Słynny brytyjski pisarz, McEwan: USA, jeśli będą podążać obecną ścieżką, upadną, 05.04.2026
Słynny brytyjski pisarz: USA, jeśli będą podążać obecną ścieżką, upadną
O tym, czy ludzkość przetrwa, co jest najlepsze w naszych czasach, w czym powieść jest podobna do plotki i czy można się pogodzić ze śmiercią — mówi wielki brytyjski pisarz Ian McEwan.
Newsweek: Świat przeszedł serię katastrof ekologicznych i wojen nuklearnych. USA niemal się nie liczą po okresie wojen domowych. Nigeria jest światową superpotęgą, większość Wielkiej Brytanii pochłonęło morze. Tak wygląda świat w 2119 r. w pana najnowszej powieści. To najlepszy czy najgorszy scenariusz dla ludzkości?
Ian McEwan: Cóż, myślę, że jest dość optymistyczny, biorąc pod uwagę obecny stan świata (śmiech). Oczywiście nie potrafię przewidzieć przyszłości. Zawsze się mylimy, próbując ją przewidzieć. Mogę jedynie spekulować. Książka „Co możemy wiedzieć” odzwierciedla zarówno moje nadzieje, jak i obawy. I przypuszczam, że za 100 lat nie zniszczymy się całkowicie. XXI w. okaże się długą i ciężką podróżą. Z trudem przedrzemy się od jednego kryzysu do drugiego — przeżyjemy dwie lub trzy wojny nuklearne, ogromne fale migracji, a liczba ludności zmniejszy się mniej więcej o połowę. Ale przetrwamy. Tak to widzę.
A jak pan tworzy ten scenariusz dla przyszłości?
— Stany Zjednoczone, jeśli będą podążać obecną ścieżką, upadną. Być może rozpadną się na małe terytoria kontrolowane przez rywalizujących ze sobą watażków.
Są dwie główne drogi prowadzące nas do katastrofy w skali świata. Jedną z nich jest oczywiście zmiana klimatu. Międzynarodowy impet i energia, by coś z tym zrobić, bardzo opadły. W dużej mierze z powodu tego, co dzieje się w USA. I człowieka, który jest prezydentem. Nasza uwaga jest skupiona na czymś innym.
Drugą rzeczą jest to, że pogrążamy się w świecie AI bez żadnego poczucia kierunku. To kompletny dziki zachód. Ameryka nie zamierza tego w żaden sposób regulować. Jest nastawiona jedynie na zysk. I może to spowodować wielkie problemy w najbliższej przyszłości. Zbliżamy się do sytuacji, w której najważniejszą decyzję pozostawimy nie ludziom, ale AI. I to może wymknąć się z naszych rąk. Człowiekowi zajmuje wiele, wiele minut, by podjąć decyzję o wypowiedzeniu wojny. Sztuczna inteligencja może podjąć decyzję w ułamku sekundy. Kryzys kubański to był czas w moim życiu, gdy się najbardziej bałem. Nie przeżyłem niczego gorszego. Miałem wtedy 14 lat. Myślałem, że świat się kończy, że niebawem zginę. Ale wtedy przynajmniej mieliśmy prawie dwa tygodnie na zamartwianie się. A teraz? Myślę, że po prostu spojrzymy w niebo i pomyślimy: „Co to, do diabła, leci w moim kierunku?”. I to może być nasza ostatnia myśl.
Narrator pana książki prowadzi żmudne poszukiwania pewnego zaginionego poematu. Dysponuje niewiarygodną wręcz ilością informacji. W drugiej części dowiadujemy się, że choć tak się starał, niemal we wszystkim się mylił. To kpina z internetu, z którego czerpał wszelkie informacje? Czy raczej przypomnienie, że tak naprawdę bardzo wielu rzeczy nie wiemy?
— Upadek cywilizacji i wojny nuklearne to tylko tło tej powieści. Jej tematem jest raczej natura historii, natura biografii, przyszłość nauk. I trudność w pełnym poznaniu innych ludzi — czyli to, czym powieści zawsze się zajmowały w taki czy inny sposób. Wyobrażam sobie, że za 100 lat każdy będzie miał dostęp do wszystkiego w nigeryjskim internecie: życia codziennego innych ludzi, wszystkich maili do lekarza, do najlepszego przyjaciela. Jednak będzie to prowadziło jedynie do złudzenia wiedzy.
Miotamy się w naszej niewiedzy. I najbardziej świadome stanowisko, jakie można zająć, to bycie świadomym tego, czego się nie wie. Gdybym miał podać kontrprzykład, jest to prezydent Trump, o którym myślałem przez cały dzisiejszy ranek. On nie ma pojęcia o granicach swojej wiedzy. A to bardzo niebezpieczny stan umysłu. Celem edukacji jest uświadomienie ludziom tego, czego nie wiedzą. Tego właśnie nauczyłem się na uniwersytecie wiele lat temu. Dzięki temu zyskuje się szacunek dla ludzi wiedzących rzeczy, których samemu się nie wie. Prezydent Trump nie ma świadomości ograniczeń swojego zrozumienia. To, że czegoś nie wie, nawet nie przyszło mu do głowy. I myślę, że to właśnie czyni go bardzo niebezpiecznym człowiekiem.
Studenci pana bohatera są znudzeni opowieściami o szaleństwach XXI w., czasie katastrof zwanym Zaburzeniami. Interesuje ich tylko czas teraźniejszy. Ale on sam potwornie nam zazdrości. Czego?
— Prawie wszystkiego: koncertów rockowych, parad równości, opery, zawodów w toczeniu sera, lotów transatlantyckich. Jeśli mieszkasz dziś w Europie, być może przeżywasz najlepszy moment w historii ludzkości. A jeśli mamy wziąć odpowiedzialność za planetę, powinniśmy zacząć od docenienia tego, co mamy. Dlatego narrator w pierwszej części książki tęskni za tym, by móc żyć w 2010 lub 2024 r. To jest moja deklaracja w rodzaju: „Obudźcie się, mamy wspaniałe rzeczy. Niesamowitą naukę ścisłą, wspaniałe nauki humanistyczne. Prawdopodobnie nigdy nie mieliśmy tak wielu informacji w zasięgu ręki. O ile nie jesteś w biedzie, nie pogrążasz się w żałobie albo nie wariujesz, to jest wspaniały czas, by żyć”. I za każdym razem, gdy ktoś mi mówi, że chciałby żyć w XVII w., odpowiadam: „Tak, ale co ze znieczuleniem? Możesz iść do dentysty bez bólu. Możesz mieć wycięty wyrostek robaczkowy bez bólu. I przede wszystkim po wizycie u lekarza nadal żyjesz”. Większość ludzkości nigdy nie miała takiej możliwości.
A jeśli chodzi o studentów mojego bohatera, Toma Metcalfe’a, cóż, sam byłem taki w 1967 czy 1968 r., kiedy studiowałem. Uważaliśmy, że nasi rodzice są bardzo nudni. W niedzielny poranek myli samochód, kosili trawnik i chcieli nudnego życia. A powodem było to, że podczas II wojny światowej znaleźli się u bram piekła i pragnęli spokojnego życia. W tamtej wojnie zginęło 80 mln ludzi. A my chcieliśmy marihuanę, rock and roll, dużo seksu. Po prostu nie przejmowaliśmy się przeszłością. Tak jak studenci w mojej powieści nie chcą już słyszeć o minionych szaleństwach. Chcą żyć przyszłością i teraźniejszością.
Centralne miejsce w „Co możemy wiedzieć” zajmują zaginiony cykl sonetów i próby jego odnalezienia. Wierzy pan w wyższość poezji nad powieścią?
— Tak. Nie miałem żadnych wątpliwości, że to musi być wiersz. Uważam poezję za najwyższą formę literacką. To najbardziej skoncentrowana forma wyrażania ludzkiej myśli, jaką mamy. I dlatego pojawiała się w wielu moich powieściach, ale w końcu udało mi się umieścić ją w centralnym miejscu. Oddać jej szacunek. Zazdroszczę poetom — wielkim i dobrym. Uważam, że poezja jest literaturą pierwotną. Jest ściśle powiązana z pieśnią, z tańcem, z rytmem życia, z celebrowaniem chwili. Dlatego miłość jest jednym z jej głównych tematów. A powieść jest znacznie nowszym tworem. W angielskiej tradycji literackiej tak naprawdę zaczęła się w XVIII w. Wiele uczymy się od Jane Austen. Od innych wielkich mistrzów XIX w: Flauberta, Dostojewskiego, George’a Eliota czy Joyce’a. Można by uznać powieści za formę bardzo wyrafinowanych plotek, ponieważ jedną z rzeczy, które uwielbiamy robić, jest siedzenie i rozmowa o sobie i o innych. Poezja ma znacznie dłuższą historię — gdy czytamy Homera, jesteśmy w kontakcie z ludźmi, którzy żyli blisko 3000 lat temu.
Ale jestem niemal pewien, że nigdy nie widziałem napisanego przez pana wiersza. A przeczytałem chyba wszystkie pana książki.
— Jeśli chcesz być poetą, musisz poświęcić temu swoje życie. Trzeba zacząć w wieku 20 lat i po prostu pisać. Tak samo myślę o powieściopisarzach. Wzdrygam się, gdy ktoś mówi: „każdy ma w sobie powieść” albo coś w tym stylu. Poświęciłem powieści życie. Od 56 lat piszę prozę i oddałem się temu całkowicie. Myślę, że z poezją trzeba postępować tak samo. A kiedy ktoś ma 45 lat i decyduje: „Cóż, napiszę trochę poezji”… W porządku, czemu nie. Ale to nie czyni cię poetą.
Czy historia może być dobrym sędzią, czy nie do końca? To jest jeden z tematów pana książki: łudzimy się, że przyszłość oceni nas właściwiej.
— Nie warto polegać na przyszłości, liczyć, że wyda ostateczny osąd na nasz temat. Bo ludzie będą oceniać poezję, sztukę i wszystko inne przez pryzmat swoich własnych zmartwień, obsesji, uprzedzeń i skłonności do zapominania. Jako ludzkość nie możemy wspiąć się na jakąś górę prawdy, stanąć na jej szczycie i poznać wszystkiego.
Jest takie powiedzenie: „historia będzie sędzią”. Będzie to bardzo stronniczy sędzia, tak jak my jesteśmy bardzo stronniczy w naszej teraźniejszości. A na dodatek przyszłość pewnego dnia stanie się przeszłością kogoś innego. Wszyscy jesteśmy uwięzieni w naszych czasach. Jak mówię w powieści, jesteśmy „jak mucha w butelce”. I to dodatkowo ogranicza nasze zrozumienie.
To kolejna pana powieść z wątkiem choroby Alzheimera. Ten wątek przewija się od „Amsterdamu”, za którego dostał pan Bookera blisko 30 lat temu. W „Co możemy wiedzieć” jeden z bohaterów zabija chorego na alzheimera, bo uważa, że tak należy.
— Mój syn jest naukowcem. Zajmuje się chorobą Alzheimera. Moja matka zmarła na tę chorobę. Inny bliski członek rodziny też na nią cierpi. Mam pięciu lub sześciu przyjaciół z chorobą Alzheimera w różnych stadiach. Kiedy osiągasz pewien wiek, na pewno będziesz miał przyjaciół z chorobą Alzheimera. Dlaczego to tak fascynujące i straszne? Wynika to ze smutku i z ciężaru odpowiedzialności, jaki to nakłada na wszystkich wokół, bo można obserwować, jak chora osoba po prostu znika. Kiedy ktoś traci pamięć, w zasadzie traci swoją tożsamość, ale proces ten trwa latami. Zaczyna się od niepamiętania imion i rzeczowników. A kończy się tym, że osoba ta jest jednocześnie martwa i żywa. Jej osobowość znika. Gdy choroba mojej matki osiągnęła zaawansowane stadium i ta nie rozpoznawała nikogo, była już martwa. Żyła i umarła jednocześnie. To było straszne.
Zawsze powtarzam mojemu synowi: „Musisz się pospieszyć. Bo ja mam już 77 lat”. Prawie jedna trzecia z nas na to zachoruje. A im ktoś jest starszy, tym większe prawdopodobieństwo, że tak będzie. Ale mam nadzieję, że w ciągu najbliższych 15 lat znajdziemy lekarstwo na alzheimera.
Tom Metcalfe zazdrości nam, jego zdaniem żyliśmy w lepszych czasach. Czytając pana książki, odnoszę nieraz wrażenie, że pan zazdrości samemu sobie, bo życie w latach 70. było dla pana lepsze.
— Nie wiem. To dla mnie trudne pytanie. Oczywiście wolałbym być młody niż stary. Wtedy miałem więcej radości, więcej apetytu. Podejmowałem większe ryzyko. Po prostu chciałem więcej od życia. Teraz mógłbym spokojnie zostać w domu w sobotni wieczór i czytać książkę. Nigdy nie siedziałbym w domu z książką w sobotni wieczór, kiedy miałem 27 lat. Gdybym tylko mógł nacisnąć przycisk i sprawić, żeby ten 27-letni człowiek mógł żyć moim obecnym życiem… Bo mieszkam w bardzo pięknym starym domu na pięknej wsi, mam cudowną żonę, wspaniałe wnuki, wspaniałe dzieci. W latach 70., kiedy zaczynałem pisać, bywałem czasem trochę szalony z samotności i wariowałem, gdy nie mogłem znaleźć odpowiedniego tematu na powieść lub utknąłem w martwym punkcie. Był taki czas, że zapędziłem się w mroczny ślepy zaułek i uznałem, że muszę zrobić sobie przerwę od pisania. Dopiero w mojej piątej książce — „Dziecko w czasie” — zacząłem zgłębiać tematy, które miały mnie zajmować przez resztę mojego pisarskiego życia: nauka, historia, początki miłości, koniec miłości, polityka, zmiany społeczne. Jeśli się nad tym dobrze zastanowię… Miałem wtedy znacznie więcej niepokoju, ale także szaleństwa i zabawy. Teraz odczuwam głębsze szczęście, mam lepsze życie niż wtedy.
W jakim sensie?
— Na poziomie osobistym mam bogatsze relacje przyjacielskie i miłosne niż w latach 70. Wtedy zawsze prześladował mnie demon związany z pisaniem, związkami emocjonalnymi, przyjaźniami. I nie miałem pieniędzy. Ale to akurat nie było wielkim problemem, nie potrzebowało się ich zbyt wiele. W latach 70. czynsze były bardzo niskie. Nie mieliśmy takich urządzeń, jak komputery czy iPhone’y. Nie miałem samochodu. Miałem tylko trzy koszulki i dwie pary dżinsów. Raz w tygodniu chodziłem do pralni i płaciłem pięć szylingów. Życie było więc dość proste. Ale teraz czuję się szczęśliwszy.
Jak poprawić swoje życie, aby być choć trochę szczęśliwszym? Jaka jest pana rada?
— Zygmunt Freud został kiedyś zapytany, co jest kluczem do udanego życia. Odpowiedział, że potrzebne są trzy rzeczy: dobre zdrowie fizyczne, miłość i przyjaźń oraz satysfakcjonująca praca. To było bardzo praktyczne, biorąc pod uwagę, że pochodziło od Freuda. I tak właśnie jest. Dbaj o swoje zdrowie, pielęgnuj przyjaźnie i znajdź pracę, którą pokochasz. Natomiast wbrew temu, co gdzie indziej mówił Freud, seks wydaje mi się przereklamowany. Zwłaszcza po trzydziestce.
Jakieś 10 lat temu, opisując ówczesną atmosferę, powiedział mi pan: „Faszyzm już wisi w powietrzu”. Jak jest dzisiaj?
— Faszyzm zbliżył się nieco bardziej. Jest w Ukrainie w wyniku rosyjskiej inwazji. Uważam, że Putin jest faszystą. I myślę, że prezydent Trump jest kimś, kto pragnie być jak Putin. Wszystkie jego instynkty zmierzają w kierunku dyktatury. Na szczęście się starzeje i nie będzie rządził dłużej niż kolejne dwa i pół roku. Myślę, że ma demencję. To naprawdę realna możliwość. Czasami mówi rzeczy tak szalone, że mam wrażenie, iż traci rozum. Nie sądziłem, że będzie miał drugą szansę na prezydenturę ani że będzie to tak radykalne, jak widzimy. Jest o wiele gorzej, niż można było sobie wyobrazić.
Tego, co widzimy w różnych wydarzeniach politycznych tutaj, w Wielkiej Brytanii, nie nazwałbym faszyzmem. Ale na głos mówi się rzeczy, których nie można było powiedzieć 20 lat temu. Podobnie we Francji, w Niemczech, gdzie działa AfD, we Włoszech, w niemal całej Europie. To, co wisiało w powietrzu, gdy wtedy rozmawialiśmy, jest jeszcze bardziej wyczuwalne. Dlatego musimy skoncentrować się na oporze. Zadziwia mnie, że Ameryka tak się uciszyła w obliczu Trumpa. Zbytnio nie protestują, po prostu przyjmują to jako coś nieuniknionego. Mimo że Trump jest tak skorumpowany i sam zresztą o tym bez przerwy mówi. Ale muszą uważać, bo nadchodzi moment, po którym nie da się już odzyskać otwartego społeczeństwa. Spójrzmy na to, co dzieje się w Izraelu, na to, co robi tamtejsza prawica. Zachowuje się, jakby upiła się władzą i bronią. A jak jest w Polsce? Martwi się pan?
Oczywiście. Tak dziś jest: zaczynamy dzień od martwienia się, co będzie dalej. Pytanie osobiste. Ma pan 77 lat. Kiedyś wspomniał pan, że po przebudzeniu myślał o sobie jak o kimś, kto ma 30, 32 lata. A teraz?
— To się zmieniło. Jeszcze jakieś cztery-pięć lat temu po otwarciu oczu byłem przekonany, że mam nadal 32 lata. Teraz tak już nie jest. Starzenie się jest jak prowadzenie samochodu, którego nie zmieniałeś od lat. Samochód to twoje ciało i pewnego dnia zauważasz, że odpadło lusterko boczne. Ktoś w nocy ukradł przedni zderzak, a tylne drzwi już się nie otwierają. A potem samochód nie zapala. Musiałem mieć wszczepione nowe kolano. Na razie mogę przejść 5 km. Myślę, że do przyszłego miesiąca będę w stanie przejść 20 km. Sądzę, że do końca roku dam radę robić 30 km. Wtedy znów, gdzieś w głębi serca, będę miał 32 lata. Bo będę mógł chodzić na piesze wycieczki, które tak kocham. A gdy zrobię sobie drugie kolano, będę mógł grać w tenisa. Ale teraz rano budzę się z bólem w kolanie po operacji. I od razu przypomina mi się, jaka jest prawda.
Ktoś mi powiedział, że największą rekompensatą za bycie starszym jest posiadanie wnuków. Jaka jest pana największa rekompensata?
— Wnuki umieściłbym na samym szczycie. Właśnie wtedy, gdy wydaje ci się, że już nigdy nie poznasz nikogo nowego, przeżywasz ten romans. W późnym życiu następuje kolejny wybuch miłości. Tyle że obiekt twojego romansu ma zaledwie metr wysokości. Jeśli masz dzieci i wnuki, chcesz, by projekt zwany ludzkość przetrwał.
Myślę, że był moment w moim życiu, kiedy zdałem sobie sprawę, że jestem od teraz na innej ścieżce. Byłem w samolocie, który właśnie wylądował, zgasła kontrolka pasów bezpieczeństwa i wstałem, żeby wyjąć bagaż ze schowka nad głową. I wtedy piękna młoda kobieta zapytała mnie: „Czy mogę pomóc panu zdjąć bagaż?”. Pomyślałem: „Och, jestem na nowym etapie. Moja relacja z ludzkością, z tą piękną kobietą, jest zupełnie inna. I nadszedł czas, by to zrozumieć”. Nie wyznaję żadnej religii. Ale coraz bardziej godzę się z ideą śmierci. Pojawił się u mnie pewien rodzaj spokoju, którego nigdy wcześniej w życiu nie zaznałem.
Skąd ten spokój przyszedł?
— Cóż, wiem, że to się stanie. Nie mogę z tym walczyć. Umrę. Odchodzę w całkowity niebyt. Na zawsze. I to się już dzieje. Kiedy myślałem o tym w wieku 30 lat, ogromnie mnie to przerażało. Myślałem, jakie to straszne. Teraz czuję się z tym trochę lepiej. Nie do końca, ale trochę lepiej. To jedna z lepszych rzeczy w byciu 77-latkiem: pewien rodzaj spokoju. Chyba że nie mogę znaleźć kluczy, portfela, okularów. Wtedy cały mój spokój od razu znika.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz