiajasienica.waw.pl /

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?


Źródło: naTemat.pl

sobota, 8 czerwca 2013

KURKIEWICZ: FAŁSZYWE OBURZENIE W SPRAWIE FIBAKA UKRYWA PRZEMOC

Z tekstu Błańskiej wynika ewidentnie, że ta dziewczyna była traktowana jak towar.
Jaś Kapela: Doniesienia o tym, że Fibak „pomaga” młodym dziewczynom, sięgają lat osiemdziesiątych. Jak to się stało, że dopiero Malina Błańska, dziennikarka „Nie”, musiała wysłać SMS-a, żeby wiedza ta wyszła poza środowisko?

Roman Kurkiewicz: Cała ta Fibakgate ma kilka wymiarów. Po pierwsze – co robił Fibak, jakie rodzaju jest to zachowanie. Po drugie – co z mediami w związku z tym. Co z tym wieloletnim milczeniem, ale też formułą, w jakiej powstał tekst Błańskiej.

Okazuje się nagle, że milczenie jest cnotą. Wszyscy wiemy, ale nie mówimy.

To jest bardzo ciekawe zjawisko, ale nie pojawiło się po raz pierwszy. Istnieje coś takiego jak wiedza środowiskowa. Coś, co prawicowcy nazywają salonem, choć ta wiedza dotyczy także salonu prawicowego. To są opowieści, która zna wtajemniczona grupa ludzi. Czasami są to informacje, czasami tylko podejrzenia dotyczące nagannych zachowań. One zostają w rodzinie. Dzisiaj na Facebooku, czyli, można powiedzieć, publicznym forum, niektóre osoby piszą pod imieniem i nazwiskiem, że wiedziały o tego typu zachowaniach Fibaka już wiele lat temu. Ale nie trzeba sięgać do Facebooka – już w latach dziewięćdziesiątych opisano dużą aferę o podobnym charakterze we Francji, gdzie nazwisko Fibak się pojawiało. W konsekwencji przestał być konsulem honorowym w Monako.

Można się zastanawiać: dlaczego wtedy nikt się tym nie zainteresował? Dotykamy tutaj tabu polskiej sfery publicznej, tego, że pewne sprawy są wyłącznie prywatne. To jest słynny spór: co jest prywatne i czy rzeczywiście jest prywatne? Czy prywatne jest polityczne, czy jest obojętne? Czy ma być ukryte, tajemne? Kościół na przykład uważa, że sprawa pedofilii to też jest właściwie prywatna sprawa poszczególnych księży, która nie dotyczy instytucji. Dlatego nie trzeba niczego ujawniać, trzeba pomóc księdzu, bo on jest ofiarą, i bać się głównie tego, jakie będą konsekwencje ujawnienia takiej historii.

W przypadku Fibaka nie wydaje mi się, żeby to była zadekretowana zmowa milczenia. To jest pewien stan, który w sposób niewymagający tłumaczenia zakłada, że pewnych kwestii nie ruszamy.

Kulturalni ludzie o takich rzeczach nie rozmawiają?

Dżentelmeni. To się pojawia w tej retoryce, która została opisana przez Błańską: my jesteśmy z wyższych sfer, jesteśmy bardzo kulturalni, jesteśmy na poziomie. To są ludzie z elity majątkowej, społecznej. Wojciech Fibak jest przedstawicielem tego środowiska dzięki swojej karierze w latach siedemdziesiątych i przyjaźniom, które wówczas nawiązał. Należy do celebrytów światowego wymiaru, choć, co prawda, raczej drugiej ligi. Ale do jego przyjaciół należą osoby z pierwszej ligi. Okazuje się, że ten status sprawia, że taka osoba staje się niewidzialna, jej czyny stają się niedotykalne. Niespecjalnie ktoś chce się na to porwać i powiedzieć: hola, tutaj jest chyba coś nie tak.

Powtarza się jednak tezę, że Fibak nie jest osobą publiczną.

To jest głęboko nieprawdziwa teza. Jeśli ktoś był honorowym konsulem, choćby w Monako, to jest osobą publiczną. Jeśli ktoś pracuje, zarabia swoją twarzą, to jest osobą publiczną. Wystarczy policzyć okładki pism kolorowych, gdzie Fibak wystąpił jako gwiazda, koneser, znawca sztuki, jako człowiek, który ma kolejne wspaniałe rodziny. Jest osobą publiczną. TVP pozytywnie mnie zaskoczyła, że błyskawicznie zerwała współpracę z Fibakiem jako komentatorem. Jeśli ktoś jest komentatorem, ekspertem, osobą medialną, to strasznie trudno powiedzieć, że nie jest osobą publiczną. Fibak czerpał ze swojego wizerunku rozmaite korzyści, niekoniecznie materialne.

W tej całej wymianie handlowej, która się tam zawiązuje z Błańską, pojawia się motyw, że on nie bierze za to żadnych pieniędzy.

Korzyści mogą być różne. Być może buduje się w ten sposób pewne więzi. Zakładając – a mamy dziś takie podstawy – że nie była to pierwsza historia, kluczowe staje się pytanie, kto jest w tym gronie obdarowanych przyjaźnią Wojciech Fibaka.

Ile celebrytek w ten sposób zrobiło karierę?

Inaczej: ilu celebrytów zaznało tego typu serdeczności ze strony Fibaka? To jest trudne pytanie. Trudne dla tych, którzy są w tej historii. Ale nie na tym chciałbym się skupiać. W tej historii pojawia się słowo stręczycielstwo, które jest mocnym słowem. Mało tego: ma swoją formułę prawną. W Polsce stręczycielstwo, w przeciwieństwie do prostytucji, jest zabronione i karalne. Ale to jest pytanie, na które powinien odpowiedzieć prokurator, a nie ja.

Z samego tekstu Błańskiej i rozmowy Latkowskiego wynika ewidentnie, że ta dziewczyna była traktowana jak rodzaj przedmiotu. Coś, co można komuś dać. Agnieszka Ziółkowska napisała gdzieś na Facebooku, że warto Wojciechowi Fibakowi zadać pytanie, jak by się zachował, gdyby to jego córki (które zresztą przywoływał na swoją obronę, że przecież on ma rodzinę) zostały potraktowane przez jakiegoś mężczyznę jak towar, który można wrzucić komuś do łóżka.

Okazuje się więc, że jego rodzina jest wyjęta spod tych praw. Co innego te dziewczyny – są inną klasą. Nimi się de facto pogardza. Są ładne, miłe. Nie chcą dużo pieniędzy. Są przecież świeże i prawdziwe.

Naturalne.

Cała ta sytuacja odbywa się tak, jakby te dziewczyny zostały uwiedzione. Ale one nie zostały uwiedzione, zostały kupione/sprzedane. Mamy do czynienia z targiem niewolników.

Jakoś ginie to, że to nie była jednorazowa prowokacja, że ten proceder trwał latami.

Na blogu niejakiego Kominka jest wywiad z dziewczyną, która zresztą zapewniła, że w sądzie, jeśli będzie trzeba, wystąpi pod imieniem i nazwiskiem. Nie zgłosiła się do Fibaka, ale została „wyjęta” z jakiego baru i została wrzucona koledze Fibaka do pokoju hotelowego.

Może sama chciała, a potem jej się odechciało?

Tutaj się kłania termin, którego użyłem w rozmowie w Tok FM: przemoc symboliczna. Przemoc symboliczna jest wtedy, gdy ofiara nie jest świadoma, że jest przemocy poddana. To, co się dzieje, wydaje się jej naturalne. Dziewiętnastoletniej dziewczynie, która przyjeżdża z prowincji i spotyka kogoś takiego jak Wojciech Fibak, człowieka z pierwszych stron kolorowych gazet, który zna wszystkich na świecie i jest otoczony nimbem „kulturalności” i „porządności”, wydaje się niemożliwe, żeby on tak po prostu wrzucił ją znajomemu do łóżka. Ona nie widzi, że tu jest rodzaj przemocy, bo ta przemoc odbywa się w oparach dobrego alkoholu i miłych słów. U Kominka jest to dość wstrząsająco opisane. Dziewczyna uczestniczy w kolacji, gdzie jest kilku mężczyzn. Nikt na nią nie zwraca uwagi, bo oni wiedzą, po co ona jest. Tylko ona tego do końca nie wie.

To też jest trochę odpowiedź na pytanie, dlaczego to wcześniej nie wypłynęło. Bo jak się poskarżyć na kolegę Komorowskiego i De Niro? Donieść na niego na policję?

To jest bardzo częsty powód, dla którego pewnych postaci się nie tyka. Jest grupa, przeważnie mężczyzn, ustosunkowanych, którzy należą do elity finansowej, kulturalnej, społecznej, politycznej. Żeby sobie nie robić kłopotu, media, bojąc się na przykład reperkusji prawnych, trzymają się z dala. A w ogóle to co się takiego stało? Przecież sama chciała, sama poszła. Wolni ludzie, dorośli.

Problem polega na tym, że nie mamy tutaj symetrycznej, czystej i równorzędnej sytuacji.

To nie jest partnerski układ. Przewaga bogatego, znanego, pozaprzyjaźnianego mężczyzny nad dwudziestoletnią dziewczyną jest oczywista.

Ta przewaga jest wykorzystywana do czegoś, co może być zakwalifikowane jako przestępstwo. Ciekawe jest milczenie prokuratury w tej sprawie. Ciekawe, czy ona się tym zajmie? Ktoś słusznie zwrócił uwagę, że wątek stręczycielstwa jest w Polsce usunięty poza nawias. W naszym katolickim kraju właściwie nie ma tego problemu. Właściwie jedyną osobą, która w tej sprawie próbowała cokolwiek zrobić, był prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Wydał wojnę, co prawda nie samemu zjawisku prostytucji i sutenerstwa, ale oknom agencji towarzyskich, które były właściwie takimi witrynami domów publicznych. Natomiast generalnie w naszym wolny, wyzwolonym społeczeństwie nie mówimy o tym problemie. Gigantyczny rynek usług seksualnych, który istnieje w Internecie, jest właściwie nietykalny. To też jest jakieś tabu. Jest pytanie, czy to jest objaw zdrowy. Jesteśmy tak tolerancyjnym, libertyńskim krajem? Nie wydaje mi się.

Fibak to nie jest historia miłości, jakichś romansów przekraczających granice. To jest historia, że ktoś z ważną pozycją staje się pośrednikiem właściwie w handlu ludźmi. Czy ta wymiana jest gotówkowa czy bezgotówkowa, to nie jest ważne. Korzyści opisywane przez „Gazetę Wyborczą” w aferze w Samoobronie też nie były gotówkowe. To były miejsca pracy, miejsce w strukturze.

Przy Lepperze „Gazeta Wyborcza” nie miała wątpliwości, czy ujawnianie tej sprawy jest odpowiedzialne społecznie i czysto ludzko.

Nie miała, bo to dotyczyło Andrzeja Leppera. Zdumienie ogarnia, co się dzieje z mediami w tej sprawie. Słyszymy krzyk o tabloidyzacji. Malina Błańska posłużyła się techniką starą chyba tak jak samo dziennikarstwo. Nazywa się to dziennikarstwem wcieleniowym. Będąc dziennikarką, udaje się kogoś innego. Zadziwia mnie to święte oburzenie.

Skowyt.

Skowyt moralistów, że jest to niedopuszczalne. Sama „GW”, z której ten skowyt się wydobył, publikowała dziesiątki reportaży dziennikarzy, którzy stosowali tę metodę. Dotykamy tutaj tabu na skrzyżowaniu seksualności i relacji patriarchalnej. Jak Hugo-Bader udawał menela i siedział pod Bristolem, to to jest OK. Ale tutaj mamy rodzaj zależności wykraczający poza sferę seksualną, dotyczący układu społecznego, patriarchalnej dominacji, której nie wolno dotykać. 

Warto też zauważyć, że w tej całej dyskusji autorka gdzieś zginęła. Została dotknięta rodzajem anatemy.

W końcu to dziennikarka „Nie”.

Więc w domyśle ktoś gorszy z definicji. Cokolwiek by zrobiła, jest źle. Jest fenomenem tygodnika „Nie”, że być może opisał największą liczbę różnych afer. Ale kiedy pisze o tym „Nie”, to nie ma afery. Po paru miesiącach dziennikarze, którzy pod stołem czytają „Nie”, biorą temat na tapetę i wtedy dopiero jest ogólnopolska afera. Zresztą dla mnie argument Urbana, dlaczego nie wydrukował tekstu Błańskiej, jest zrozumiały. Swojego czasu robił przewodnik po burdelach, więc brzmiałoby dziwnie, gdyby się teraz oburzał.

Ale Błańska w swoim tekście nie oceniała, opisała tylko swoje przygody.

I zniknęła z debaty. Jej się nie zaprasza. Waldemar Kumór w swoim skowycie nie zająknął się, jak się nazywa autorka tekstu. Do rozmowy w Tok FM też jej nie zaproszono.

W Niemczech za sprawą Güntera Wallraffa odbyła się wielka dyskusja na temat dziennikarstwa wcieleniowego. On wcielał się w różne osoby, demaskował pewien rodzaj powszechnych nastawień – rasistowskich albo dotyczących wyzysku ekonomicznego. Zatrudniał się w piekarni, charakteryzował na Somalijczyka i próbował wynająć mieszkanie. Konfrontował się ze zwykłymi ludźmi. Wytaczano mu mnóstwo procesów. Mało tego: doszło do debaty parlamentarnej, czy dziennikarzom i dziennikarkom wolno używać metody wcieleniowej, udawać kogoś innego. Niemcy zdecydowali, że jest to dozwolona metoda. Nazywa się to prawem Wallraffa.

Nie można zamykać oczu na to, że Błańska napisała swój tekst w gatunkowej formie. Oczywiście można się zastanawiać, jaką formę gatunkową wykorzystał Latkowski. No ale w Polsce inni redaktorzy naczelni też nagrywali swoich rozmówców bez ich wiedzy.

Masz na myśli Michnika?

Być może przełomem była ta historia rywinowska. Nie pamiętam, żeby wcześniej redaktor naczelny nagrał kogoś po kryjomu. Oczywiście można powiedzieć, że to inna waga sprawy. Ale waga sprawy jest dyskusyjna. Można powiedzieć, że sprawa Rywina dotyczyła całego narodu, dobra publicznego – ale może jednak przede wszystkim spółki giełdowej Agora… Nie da się zrobić listy spraw, w których wolno podsłuchiwać, a w których nie wolno. Broniłbym oby tych rzeczy: po pierwsze dziennikarstwa wcieleniowego, po drugie nie mogę zrozumieć oburzenia.

Skrzywdzono wspaniałego człowieka, jak stwierdził Olbrychski.

To jest klasyczna forma przemocowa, że winę zrzuca się na ofiarę. Sprawca, czyli Fibak, staje się osobą skrzywdzoną. Mówimy, że to ona jest zła. Albo: sama chciała. Albo: co nas to obchodzi, ona jest dorosła. Tylko zapomnijmy o tym porządnym, zasłużonym dla ojczyzny człowieku. To jest ten rodzaj hipokryzji.

Poza tym w ogóle wystawianie sobie dzisiaj przez media takich laurek jest po prostu śmieszne. Nie ma mediów, które są tutaj bez grzechu. „GW” nie jest tu wyjątkiem, ani telewizja, ani żaden z tygodników. Mamy obronę wyidealizowanego bytu, który tu od lat nie istnieje, ponieważ nie istnieją standardy dziennikarskie, które by chroniły od tabloidyzacji. To jest możliwe, ale wymagałoby istnienia mediów publicznych, niezależnych od bieżącego finansowanie i od polityki. Takich mediów w Polsce nie ma. A ponieważ nie ma takich mediów, to nie ma takiego standardu.

Fałszywe oburzenie w sprawie Fibaka pokrywa społeczne tabu. Ukrywa strukturę przemocy i władzy, która jest w naszym życiu obecna i ma się świetnie, bo osobom uprzywilejowanym, znanym wolno więcej.

Czytaj także:
Agata Szczęśniak, Latkowski, pisz wiersze
Tomasz Stawiszyński , Cudowni ludzie z klasą
Kinga Dunin,  Tenis w porcie

Źródło: Dziennik Opinii KP

Kinga DUNIN: CUDZE BLIZNY

Może cudze blizny nigdy nie będą tak autentyczne jak własne, ale prawie siedemdziesiąt lat po wojnie już mało kogo stać na własne.
W czasach PRL-u do Oświęcimia jeździło się z wycieczkami szkolnymi, może nadal się jeździ, oraz zakładowymi, na zmianę z grzybobraniem. Kiedy zaproponowano udział w takiej wycieczce Żydówce, której udało się Oświęcim przeżyć, odpowiedziała „dziękuję, byłam tam w sezonie”. Może nie jest to zbyt zabawna anegdota, ale oddaje istotę problemu. Czy jakiekolwiek muzeum, pomnik ofiar jest w stanie oddać prawdę? Czy będzie to adekwatne do tego, co się wydarzyło? I czy jedynym motywem tworzenia i odwiedzania takich miejsc jest potrzeba pamięci?

Pierwsza część powieści Jáchyma Topola Warsztat diabładzieje się na terenie Terezina, gdzie w czasie okupacji mieścił się obóz koncentracyjny, a pamięć o nim, ta mała, lokalna, wciąż trwa. Bohater to syn kobiety cudem ocalonej z masowego grobu ofiar tyfusu przez młodego żołnierza Armii Czerwonej, a potem majora wojska czechosłowackiego. Wraz z innym ocaleńcem z obozu oraz grupą młodych ludzi z całego świata, w opozycji do oficjalnego muzeum, obozu-Pomnika, zakładają komunę, która ma zrewitalizować otaczające obóz upadające miasteczko, przypominać Zagładę i pozwolić młodym ludziom poszukującym prawdy o swoich przodkach poradzić sobie z pokoleniową traumą.

Dla uczestników organizują spotkania z kimś, kto przeżył, oraz Warsztaty Radości, w których pomaga miejscowa trawa mająca właściwości euforyzujące.

Dla turystów mają T-shirty z Franzem Kafką i napisem „Gdyby nie umarł, zginąłby tutaj” oraz pizzę getto.

Pieniądze na tę działalność płyną z całego świata od ocalonych, ich rodzin, celebrytów, wszystkich, którym nie wypada odmówić takiej prośbie.

Ta zabarwiona czarnym humorem, nie do końca realistyczna groteska nie umniejsza ani zbrodni, ani autentyczności motywów tych, którzy próbują sobie z nią poradzić dzisiaj, ale pokazuje też sprzeczności, brak autentyzmu, sploty rozmaitych interesów. Oficjalny Pomnik to miejsce martwe, z kolei autentyczna społeczna inicjatywa musi wejść w kontakt z turystycznym biznesem. Odżywające dzięki temu miasteczko jest z jednej strony tym biznesem skażone, z drugiej to w nim żyje jeszcze autentyczna pamięć.

Dobrze to napisane i niegłupie, ale jest tylko przedsmakiem tego, co wydarzy się później. Bohater zostaje wywieziony na Białoruś, by pomóc rozwinąć tam podobny interes. I znajduje się w środku horroru, między innymi w dwuznacznym Chatyniu. Nie dlatego, że jak podpowiada nam nasza pamięć historyczna, jest on symbolem stworzonym, by przykryć zbrodnię w Katyniu. Przykrywa także prawdę o rozmiarze zgłady Żydów. O tym, że mordowali tam Ukraińcy i Rosjanie. To właśnie na Białorusi bohater ćwiczy się w czynieniu zła.

Niepoliczone ofiary, nieznani sprawcy, społeczeństwo, które nie chce pamiętać, rozgrywki między opozycją a władzą. W powieści Topola zamienia się to w odrealniony koszmar, w którym tworzy się muzeum z mumiami starych ludzi opowiadającymi o wojennych tragediach, licząc, że ożywi to turystykę i przyciągnie zagraniczne kapitały. O ile to, co dzieje się w Terezinie, ma wymiar ludzki – zarówno cierpienia, jak i pewnej interesowności – o tyle Białoruś pozostaje „warsztatem diabła”.

W kwestii pamięci wojennej jesteśmy zazwyczaj bardzo polonocentryczni. Tym razem musimy rozszerzyć pole naszej refleksji na większy obszar: od relatywnie oszczędzonych przez okupację Czech do wykrwawionej Białorusi. Od pamięci zrytualizowanej do pamięci wyklętej. Nawet jeśli zawsze tego rodzaju działania są dziś skażone przemysłem turystycznym, to i zjadliwość tego skażenia bywa różna.

Jednym z mott powieści jest cytat z Doroty Masłowskiej: „Mam cudze blizny, skąd się wzięły?”. Może cudze blizny nigdy nie będą tak autentyczne jak własne, a po prawie siedemdziesięciu latach po wojnie już mało kogo stać na własne. Topol nie odpowie nam na pytanie, co mamy z nimi zrobić. I w Terezinie, i na Białorusi prowadzi nas przez rozmaite podziemia, co zwykle kojarzy się ze zbiorową podświadomością, domagając się pracy z pamięcią. Nie jest to nasza pamięć, podobnie jak blizny, ale jest to materiał, z którego budujemy swoją narrację historyczną. A rozmaite miejsca upamiętniające nie znikną, nie zaoramy ich przecież, i w przeciwieństwie do blizn są już nasze. Jaki sens im nadamy, jak powinniśmy ich używać – te dyskusje będą jeszcze długo trwały. To nie piramidy egipskie.

Jáchym Topol, Warsztat diabła, przeł. Leszek Engelking, W.A.B., Warszawa 2013.


Źródło: Dziennik Opinii KP

Cezary Michalski - LIST TRZECI. WIELKI HUMPHREY

Alfa ma poglądy euroentuzjastyczne i lewicowe. W każdym razie miał takie poglądy, kiedy tu przyjechał. Właśnie dlatego posmutniał i scyniczniał.
Cynizm jest ceną każdej polityki realnej. Prowadzonej za zasłoną instytucji, daleko od czystej woli ludu i „bezpośredniości” jego roszczeń. Rozmawiając z urzędnikami Komisji i posłami do Parlamentu Europejskiego często trafiam na podszytą cynizmem autoironię, czasem nawet gorycz. Najlepsi z nich wyglądają jak ludzie dotknięci niedoleczoną depresją. 

Nieco większa skłonność do cynizmu bierze się w Brukseli stąd, że oficjalny język Unii – język czystej woli ludu, język radykalnej emancypacji dalekiej od wszelkich ograniczeń tzw. ludzkiej kondycji  – jest za bardzo odległy od rzeczy, które Unia robić rzeczywiście próbuje, a czasami nawet robić potrafi. A potrafi robić rzeczy naprawdę dobre („pokój i szczęście na świecie”), tyle że nieporównanie bardziej konkretne, precyzyjne, drobne, przesuwające o milimetr we właściwą stronę poziom przemocy, okrucieństwa, korupcji, nagiej siły na naszym kontynencie i poza nim. Tymczasem język, który ma tę pracę objaśniać i chronić jest patetyczny, pełen ogólników. Zamiast osłaniać europejski projekt (tak, chyba jeszcze jest jakiś projekt), poprzez swoją bombastyczność drażni jedynie ludzi pozwalając „antysystemowym” populistom paść się do woli na soczystych łąkach gniewu „narodowych demosów”. 

Jest późny wieczór. Na „Esplanadzie Solidarności 1980” (nazwa wywalczona przez Buzka, kiedy był przewodniczącym parlamentu, wbrew pozorom poważne osiągnięcie w miejscu, gdzie imię każdej ulicy, placu, budynku, sali koncertowej jest wynikiem skutecznie przez kogoś poprowadzonej politycznej gry) trwa koncert reggae dla brukselskiej i europejskiej młodzieży. W powietrzu unosi się zapach trawy średniej jakości, którą można kupić (oczywiście „nielegalnie” i oczywiście bez następstw prawnych) na rogach ulic pobliskiej dzielnicy Matonge. Z odległej o godzinę jazdy samochodem holenderskiej Bredy (strefa Schengen bez granic, piękny rynek, do tego cmentarz żołnierzy generała Sosabowskiego i generała Maczka, no i kilka świetnie zaopatrzonych coffee shopów) od maja 2012 nie można już przywieźć trawy i haszu legalnych i nieporównanie lepszej jakości. Wymuszone przez europejskich sąsiadów prawo uniemożliwia sprzedaż miękkich narkotyków ludziom niezameldowanym w konkretnej holenderskiej gminie. Kiedy człowiek, po którego akcencie i nerwowym zachowaniu ewidentnie widać, że jest tylko „turystą” pyta o trawę, słyszy - „legitimatija?” (nawet nie wiem, czy to jest po holendersku, czy ma służyć tylko odstraszaniu Polaków od lat kupujących trawę i haszysz w Holandii, żeby rozwozić ją dalej). Zatem pozostaje to, co można „nielegalnie” kupić w Matonge czy w Anderlechcie. I zapach unoszący się nad tłumem młodych ludzi słuchających muzyki u stóp szklanych wież Parlamentu Europejskiego (imienia Altiero Spinelliego, imienia Willy Brandta...). 


Kiedy muzyka cichnie, jeden zespół schodzi ze sceny, a drugi rozstawia sprzęt, młody człowiek, ubrany zdecydowanie za dobrze jak na to miejsce i moment, krzyczy do mikrofonu: „Europa jest dla was! Każdy może tu do mnie przyjść i powiedzieć, czego oczekuje od Unii! Co chcecie, żeby Unia zrobiła dla młodych!?”.


Mimo ponawianych zaproszeń nikt nie wchodzi na scenę. Ludzie wokół mnie są nieprzygotowani do natychmiastowego wyartykułowania radykalnych czy reformistycznych roszczeń podczas wieczornego koncertu reggae. Dalej piją piwo z papierowych kubków, zaciągają się trawą w skrętach i lufkach, naciągają głębiej na głowy kaptury swoich kurtek, bo jest zimno, wieje wiatr i coraz mocniej zaczyna padać deszcz. Ja też mam kaptur naciągnięty głęboko na głowę i wdycham charakterystyczny zapach, który przypomina mi zupełnie inne miejsca i czasy, kiedy nie miałem jeszcze prawa do poruszania się po strefie Schengen, kiedy poruszałem się tylko po osi Północ-Południe wyznaczonej z jednej strony przez sopockie molo, a z drugiej przez taras kawiarni Domu Turysty w Zakopanem (szczaw z nasypu, szczaw z nasypu...). 

Kiedy rozmawia się z europarlamentarzystami, ich nazwiska są dziennikarskim atutem. Albo obciążeniem. Kiedy rozmawia się z urzędnikami Komisji Europejskiej, o nazwiskach lepiej w ogóle zapomnieć. Każdy z nich na oficjalny wywiad potrzebowałby zgody zwierzchnika, a nawet zwierzchników. A sam wywiad po autoryzacji (po wielu autoryzacjach) nadawałby się wyłącznie do kosza. Po paru rozmowach z urzędnikami Komisji bardzo różnych szczebli dochodzę jednak do wniosku, że ogromnym błędem jest to ich wymuszone milczenie. Szczególnie kiedy euroesceptycy mogą wrzeszczeć do woli, a oficjalny język Unii jest zbyt naiwny, zbyt patetyczny, tak trudno obronić go przed tabloidową hermeneutyką podejrzeń i populistyczną dekonstrukcją. Wymuszone milczenie urzędników Komisji, przy nieograniczonym prawie do wrzasku przeciwników Unii, zaburza równowagę toczącej się na całym kontynencie politycznej walki. Zdecydowanie na niekorzyść UE.

Ja zatem, żeby nie zawieść zaufania moich informatorów, nazwę ich Alfą (cyt. za Czesław Miłosz, „Zniewolony umysł”), K. (cyt. za Franz Kafka, „Proces”) i Humphreyem (cyt. za brytyjski serial „Yes, Minister” i jego kontynuacja „Yes, Prime Minister”). Nawet ich płeć nie musi odpowiadać użytym przeze mnie gramatycznym formom. 

Alfa ma poglądy euroentuzjastyczne i lewicowe. W każdym razie miał takie poglądy, kiedy przyjechał tu z Polski. Właśnie dlatego tak bardzo posmutniał, scyniczniał. Rozziew między oficjalnym optymizmem unijnego języka, a codziennym użeraniem się po gabinetach był dla niego zbyt wielki. Widać to na jego twarzy, poszarzałej, smutnej, nawet kiedy fascynująco opowiada o prawdziwym znaczeniu, jakie mają dla Komisji – i dla całej Unii – rozpoczynające się właśnie negocjacje z USA w sprawie stworzenia wspólnej strefy wolnego handlu. Tak jak Wspólnota Węgla i Stali nie była projektem rynkowym, ekonomicznym, ale ściśle politycznym (tyle że na początku była to polityka prowadzona ekonomicznymi środkami), tak samo rozpoczynające się negocjacje handlowe UE-USA, a szczególnie tocząca się teraz w Komisji i Parlamencie walka o kształt „mandatu negocjacyjnego” – to nie jest ekonomia, ale polityka w stanie czystym. Największymi entuzjastami tego skoku na główkę w otwartą przestrzeń globalizacji są oczywiście Niemcy. Oczywiście dlatego, że tylko gospodarka niemiecka nie boi się dziś konkurować na globalnym rynku. Niemcy są też prawie zupełnie obojętni na przerażenie Francuzów domagających się ograniczenia mandatu negocjacyjnego w obszarach „ochrony europejskiego przemysłu obronnego, ochrony europejskiego rynku rolnego, ochrony europejskich dóbr kultury...”. Ale jeśli obecna Komisja pod kierunkiem słabego Barrosso chciałaby przez ostatni rok swej kadencji doprowadzić negocjacje z Obamą do końca albo przynajmniej tak daleko, żeby mieć swój udział w tym historycznym przesięwzięciu, to także dlatego, że wizja strefy wolnego handu UE-USA jest dziś dla Unii wielką ucieczką do przodu przed kryzysem, a może nawet przed politycznym rozpadem. Szczególnie Niemcy (w Berlinie, w Brukseli) mają nadzieję, że w ten sposób utrzymają w Unii Camerona i Anglię. Anglicy chcą dziś uciec z UE w swoją mityczną „przestrzeń atlantycką”, ale dokąd uciekną ze strefy wolnego handlu UE-USA? Na swoje imperialne Falklandy? Do Hongkongu, gdzie księgowi z londyńskiego City już dziś uczą chińskich neomandarynów, jak unikać płacenia podatków?


Kiedy Alfa mówi mi o tym wszystkim, wchodząc coraz głębiej w opis negocjacyjnych strategii Komisji i Parlamentu, zapomina o swojej niedoleczonej depresji. Nawet on przeczuwa istnienie potencjału realnej unijnej polityki. Ukrytego gdzieś głęboko, we wnętrznościach biurokratycznej maszyny, która go zmieliła.


Z kolei K. wywodzi się z dawnej polskiej prawicy, metapolitycznej, medialnej. Czy też raczej z tego przekornego nurtu, który na początku lat 90., nie mając jeszcze żadnej sprecyzowanej ideowej tożsamości, uwikłał się w konflikt Wałęsą, a z innych jeszcze powodów także z „Gazetą Wyborczą”. Jakiekolwiek nie byłyby obiektywne i subiektywne przyczyny tamtych konfliktów, dziś wielu z nas rozumie, że te mordobicia nie były nikomu potrzebne. Cóż z tego, kiedy już się stały, a ich konsekwencje są nieodwracalne. Przynajmniej w Polsce, bo tutaj w Brukseli K. z coraz większym dystansem obserwuje swoich dawnych kolegów i koleżanki z dziennikarskiego i politycznego prawicowego świata. Postępujących coraz głębiej w szaleństwo. Jemu samemu Bruksela dała wyzwolenie najpierw od PO-PiS-owej wojny, potem od Smoleńska. Ale nadal łatwiej, w większym zaufaniu, rozmawia mu się z „byłymi prawicowcami”, takimi jak ja. K. opowiada mi zatem całkiem szczerze o swoim pierwszym zderzeniu z biurokratyczną praktyką Komisji. „Przygotowałem swoje pierwsze opracowanie, myślę że było dosyć udane”. Faktycznie, bardzo był wtedy dumny ze swoich odważnych tez i nieskazitelnej francuszczyzny. Zaniósł dzieło do adresata, do gabinetu szefa, który popatrzył na niego zdziwiony i zaniepokojony tym, że dostał żądany dokument tak szybko. Potrzymał go przez parę dni, po czym zwrócił mówiąc, że trzeba będzie nad tym jeszcze sporo popracować. „Nie wiedziałem, o co mu chodzi, bo kryteriów tego 'popracowania' nie przedstawił żadnych” - mówi K. Długo próbował zrozumieć, gdzie popełnił błąd. W końcu poprosił o radę ludzi z dłuższym stażem. Ci wszystko mu wyjaśnili. „Przez następne tygodnie przepuściłem moje opracowanie przez kilkanaście sąsiednich biur na naszym korytarzu, poszedłem nawet do kilku biur na innych piętrach”. Zbierał poprawki, raczej na poziomie interpunkcji niż sensu. Kiedy jeszcze raz zaniósł ten sam praktycznie dokument temu samemu szefowi, tyle że poznaczony kciukami kilkunastu innych szefów wydziałów i biur, został pochwalony, potem awansowany. A jego dokument trafił nawet na biurko jednego z komisarzy. Pytam K., czy widzi jakiś sens swojej pracy, który nie sprowadzałby się wyłącznie do stabilności zatrudnienia, wysokiej pensji i wyzwolenia od obłędu dzisiejszej polityki polskiej? Czy jest ktoś, może na samej górze, któremu ta biurokratyczna machina dostarcza jednak możliwości uprawiania „europejskiej polityki”, podejmowania suwerennych decyzji? W pierwszym odruchu K. z goryczą odpowiada: „nie”. I dodaje, że on sam nauczył się przez te lata jedynie sprawnego chodzenia po labiryncie. „Żeby ci nic nie spadło na głowę i żebyś z tego wszystkiego nie wypadł, o co zresztą jest trudno, no bo wiesz... jak raz zostaniesz wpuszczony do środka...”. Ale kiedy gorycz mija, po pierwszej odpowiedzi pojawia się druga. K. pracuje w bardzo szeroko rozumianym pionie praw człowieka. Pomaga ludziom, broni ludzi przed ludźmi. Nie chrześcijan przed muzułmanami albo odwrotnie. Nie Palestyńczyków przed Żydami albo odwrotnie. Nie Tutu przed Hutsi albo odwrotnie. Ale właśnie ludzi przed ludźmi (w tym wymiarze polityka Unii zdecydowanie neguje słynny aforyzm de Maistre'a, który, jak twierdził, nigdy nie spotkał człowieka, a jedynie Francuzów, Niemców, Anglików czy Rosjan). Unia próbuje ratować ludzi przed tym, co potrafią sobie wzajemnie zrobić, jeśli tylko różnica siły będzie pomiędzy nimi wystarczająco duża. Przyglądam się sprawom, nad którymi K. właśnie pracuje. Lista interwencji ratujących życie i wolność bardzo konkretnych osób, wszelkich narodowości i wyznań, z paru najgorszych części świata, gdzie albo powrócił „stan natury”, albo nigdy nie zdołano z niego wyjść. Porównuję tę listę z ulubionym tematem zapytań poselskich polskich prawicowców w europarlamencie: „co Unia zrobiła, aby bronić przed prześladowaniami chrześcian w Nigerii, chrześcijan w Indiach, chrześcijan...?”. W Nigerii islamistyczne bojówki z Północy mordują chrześcijan, a w odpowiedzi żołnierze chrześcijańskiego rządu z Południa masakrują muzułmańskie wioski. Już od dawna nie wiadomo, co jest atakiem, a co odpowiedzią. Unia stara się pomagać ofiarom z obu stron, obu wyznań, wymusza niekończące się rozmowy pokojowe, które rzadko przynoszą skutek. Jednak te pytania: „co Unia zrobiła, żeby bronić chrześcijan?!”, zadawane na każdej plenarnej sesji europarlamentu przez ludzi, którzy – w jednym czy drugim wypadku akurat to wiem – nie są w ogóle wierzący i dlatego tak łatwo przychodzi im instrumentalizacja wiary, mają służyć napiętnowaniu Unii jako „antychrześcijańskiego potwora”. I zawsze się przydadzą, kiedy w kolejnej kampanii wyborczej przyjdzie się tłumaczyć przed o. Rydzykiem z własnego brukselskiego dorobku („broniliśmy tam chrześcijan!”). 

K. nie chce nawet o tym mówić, zna zbyt wielu takich ludzi, zna ich od zbyt dawna. Ale mówi inną ciekawą rzecz, tym ciekawszą, że będąc w Polsce bliżej raczej centroprawicy nie uwewnątrznił nigdy genderowego języka. „Wiesz, w moim pionie, zajmującym się prawami człowieka, ratowaniem życia, wyciąganiem z więzień, najwięcej pracuje po pierwsze osób z 'nowej Europy' (zgodnie z regułami politycznej poprawności zamiast o „nowej Europie” mówi się teraz o „krajach UE-10”), a po drugie, pracują tu prawie wyłącznie kobiety”. Faceci uważają ten pion za „zbyt mało przyszłościowy”, „zbyt mało polityczny”, „stąd rzadziej się awansuje”.

I wreszcie Humphrey, dający sobie radę chyba nalepiej z całej trójki. Na nieco wyższym stanowisku, dostający na biurko „bardziej polityczne” dossiers. Tam gdzie Alfa widzi przepaść pomiędzy oficjalnym językiem emancypacji, a siecią poblokowanych decyzji i interesów, tam gdzie K. widzi niekończący się labirynt korytarzy i drzwi, Humphrey zaczyna już dostrzegać bardzo realne polityczne decyzje, dotyczące w jego akurat wypadku ujednolicania prawa unijnego w paru ważnych dziedzinach. „Dostarczamy dzisiaj coraz większej części prawa krajowego całej Europie, bo mamy więcej kompetencji, więcej czasu i więcej spokoju ze strony mediów. Mamy wszystko, czego krajowe parlamenty mają coraz mniej. To się nazywa 'implantacja'” - dodaje, śmiejąc się trochę z własnego uwewnętrznionego żargonu. 

To bez wątpienia jest polityka. Polityka poważna, choć prowadzona w specyficzny sposób. Stąd ksywa „Humphrey”, którą mu nadałem. Od bohatera serialu „Yes, Minister” (to był zresztą ulubiony serial całego średniego pokolenia polskich konserwatystów, kiedy byli jeszcze konserwatystami, długo przed Smoleńskiem). Tytułowy Humphrey to wieczny szef służby cywilnej, który swego pochodzącego z demokratycznego wyboru ministra, a potem premiera, traktuje jak dopust Boży. Jak ignoranta, przed którym należy chronić ciągłości i kompetencji państwa – czyli służby cywilnej, czyli biurokracji państwowej. Kiedy w jednym z pierwszych odcinków świeżo wybrany minister dowiaduje się od Humphreya, że w jego resorcie pracuje osiemdziesięciu podsekretarzy i dwustu asystentów sekretarzy, pyta, czy któryś nich umie pisać na maszynie? Urażony Humphrey odpowiada: „ależ oczywiście, że żaden z nich nie umie pisać na maszynie. Na maszynie pisze pani MacKay, sekretarka”. Niezrażony minister (poczciwy naiwniak, nawet do cynizmu niezdolny) pyta: „a czy obywatele w demokracji nie powinni o tym wszystkim wiedzieć”? Humphrey odpowiada surowo: „nie, panie ministrze, ta wiedza by ich tylko upokorzyła, wciągnęła we współodpowiedzialność, uczyniła współwinnymi. Jedynie ignorancja pozwala obywatelom zachowywać godność”. 

Na samych wyżynach biurokratycznego aparatu Komisji, gdzieś pomiędzy szefem wydziału, a komisarzem, pojawia się Wielki Humphrey. Podmiotowy, nawet jeśli biurokratyczny element europejskiej konstrukcji pozwalający z pełną odpowiedzialność nazwać ją „ustrojem mieszanym”. Gdyż oczywiście Wielki Humphrey nie ma legitymizacji demokratycznej, a mimo to jego rola w życiu tego kontynentu jest pozytywna. Tylko czy my jesteśmy gotowi przyjąć wiedzę o istnieniu Wielkiego Humphreya nie oburzając się zbytnio? Czy też wolimy „zachować godność wynikającą z ignorancji”? Ale nawet Wielki Humphrey jest, a w każdym razie powinien być, narzędziem polityki, której ogólne przynajmniej kierunki obywatele powinni znać i zatwierdzać. Inaczej marzenie o „europejskim demosie” pozostanie marzeniem na zawsze. Kiedy jednak pytam, czy w tej biurkratycznej machinie Komisji jest duch i jak on ewentualnie wygląda, odpowiadają mi zmieszane spojrzenia i skrępowane pochrząkiwania. W końcu słyszę: „porozmawiaj z X-em, to taki siedemdziesięcioletni Angol, który był kiedyś szefem gabinetu Jacquesa Delorsa. On może jeszcze coś wiedzieć o jakimś projekcie. Albo w tamtych czasach coś usłyszał o projekcie od Jacquesa...”.

Zatem najbliższy prawdy jest K. ze swoją kafkowską wizją skomplikowanej biurokratycznej konstrukcji, którą pozostawili nam w spadku ojcowie założyciele przerażeni wojną. Chcąc, by brukselska biurokracja jak najbardziej skomplikowała prostotę narodowych i ideologicznych tożsamości i roszczeń, które dwa razy zniszczyły Europę. A przecież wiemy, że energia prostoty jest niewyczerpana.

Może jednak lepiej byłoby, gdyby urzędnicy Komisji sami mogli przemówić. Tak jak dziś nie mogą, oddając przez to pole z jednej strony zbyt anielskiemu językowi oficjalnej unijnej propagandy, a z drugiej wrzaskowi populistów. A może to dopiero byłaby katastrofa, gdyby Wielki Humphrey otwarcie przemówił do ludu? Nie mam pojęcia, od dawna już nie mówię do ludu, ani go nie rozumiem. Ale wydaje mi się, że przynajmniej dla niektórych jednostek prawda zawsze jest lepsza niż cynizm. 


Źródło: Dzeinnik Opinii KP

piątek, 7 czerwca 2013

Ignacy Karpowicz: Cywilizacja śmierci jest dużo lepsza i sprawiedliwsza

Biskupi, prawicowi publicyści, katolicy – wszyscy bronią cywilizacji życia, która jest podobno coraz bardziej zagrożona. Tymczasem znalazła się osoba, która nie godzi się na cywilizację "nakazu i zakazu". Zdaniem pisarza Ignacego Karpowicza, cywilizacja śmierci to "cywilizacja wolności i wiary w wolną wolę". – Czy to oznacza, że mogę go zamordować lub on mnie? – pyta zaś Tomasz Terlikowski.

Nie często czyta się wywiady, w których ktoś jawnie sprzeciwia się cywilizacji życia. Ignacy Karpowicz w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" idzie znacznie dalej. "Moja umiłowana cywilizacja śmierci" – stwierdza pisarz. Co widzi w umiłowanej i bronionej przez biskupów cywilizacji życia? Samo zło.

Autor mówi w wywiadzie o swojej najnowszej książce "Ości". Za poglądami bohaterów kryją się jednak przekonania, które są bliskie samemu Karpowiczowi. "Cywilizacja śmierci jest (...) najlepszym rozwiązaniem dla ludzkości" – stwierdza pisarz. Jego zdaniem, trudno mówić o życiu w innej cywilizacji, skoro i tak wszyscy jesteśmy skazani na to samo.

IGNACY KARPOWICZ
Fragment wywiadu dla "Gazety Wyborcze"
Po pierwsze, wszyscy umrzemy, w związku z tym to pejoratywne określenie staje się zwyczajnie oznajmujące. Tak, żyjemy w cywilizacji śmierci i nikt jej nie umknie. Po drugie, ta cywilizacja ma wybitne osiągnięcia. pozwalające większej liczbie ludzi żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami i potrzebami: wygodna antykoncepcja, in vitro, ograniczenie przemocy wobec słabszych, uznanie kobiety za prawdziwego człowieka, ograniczenie cierpienia zwierząt i wiele innych.

Tomasz Terlikowski twierdzi, że słowa Karpowicza są typową próbą zniechęcenia ludzi do cywilizacji życia. – To klasyczne wmawianie, że cywilizacja życia jest pełna zakazów i nakazów, że jest najstraszniejsza, opresyjna. A w rzeczywistości, wychwalanie cywilizacji śmierci to próba udawania, że wszystko nam wolno, bo umrzemy – mówi redaktor naczelny serwisu Fronda.pl. Dlaczego, zdaniem Terlikowskiego, taki sposób rozumowania jest błędny? – Z faktu, że wszyscy umrzemy nie wynika, że ja go mogę zamordować lub on mnie – uważa publicysta.

Bałagan pojęciowy


Według Małgorzaty Mąsiorskiej z Catholic Voices, w wypowiedziach Karpowicza panuje bałagan pojęciowy. Ma on polegać na dobieraniu sobie wygodniejszych treści do pojęć, a nie trzymanie się ich istoty. – To, że wszyscy umrzemy, nie jest oznaką cywilizacji śmierci. Przypomnijmy zatem, co miał na myśli autor pojęcia, czyli papież Jan Paweł II. Pojęcie "cywilizacji śmierci" wg teologii moralnej odzwierciedla stosunek ludzi do życia, dodam że chodzi o takie czyny jak: aborcja, morderstwo, ludobójstwo, antykoncepcja, pedofilia, czy in vitro. W istocie te czyny stoją w opozycji do wartości życia samego w sobie, rodziny i społeczeństwa. Zatem "cywilizacja życia" to podkreślenie wartości i świętości życia, godności człowieka i co za tym idzie to budowanie klimatu wzrostu dla rodziny i dawanie poczucia bezpieczeństwa człowiekowi – uważa Mąsiorska.

Koordynatorka Catholic Voices twierdzi, że pojęcia użyte przez pisarza wymagają uporządkowania. – "Osiągnięcia" cywilizacji śmierci, to nic innego jak argument za porażką, a nie osiągnięciem tejże cywilizacji. Argument, jakoby wcześniej nie można było żyć z własnymi przekonaniami też jest dość chybiony. Nikt bowiem nie ma ostatecznego wpływu na postępowanie jednostki poza nią samą. Zatem człowiek ostatecznie sam o sobie decydował i tak postępował. Warto również zaznaczyć, że nie trzeba sięgać do wielkich badań, czy nauk humanistycznych, a po prostu logicznie pomyśleć, że ostatecznie narzędzia typu antykoncepcja, in vitro czy aborcja, nie doprowadzają do wolności i prawdziwego szczęścia człowieka – twierdzi Małgorzata Mąsiorska.

Ściemnianie i głupota

Ignacy Karpowicz twierdzi, że jedynie cywilizacja śmierci jest w stanie zagwarantować człowiekowi wolność, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Twierdzenie do powstało na bazie negatywnej oceny cywilizacji życia, która zdanie artysty nie ma nic wspólnego z wolnością. Karpowicz kojarzy ją bowiem z opresyjnością.

IGNACY KARPOWICZ
Fragment wywiadu dla "Gazety wyborczej"
Cywilizacja śmierci to cywilizacja wolności wyboru i wiary w wolną wolę, ona wierzy w człowieka i zawsze stoi po jego stronie. Cywilizacja życia natomiast to cywilizacja nakazu i zakazu, opresji. Cywilizacja śmierci - ekspresji. To świat, w którym żyję i nie zamierzam opuszczać. Moja umiłowana cywilizacja śmierci. Dużo lepsza i sprawiedliwsza od poprzedniej cywilizacji życia. Mniej ściemniana, a tyle samo głupoty.

Terlikowski nie zgadza się także z tym, że cywilizacja śmierci daje ludziom wolność wyboru. – Owszem, może i daje. Ale tylko silnym jednostkom. Ludzie słabi są w tej "wolności" wyłączeni z prawa do życia i nie mają prawa głosu. Są kraje w ramach cywilizacji śmierci, które nie dają prawa życia nienarodzonym dzieciom. Istnieją też takie kraje, które odbierają to prawo również tym, którzy przyszli na świat, lecz nie spełniają określonych standardów. Przecież w niektórych miejscach na świecie zabijanie noworodków jest dopuszczalne. To właśnie są ludzie, którzy nie mogą się bronić. Ostrożnie zatem z tą "wolnością" – nawołuje publicysta. 

Naczelny Frondy.pl mówi w rozmowie z naTemat, że byli już tacy, którzy głosili pochwały dla cywilizacji śmierci. – O wolność nawoływali już inni, na przykład hitlerowcy. Tylko silni mieli do niej prawo, a reszta miała się podporządkować – przywołuje publicysta. Terlikowski przestrzega przed zajmowaniem takiego stanowiska, jak Ignacy Karpowicz. – Zarówno ja, pan, jak i Karpowicz, w każdej chwili możemy stać się tymi słabszymi. Nikt nie wie, czy za chwilę nie stanie sięniepełnosprawny – mówi dziennikarz.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego, cywilizacja śmierci jest tak naprawdę "cywilizacją mordowania niewinnych i słabszych". – Niepełnosprawni mieszkający w Wielkiej Brytanii bronią się przed wprowadzeniem eutanazji. Boją się, że ktoś uzna ich jakość życia jest zbyt niska i będzie naciskał, by ich tego życia pozbawić. Przestrzegałbym pana Karpowicza przed taką zabawą słowami, bo może ona być niebezpieczna – mówi nam Tomasz Terlikowski.

Relatywizm uczy pokory?

Autor powieści "Ości" broni nie tylko cywilizacji śmierci, ale także często atakowanego dziś relatywizmu. Zdaniem Karpowicza, tak "zajadle" krytykowany przez zwolenników relatywizmu relatywizm jest cennym osiągnięciem, szczególnie gdy włączymy w niego empatię i etykę. Wówczas może sprawiać, że staniemy się bardziej wnikliwym obserwatorami i nie będziemy tak łatwo wyciągać pochopnych ocen.

IGNACY KARPOWICZ
Fragment wywiadu dla "Gazety wyborczej"
Świat relatywny nie musi być nieetyczny. Relatywizm uczy ostrożności sądzenia, pokory wobec świata, to nie jest strategia nastawiona na konfrontację.

– Cywilizacja śmierci wg teologii moralnej doprowadza do samozagłady społeczeństwa – mówi w rozmowie z naTemat Małgorzata Mąsiorska. – W relatywizmie konfrontacja przychodzi sama gdy człowiek zauważy, że skutki decyzji i zbieranie ich konsekwencji po prostu naturalnie sprawią, że człowiek zaczyna sobie zadawać pytanie o sens i prawdę. Co do wolności wyboru, jako cechy cywilizacji śmierci I wiary w człowieka to powiem tylko tyle, że zadziwiające jest zatem rozumienie tych pojęć przez autora wypowiedzi, chodzi tu bowiem o wybory mające na celu ostateczne zniszczenie. Daje jednak pozory szczęścia i swobody niczym nie ograniczonej, co nie prowadzi do spełnienia człowieka – tłumaczy koordynator Catholic Voicies. 

Czytaj także:

Tomasz Terlikowski: Walka o dusze toczy się w mediach [wywiad]


Armand Ryfiński - papież antyklerykałów. "Przez niego 10 proc. to dla Ruchu Palikota sufit"

Źródło: naTemat.pl