środa, 16 października 2013

LESZCZYŃSKI: PRL PRZYNIÓSŁ AWANS CYWILIZACYJNY

Nie istnieje prosta ścieżka od tradycji do nowoczesności. 15.10 dyskusja z udziałem Adama Leszczyńskiego zainauguruje semestr w ISZ.
Marcin Jaworek: W Skoku w nowoczesność pisze pan, że   procesy modernizacyjne podejmowane w krajach biednych w ostatnim pięćdziesięcioleciu dziś często wydają się nam nieracjonalne – podczas gdy z perspektywy ówczesnej takie nie były. Co się zmieniło?

Adam Leszczyński: Przede wszystkim dość powszechnie wierzono – zarówno w krajach biednych, jak i bogatych – w konieczność planowania gospodarczego i bardzo szerokiej interwencji państwa w gospodarkę. Mniej więcej od lat 30. do końca lat 60. XX w. dominował w krajach zachodnich pogląd, że wolnorynkowy kapitalizm przynosi pożądane społeczne rezultaty tylko w pewnych wąskich dziedzinach aktywności gospodarczej – np. produkcji dóbr konsumpcyjnych. To było rozpowszechnione nie tylko w krajach socjalistycznych, ale również np. w USA. W szczególności uważano, że rynek utrwala zacofanie gospodarcze, bo do jego przełamania trzeba wielkich inwestycji, których kapitalista nigdy nie podejmie, bo mu się nie opłacają.
  
To zaczęło się zmieniać w latach 70. Wówczas znów zaczęto wierzyć w siłę wolnego rynku. Tym samym zaczęto uważać, że rynek jest skutecznym narzędziem, a planowanie gospodarcze tylko dezorganizuje „naturalne” procesy zachodzące w gospodarce. Przekonanie o zaletach gospodarki planowanej może się dziś wydawać nieracjonalne czy głupie, tymczasem należy pamiętać, że ówcześni decydenci (i ekonomiści) żyli w zupełnie innej rzeczywistości, tj. w świecie, który miał inne punkty odniesienia oraz inne uwarunkowania.
  
W mojej książce staram się przybliżyć oraz zrekonstruować ówczesny świat idei. Próbuję wyjaśnić dlaczego tak wielu ludzi wierzyło w przeszłości np. w planowanie gospodarcze, czy w konieczność kontrolowania handlu zagranicznego przez państwo.


Dlaczego ZSRR przez wiele lat był postrzegany jako udany przykład modernizacji i centralizacji, co prawda okupionej ogromnym kosztem?


Bo był takim udanym przykładem. Z kraju zacofanego i rolniczego, który co prawda szybko się rozwijał przed I wojną światową, ale wciąż pozostawał zacofany i rolniczy, zrobiono potęgę gospodarczą, która była   w stanie pokonać Niemcy hitlerowskie będące najbardziej zaawansowaną gospodarką i uprzemysłowionym krajem Europy. Rosjanie byli w stanie produkować więcej czołgów i samolotów w krytycznym momencie. Można powiedzieć, że był to sprawdzian krańcowy.  


Niezrozumienie tego sukcesu wynika z faktu, że nasze postrzeganie ZSRR pochodzi z perspektywy lat  80., kiedy gospodarka centralnie sterowana była w stanie rozkładu i upadku.


Natomiast obserwatorzy z lat 40. czy 50. nie mieli wątpliwości, że co prawda ZSRR nie zapewnia swym obywatelom godnego poziomu życia, ale jest ogromną potęgą gospodarczą.   To przekonanie wynikało z kilku racji. Jedną z nich była wygrana II wojna światowa, drugą zaś wystrzelenie pierwszego sputnika przez Rosjan i wywołane tym przeświadczenie, że Rosjanie przodują w wyścigu technologicznym.

Swoje znaczenie miał również fakt, że ówcześnie stosowane modele ekonomiczne były stosunkowo proste i kładły największy nacisk na poziom inwestycji. W efekcie pokazywały one, że ZSRR wyprzedzi USA w dającym się wyliczyć z grubsza okresie czasu. Hasła Chruszczowa na początku lat 60. XX wieku o dogonieniu i przegonieniu Ameryki przez ZSRR były przez zachodnich ekonomistów traktowane dużo poważniej, niż brzmią z dzisiejszej perspektywy.
  
Podkreślam: nie chodziło o wzrost poziomu życia obywateli ZSRR, który nie był   najważniejszy, lecz raczej o wzrost potęgi militarnej. To było głównym celem polityki gospodarczej Stalina, a nie dobrobyt obywateli.


Czy industrializacja w ZSRR była podobna do reform przeprowadzonych w Rosji przez cara Piotra I?


Miała pewne cechy wspólne, które polegały na tym, że wzrost gospodarczy był wywołany przez państwo i nakierowany na wzrost potęgi militarnej, a nie na realizowanie potrzeb obywateli. Dokonywał się też dzięki importowi technologii. Rosjanie nie lubili się tym chwalić z oczywistych względów, ale wielkie budowle socjalizmu w czasach Stalina powstawały nie tylko dzięki importowi technologii, ale i zagranicznym ekspertom. Dobrym przykładem był Magnitogorsk. Wzorem dla niego było amerykańskie miasto Gary w stanie Indiana – miejsce gigantycznych zakładów stalowych.

Problem ZSRR polegał na tym, że realizowany w nim model wzrostu posiadał różne ograniczenia z których kierownicy gospodarki radzieckiej najpierw nie zdawali sobie sprawy, a potem niewiele mogli z nimi zrobić. Na początku kosztem ogromnego marnotrawstwa i cierpień ludzkich przynosił on ogromny wzrost gospodarczy w krótkim czasie. Ale prowadził równocześnie do tego, że stopniowo struktura kosztów w przedsiębiorstwach oddalała się od rzeczywistości, a planiści nie kierowali się interesami całej gospodarki lecz pewnych grup interesów branżowych, które walczyły o inwestycje. Te dysfunkcje narastały i z czasem gospodarka ugrzęzła.

W latach 70. wzrost gospodarczy,  pomimo ogromnych inwestycji, był bliski zera. W efekcie ZSRR nie tylko importował żywność, ale i utrzymywał się ze sprzedaży ropy naftowej, co nie mogło trwać wiecznie. O tym, że system w tej formie się nie utrzyma długo, analitycy radzieccy wiedzieli już w latach 70- tych. Wiedzieli, że system wymaga głębokich zmian, nie wiadomo tylko było, czy te zmiany są możliwe bez demontażu władzy komunistycznej.  

System radziecki był też mało innowacyjny. To była jego pięta Achillesa. Innowacyjna była tylko centralna dla reżimu produkcja broni, co było wymuszane przez planistę. Starano sobie z tym radzić na różny sposób np.: poprzez nielegalne pozyskiwanie technologii, ale nie było to w stanie zastąpić własnych innowacji. Rządzący ZSRR zdawali sobie sprawę z sytuacji, ale ich pole manewru było ograniczone, a ówcześni decydenci nie byli wszechmocni. Obawiali się m.in. buntu ludności, którą trzymano w ryzach poprzez zapewnienie pracy niezależnie od kwalifikacji oraz za sprawą tanich artykułów pierwszej potrzeby. Tak było zresztą we wszystkich krajach socjalistycznych gdzie artykuły bardziej zaawansowane, typu pralki, telewizory, były   bardzo drogie. Podczas gdy produkty podstawowe, typu wódka, chleb, prąd, były z kolei bardzo tanie. Dzięki temu system umożliwiał utrzymanie ludności w ryzach.


Rozmaite nieefektywności tego sytemu doprowadziły do tego, że w końcu się on rozsypał. Przypadek PRL był inny, gdyż ona nie była w stanie tak dopłacać do towarów ani utrzymywać się z eksportu ropy ani innych surowców, jak ZSRR. PRL bowiem, poza węglem, nie miała tak znaczących produktów eksportowych.



Czy procesy modernizacyjne w Polsce po II wojnie światowej można jednoznacznie ocenić negatywnie, jak często się obecnie słyszy?


PRL przyniósł znaczący wzrost PKB. Był on niższy per capita ze względu na wysoki przyrost naturalny oraz niższy niż na Zachodzie i z biegiem czasu ten rozdźwięk rósł. Dobrym tego przykładem jest Hiszpania, która miała podobny dochód w okolicach roku 1950, a w latach 80. był on już trzy razy większy niż w Polsce.

Myślę, że to porównanie wypadało by nieco lepiej na korzyść PRL-u, gdyby się on skończył wraz z pierwszą Solidarnością w roku 80., bo potem ze względów politycznych straciliśmy właściwie całą dekadę.

W czasach PRL doszło do zmiany struktury gospodarczej z kraju rolniczego przed II wojną światową do kraju uprzemysłowionego i zurbanizowanego pod koniec PRL-u. To stanowiło wraz z urbanizacją ogromną zmianę. Za PRL-u podniósł się znacznie poziom życia. Był on wprawdzie niższy niż na Zachodzie, ale należy też pamiętać, że historycznie Polska zawsze była krajem biednym i u nas zawsze żyło się wyraźnie gorzej niż na Zachodzie.

Polska była „od zawsze” peryferyjną gospodarką europejską, korzystającą z niskowykwalifikowanej  i taniej siły roboczej. Właśnie ta niskowykwalifikowana siła robocza była jej atutem. Polska „od zawsze” opierała swój rozwój (do dzisiaj zresztą) na imporcie technologii i kapitału, a nie na innowacyjności czy kapitale własnym (którego zawsze brakowało).

Wcale więc nie jest powiedziane, że Polska byłaby tak bogata, jak Szwajcaria, gdyby nie było u nas komunizmu. Po prostu Polska startowała z innego poziomu. Prawdopodobnie – o ile takie gdybanie jest w ogóle dopuszczalne – bylibyśmy wyraźnie bogatsi niż dzisiaj. Natomiast nie bylibyśmy w europejskiej czołówce.


PRL wprowadził masy Polaków do miast. To był oczywiście pozytywny proces. Ci biedni chłopi na wsi produkowali tyle, żeby przeżyć, a i to z trudem. W fabrykach, nawet peerelowskich, mieli znacznie wyższą wydajność pracy i to się przekładało na poziom dochodu.


Na marginesie: nie ma nic zaskakującego w tym, że bezrobocie tak mocno wzrosło po transformacji gospodarczej. Bo bezrobocie w Polsce zawsze było bardzo wysokie, tylko w XX w. było ono ukrywane. Najpierw w okresie międzywojennym było ukryte na wsi. Według niektórych szacunków mogło ono sięgać nawet 10-12 mln osób. Oni nie figurowali w spisach bezrobotnych, bo rejestrowano jako bezrobotnych tylko ludność miejską.

Po II wojnie tych ludzi przeniesiono do miast. Byli bardzo słabo wykształceni, często ledwo czytający i piszący. Trzeba było ich gdzieś zatrudnić. Z tą sytuacją borykał się Gomułka i Gierek: co roku na rynek pracy wkraczało kilkaset tysięcy młodych ludzi (słabo wykształconych) z którymi trzeba było coś zrobić. W związku z tym zatrudniano ich w gigantycznych zakładach pracy. Formalnie mieli oni pracę, ale ich wydajność była bardzo niska. To był sposób na ukrywanie bezrobocia w PRL-u. Przy czym wspomniany system ukrywania bezrobocia kosztem niskiej wydajności był bardzo demoralizujący i bardzo kosztowny w długiej perspektywie.

W efekcie na początku lat 90. przestano do tego dopłacać i dla wielu przedsiębiorstw jednym wyjściem było zwolnienie zbędnych pracowników. Ujawniło się w całej pełni bezrobocie, które było ukrywane wcześniej przez wiele dziesięcioleci.


Czy to oznacza, że droga którą obrano w PRL-u było ślepą uliczką modernizacji? Bo państwo starało się zapewnić obywatelom opiekę?


Skąd. Ówcześni decydenci nie mieli takiej wiedzy o konsekwencjach decyzji, które podejmowali, jakie my mamy teraz. Sprawy oczywiste dla nas nie były oczywiste dla nich. Przypominam te banały, bo łatwo się o nich zapomina.

Myślę, że nie należy ulegać złudzeniu, że rozwój ma charakter linearny i tak jak teoretycy modernizacji z lat 50. sądzić, że istnieje prosta ścieżka od tradycji do nowoczesności. Te drogi do nowoczesności się zmieniają wraz z technologią i jest prawdopodobne, że w dzisiejszych warunkach nie udałoby się np. powtórzyć sukcesu Korei Południowej.

Natomiast przekonanie, że była to ślepa uliczka, świadczy raczej o naszej zarozumiałości, gdyż nie ma żadnej gwarancji, że za 20-30 lat nie zostanie uznane, że obrana przez nas droga rozwoju była również ślepą uliczką. Historia uczy nas, że wyobrażenia czym jest wzrost gospodarczy, czemu on służy i jakie są jego źródła, oraz jaki udział ma w nim polityka, ewoluują nawet za życia jednego pokolenia. W związku z tym przekonanie typowe dla współczesnych liberałów, że wolny rynek jest ostatecznym osiągnięciem ludzkości w zakresie wzrostu gospodarczego świadczy raczej o arogancji i nieznajomości historii. Cele działalności gospodarczej ulegają ewolucji historycznie, a monetarny zysk z prowadzonej działalności nie zawsze był najważniejszym kryterium, lecz jedynie jednym z wielu. Ponadto, wydaje się, że dyskusje ekonomiczne charakteryzuje obecnie brak pokory, co wynika z niezrozumiałości przeszłości. Ekonomiści mają często niewielkie pojęcie o tym co działo się w przeszłości. Wielu z nich uważa równocześnie, że ich modele są ponadczasowe i odkrywają jakieś uniwersalne prawdy o zachowaniu człowieka. Z perspektywy historyka to zwyczajnie nieprawda.

Dr Adam Leszczyński jest historykiem i dziennikarzem, adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i publicystą "Gazety Wyborczej".  

***
We wtorek 15 października zapraszamy na premierę książki Adama Leszczyńskiego Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980, połączoną z inauguracją roku akademickiego 2013/2014 w Instytucie Studiów Zaawansowanych.

***
Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.

Źródło: Dziennik Opinii KP

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz