"Stan Wyjątkowy". Morawiecki ograł Kaczyńskiego. Nawrocki wyrzuca Cenckiewicza. Tusk grozi Pełczyńskiej-Nałęcz
26 kwietnia 2026
To koniec pewnej epoki w PiS — Jarosław Kaczyński okazał się zbyt słaby, aby wyrzucić z partii lub zmusić do ukorzenia się Mateusza Morawieckiego i jego stronników. Przez ponad dwie dekady z PiS wylatywali wszyscy, którzy mieli odwagę i czelność postawić się Kaczyńskiemu. Morawiecki stał się pierwszym bezczelnie odważnym lub odważnie bezczelnym, który ograł Kaczyńskiego. Prezes właśnie usankcjonował odrębną frakcję Morawieckiego w partii — to stowarzyszenie, do którego zgłosiła się jedna piąta parlamentarzystów PiS. Jedyne co Kaczyński wywalczył to deklaracja Morawieckiego, że nie będzie rekrutował nowych członków. To zrozumiałe, bo dysponujący czasem i pieniędzmi Morawiecki mógłby przeciągnąć na swoją stronę znaczącą część radnych PiS, na których opiera się partia w terenie.
Zdaniem twórców słuchowiska politycznego "Stan Wyjątkowy" Andrzeja Stankiewicza i Dominiki Długosz momentem zwrotnym nie była sama zapowiedź Mateusz Morawiecki o rejestracji własnego stowarzyszenia. Prawdziwe znaczenie miało dopiero to, co Morawiecki pokazał chwilę później — listę założycieli. A na niej niemal 40 parlamentarzystów, czyli mniej więcej co piąty członek klubu PiS. To była demonstracja siły.
Nagle okazało się, że w partii, którą Kaczyński przez lata trzymał żelazną ręką, wyrosła frakcja nie tylko liczna, ale — co ważniejsze — lojalna wobec kogoś innego. W realiach PiS to niemal herezja: lider może być tylko jeden. Prezes sięgnął więc po repertuar dobrze znany z wcześniejszych buntów — najpierw twarda ręka, potem próba miękkiego przekonywania. Problem w tym, że tym razem te metody okazały się zaskakująco nieskuteczne. Morawiecki nie był kolejnym szeregowym buntownikiem, którego można politycznie przeczekać albo złamać.
W tej sytuacji Kaczyński stanął pod ścianą. Mógł zagrać va banque: wyrzucić ludzi Morawieckiego i udawać, że kontroluje sytuację, ryzykując jednak potężny rozłam, sięgający też struktur terenowych — czego nigdy w PiS nie było. Mógł też zrobić coś, co jest sprzeczne z jego politycznym DNA — cofnąć się i szukać porozumienia. Wybrał to drugie. W polityce Kaczyńskiego dezercja nie są oznaką taktycznej finezji. To twardy dowodem na to, że prezes jest zbyt słaby, aby zareagować po swojemu, czyli atakiem.
Nie widzieliśmy Kaczyńskiego w takiej defensywie od półtorej dekady
Przyznajemy — nie widzieliśmy Kaczyńskiego w takiej defensywie, odkąd w 2011 r. przegrał wybory parlamentarne i wyrzucił Zbigniewa Ziobrę. Jest nawet gorzej. Wówczas Kaczyński nie miał tak poważnej prawicowej konkurencji jak Konfederacja i Korona Brauna, dlatego mógł sobie pozwolić na to, by wysłać do diabła domagającego się zwiększenia swej władzy w PiS Ziobry. Dziś wobec stawiającego podobne żądania Morawieckiego prezes jest bezsilny.
Obawia się, że rozłam mógłby dobić PiS. Partia wciąż się nie może podnieść z kryzysu, w który wpadła po wyborach prezydenckich. Wydawało się, że wygrana prezesowskiego wybrańca Karola Nawrockiego podbije notowania PiS i otworzy partii usłaną różami drogę do odzyskania władzy. Okazało się dokładnie odwrotnie. Radykalizm Nawrockiego — który przydał się w drugiej turze wyborów, by przyciągnąć wyborców Mentzena i Brauna — okazał się gigantycznym problemem dla PiS. A to dlatego, że wyborcy radykalni może i zagłosowali na Nawrockiego, ale nie mają ochoty głosować na PiS. Co więcej — po radykalnej kampanii Nawrockiego część dotychczasowego, twardego elektoratu PiS zaczęła odpływać do Konfederacji i Korony.
Tak, Kaczyński jest dziś zakładnikiem strukturalnych problemów swojej partii. Walczy z koalicją rządzącą, walczy z Konfederacją, walczy z Braunem — i zwyczajnie nie może sobie pozwolić na otwieranie kolejnego frontu. Po pierwsze, Morawiecki jest wciąż popularny i mógłby zabrać PiS parę punktów, a to znaczy, że Kaczyński na trwałe spadłby w sondażach w okolice 15 proc.
W dodatku podział w PiS i nieunikniona wojna z rozłamowcami Morawieckiego przekroczyłaby skalą i poziomem emocji wszystko to, co wiemy o politycznych rozwodach. A to byłby dodatkowy koszt wizerunkowy — i sondażowy.
Wojny w PiS — hejt i wyzwiska lecą na prawo i lewo
To nie jest przesada — są na to dowody. W miniony weekend, gdy przeciąganie liny między Kaczyńskim i lojalną wobec niego radykalną frakcją "maślarzy" (Czarnek, Jaki, Bocheński, Sasin), a Morawieckim i jego "harcerzami" hejt i wyzwiska leciały na prawo i lewo. I to przy otwartej kurtynie. A punktem wyjścia były wywiady, których udzielali, atakując siebie wzajemnie.
Harcerz Piotr Muller: "Dzisiaj jak na dłoni widać różnicę podejść. Premier Mateusz Morawiecki mówi o tym jak poszerzać poparcie dla PiS, , jak wrócić do tego co było możliwe w 2019 r. Mówi o jedności. Duet Patryk Jaki i Jacek Kurski (rozbijający PiS w 2011 r.) w skoordynowanych wypowiedziach w swoich wywiadach próbują wbić ponownie klin w nasze środowisko".
Harcerz Marcin Horała: "Widać jak na dłoni kto wycisza spory, chce mówić o tym, jak prezentować pozytywny program dla Polaków i odbierać poparcie Tuskowi w każdej grupie elektoratu. Kto zaś chce zostawić Tuskowi wolne pole do łowienia we wszystkich grupach wyborców poza radykałami, a ataki kieruje głównie do wewnątrz obozu. Widać też oczywiście, jak różnie mamy naostrzone kredki w naszym piórniku".
Harcerz Paweł Jabłoński, publikując mema ze zdjęciem Jakiego: "Czy to prawda, że pan ze zdjęcia postanowił wczoraj udzielić premierowi Mateuszowi Morawieckiemu wykładu? I to wykładu o tym jak przekonywać wyborców, by głosowali na opozycję? Absolutne kino".
Maślarz Patryk Jaki: "Ludzie Mateusza Morawieckiego postanowili dziś wieczorem wulgarnie mnie obrażać (...), nie używając żadnego merytorycznego argumentu. (...) Kluczowe pytanie: czy akcja, którą od pierwszego dnia ogłoszenia Przemysława Czarnka prowadzi MM ze swoimi ludźmi pomaga PiS czy PO? Niech każdy w swoim sumieniu sobie odpowie a wszystko ułoży się w całość.
Powiedzmy to sobie wprost — Jaki i "maślarze" robią z Morawieckiego zdrajcę. Zaś ludzie Morawieckiego uważają "maślarzy" za idiotów. Czy to są prawdziwe emocje? Tylko ich drobna namiastka.
Można byłoby uznać, że gdy Kaczyński z Morawieckim ogłosili rozejm, to te kłótnie ucichną. Nic z tego.
Maślarz Jacek Sasin: "To ważny i dobry moment dla środowiska patriotycznego. Stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego zawiesza działalność, a najbardziej zaangażowani, twórczy i pełni energii posłowie oraz europosłowie będą indywidualnie zasilać Radę Ekspercką Prawa i Sprawiedliwości.
Maślarz Tobiasz Bocheński: "Bardzo dobry dzień dla obozu patriotycznego. Działalność stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego zostaje zawieszona. Wszyscy aktywni, kreatywni, pełni pomysłów posłowie i europosłowie wchodzą do Rady Eksperckiej PiS, w której będą realizować swoje inicjatywy" — napisał w serwisie X europoseł PiS Tobiasz Bocheński.
Harcerz Janusz Cieszyński: "Kiedy wydawało się, że prościej się nie da, on i tak nie zrozumiał".
Harcerz Michał Dworczyk: "Działalność Stowarzyszenia nie tylko nie zostaje zawieszona ale — jak tylko zostanie zarejestrowane — rzucamy się w wir działań".
Harcerz Waldemar Buda: "Tobiasz, z całym szacunkiem, skasuj to".
Kaczyński i Morawiecki się nie dogadali. Oni zawarli taktyczny rozejm
Wbrew oficjalnej wersji, Kaczyński i Morawiecki się nie dogadali. Oni zawarli taktyczny rozejm, żeby uspokoić sytuację w partii, aby takie publiczne wyzwiska przestały się publicznie pojawiać.
W praktyce jednak konflikt nie znika. Po pierwsze Kaczyński się nie zmienia — na dłuższą metę nie zaakceptuje dwuwładzy w partii. Na taki scenariusz gra Morawiecki, który chce mieć w PiS niezależną od Kaczyńskiego pozycję drugiego lidera. I takie uzyskał ustępstwa: prezes zgodził się na działanie jego stowarzyszenia, pod warunkiem, że nie będzie rekrutował nowych członków i włączy je w prace organów doradczych partii. Ale dzień prezesowskiego sądu może przyjść w każdej chwili. Tym bardziej, że rejestracja stowarzyszenia jest finałem całej serii niesubordynacji Morawieckiego, który otwarcie kwestionuje radykalną linię polityczną Kaczyńskiego, spotyka się z przedstawicielami obozu władzy i podważa kandydaturę Przemysław Czarnka na premiera, odmawiając realnego zaangażowania w jego kampanię.
Morawiecki nie po to szedł do polityki, by być statystą w cudzym show
Po drugie, Morawiecki nie po to szedł do polityki, by być statystą w cudzym show. Zrezygnował z opłacanej milionami prezesury banku zagranicznego, bo chciał dużej politycznej władzy. Miał wcześniej ofertę ministerialną od Tuska, gdy był jego doradcą od 2010 r. Ale chciał więcej — i dał mu to Kaczyński oferując w 2015 r. stanowisko wicepremiera gospodarczego z perspektywą zastąpienia premier Beaty Szydło, co nastąpiło pod koniec 2017 r.
Przez kolejne 6 lat Morawiecki był premierem i wciąż ma wysokie oczekiwania. A Kaczyński najpierw odmówił mu poparcia PiS w wyborach prezydenckich, a teraz pozbawił partyjnej nominacji jako kandydata na premiera. Stąd wszystkie te niesubordynacje Morawieckiego, który — skoro prezes nie przewiduje dla niego ważnych urzędów państwowych — domaga się autonomicznej pozycji w partii. To daje realną siłę polityczną, a mając realną siłę polityczną Morawiecki przestanie być pionkiem Kaczyńskiego, który można dowolnie przestawiać w zależności od potrzeb prezesa.
Morawiecki chce zastąpić Kaczyńskiego w PiS
Morawiecki nie chce wyjść z PiS. Ponieważ w polityce jest relatywnie krótko, to parę razy zdarzyło mu się wygadać na temat tego, co naprawdę myśli. W jednej z chwil szczerości powiedział wprost, że chce być liderem PiS. To było całkiem niedawno — na początku 2024 r., tuż po utracie władzy przez PiS. "Chciałbym, żeby prezes Jarosław Kaczyński jak najdłużej był szefem PiS, spajał nasz obóz, a potem chciałbym również wystartować w tym zaszczytnym wyścigu" — powiedział. I ten jego priorytet się nie zmienia.
Czemu zatem prowokuje Kaczyńskiego? Ano właśnie dlatego, że walczy o swą pozycję w PiS. Po przegranych wyborach w 2023 r. Kaczyński próbował zrzucić na niego odpowiedzialność za decyzje podejmowane za rządów PiS, które nie spodobały się elektoratowi prawicy — chodzi o negocjacje Unią, pandemię i pomoc Ukrainie.
Pal licho, że z Morawiecki wszystkie kluczowe decyzje podejmował w konsultacji z Kaczyńskim. Wszak prezes jest wyłącznie autorem sukcesów, za porażki odpowiadają zawsze inni. Morawiecki nie chciał się zgodzić na to, że jest chłopcem do bicia dla "maślarzy", którzy przypisują mu odpowiedzialność za utratę przez PiS władzy. I to uzyskał — Kaczyński wydał zakaz krytykowania jego rządów. Inna rzecz, jak długo to będzie skuteczne.
Z takim zawodnikiem prezes PiS jeszcze się w partii nie mierzył — zdeterminowanym, dobrze zorganizowanym i niezależnym finansowo. Kaczyński nie może go nastraszyć, bo nie bardzo ma czym. Wyrzuceniem z list PiS? Ma z czego żyć, w dodatku ma szanse wprowadzić własną partię do Sejmu, w dużej mierze odbierając wyborców PiS.
W dodatku Morawiecki wybrał dobry moment na bunt — właśnie sondażowy kryzys i utratę poparcia przez PiS na rzecz Brauna i Konfederacji. To wiąże Kaczyńskiemu ręce i uniemożliwia prostą rozprawę z buntem w starym stylu prezesa — czyli opresją i przemocą.
Ten konflikt nie zniknie z jednego jeszcze, być może najważniejszego powodu. Otóż to nie jest wyłącznie wojna na szczycie PiS — między dobiegającym 80-tki Kaczyńskim a Morawieckim, który chce go zastąpić. To konflikt, który przeorał partię i podzielił ją na konkurencyjne i jawnie sobie wrogie frakcje "maślarzy" oraz "harcerzy", czego ilustracją są wcześniej przytoczone publiczne awantury. Za kulisami jest jeszcze gorzej — "maślarze" uważają choćby, że sojusznik Morawieckiego europoseł Adam Bielan próbuje zatopić kandydaturę Czarnka. Twórcy "Stanu Wyjątkowego" wiedzą, że Bielan opowiada w kuluarach, że Czarnek to chodzący kłopot, że chłop ma za uszami, a i za kołnierz nie wylewa. "Maślarze" wierzą też, że w relacjach z Amerykanami — które koordynuje w ramach PiS — sączy teorię, że Czarnek jest antysemitą.
Wojna wewnątrz PiS jest już zbyt ostra i angażuje zbyt wielu polityków, aby można ją było zakończyć jednym gestem Kaczyńskiego wobec Morawieckiego. Proszę nam wierzyć — o kolejnych etapach tej walki usłyszymy już wkrótce.
Cenckiewicz odchodzi. Nie należy wierzyć w oficjalne przyczyny dymisji
Tak jak nie należy traktować poważnie deklaracji polityków PiS o jedności, tak nie należy wierzyć w oficjalnie podawane przyczyny dymisji szefa prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomira Cenckiewicza. Oficjalna wersja jest taka — podległe rządowi specsłużby odebrały Cenckiewiczowi dostęp do tajemnic państwowych przez co nie mógł wykonywać swoich obowiązków.
Tyle że Cenckiewicz stracił certyfikat jeszcze zanim został szefem BBN, a zatem w ostatnim czasie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Służby stwierdziły, że Cenckiewicz nie ujawnił w ankiecie bezpieczeństwa — którą wypełnia każdy, kto chce mieć dostęp do informacji niejawnych — specjalistycznych leków, które przyjmuje.
Cenckiewicz zaskarżył tę decyzję do sądów administracyjnych i wygrał — ale znaczy to tylko tyle, że sprawa znów wróciła do rozpoznania przez rządowe służby. A szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, wielokrotnie atakowany przez Cenckiewicza gen. Jarosław Stróżyk zapowiedział, że i tak dostępu do tajemnic mu nie da.
W tej sytuacji dalsze kierowanie przez Cenckiewicza prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego rzeczywiście było utrudnione. Tym właśnie gra Cenckiewicz, tłumacząc w mediach społecznościowych swą dymisję.
"Wobec bezprawnych działań rządu Donalda Tuska, który nie szanuje prawomocnych wyroków sądów i bezpodstawnie odbiera mi prawo dostępu do informacji niejawnych, na ręce prezydenta Karola Nawrockiego w dniu 22 kwietnia 2026 r. złożyłem rezygnację ze stanowiska Sekretarza Stanu — Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Od teraz będę wspierał Pana Prezydenta w zupełnie innej roli. Mojemu następcy — gen. Andrzejowi Kowalskiemu, i wszystkim moim współpracownikom z BBN, udzielam poparcia, dziękuję i życzę powodzenia. Swoją decyzję przemyślałem i podjąłem ją w odpowiedzialności za państwo, którego jeden z ważnych urzędów — Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, został poddany brutalnej ingerencji i presji ze strony rządu Donalda Tuska. Niespotykany dotąd w historii antypaństwowy wandalizm Tuska i jego współpracowników w praktyce sparaliżował normalne funkcjonowanie BBN, zaś mnie uniemożliwił pełnienie funkcji".
Rzeczywiście, brak dostępu do informacji utrudniał Cenckiewiczowi działanie. Ale sprawę dodatkowo komplikowały jego decyzje — choćby zakaz kontaktowania się urzędników BBN z Kancelarią Prezydenta bez jego udziału. Dlatego gdy zastępca szefa BBN gen. Mirosław Bryś uczestniczył w naradach rządowego komitetu bezpieczeństwa m.in. w sprawie przekazania polskich MiG-ów Ukrainie, to informacja na ten temat nie dotarła do prezydenta. Potem prezydent twierdził, że o tych planach nie wiedział, choć jego przedstawiciel siedział na komitecie, gdzie te plany omawiano.
Ale tak naprawdę za tą dymisją stoją przede wszystkim konflikty Cenckiewicza z innymi ministrami prezydenta, zwłaszcza z odpowiedzialnym za sprawy międzynarodowe Marcinem Przydaczem oraz szefem Kancelarii Prezydenta Zbigniewem Boguckim.
Nas najbardziej rozbawiła historia o tym, jak Cenckiewicz i Przydacz na wyścigi kontaktowali się z Waszyngtonem, żeby przekonywać, że to każdy z nich jest doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego — co w Ameryce jest kluczowym stanowiskiem w administracji prezydenta. Faktem jest, że do Amerykanów wersja Cenckiewicza o braku dostępu do tajemnic ze względu na spisek Tuska nie trafiała. Po wizycie Karola Nawrockiego w Białym Domu we wrześniu 2025 r. to Cenckiewicz miał utrzymywać dalsze kontakty z ludźmi Donalda Trumpa, ale to mu się nie udawało.
Cenckiewicz nie potrafi grać w drużynie i zdarzało mu się nawet uderzać w Karola Nawrockiego oraz PiS. Tak było, gdy po przegranych przez Viktora Orbana wyborach napisał w serwisie X elaborat o jego prorosyjskich ciągotach — zaledwie parę dni po tym, jak Orbana wsparli w kampanii Nawrocki, Kaczyński oraz Morawiecki. Przyznał też, że węgierski koncern paliwowy MOL za Orbana współdziałał z Gazpromem. A tak się składa, że PiS sprzedał część stacji benzynowych Lotosu właśnie orbanowskiemu MOL.
O malejących wpływach Cenckiewicza niechaj świadczy to, że mimo iż w swym pożegnanym wpisie ogłosił, że szefem BBN zostanie jego zastępca gen Andrzej Kowalski, to rzecznik prezydenta już zapowiedział, że tak wcale nie będzie, a Kowalski jest jedynie pełniącym obowiązki.
Odejście Cenckiewicza to pierwszy wyraźny dowód na ostre wojny w Pałacu Prezydenckim. Nawrocki musiał ściąć swego bliskiego współpracownika i mentora w imię zachowania elementarnego spokoju.
Polska 2050 wierzga Tuskowi. Premier stawia ultimatum
Premier nie kryje satysfakcji, że Cenckiewicz poległ z ręki Nawrockiego. Ale on sam także ma problemy. Coraz bardziej wierzga mu ministra funduszy i liderka Polski 2050 Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Tusk na wszelkie sposoby pokazuje, że ma jej dość — ostatnio otwarcie cieszył się, kiedy wyjechała i nie było jej na posiedzeniu rządu. Żartował nawet, że mogłaby nie wracać.
Ale odłóżmy emocje na bok — większy problem Tusk ma taki, że część posłów Polski 2050 odgraża się, że poprze zgłoszone przez opozycję wotum nieufności dla ministry klimatu Pauliny Hennig-Kloski. Ponieważ koalicja ma nieznaczną większość, to mogłoby doprowadzić do odwołania ministry — co z kolei wywołałoby rządowy kryzys.
Tusk spotkał się z Pełczyńską-Nałęcz i postawił jej ultimatum — jeśli nie zapanuje nad swoim klubem, to wyleci z koalicji. KPN jest krnąbrna, więc gdy sprawa wyszła na jaw, puściła kilka wpisów w serwisie X, wymierzonych w Tuska: "W Umowie Koalicyjnej zobowiązaliśmy się do współpracy opartej na wzajemnym szacunku. Język ultimatum to łamanie umowy. Koalicja budowana na przemocy to droga do katastrofy". W innym napisała, że jedyne ultimatum, które jest skuteczne, stawia jej pies, gdy żąda spaceru.
Ale KPN jest w trudnej sytuacji — wie, że Tusk jej nie cierpi, a jedynym powodem trzymania w koalicji Polski 2050 jest wspólna większość w parlamencie. Jeśli ta większość się zachwieje — a odwołanie Hennig-Kloski byłyby takim sygnałem — to główny powód udziału Polski 2050 w koalicji zniknie. Na razie — jak słyszymy — dwóch posłów Polski 2050 ma na pewno głosować ręka w rękę z opozycją.
Do ataku na Hennig-Kloskę przyłączył się jej dawny polityczny promotor Szymon Hołownia, który próbuje wrócić z politycznych zaświatów. "Zaprosiliśmy minister Hennig-Kloskę, żeby przed głosowaniem porozmawiała z nami na klubie. Pewnie nie porozmawia, bo skoro koalicja zawisła na niej — wystrzeliła na orbitę geostacjonarną i wydaje jej się, że jest już zbyt ważna, by chodzić do Sejmu i tłumaczyć się posłom. (…) Jak zagłosuję, jak zagłosujemy? Odpowiedzialnie. Nie nad takim, czy siakim nazwiskiem. Nad stabilnością Polski. Co po tym wszystkim zostanie? Jeszcze więcej znanej już wszystkim dobrze, niepodrabialnej koalicyjnej atmosfery".
Na nasze oko i ucho Hennig-Kloska ocaleje. Ale przewidujemy — a właściwie to wiemy — że już wkrótce wybuchnie znacznie poważniejszych konflikt między Koalicją Obywatelską a Polską 2050. A właściwie — Hołownia uzna, że premier go zaatakował. I wtedy koalicja naprawdę może się zachwiać. Proszę śledzić "Stan Wyjątkowy".
Poniżej streszczenie artykułu:
- Mateusz Morawiecki zdołał stworzyć odrębną frakcję w PiS, co stanowi poważne wyzwanie dla Jarosława Kaczyńskiego.
- Kaczyński, obawiając się rozłamu, zdecydował się na taktyczny rozejm z Morawieckim, pozwalając mu na prowadzenie stowarzyszenia.
- Konflikt w PiS nasilił się, a obie frakcje publicznie atakują się nawzajem.
- Odnotowano odejście Sławomira Cenckiewicza z funkcji szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, co może świadczyć o wewnętrznych sporach w pałacu prezydenckim.
- Premier Donald Tusk stawia ultimatum Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, co może prowadzić do kryzysu w koalicji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz